Oczami Bezdomnego Psa

środa, 29 kwietnia 2015

O rozstaniach i powrotach...

Kilka dni temu, właściwie kilka nocy temu, śpimy sobie z Hedziem na swoich posłankach, powoli przychodzi pora na przewracanie się na drugi bok... A tu drzwi się otwierają, wchodzi jedna z naszych i mówi "Ernesta przywiozłam!". No co to się wyprawia! Jak to tak "przywiozłam"? W środku nocy?? Hedar ledwo mógł powieki odkleić, mi też zanim zaczęły trybiki pracować, to ta nasza zniknęła, pewnie spać poszła...

Ledwo zasnęłam! Hedar zaczął chrapać zanim się drzwi zamknęły oczywiście... Rano musiałam czekać, aż ta nasza przyjdzie znów i wszystko opowie!

Pamiętam Ernesta. Nie oszukujmy się, siedzę tu 10 lat... Psiak trafił do nas, bo się błąkał bezpańsko. Szybko okazało się, że jest bardzo grzeczny i musiał być domowy. Jak go raz wolontariusze do domku ze smyczami wzięli, to zaraz wlazł na krzesło, pokręcił się trzy razy w kółko i położył. Jak w domu!


Pewnego dnia znalazł w końcu swoją nową pańcię i wspólnie im się żyło bardzo dobrze. Nawet przysyłała wieści po adopcji, sielanka!

A całkiem niedawno... jedna z naszych zaczęła widywać Ernesta w towarzystwie kogoś innego. Nie pani, a pan prowadzał Ernesta i taki... nie do końca wyglądał na odpowiedzialnego, ale właściwie psu się krzywda nie działa, zadbany był, z rozmowy wynikło, że pani nie chciała już mieć psa, do schroniska szkoda oddać, więc on przygarnął... no to faktycznie w domu lepiej niż w schronisku, a nasi stwierdzili, że posprawdzają wszystko po kolei. 

Z właścicielką nie szło się skontaktować zupełnie. W końcu zadzwoniła sama... 

"...bo ja trafiłam do szpitala i pies trafił do znajomej, a potem znajoma go oddała... potem miesiąc minął, minął drugi, i tak dzwonię teraz ...wiem, że trzeba przepisać umowę, ale to taki pan, który nie chce żadnej umowy... ja wiem, że się nie wywiązałam, ale ja to biorę na siebie, niech to będzie na mojej umowie, trudno. Wiem, że pan nie jest super jakiś i że często psa puszcza samopas, ale co ja już poradzę na to..."

....no przecież! Nic nie poradzić nie można! WRRR!

I właśnie ta "nasza" prawie w środku nocy spacerowała ze swoim psem po osiedlu. Zobaczyła w pewnym momencie pod krzakami coś czarnego... Podeszła bliżej, a to czarne "coś" podniosło głowę... Ernest! Od razu stwierdziła, że oooo nieeeee, tak to nie będzie! Zaprowadziła swojego psa do domu, Ernesta pod pachę wzięła, wsiadła w samochód i popędziła do schroniska. 

Czeka Ernest na kolejnego właściciela, tym razem najodpowiedzialniejszego na świecie!

Nie tylko Ernest wrócił... Wrócił też Briko.


Adoptowany jako roczny młodziak. Jakiś czas później pojawiło się ogłoszenie "oddamy psa, uwielbia dzieci, mamy psów już kilka i się przestajemy mieścić, poza tym rodzina się powiększa"... Przy okazji zapomnieli o "rozpieściliśmy psa, teraz się nie słucha i dominuje". Pies trafił do domu z dzieckiem i okazało się, że taki mały bąbel to dla Briko "coś", co zdecydowanie może sobie podporządkować... Zrobiło się niebezpiecznie dla dwunożnego bąbla! Oooooj nieee, tak być nie mogło, psiur wrócił do poprzednich właścicieli, którzy dalej szukali mu domu, aż w końcu po prostu go oddali, bo "pies za bardzo chce dominować". 

Zwierzaki są różne. Albo takie ciepłokluchowate, z którymi można zrobić wszystko kiedy się chce, albo takie niezależne, które mają swoje zdanie. Briko akurat do tej drugiej grupy należy. Owszem, będzie super psem, świetnym kumplem na spacerach i do zabaw, ale zdecydowanie nie jest dla kogoś, komu nie przeszkadza, że pies na głowę wejdzie, bo potem nie będzie różowo. Z Briko trzeba pracować, psisko musi mieć prawdziwe stado, w którym będzie znał swoje miejsce. Psu wcale od tego nie jest źle! Pod warunkiem oczywiście, że wszystko jest na pokojowych zasadach i oparte na dobrym szkoleniu pozytywnymi metodami! Tylko ta relacja człowiek-pies musi być dla zwierzaka jasna.

Briko czeka na stado... 

Ostatnio wrócił też Rex.


Rex jest super psem. Takim przyjacielskim, radosnym, lubiącym zabawy i inne zwierzaki... W dodatku jest młody, a to jedna z ważniejszych rzeczy u większości chętnych na adopcję. Został adoptowany, miał być drugim psem w domu. Ten pierwszy czworonogów jednak zaczął go dominować trochę i ponoć nawet zrobił się smutny czy obrażony... Na początku może tak być, przecież zwierzaki muszą się dogadać, ustalić hierarchię. Nagle trzeba się dzielić właścicielem, zabawkami, miejscem na podłodze... Zwykle się takie czworonogi zostawia w spokoju, pilnując tylko, żeby kłótnie nie były jakieś zbyt poważne, ale można też zawołać kogoś, kto rozumie psią czy kocią mowę ciała, podpowie co robić, czego nie i takie tam. Tylko co trzeba? Taaak, chcieć! Nowy opiekun Rexa nie chciał widocznie mieć drugiego psa, bo nie było nawet prób rozmowy z zoopsiopsychologiem... Pierwszy czworonóg ponownie został jedynakiem, a Max wrócił za schroniskowe kraty... Przykro...

Jakiś czas temu wpadła mi w łapy opowieść jednej opiekunki psa adoptowanego kiedyś od nas. Zwierzak po przejściach trafił do cudownego domu, jednak musiał przejść operację, a po operacji wybudził się w psioszpitalnej klatce. Opiekunka napisała po wszystkim: Po operacji, gdy pojechałam po suczkę, zobaczyłam ją i bardzo, bardzo mnie to poruszyło. Była już świadoma, siedziała w klatce i była taka smutna, tak bardzo smutna, że łzy mi napłynęły do oczu. I wiem, że może to narkoza, że działanie środków..... ale zobaczyłam ją oczami wyobraźni w tej klatce za murami schroniska, albo w jakiejś ciemnej komórce, gdzie kiedyś rodziła, bez człowieka... Widziałam, jak bardzo mi ufała poddając się zabiegom przedoperacyjnym... Jej smutek był paraliżujący bo przecież nie wiedziała, że jej nie zostawię. Może pomyślała, że los tylko na chwilę się do niej uśmiechnął.
A potem ten podniesiony wzrok na mnie. To machanie ogonkiem pomimo braku sił, bólu i ten głęboki oddech gdy włożyła głowę pod moje ramię, ta ulga, którą może tylko ja wyczułam ale naprawdę wyczułam...

Zwierzak nie musi przejść operacji, wystarczy, że jednego dnia budzi się w domu, a drugiego dnia w schroniskowej budzie... Jeśli adoptujecie zwierzaka, dajecie mu DOM, dajecie mu SIEBIE, dajecie poczucie bezpieczeństwa, nadzieję, pozwalacie zaufać... Stajecie się za niego odpowiedzialni. 

Pomyślcie dwa, osiem, sto razy, czy ten zwierzak jest dla Was. Przyjdźcie przed adopcją trzydzieści trzy razy na spacer z psem, dowiedzcie się wszystkiego co się da, poznajcie go, umówcie się z behapsiowiorystą, wysłuchajcie rad, zapiszcie sobie, co robić po adopcji, żeby było Wam jak najlepiej...

