Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łatek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łatek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 czerwca 2016

Nigdy nie mów "Nie chcę go, będzie ze mną za krótko"...

...bo kiedy tak powiesz, to psie albo kocie serce popęka na miliardy malutkich kawałków i nie wiem, czy zdążymy je skleić... Bo kiedy tak powiesz, to i nasze serca popękają, bo to będzie oznaczało, że i nam tak ktoś kiedyś powie i odejdziemy nie będąc chociaż przez chwilę dla kogoś kimś najważniejszym na świecie... 

Hepi nikt tak nie powiedział. Hepi ktoś zapakował w samochód i powiózł do miejsca, gdzie miała zostać już na zawsze... i została. Tylko tak... inaczej...

Hepi mieszkała u nas w biurze. Niedługo, ale miała czas dać się poznać jako kochana, chociaż zadziorna zazdrośnie psiolaska. Stała się naszą współpsiolokatorką, bo w jej ciele rozsypały się guziki. Nie mogli ich tak po prostu wyjąć, było ich za dużo i w takich miejscach, co to się trudno dostać. Hepi witała przychodzących i wpatrywała się w każdego smutnymi oczami. Miała chyba nawet smutniejsze oczy od moich! O, tutaj leżymy razem...



Prawie tak duża jak ja! Chociaż ona sięgała do kolana, a do mnie nie trzeba się schylać, żeby pogłaskać. 

Tutaj jest z Aro:


Nie wiem, czy Hepi wiedziała, że nasi się zamartwiali coraz bardziej, bo chude ciałko było coraz bardziej zmęczone, a oczy smutne... Czasu było coraz mniej, chociaż nikt nie wiedział, ile... Mało. Ile to jest mało...? 

Pewnego dnia jednak przyszedł ktoś, ktosia właściwie, bo to laska dwunożna była. Powiedziała, że Hepi zabiera. I koniec, i już, i tak po prostu takie piękne rzeczy też się dzieją...

Teraz przekażę opowieść Hepi'owej Opiekunce... 

"Hepi przyjechała do nas w niedzielę wieczorem. Samochodem, na tylnym siedzeniu. Uzupełniła nasze stado, została trzecią suczką. Była u nas 5 dni, potem odeszła...

Przywitała się ze stadem grzecznie i poszła oglądać dom, dreptała, dreptała, dreptała do późnego wieczora.


We wtorek Hepi wyruszyła ze mną do pracy, bo zastrzyk, bo leki i po przycięcie pazurków.

W biurze była bardzo grzeczna, na zastrzyku już mniej - oj nie lubiła Hepi zastrzyków. Za to przycięcie pazurków w porządku, jak prawdziwa suczka - chciała być ładna :-)

Potem wizyta w ZUSie i tu zdarzyło się stado cudów.

Cud pierwszy - nie miałam drobnych na parking, upał nieznośny, sklepy daleko, Hepi w samochodzie nie zostawię nawet na 3 minuty, co robić? Nagle ktoś do mnie macha, kolega z dzieciństwa, z innego zupełnie miasta - hurra, happy - mamy dwa złote na parking.

Cud drugi - panie z ZUSu wpuszczają nas do środka mimo groźnym napisów na drzwiach, że psów nie wolno wprowadzać.

Cud trzeci - nasza sprawa wymagała wizyty na wysokim piętrze i spotkaliśmy tak miłą panią, która przywiozła nam papiery, pozwoliła podpisać je na kolanie, zawiozła do góry, przywiozła oryginał.
Dziękujemy.

Panowie ochroniarze za to jak zawsze na posterunku, wyprosili nas z korytarza, a potem próbowali przepędzić spod drzwi, "bo to zwierze kogoś pogryzie, a jak prezes będzie przechodził?". Nie wiem, jak Hepi, ale ja miałam ochotę ugryźć jakiegoś prezesa - niestety nie przechodził.

Szczęśliwe wróciłyśmy do domu, gdzie Hepi pochwaliła się, że ma zęby, naszym suczkom, potem kotom i w międzyczasie mi, bo chciałam ją wyjąć z samochodu, a ona chciała jeszcze posiedzieć.


Hepi najpiękniejsza była gdy zbiegała z górki, wtedy wyglądała jak zdrowy pies. Nabierała rozpędu i gnała te 2 czy 3 metry. A jeśli górka kończyła się wodą, to Hepi była w raju. Uwielbiała wodę, żadnej kałuży nie przepuściła. Na ostatni spacer nieśliśmy ją na rękach, żeby sobie mogła po wodzie pochodzić, dziurkę w plaży wykopać.