Żeby potem nie było tak bardzo, tak przebardzo PRZYKRO....... 

niedziela, 26 kwietnia 2015

O spełnionych marzeniach!

Lubię takie wieści. LubięLubięLubię! Zajepsiście lubię i w niektórych dwunożnych bym się wgapiała wyjątkowo maślanymi oczami!

Otóż. O czym marzą nasi dwunożni? O tym, żebyśmy wszyscy poszli do dobrych domów. Co znaczy "dobry dom"? To takie coś, gdzie mieszka fantastyczny opiekun! Psiak może mieszkać nawet w kojcu z budą (nie każdy może sobie pozwolić na psa w domu, trudno), ale jeśli ma opiekuna, który nie zapomni o swoim czworonogu nawet jak deszcz, zima i wyjść się nie chce, to też jest dobry dom. Bo najbardziej liczy się ten kontakt z człowiekiem!

Dostajemy różne, różniste wieści z domów. Im bardziej obszerne, tym bardziej cieszą. A już całkiem jest superaśnie kiedy wiemy, że jakiś psiak może być wyzwaniem lub wiemy, że pierwsze dni nie były łatwe, a tu dostajemy po kilku miesiącach informację "było niełatwo, ale daliśmy radę i teraz świata poza sobą nie widzimy".

Takim psem był Giff. Czarny, piękny owczarek. Psisko było takie, że na niektórych ogonem merdało, a na niektórych merdało faflami pokazując piękne kły. Akurat na panią, której się spodobał Giff merdał nawet ogonem... Poszli na spacer, wydawało się wszystko w porządku, więc heja do biura podpisywać umowę! Potem pies zapakowany do samochodu, pojechali... dojechali na miejsce, drzwi otwierają, a Giff wyjść ani myśli. Oj się zrobiło niewesoło, ale pomogła sporo wolontariuszka, która znała Giffa doskonale. Później też co jakiś czas Giff różki wystawiał...

Nie poddali się jednak. Giffowa opiekunka przyznała, że musiała się podszkolić z psiej psychologii, sporo musiała się nauczyć z obsługi samego Giffa, ale teraz już by go nie oddała za nic.


Zaufali sobie, znaleźli wspólny język i ogromną frajdę z bycia ze sobą. Wpólne wycieczki, wędrówki, takie tam wiecie, rzeczy, które normalnie się robi ze swoim zdrowym i pełnym energii owczarem!


Giffowa Pańcia wynajduje też mu nowe zajęcia i owczar jest przeszczęśliwy, gdy może spełniać życzenia! Sami zobaczcie, jaka radość:

video


Dobrze trafił. Możemy spać spokojnie! Nawet polubił jazdę samochodem...


Od kogo jeszcze dostaliśmy wieści?? Od Skoczka! Skoczek powinien zmienić imię na Miziak, Tarzak albo coś podobnego. Zapomina się chyba, u nas skakał po dach, taki energiczny i niezależny, a tu taki przytulak się zrobił!

video

Bardzo proszę, tak wygląda szczęśliwy pies:


Ach, niech mu będzie jak najlepiej i jak najszczęśliwiej. 9 lat na to czekał! Czy byłoby lepsze miejsce na ziemi dla teriera niż dom Pańci, która zna, kocha i rozumie teriery, w dodatku ma doświadczenie z tymi starszymi, schroniskowymi?? A skąd! I Skoczek o tym wie doskonale... Wie, że wygrał szóstkę w psiolotka...

Regularnie też dostajemy pozdrowienia od pewnego psiego źrebięcia... Psie źrebię imieniem Aza siedziało w kojcu z psim niedźwiedziem. Pewnego dnia niedźwiadek wyjechał do domu (jak na niedźwiadka przystało - w lesie bywa często), ale na szczęście niedługo później wyjechał też ten psi mini-koń. Właściwie ta psiolaska była postury takiej, że myśleliśmy, że może do pilnowania ją ktoś będzie chciał wziąć... Bo odstraszała samym wzrostem... Duże psy u nas powodzenia aż takiego nie mają, a co dopiero takie odrosłe po pas!

Tak się jednak na szczęście złożyło, że pewna rodzina miała dom z dużym ogrodem, w pobliżu lasów i łąk... Może nie mogli sobie pozwolić na kucyka i stąd wybór..? Nie wiem, nieważne, najważniejsze, że wypatrzyli naszą Azuchę, przyjechali, poznali się, Aza pokazała się z tej najlepszej strony i wyjechali wszyscy w dal siną.

Nie dość, że Aza wcale na etat stróża nie poszła, to jeszcze zyskała dwunożnego przyjaciela, który jest raptem głowę wyższy! Chociaż pewnie już więcej... Z takim można pośpiewać...


...pospać...


...przemierzać leśne ścieżki...


Aza po prostu trafiła na SWOJE stado!

Pisałam o Giffie, że cieszy się z pracy z człowiekiem. Jak to większość owczarków. Teraz jednak pokażę, że nie trzeba mieć jakichś specjalnych presdy... pretys... p r e d y s p o z y c j i, żeby stanowić ze swoim człowiekiem zgraną drużynę! Nie trzeba mieć za przodka zaganiacza owiec, psa cyrkowego czy ratownika. Można być całkiem niepozornym kundelkiem i (czasami) trzęsizadkiem, a na zawodach wyczyniać cuda!

Tofik był od nas adoptowany jakiś czas temu. Śmiesznie to wyszło, bo jego obecna pańcia wtedy miała w głowie zupełnie inny ideał psa, Tofik jakoś też nie był szczególnie przekonany do wylewności w stosunku do ludzi... Przeskoczyła gdzieś jednak ISKRA i tak rozpoczęła się ich wspólna przygoda...


Tofikowa Pańcia jeszcze przed adopcją założyła sobie, że psa będzie zabierać gdzie się da, więc od razu zacznie z nim takie podstawowe szkolonko. Dla psa to też super sprawa, bo przynajmniej nie ma potem jakichś nieścisłości w relacji dwunożny-czworonożny. Poza tym podczas szkoleń jest nagradzanie, a chyba nie muszę tłumaczyć, że każdy pies jest łasy na komplementy, zwłaszcza te do jedzenia...

Na szkolenie zgłosili się od razu, ale wyobraźcie sobie, że... nie przyjęli! Bo z taaakim pseeem?? Przecież to taki do domu na kanapę i na siku na dwór! Oooooj jak to usłyszała tofikowa Pańcia to się zawzięła jak nie wiem co! Bo z jakiej racji tak oceniać psa po wysokości, na której trzyma ogon!? Nakupowała książek, naczytała się, potem powolutku, pomaluśku zaczęła Tofika uczyć... Potem się dowiedziała o takiej akcji, co się psy uczą siadania, zostawania, kręcenia się, czekania, leżenia, takie różne czary mary, co to czasami i nasze schroniskowe psiaki się uczyły. Zainteresowało ją i postanowiła z Tofikiem spróbować. Przecież jak się nie spodoba, to wcale nikt nie zmusza! Okazało się, że ten niepozorny psiak radzi sobie przewyśmienicie! Jakby Pańcia mówiła do niego wcale nie po ludzku a po psiejsku!

Mało tego. Tofik to psiak pełen energii (chociaż może i nie widać, bo przy ludziach taki nieśmiały...), więc Pańcia stwierdziła, że zacznie wspólnie rozładowywać energię iiii postanowiła spróbować z takimi treningami, co to na nich psiaki przez płotki skaczą i przez rurki biegają. Stwierdziła, że skoro Tofik taki pojętny, to dlaczego nie spróbować również tego?! A dlaczego nie pójść wyżej, skoro niektórzy nawet nie wierzyli, że Tofik jest zdolny do czegoś innego niż do leżenia na kanapie?

I sami zobaczcie:


Ta gracja, te łapeczki pod brodą, stópka podwinięta, ogon idealnie sterujący lotem...

Maaaaasę pracy w to wkładają, właściwie to codziennie coś robią! Takie szkolenia normalne to raz w tygodniu czy w miesiącu, ale ćwiczy się każdego dnia, na każdym spacerze, w domu i przy każdej okazji. Czy to męczące dla psa? Może zacytuję tofikową Pańcię...:

"Jeden dzień nic nie robienia Tofik może przeżyć, ale dwa dni to dla niego za długo...i zaczyna go nosić. Chodzi za mną i wpatruje się w oczy, albo ładuje się na laptopa albo siada przed TV tak, żeby być na linii mojego wzroku. Jak tylko się spojrzę - macha ogonem, jak się ruszę lata cały zadek z radości, a jak wezmę jakikolwiek przedmiot związany ze szkoleniem - ekstaza... Zimą, jak były gorsze warunki na zewnątrz, potrafił mi przynieść pachołki szkoleniowe w zębach..." 

Niepozorny kundelek, którego wyszkolić się nie da... o:

video

...a co do tego leżenia na kanapie...


Uffff, się rozpisałam! Mogłabym tak dłuuuugo jeszcze, bo naprawdę mnóstwo cudownych dwunożnych adoptowy...adoptowu... adoptowywuje (a niech będzie tak!) zwierzaki i potem tworzą drużynę, stado, jakby właściwie się dla siebie urodzili... Nie każdy też przysyła do nas wieści, a szkoda, bo jesteśmy zawsze baaaaardzo ciekawi co tam u "naszych" czworonogów, jak sobie radzą w wielkim świecie, co zwiedzili, gdzie byli, czego się nauczyli albo czy lubią bardziej spać na lewym czy prawym boku... Ja bym mogła i codziennie pisać na taki temat, bo mi wtedy wiara w człowieka wraca!

Także Drodzy Czytaciele... Jeśli adoptowaliście z naszego schroniska czworonoga psiego lub kociego, a nie wysłaliście nam dawno wieści, albo co gorsza - nigdy... to usiądźcie prędko przy komputerach, napiszcie kilka słów o zwierzaku, dołączcie kilka zdjęć z Waszego wspólnego życia i ślijcie do schroniska! Nasi będą czytać mi na głos i pokazywać, a czasami jakaś łza ze szczęścia poleci... Fajne są takie chwile, co tu dużo pisać...

Tymczasem świtać zaczyna, spać czas iść!

Wasza Sońka

środa, 22 kwietnia 2015

O zielonych albo żółtych, co świecą w ciemności i mruczeniu dla przyjemności

- Soońkaaa, ale z Ciebie się stróż zrobił! Szacun!

- Hę? A bo co?

- Ależ niiic, ale tak obszczekałaś tych kilku dwunożnych dzisiaj, że strach!

- Eeee, nic bym nie zrobiła przecież! Ćwiczę tylko, żeby nie być jak ty, taka ciepła klucha!

- Musisz wyhamować trochę. Bulba jak szczekała, to się nikt nie bał, bo to przecież ledwo od ziemi było odrośnięte. Ty to co innego!

- Oj doobra... postaram się opamiętać nieco... Tymczasem dzisiaj o sierściastych.

Psy można podzielić na brązowo- i niebieskookie. Koty też miewają niebieskie oczy (i wtedy to się chętni pchają drzwiami i oknami, żeby takiego adoptować!), jednak zwykle mają te gałki żółte albo zielone.

Iiiii takie zielone oczy maaaa Junia! Futro ma może nie jakieś szczególne, bo na szarym tle ma paski czarne, ale oczyska ma warte uwagi!


Uszyska takie ma do tyłu, bo jej się sesja nie podobała... Nie tylko sesja, całe schronisko jej się nie podoba. No cóż, może i luksusów nie ma... Junia przyjechała do nas już jakiś czas temu. Mieszkała ze stadem innych sierściuchów i jedną panią, ale niestety zdrowie opiekunki zaczęło szwankować i kocia zgraja zamieszkała w schronisku. Szkoda zwierzaków, ale co było robić... Junia do dzisiaj się z tym nie pogodziła i pewnie dlatego jest takim niewidzialnym sierściuchem... Nie spoufala się i nie biegnie od razu się przywitać, a na pewno marzy o ciepłych kolanach, leniwych wieczorach i porankach przy boku swojego człowieka... Tak, tak! Koty też o tym marzą!

Zieeelone oczy maa też Norta. Oj, ona futra zwyczajnego na pewno nie ma! Białe, szare, brązowe i w dodatku w paski.


Została zgarnięta z ulicy. Dosłownie! Została znaleziona na drodze, która się wije wokół miasta, siedziała tam sobie razem z koleżanką, Routą. O, tak wygląda Routa:


Ona jakie ma oczy?? Nie mam pojęcia! Na jednym zdjęciu zielone, na drugim żółte... Nieważne jakie ma, ważne, że obie kociolaski wiedzą doskonale, jakie przyjemności płyną ze znajomości z dwunożnymi! Musiały być domowe, bo i z toalety potrafią kulturalnie korzystać, i wiedzą, którym bokiem o którą łydkę się oprzeć, z jaką częstotliwością mruczeć, żeby pańciostwu się spało lepiej... Są przygotowane, jak po szkoleniach! Tylko nie mają gdzie ćwiczyć, dwunożnych chętnych na podpisanie umowy adopcyjnej brak.

Skoro dzisiaj o oczach... To nie można nie wspomnieć o jednym kocurze... Patrzcie...


Piwek ma oczy jak z leśnego mchu w pełnym słońcu, nos jak z gumki do ołówka. Jak namalowany! Dlaczego takie cudo jeszcze siedzi u nas? Ach... Bo taki kocur nad kocury jest nieśmiały... Piwek niby ciekawy jest świata, niby ciekawy ludzi, ale jednak brakuje mu tego CZEGOŚ. A może po prostu jest prawdziwym kocurem nad kocury i to reszta ma się starać, żeby Piwek czuł się dobrze?


Z trudem, ale to przyznam (bo ci, co mnie znają wiedzą, że na widok kota coś mi zaczyna bulgotać w gardle....). Gdybym była dwunożną laską, a nie psiolaską, gdybym zdecydowała się na adopcję sierściucha, to bym na pewno nie mogła przejść obojętnie obok Piwka! Jeszcze te poliki puchate! Ach!

Są dwunożni gotowi przychodzić do psów wycofanych regularnie, poznawać się, przekonywać do siebie, uczyć się ufać... Czekamy na dwunożnego, który będzie gotowy przychodzić tak do tego jedynego dla siebie sierściucha.

Potrzebują te pręgowane, białe, brązowe, łaciate, zielono- i żółtookie ludzi. Czasami nie są o tym przekonane... i taka rola jest dwunożnych, żeby im pokazać, jak fajna jest ta kocio-człowiecza przyjaźń.

Ważne też, żeby wolontariusze pamiętali, że kiedy zaczyna padać i spacery z psami są niemożliwe, albo kiedy już są zmęczeni, chcą odpocząć jakiś czas przed kolejną przechadzką albo przed odjazdem do domu, mogą przyjść do sierściuszkarni i umilić mruczkom (i sobie!) czas. Może taka Junia ucieknie. Może drugi, trzeci, ósmy raz też nie będzie miała ochoty na bliższe znajomości. Ale może podczas dziesiątej wizyty wreszcie zacznie machać łapkami na widok zabawki? Albo chociaż zacznie nieśmiało mruczeć...