Było też ognisko, Hepi leżała na leżaczku, pod grubą warstwą kocy. Wyglądała na bardzo zadowoloną, że może tak spać, gdzie cały czas jakaś ręka ją głaszcze.

Ostatni nasz wspólny dzień... Rano nie chciała zjeść leków, mimo serków, pasztetów, kurczaczków. Dałam jej chwilę pomyśleć i po godzinie zjadła leki i śniadanie, serdelka i chleba z serem, bo Hepi miała zasady. Psiego żarcia nie ruszyła, obojętnie czy to był Royal czy Puffy, nie i koniec. Ludzkie żarcie, to co innego. Lubiła rosołek, z marchewką i mięskiem.


Odeszła po cichutku, położyła się na posłaniu i tak już została...

Niby wiedzieliśmy, że bardzo chora, że na krótko, ale że aż tak krótko... Leży w ogrodzie pod jabłonką, z poduszką, na której lubiła kłaść głowę. Przez to, że była u nas tak krótko cały czas boję się, że ją zapomnę. 


Pamiętajcie z nami o Hepi, co lubiła wodę, warczała na inne psy przy głaskaniu, i wolała ludzkie żarcie od psiego."

Nie wiem, jak Wy, ale ja ledwo klawiaturę teraz widzę, tak mi się wszystko maże.... Coś mam chyba z oczami, muszę Tabletkowej zgłosić...

Nie zapomnimy Hepi. Tak jak nie zapomnimy psów, które ostatnio pożegnaliśmy, a które nie miały tyle szczęścia, co ona.

Na ostatni spacer wybrał się Łatek z Magusem...


Razem mieszkały, razem spały, zgodnie też stwierdziły, że już wystarczy, już nie dają rady, nie doczekają, nie mogą dłużej... Spacery stały się dla nich za ciężkie, głównie już odpoczywały opowiadając sobie historie z młodości... Magus z Łatkiem razem, łapa w łapę, wymaszerowały na drugą stronę mostu... Nasi ich żegnali siorbiąc nosami i pozwalając łzom kapać na miękką sierść...

Niedługo za nimi powędrował Gogol...


Do jesiennego owczarka przyszła zima... Tak bardzo chciał jeszcze chodzić na spacery razem z dwunożnymi kumplami... Jego łapy nie chciały i ani prośbą, ani groźbą, ani lekami nie szło ich zmusić do tego... Od leżenia porobiły mu się takie rany brzydkie, chociaż nasi go przecież oglądali z każdej strony! Starość jest taka podstępna... ...nasi nie chcieli dłużej czekać... Gogola żegnało całe schronisko, a niektórzy nawet specjalnie przyszli się pożegnać... 

...one nie były jedyne, którym zostało "mało czasu". Są u nas takie zwierzaki, są też w innych miejscach... Jeśli jedynym argumentem dwunożnego jest "będzie ze mną zbyt krótko"... to to nie jest argument... Taki pies przyjdzie, potem odejdzie i wyrwie kawał serca... ale wspomnienia będą zalepiać tę dziurę... Na końcu zabliźni ją świadomość, że to był dla tego zwierzaka najlepszy, najpiękniejszy czas, jaki mógł przeżyć przez ostatnie miesiące czy nawet lata...

Pamiętaj, że nie dajesz tylko domu. Dajesz spokój; poczucie bezpieczeństwa i miłości; dajesz poczucie tej wyjątkowości, bliskości, dajesz ciepło, dotyk, troskę, opiekę; dajesz SIEBIE, a to najważniejsze i największe, co możesz dać... Dajesz piękne wspomnienia, spokojny sen i najpiękniejsze poranki... 

...dajesz cały świat... 

Nie da się go policzyć na dni, miesiące czy lata. Każdy dzień dla zwierzaka, któremu zostało "mało" jest tak długi, że gdybym miała Ci to opowiedzieć, to by nie starczyło nam wieczności...

...pomyśl o tym... 


niedziela, 13 grudnia 2015

To się narobiło... Ich trzech, a miedzy nimi wielkie low!


- Szorti! Chodźże tu! Pora najwyzsza się przywitać! Tutaj siadaj, dawaj łapki na klawiaturę i się witaj!