Tak to jakoś jest z tymi futrzakami, że może i niezależne są, może szukają cichego kąta, gdzie nikt ich nie znajdzie... ale każdy z nich chce mieć też takie swoje ciepłe, bezpieczne miejsce, gdzie słychać też oddech dwunożnego kompana na całe życie...

niedziela, 19 kwietnia 2015

O smutkach na czterech łapach... a domu nie widać...

Się porobiło... Wiecie jak to jest znać psa kilka lat, mijać się z nim na spacerach, szczekać na siebie, krzyczeć, co by się mu zrobiło, gdyby tylko dorwało... tego no... No tak czasami się krzyczy, ale jak by było nudno bez tego! I tyle lat się tak siebie widzi... kiedy biegamy, kiedy przybiegamy, kiedy zabiegamy drogę, kiedy gryziemy patyczki, kiedy łapiemy piłeczki... a potem nagle jest jakieś takie PSTRYK i nagle któryś pies ma coraz mniej sił... Jeszcze by pobiegł po piłkę, ale stawy skrzypią, łapy się plączą, zadek nie chce się podnieść...

A ludzie przychodzą, czasami spojrzą, czasami nie... Miną te smutne pyski, nie dostrzeżą tej iskierki nadziei, która jeszcze się tli... Nie zobaczą, że oczy aż się wyrywają, żeby przywołać wzrok człowieka...

Ojejciu... ledwo dwaakapity, a mi klawiatura już zamokła! Co mi tutaj...

- Hedar! Nie stój mi tu i nie siorb! Z nosa ci kapie!

- To nie z nosa, Sońka... ech...

Ech...

Dwa owczarki. Uśmiechnięte, kochające ludzi i zabawę. Naprawdę KOCHAJĄCE dwunożnych. A jeszcze dwunożnych z zabawką w ręku? Oddałyby własne posłanie za takiego człowieka na zawsze, na wyłączność. I tak jakoś teraz...

Tajfun imię zawdzięcza wiatrowi, bo był szybki, uwielbiał biegać, zwłaszcza za piłkami! Pełen energii, uwielbiający długie spacery...


Taki niefotogeniczny jest, ale trudno. Zdjęcia były robione niedawno, kiedy jeszcze nie miał aż takich problemów... Wiadomo było, że ma coś nie tak ze stawami i nerwami w tych stawach. Się to nazywa przewodnictwo. Widocznie to, co w środku Tajfuna ma biegać i przekazywać informację do łap jest jakieś leniwe... W każdym razie, na zdjęciu jeszcze widać, że nie jest źle...


To i tak było dla Tajfuna straszne, kiedy psioweci powiedzieli, że niedługie spacerki dla niego, że spokojnie, bez szaleństw. A on miał tyle energii! Teraz nie trzeba mu już tłumaczyć... sam wie...

Tajfuna łapy strajkują. Niezbyt chcą chodzić, a jak chodzą, to jakby każda chciała iść w innym kierunku, przez co psisko niby idzie, ale krokiem tanecznym. Może to trochę i śmiesznie wygląda... Ale jak się znało Tajfuna wcześniej... Kiedy zobaczy się jego wzrok... 


Nasi mają nadzieję, że ktoś, kto ma domek z ogródkiem, albo chociaż mieszkanie gdzieś bez schodów, przygarnie Tajfuna, da mu ciepły dom i zaleje go miłością. Czasami pokula mu zabawkę, wyprowadzi na trawkę, może w ciepłe dni posiedzieliby razem w ogrodzie...

Może ktoś będzie miał odwagę przyjść do schroniska i spojrzeć w tajfunowe oczy... Nasz Główny Brodaty mówi, że kiedy wchodzi do Tajfuna, widzi go z zabawką w pysku i ten jego wzrok, za każdym razem umiera trochę w środku. Każdy z naszych tak ma...

- Hedar, przestań mi tu kapać na klawiaturę! Idźże się przewietrz albo co...

Kolejny piłeczkolub - Albert. Niby owczarek, ale jednak niby nie. Za to wolontariusze, nawet obudzeni w środku nocy i zapytani o Alberta powiedzą "kocha piłki!". To prawda. Jeśli chciało się zobaczyć tego psa z wielkim uśmiechem na całą paszczę, trzeba było przynieść mu piłeczkę. I wtedy było tak:


U Alberta pojawiły się problemy ze stawami. Potem znów zalecenie psioweta, żeby nie przesadzać ze spacerami, a na tablicy w domku wolontariuszy, przy jego imieniu, pojawiło się magiczne NF. Czyli NIE FORSOWAĆ... Wytłumaczcie to psu, który na widok piłek aż tupie łapami z radości! Dobrze, że nie musi za nimi koniecznie biegać, satysfakcję sprawia mu także spacer z nią w pysku. 

Dni mijają, a albertowe stawy robią się coraz bardziej nieposłuszne... Przednie to pół biedy, ale tylne już całkiem przestają się starać!


I przez to Albert coraz bardziej smutny... Doskonale zdaje sobie sprawę, że jak nie zdąży podnieść zadka, jak ludzie idą, to oni nie poczekają... Przecież jak tylko omiotą wzrokiem jego kojec, to jego nie zobaczą, a kartki na kracie może nie zauważą! A jego tył podnosi się coraz gorzej, coraz ciężej, coraz niechętniej...



Czy zatrzyma się w końcu ktoś na dłużej przy "mieszkanku" Alberta...? Poczeka, aż podniesie on swój zadek...? Zobaczy w jego oczach tę iskierkę...? A może pokaże mu piłeczkę, którą psiak będzie mógł dumnie ponieść do domu...? Stanie się tak...?

 Pisałam na początku, że owczarki są dwa. Owczarki tak, ale mamy jeszcze owczarkę. Mieszka u nas właściwie od niedawna i nie znaliśmy jej, kiedy była pełną werwy owczareczką. Ta psiodama jest moją imienniczką, ma na imię Sońka. Tylko ja mam wpisane Sonia, a ona Sońka, żeby się nie myliło.


Sońka trafiła do nas już jako stateczna, piętnastoletnia dama. Na spacerek powolutku, niespiesznie, za to z człowiekiem. To najlepsza chwila w ciągu dnia! Kiedy jest ciepło, to ta owczarka wychodzi na swój wybieg obok domku wolontariusza. Tam ma płoteczek po kolana właściwie, ale nie przeskoczy go, sama ledwo chodzi... Już jest ociupinę lepiej, ale brykać i skakać jak Tyson nie będzie już nigdy.



Patrzy tylko tymi smutnymi oczami i czeka... Nie potrzeba jej wiele, tylko rąk głaszczących ją o poranku, w południe, przed obiadem, po obiedzie, w okolicach kolacji i przed snem; krótkiego spaceru, bo na więcej i tak nie ma siły; poczucia, że jest dla kogoś najważniejszą owczarką na świecie...  


Dla tych naszych ledwochodzących ludzie są sensem istnienia. Bez człowieka nawet zabawka traci smak. One tak potrzebują miejsca pod ludzką pachą, żeby wepchnąć tam łeb; kolana, na którym mogą oprzeć brodę; wzroku, który mogą ze swoim spotkać i wyczytać wszystko... Nie potrzebują słów...

- Hedar! Idż chlipać gdzie indziej, bo mi już klawisze nie odbijają!

Albert i Tajfun mają zapewnioną pomoc w leczeniu po adopcji. Sońce nasi zapewnią wszystko co trzeba. Byle mogły poznać lub przypomnieć sobie co to jest dom...

Schronisko to nie tylko smutne psy w kojcach, jak sporo dwunożnych myśli. Nasze schronisko to cała zgraja wesołych czworonogów, które owszem, tęsknią za ludźmi, ale okazują niesamowitą radość na ich widok.

Schronisko to też smutne zwierzaki, które nie wiedzą, że mogą mieć nadzieję na lepsze jutro. Po to jest ten cały zespół NASZYCH, żeby przywrócić tę wiarę.

Uwierzcie jednak, że psy, które były szczęśliwe, radosne i pełne energii, a teraz gasną powodują, że naprawdę umiera się trochę w środku... Kiedy nasi wiedzą, że robią wszystko, że leczą, że dają tyle miłości, ile są w stanie dać, że ogłaszają gdzie się da, że wolontariusze też szukają domów, ale mimo wszystko w końcu pojawia się pytanie "zdążymy...?"... To jest niewyobrażalne, straszne uczucie...

Pomóż...

- Chodź, Hedziuniu, pójdziemy na posłanko... pochlipiesz sobie tam do woli... pochlipiemy razem...

środa, 15 kwietnia 2015

O psie, który najlepszym przyjacielem... był...

Taka historia...

Pewnego dnia do naszego schroniska przywieźli psa. Bał się bardzo. Nikogo nie znał, jeszcze ciągle ktoś coś od niego chciał! Najpierw jeden taki w dziwnie pachnącym wdzianku, z wielką torbą... Potem druga, z wieelkim, czarnym pudełkiem wiszącym u szyi... Nie wiem, jak poradził z nim sobie psiowet, ale wiem, że zrobił takie przedstawienie, że jedyne zdjęcie, jakie miał na początku w karcie, było takie:



Przynajmniej dentysty nie trzeba było wołać, paszczą tak kłapał, że bez problemu pełny przegląd można było zrobić. Byle z daleka...

Na imię dostał Tobi.

Szybko się okazało, że tylko grał groźnego. Kiedy zobaczył, że nikt mu krzywdy zrobić nie chce, miska zapełniana regularnie, jeszcze ze smyczą do niego włażą, żeby nie siedział ciągle za kratami, to wyszedł ze swojej kolczastej skorupki.


Wolontariusze mówili, że spacery to z nim czysta przyjemność, że nudzić się nie można, bo sam Tobi był wariat i dostarczał niezłego widowiska! Patrzcie:


Taki akrobata!

Nasza fotografka szybko wybaczyła mu te wcześniejsze sytuacje, w końcu nadal ma obie łydki w całości... I baaaardzo trzymała za niego kciuki...

Do Tobiego szczęście się uśmiechnęło. Miła bardzo osoba się nim zainteresowała. Spodobali się sobie bardzo! Pospacerowali sobie nie raz, wszystko było w najlepszym porządku! Nie mogło być inaczej - Tobi wymaszerował do domu.


Później była sielanka! Dostawaliśmy zdjęcia - Tobi na kanapie do góry brzuchem, Tobi przytulony do ukochanej osoby, opowieści, jaki cudowny przyjaciel!

Cieszyliśmy się, jak z każdego dobrego domu dla naszych zwierzaków. Przecież o niczym innym nie marzymy! No, czasami też marzymy o domu dla nas, ja marzę też o domu dla Hedzia, marzymy wszyscy za każdego...

.......

Ale gdyby wszystko zostało takie psiekstra, to by nie było takiego tytułu, prawda..? właśnie...

Niedługo po adopcji, niedługo po wieściach, nasi znaleźli ogłoszenie w internecie: "oddam ślicznego, ułożonego psa.... ". Na zdjęciach Tobi... W międzyczasie jego miejsce zamieszkania się zmieniło na miasto DalekieOdNaszego, ale szybko udało się znaleźć kogoś, kto psiaka odwiedzi i dowie się wszystkiego.

Łatwo nie było. Psa też nie było... Była za to ukochana-kiedyś osoba. Tam wszystko było tak pokręcone, że w mojej psiej głowie się to średnio układa... Niby pies oddany na chwilę, niby się nie dogadywał z innym czworonogiem, niby ogłoszenie na wszelki wypadek, niby ma wrócić, niby...

Tobi trafił na posesję pod miastem...


Tak być nie mogło, bo Tobi w takie warunki trafić nie miał. Miał leżeć do góry brzuchem na kanapie, miał się przytulać do ludzi, umowa wciąż obowiązywała kogoś innego...

Nasi dali kilka dni na odwiezienie psa, ale się okazało, że można było jechać do DalekiegoOdNaszego miasta, ale z powrotem nikomu się nie spieszyło. Spieszyło się za to naszym, więc sami wsiedli w te wielkie blaszane na kołach i pojechali.

Tutaj znów łatwego zadania nie było... Okazało się, że obecnego opiekuna nikt nie powiadomił, że Tobi ma wrócić. W ręku naszych była decyzja, że Tobi wraca, ale miejscowi dwunożni jakoś nie chcieli ani przeczytać, ani posłuchać. Przecież śpi z kimś w domu, chociaż ktoś inny twierdzi, że nie śpi, przecież się przyzwyczaił, przecież... Ech...

Nasi jednak byli nieugięci i wiedzieli, że bez "ślicznego, ułożonego" nie wracają i koniec. Ostatecznie udało się czworonoga zapakować i ruszył w drogę powrotną do nas.

Wrócił. Szczuplejszy, małoszczekający... Nie chciał paszczy otworzyć nawet, jak podreptałam popytać, jak się trzyma. Powiedział, że nie pamięta, żeby leżał ostatnio na jakiejś kanapie, nie pamięta, żeby przytulał się do kogoś... Nie pamięta i koniec, i mam nie pytać, i może mi opowiedzieć jedynie o mijanych drzewach na trasie "Miasto DalekieOdNaszego - Nasze".


 Znajdziemy ci dobry dom... Najlepszy, z najlepszych, gdzie będziesz najlepszym przyjacielem już na zawsze. Będą umieszczać w internecie zdjęcia, na których cały szczęśliwy biegasz po trawie, podpisane "śliczny, ułożony", bez słowa "oddam"...


No to teraz, Drodzy Czytaciele, działamy!

Śliczny, ułożony pies, grzeczny, lubiący zabawę i spacery, kochający ludzi, potrafiący się zachować w domu szuka domu! Odpowiedzialnego, dobrego, PEWNEGO...

niedziela, 12 kwietnia 2015

O przedziwnych zwierzakach... Freciakach!

Dzisiaj będzie jak najbardziej czworonożnie, futrzaście i ogoniaście. A jednak inaczej! Ostatnio nas odwiedzają, więc muszę coś o nich też skrobnąć.

- Eeeee, Sooońka, przyznaj się, że masz nadzieję, że cię pochwali ta nasza Tabletkowa i w zachwycie przypadkiem zostawi gdzieś tę swoją tacę z góra mięcha, co tam potem wkłada te wszystkie obrzydliwości do leczenia!

- Właśnie, że nie! Wcale nie! Piszę o wszystkim, to chciałabym też o tych śmiesznych, długaśnych, ciekawskich (jak ja!) zwierzakach.

Tak się składa, że ta nasza Tabletkowa jest też "nasza" dla długaśnych, ciekawskich, co to wszędzie wlezą i zwą się FRETKI. I tak sobie nasi wykombinowali, że warto pokazać te zwierzaki, nie możemy się przecież tak ograniczać do psów i kotów... Nie trzeba było fretkolubom powtarzać dwa razy, bo wiadomo, że jak się (i fretki) pokażą, to może zwiększy się ciekawość i świadomość, i może większe szanse na adopcje będą!

Pewnego dnia postawili więc fretkoluby swoje stanowisko. Ciepło było, więc stanęła wielka klatka, a przed nią stolik i krzesełko. Przy tym wszystkim czuwali dwunożni, żeby udzielać wszelkich informacji, a towarzyszyła im... taaak! Fretka!


Całkiem oswojony to był zwierz, więc jak ktoś chciał, to zdjęcia mógł sobie porobić, a fretka była szczęśliwa, kiedy mogła zwiedzić kolejny zakamarek.