- Tuuu?

- Tak, tu. Witaj się.

- No dopra... Dzień Dopry Czytacielom, jestem Szorti. Tak ładnie?

- Ładnie. A teraz cię pokażemy.


- I powiedz coś o sobie...

- Ale co... Ja nie umiem o sopie... Mam krótkie łapki, sierść mam za to dłuższą trochę, mówią, że ładną, taką szarą z czarnymi maziajkami. Cieszę się, że tu jestem, zawsze to lepiej niż chodzenie po mieście, tu mnie żaden samochód nie potrąci... Od jakiegoś czasu mieszkam z Dżokejem i Pidkiem w piurze...


- Z BIDKIEM w BIURZE...

- No piszę przecież. Z Pitkiem w piurze. Merdam do każdego, tęskno mi do ludzi... Wgapiam się w nich, wciskam czasem pod pachę, ale nienahalnie, nie umiem tak pezczelnie... Dżokej, a to juuuż? Mówiłeś, że wieczorem pędziemy ważny komunikat krzyczeć. To tutaj?

- Tutaj i teraz! Dawaj, wspólnie napiszemy dużymi literami, to będzie znaczyło, że krzyczymy:

BIDEK PO OPERACJI!!! OPERACJA SIĘ UDAŁA!!! W NIEDZIELĘ DO NAS WRACA!!!

Operacja była w piątek. Już w piątek wiedzieliśmy, że poszło dobrze, ale jeszcze ostrożnie ten psiowet tam mówił. W sobotę jednak nasz Kiero zadzwonił iiii widać było, jak zęby pokazuje od ucha do ucha! Znaczy wszystko dobrze! Jutro (my to piszemy w nocy, a Czytaciel czyta w niedzielę, więc dla Czytaciela już dzisiaj) po niego jedzie i znów będziemy wszyscy razem. Szortiego nauczę migowego, więc jak ja nie przełożę, to on to zrobi i Bidek będzie wszystko wiedział, co u nas się dzieje.

Przejdźmy jednak do dzisiejszego tematu. Blisko bramy stoi budynek ogrzewany, w którym miejsce do spania ma 9 psów. Są połączone w dwójki i trójki, do budynku są przyklejone cztery kojce, więc każda ekipa ma swoją miejscówkę ciepłą z wybiegiem. Fajna miejscówka! Głównie dla tych czterołapów, co im już stawy wysiadają... Dla nich ciepełko jest bardzo ważne.

Najbliżej bramy mieszka Łatek.


Zwierz to niemały, ale za to agresji zero! W maskę czarną matka natura go ubrała i przez to się niektórym wydaje, że groźny jest, a to bzdura przecież! Łatek może nie jest wylewny i nie merda ogonem na każdego, tylko tak nieśmiało merdnie i poczeka na zapięcie smyczy... Za to wystarczy poświęcić mu trochę czasu, postać chwilę i zaraz się okazuje, że to tylko poza taka obojętna i nieśmiałość! Łatek sam podchodzi i niby po nic... ale jak tylko zacznie się go drapać po grzbiecie, głaskać, to wiiidaaać, że sprawia mu to przyjemność i chce jeszcze! Kręgosłup mu się posypał i jeździ na rehabilitację razem z Bajerem. Wolontariusze nie mogą się go nachwalić!


Łatek zasypia jak tylko się położy i niech robią z nim co chcą, byle mógł być blisko i byle ten czas się nie kończył... Przylepa wielkości cielęcia, tak można Łatka opisać... Nawet się zgadzają kolory!

Z Łatkiem od dłuższego czasu mieszka Magus.


Ten to jest urodziwy! Czarrrny, ale pysk biały, łapeczki brązowe i te brwi śmieszne! Magus jest łagodny jak baranek i kiedyś był też całkiem zdrowy! Mimo to nikt nie zechciał go wziąć na zawsze do domu... Może gdyby od początku mieszkał w domowym ciepełku, to stawy by mu aż tak nie dokuczały, albo nawet wcale...? Niestety teraz jest jak jest, kręgosłup w rozsypce, Magus wciąż tak kochany jak dawniej. Nasi jego też wożą na rehabilitację.


Dzielny jest bardzo! Już mu się znacznie poprawiło i teraz tylko patrzy, gdzie jakaś psiolaska idzie! Zaraz za nią chce dreptać... jakby mu tylko pozwolili hyhyhy! 