Taki zwierz by bardzo pasował do naszego biura! Trochę by pobuszowała ze mną i powsadzała łeb w różne miejsca... Może by nawet była moim agentem do spraw "co nowego chowają w szafie", bo mi nie dają nawet nosa tam włożyć... a freciak wąski, gibki i zwinny... A po akcjach by spaaałaaa z Hedaaareeem w najlepsze! 


Bo te zwierzaki takie własnie są. Pierwsze do zabawy, nie kryją wcale, że ciekawi je wszystko, a najbardziej to, co schowane, a między tymi szaleństwami - albo śpią, albo drzemią, albo śpią, albo... jedzą, bo przecież co to za przyjemność z życia, jak się smaczka nie dostanie!

Tylko teraz mit obalę. Jeśli ktoś myśli, że freciak to taki zwierz, co to w klatce większość czasu spędzi, jedzonko się sypnie, wrzuci kawałek kocyka i niech sobie żyje wypuszczana od święta - BŁĄD!  To zwierzątko bardzo towarzyskie, chętne do zabaw nie tylko ze sobą i potrzebujące ruchu, bo zwyczajnie to lubi (kiedy nie śpi...). 

O, tutaj akurat nie spał jeden fret i zwiedzał biuro. Jemu to pozwalają z łapami na biurko... pfff...


Dla kogo jest taka freta? Dla kogoś, kto nie może mieć psa, bo jak ktoś może, to... Noo dooobra... nasza pani Tabletkowa ma i psy, i fretki (bo wcale nie jedną!). Ale faktycznie, jak ktoś nie może mieć psa, bo na przykład czasami go wiele godzin dziennie w domu nie ma, nie ma czasu na spacery kilka razy dziennie, a z różnych powodów nie chce albo nie może mieć sierściucha - to taka freta akurat! 

Zabawowe to i zabawne, pocieszne i jak się z człowiekiem zżyje i pozna, to i chętnie przyjdzie się pomiziać, podrapać i... niespodzianka - pospać. Fakt, że klatki potrzebuje sporej, ale są tacy, co po prostu żyją z freciakiem w domu, normalnie, jak z psem czy kotem, tylko trzeba uważać, jak się okno otwiera, bo fretki latać nie umieją, ale nie każda o tym wie... 

Napisałam, że freciaki lubią zabawę, ale należy też pamiętać, że nie zawsze to, co dwunożnym wydaje się zupełnie niezabawne, dla fretki wręcz przeciwnie... Trzeba po prostu nauczyć się wybaczać i rozumieć, że to jest fretka, a one PO PROSTU takie są.

Na spacer przy ładnej pogodzie też można się wybrać! Tak, tak! To nie jest tak, że "aaa ja to nie muszę spacerować ze zwierzakiem, bo mam fretkę". Właśnie, że trzeba! Każdemu ruch jest potrzebny, fretce też. Poza tym dla takiego zwierzaka, co ryjek by wszędzie wpychało, takie wyprawy w trawy są ekstra super! Tylko najpierw zaszczepić koniecznie, żeby nie załapała jakiegoś pasażera na gapę, bo potem niewesoło może być.

Jeszcze informacyjnie napiszę, że jakby ktoś chciał takiego zwierzaka śmiesznego, chciał się czegoś dowiedzieć, wypytać, to niech wejdzie na "fejsa" TUTAJ albo na stronę TUTAJ. Pamiętajcie, żeby nie kupować freciaków w sklepach! Najlepiej adoptować albo dowiedzieć się od Fretkolubów skąd przygarnąć długogrzbieciaka. A jak ktoś to czyta dzisiaj, w niedzielę, 12 kwietnia, to niech przydrepta do schroniska. Dzisiaj u nas freciaki znów chętnie do miziania i sporo informacji można uzyskać!

(Kiedy się nasza Tabletkowa dowiedziała, że zamierzam napisać o fretach, to mi powiedziała, że mam koniecznie wspomnieć, że w okolicy jest parka fretek do adopcji! Obiecała za to dodatkową mięsną kostkę bez tabletkowego wkładu, więc powtórzę - jest do adopcji parka fretek! Bynajmniej nie do rozmnażania, ale w parze raźniej!)



Drogie Fretkoluby! Jeśli napisałam coś nie tak, albo chcecie się podzielić spostre... sprze... s p o s t r z e ż e n i a m i,  to oczywiście bardzo zapraszam! W końcu pies nie musi być psialfą i psiomegą w tym temacie... Ale starałam się! Smaczek się należy!

-------

Na koniec jeszcze chciałam coś pokazać. Wielokrotnie pisała Bulba albo ja, że Hedar to jest taki schroniskowy próg zwalniający. Bardzo proszę, właśnie taki widok większość osób wchodzących do biura zastaje:


Czasami Hedar leży troszkę bliżej, więc jak ktoś otwiera drzwi, to właściwie prawie się o Hedara przewraca... 

Żeby uściślić - na tym zdjęciu jest półtora progu zwalniającego. Jestem jeszcze JA. Obok mnie co prawda można przejść bez problemu (ach, ta moja smukłość!), ale obowiązkowo trzeba mnie pogłaskać! 

Się należy mi, a co!

środa, 8 kwietnia 2015

O psach, które koleją nie jeździły, chociaż z miasta pociągów są

Przyjeżdżają do nas zwierzaki z różnych stron. Czasami z wioski po lewej, czasami z miasteczka po prawej. Ostatnio przyjeżdżają do nas też z takiego miasta, które jest całkiem znane, zwłaszcza wśród miłośników takich wieeeelkiiich, na koooołaaaach, które robią PUFFF PUFFF i duuużo paaary jest na około! Nawet mówią, że w tym mieście to wszystko pełną parą! Chciałam się więc dowiedzieć, co to takiego z tą parą jest, bo u nas nigdy takiego czegoś nie widziałam, a stworzenie ze mnie ciekawskie bardzo. Biurownicy potwierdzą! Zawsze łeb im wpycham, gdzie się tylko da...

Pierwsza do nas przyjechała Butelka. To było jeszcze w zeszłym roku, jesień była w pełni...


Butla to taka po prostu FAJNA psiolaska. Do pogadania, do pochodzenia po lesie, do wysłuchania, do pogłaskania też. I uśmiechać się umie, o:


Nie ma co czekać, Butla jest gotowa do wymaszerowania ze schroniska. Tylko najlepiej do domu bez schodów, bo coś jej się porobiło z tylnymi łapami i niekoniecznie jej się dobrze chodzi między piętrami... Chyba miała jakiś wypadek kiedyś, czy coś. 

W każdym razie, pytałam się ją o te wielkie na kołach, co parują, ale powiedziała, że nie pamięta, czy widziała, a poza tym, to ona nie była z samego tego miasta, tylko ją znaleźli, jak łaziła gdzieś niedaleko i potem jak ją przewieźli do przytuliska, to akurat chyba nie jechała obok niczego, co by parowało...

Za to Butelka doskonale pamięta i kazała przypomnieć, że jest wpisana na listę Szukających Miłości Staruszków! Znaczy, że jak stawy zaczną jej dokuczać albo wątroba, albo coś innego, co się psuje, jak pies już trochę po świecie człapie, to schronisko pomoże w leczeniu! I Butelka będzie miała zapewnione posłanko, miseczki, smyczkę, szeleczki i co tam jeszcze będzie trzeba. Czyli nie ma co się bać, że starszy pies to wydatek. Nasi pomogą! 

Skoro Butla nie wie nic o parujących na kołach, to pobiegłam do Kasztanka.


- Kasztan! Widzia........................... niech to psia stopa kopnie.......

- Hę? Po głosie poznaję, chyba Sońka, tak?

- Yyyyy... taaaak, Kasztan, to ja. Nic, nic, nic się nie stało, yyy, co tam u ciebie?

- W porządku.... Nie najgorzej... trochę chłodno jest, więc jeśli pozwolisz, spać pójdę z powrotem do budy, coo?

- Idź, idź! Dobranoc!

Niech to! Co za niemądra psiobaba ze mnie! Mało się nie zbłaźniłam... Przecież Kasztan ledwo widzi, a ja się chciałam pytać, czy widział te duże na kołach, co to pełną parą podobno! Jeszcze by mu się zrobiło przykro, on taki jakiś... delikatny... Zresztą widać od razu.

Zanim trafił do przytuliska w mieście buchającej pary, Kasztan został wyłowiony z jakiejś studzienki. Szczęście, że się nie połamał i jeszcze większe szczęście, że znaleźli go młodzi dwunożni i wezwali kogo trzeba! Z przytuliska psiak trafił do nas, gdzie na pewno niedługo ktoś go wypatrzy i adoptuje... Nie ma co się bać niedowidzących oczu, Kasztanek sobie radzi pięknie. Uwielbia kontakt z człowiekiem, a do głaskania żadne oczy nie są potrzebne, a jak głos i zapach wyczuje, to on już będzie wiedział, gdzie iść i trafi bezbłędnie! Trzymam kciuki...

Z tego samego przytuliska przyjechał jeszcze Reksik.


Do niego to wolałam nie iść, żeby się pytać... Słyszałam, że nie przepada z płcią piękną. Może to o dwunożnych chodzi, ale kto wie, ja tam ryzykować nie będę.

A on mógł widzieć to, czego ja nie widziałam, bo on się ponoć szwędał po mieście. W końcu bezczelnie wlazł komuś do ogródka, a tam bardzo sprytna pani jakoś go zaprowadziła do kojca i tam zamknęła. Odważna! 

Trzeba przyznać Reksikowi, że jest nadzwyczajnej urody... I ten włos... Słyszałam też, że zna komendy! I "siad", i "do mnie", i "zostań", inteligent... Może był jakimś stróżem? Może mu się znudziło, a może firmę zamknęli i stróża na bruk? Nie wiem, nie dowiem się. Może kiedyś... następnym razem... Na razie niech się przekona trochę i wyluzuje. Nie żeby on teraz jakiś zły był! Ale tak wszystko nowe teraz dla niego, to niech wypocznie i przywyknie do nowego miejsca.

No to wracam do biura. Ech... wyszło, że się nie dowiem, będe tak żyć w nieświa...

- Soooniuuuu...!! Sonieczkuuuuu!!! To ja! Stefek! Soniuniuuuu!!! Chooooodź!



- Matko Suczko, co krzyczysz? O tobie było w niedzielę, kto to widział takie parcie na szkło mieć...

- Ale ja pasuję do tematu... Ja też z tego przytuliska...

- No dobrze, ale byłeś już, to niesprawiedliwe by było...

- Ale Sonieczku.... Ja WIEM, co tak paruje w mieście pary...

- Jak to WIESZ??

- HA! A wiem! Bo jak mnie znaleźli, to byłem caaały skołtuniony i brudny. No to wozili mnie po mieście to na leeewooo, żeby wykąpać, potem na praaaawooo, do weterynarza, potem znów na leeewoooo, żeby obciąć... i naoglądałem się! Wieeelkieee, dymiąąąceeee i robiło PUFF!

- I co? I co?? I co??? Mówże, bo ja, taka poważna redaktorka nie mogę tak nie wiedzieć, jak to takie słynne...

- No to uważaj... To się nazywa... CIUCHECIA!

- Ciuchecia?? W życiu nie słyszałam o czymś takim... coś kręcisz...

- Jak własne loczki kocham! Wpisz sobie w ten, no... internet "ciuchecia Wolsztyn", bo tak się nazywa to miasto, z którego wszyscy przyjechaliśmy i wyjdzie!

- Żebyś wiedział, że sprawdzę! ...żebym ci nie musiała jakiegoś loczka uciąć... Teraz lecę, bo znów wyszło, że nie umiem krótko opowiadać... Niech to... Czytalność mi spadnie...


Żadnego loczka jednak Stefanowi nie utnę. Ciuchecie... TFU! Ciuchcie istnieją... Faaajne, zaparowane i robią PUF! Stoją w Wolsztynie i czekają z pustymi brzuchami!

Nasze zwierzaki też czekają. Mają pełne brzuchy i ciepłe budy. Serca wypełnione wolontariuszami i pracownikami... Każdy jednak chce kochać tego jednego, jedynego dwunożnego...

Czekają... i tak jak ciuchcia robi "PUF, jak gorąco", tak one wzdychają co rano - UCH... może dzisiaj pójdę do domu...?

PUFF... pójdą...?

UFF.... muszą...

niedziela, 5 kwietnia 2015

O dłuuugich uszach, czyli dzisiaj wszyscy jesteśmy zającami!

- Soońka, ale szalejesz... Może się nawąchałaś jakieś miętkiejkoci czy kocimiętki, czy może tabletki jakieś pomylili... Albo wiem! Czaisz się zawsze, to pewnie pożarłaś jakieś tej naszej z tacką!

- Nnnieeee... Nie wiesz, że dzisiaj jest dzień zająca?? Mówią niby, że jakaś Wielkanoc, czy coś, ale na około pełno baranów, zajęcy i kurczaków! Zwierzaki nasze też dzisiaj różowo-zajęcowo-uszate!

Wyrosły Stefanowi, ale jemu oklapłe...

 

W końcu jest spanielem! A przynajmniej mocno w typie. I super, że z ogonem! Kiedyś się obcinało, a teraz na szczęście jest to zabronione... Nawet sobie pomerdać potem nie można... Stefek przyjechał do nas z miasta pociągów - Wolsztyna. Ponoć już jest panem w średnim wieku, ale po spanielu nie poznasz! Radosne to, ciągnące na smyczy, niuchające na lewo i prawo, taki spanielowaty i od środka i od zewnątrz. Tylko czy ktoś zobaczy w nim młodego duchem psa czy tylko starszego wiekiem...?

Koty też dostały różowych uszu dzisiaj! Na przykład Turkus.


Wygląda może mało ciekawie, ale mało kto, kiedy jest chory, wygląda szczególnie pięknie... Turkus właśnie trafił do nas mało zdrowy, ale jego kociorganizm okazał się niezniszczalny i z pomocą różnych tabletek i innych takich nie-do-końca-przyjemnych dochodzi do siebie. Za jakiś czas pewnie ta nasza fotografka zrobi mu bardziej eleganckie zdjęcia, o ile ktoś go wcześniej nie adoptuje, bo ponoć przylepa z niego straszna! Ponoć, bo mnie do sierściuchów nie wpuszczają... Oj że powarczę trochę... No i co wielkiego! 

Gibol też się usznie zaróżowił!


Teeeen to jest kocur nad kocury! Widać zresztą, poliki ma jakby grał na trąbce od urodzenia! Też choroba go dopadła - oczy ma takie maciupkie, bo mu się zawijają do środka. Za mało się dziwi, od razu by mu gałki oczne na wierzch wychodziły! Wyluzowany widocznie, tyle drzemał, że aż same ślipia zaczęły mu się zamykać... Nic fajnego z tymi powiekami, ponoć drapie, szczypie i swędzi... Będzie miał operację i znów obejrzy świat pełnią źrenic! Każdy, kto chce pomóc -> U góry po prawej jest zdjęcie śmiesznego psa z miską. Jest tam napisane ZBIÓRKA NA BURKA. Jak się kliknie w tego psa, to od razu wyskoczy strona ze zbiórkami na nasze zwierzaki, między innymi na Gibolka. Można przelać monetkę albo papierek, dowolnie, ile kto może. Obiecuję nie warczeć więcej na sierściuchy! A przynajmniej mniej... troszkę...

Wracając do uszu - najpiękniejsze ma uszy dzisiaj Rafiś! 


Rafiś już u nas był, ale nie pamięta... Szczeniakiem był wtedy. Tak mu się jakoś niefortunnie trafiło... Są domy, do których żadne zwierzę iść nie może, ale niestety nijak są te domy nieoznaczone. Powinny mieć wielkiego, czerwonego balona na dachu albo w oknie i transparent "tak naprawdę nie szukamy przyjaciela i nie wiemy, po co nam pies, ale weźmiemy, bo może będzie fajnie". W każdym razie Rafiś jest u nas i czeka... Młody jest, roku jeszcze nie ma, teoretycznie powinien znaleźć dom niedługo. Oby tym razem naprawdę dobry!

Nam z Hedarem nie wyrosły różowe uszy, ale nie chcieliśmy być gorsi, więc sobie założyliśmy, żeby nie odstawać wyglądem, o!


Chcieliśmy życzyć wszystkim Czytacielom zdrowych i wesołych świąt! Wesołego jajka, ogromu jedzenia, masy radości i nabierania sił na spacery z nami ohohohoho! Prawda, Hedarku?

- Prawda! 

- A jak już się nasiedzicie i najecie, i znów nasiedzicie... To przypomnijcie sobie, że spacery są zdrowe i bardzo wskazane! Przyjdźcie do schroniska, u nas cała chmara psów będzie gotowych pomóc Wam spalać te wszystkie pyszności!

Wasza najulubieńsza blogowa Sonieczka i... Wasz ulubiony spowalniacz biurowy - Hedziutek.

środa, 1 kwietnia 2015

O szczęściu bez psio-psilisowych żartów!

Ponoć dzisiaj jest jakiś PSI-ma A-PSI-lis... Jakoś tak... Już mi dzisiaj próbowali wcisnąć, że mam kolejnego siwego włosa i brudne kudełki na lewym boku, a Hedarowi wcisnęli, że kolacji nie będzie przez miesiąc jadł, bo za dużo waży. Nie z nami te numery! Ale byście widzieli, jakie wielkie oczy mu się zrobiły...

Ja samą prawdę będę pisać, żadne tam, że od dzisiaj wszystkie psy będą nosić skarpetki i pilnie poszukujemy dzwoneczków na kocie ogony. Chociaż mogłabym... aaaaaleee nie! Zbyt dobry humor mam!

BOOOOO....

Przebiłam Bulbę!!! To niemożliwe!!! W marcu było ponad 6000 (ponad SZEŚĆ TYSIĘCY) wyświetleń bloga! AAA!!!!! To o tysiąc więcej niż miała Bulba!


Wasza najukochańsza Sonieczka DZIĘKUJE z całego psiego serducha!

To nie jedyna dobra wiadomość! Ooootóóóż.... Do domu pobiegł Świdro! Było tutaj o nim nie raz. Piękny, puchaty, mięciutki, bezłapy...


HA! Żart! Kto się nabrał!? Świdro oczywiście miał łapki, tylko tak się lubił kłaść po kociemu...


Jeszcze jedno Świdra wyróżniało. To, że tak od razu nie pokazywał, że jest pocieszny i sympatyczny. Ot musiał sobie trochę pokłapać zębami na początku znajomości, musiał sprawdzić, czy ktoś jest wart tego, żeby zamerdać na jego widok ogonem.

Pewnego pięknego dnia, pewna para zobaczyła Świdra... I to była miłość od pierwszego wejrzenia. Przynajmniej od strony dwunożnych... Ona miała kiedyś podobnie umaszczonego psa, On natychmiast powiedział, że Świdro będzie ich, ten i żaden inny. Oczywiście, że Świdro przy pierwszym kontakcie próbował użyć zębów! Aaaaleee jak tylko zobaczył, że On się nie zraził zupełnie, że tak czy siak CHCE go poznać i to najwyraźniej coś poważniejszego... Świdro zakochał się w jednej chwili! Później kilka razy spotykali się w schronisku, gdzie radości na spotkaniach końca nie było! Aż nadszedł wielki dzień i wszyscy podreptali do domu.

Dostaliśmy filmik. Należący do tych, które powodują szczerzenie się u ludzi, a u psów obijanie ogonem ścian! Sami zobaczcie, Świderek czeka na pańcia, a potem...

video
(tutaj powinien być filmik, mam nadzieję, że się wyświetla, starałam się bardzo, żeby był...)

Jedna nasza, która Świdra znała prawie od podszerstka i pomagała w zapoznawaniu, poryczała się ze szczęścia, jak to zobaczyła... 

Szczęście!

Nie tak dawno też poszczęściło się takiemu jednemu dużemu, co to też się zastanawiałam, jak to z nim będzie, bo musi się znaleźć ktoś odważny, kto nie da sobie na głowę wleźć! Baca mu u nas na imię dali, bo to owczarek podcha... nie... podHalański. 


Trafił do nas, jak jakiegoś dwunożnego użarł. Baca w pełni usprawiedliwiony był, ten ktoś nie dość, że szedł od krawężnika do krawężnika, nie dość, że chuch miał mocno nieciekawy... To jeszcze tak się zamachnął butem, że Baca by dostał...ale był szybszy! Zresztą wtedy psisko było też bezpańskie, to lepiej, że trafiło do nas, niż miałby kolejną noc spędzić pod sklepem.

Raz Baca już był w domu, ale się okazało, że opiekun nie dość był pewny siebie, a psisko doskonale czuje, kiedy może sobie pozwolić na zbyt dużo. Jak sobie pozwoli raz, drugi, trzeci, to potem cięęężko jest przekonać psa, że ma swoje miejsce w szeregu trochę dalej niż na przedzie!

Baca do nas wrócił i czekał dalej... Aż pewnego dnia zjawiła się dwunożna. Z daleka. Po Bacę. Nie wiem, czy dzwoniła wcześniej, że będzie, czy tak po prostu wstała rano i zdecydowała się, że jedzie. W każdym razie - przyjechała. Nasi poszli po Bacę. Poznali się, wszystko w porządku. No to na spacer. Kawałek nasi z nią poszli... Ale jak zobaczyli, że tylko tej dwójce zawadzają, zostawili ich samych...

Okrążyli kawał lasu, wracają. Widać z daleka, że Baca idzie wyluzowany, ogonem zamiata na dwie strony, jakby mu pani naobiecywała po drodze stosu mięcha, byle dobrze wypadł!


Później standardowo - Baca poczekał przed biurem, dwunożna podpisała umowę i odebrała jego kartę. Potem wszyscy stali i nie wierzyli. Ta pani naprawdę zaczarowała tego psa! Baca podszedł ze swoją nową opiekunką do samochodu. Pańcia otworzyła drzwi, nasi się pochowali za czym się dało, bo nikt nie chciał Bacy wciągać do samochodu... Ale psisko wsadziło łeb, powąchało, podumało nad rozłożonym kocykiem iiiii wtarabaniło się jak gdyby nigdy nic na tylne siedzenie! Odjechali w siną dal...

Szczęście...

------------------------

A co u Bulby?

(to stare zdjęcie, ale jakże prawdziwie bulbowe!)

Bulbowy pańcio - jeden z naszych stróży - spędza teraz stróżowe noce w schronisku samotnie. Znaczy ze mną i z Hedziem, ale bez tej małej kluski z nibynóżkami siedzącej na ławie w kuchni, ta czeka na niego w domu. Za to jak stróż nocuje u siebie, albo odsypia po pracy - Bulbka śpi razem z nim, bok w bok, ciałko przy ciałku, brzuszkiem do góry, majtając nibynóżkami w powietrzu, kiedy śnią jej się OBCY do przegonienia spod domu... U kogo miałaby lepiej ta niepewna siebie suczka kłapiąca na obcych zębami, która SWOJEMU stróżowi zaufała bezgranicznie zanim jeszcze w jego głowie zakiełkowała myśl, że to właśnie z nim Bulba będzie najszczęśliwszym sierściastym kartofelkiem na świecie...?

...SZCZĘŚCIE...