A teraz ich współpsiolokator z kojca! I to właściwie dzięki niemu miałem pomysł na temat! 

Nordi. 


Nordi zamieszkał z Magusem i Łatkiem kilka miesięcy temu. Psiak nie jest wcale stary ani nic też o problemach ze zdrowiem nie wiem, ale miejsce dla niego się tam znalazło, nikomu nie zawadza, a za to rozbawia towarzystwo! Jest strasznie wesoły iiiii pilnuje swoich większych, starszych kolegów pięknie!

Jak tylko Magus albo Łatek są szykowani na rehabilitację, Nordi musi dopilnować, czy aby na pewno wszystko jest jak trzeba, czy kubraczek dobrze zapięty, czy szeleczki nie cisną, dodaje otuchy i dopinguje... Aż go nasi muszą zamykać czasami w tym domku ich, żeby nie plątał się pod nogami!

Co rano też jak wchodzą nasi na obchód, to nie mogą się nie uśmiechnąć na widok Nordiego wtulonego w któregoś z Dziadków... 

Ostatnio też było zabawnie, kiedy przyszli państwo i wzięli całą trójkę na spacer. Magus z Łatkiem mogą wychodzić na krótkie spacery, żeby nie nadwyrężać stawów. Dwunożni poprowadzili wielkopsy i małego przez las, malutkie kółeczko zrobili, wrócili, odprowadzili owczara i łaciatego i stwierdzili, że Nordi mógłby jeszcze pospacerować, bo co to taki krótki spacerek dla takiego młodziaka pełnego werwy!? Zabrali więc go z powrotem za bramkę, przeszli pierwszą prostą, już, już prawie zakręcają... aaaleee Nordi się obraca i yyyy... nie ma kolegów! GDZIE SĄ JEGO KOLEDZY?! Nie ma... Nooo to on nigdzie nie idzie! Dwunożni musieli wrócić, Nordi wleciał do kojca, sprawdził, czy staruszki na miejscu... uffff, wszystko w porządku... 

Widzicie, taka miłość też wśród psów! Pewnie, że po adopcji Nordi będzie tęsknił, pewnie, że na spacerach się rozejrzy, ale nie sugerujcie się tym. Nordi potrzebuje dobrego domu, w którym będzie miał swoje posłanie, będzie miał swoją rodzinę, codzienne spacery, spokój do spania i trochę szaleństwa przy zabawie... Pokocha swoich dwunożnych na zabój! 

Magus z Łatkiem też potrzebują domu... Bardzo potrzebują... Takiego z odpowiedzialnymi dwunożnymi, którzy będą pamiętać o tym, że staruszki muszą grzać stawy, a od czasu do czasu muszą podjechać na ćwiczenia...

Wszyscy czekają na miłość i ciepło, serca im się wyrywają... Dobrze, że mogą chociaż do siebie nawzajem się przywiązać...

Pozdrowionka! Następny post na pewno już napisze Bidziu!
Dżokej.
I Szorti!

środa, 25 lutego 2015

Wsadźcie sobie te kolczatki w...! ...kieszeń...

- Hedziu! Miałes kiedyś kolczatkę?

- Nie pamiętam... ale duży jestem, silny... byłem... To może miałem? Nie pamiętam.

- Przecież to jest jakieś NIENORMALNE! Ja nie rozumiem, w głowie mi się nie mieści (chociaż małą mam), jak można skazywać zwierzaki na takie coś!

Bo co? Bo pies wielki? A to się nie widziało, jakiego się bierze do domu?
Bo ciągnie? A to nie łaska uczyć, że nie wolno?
Bo nieposłuszny? Jakby się od początku pokazywało, kto kogo ma słuchać, to by nie było problemu.
Bo dorosłego się nie nauczy? Bzdura jakaś, młody załapie, dorosły załapie, tylko CHCIEĆ trzeba mu pokazać!

Nie łaska iść do psiego przedszkola czy szkoły? Łatwiej psu kolce założyć i co, i ma być super, tak? Nagle piesek się słucha, tak?? A że z jego szyją dzieją się rzeczy takie, że strach myśleć, to już nieważne, PRAWDA???

- Bulbusiu... Oddychaj... Powietrza nałap w płucka i na spokojnie... 

- PUFF PUFF pufff.... doobrze, na spokoojnie... Zacznę od innych przykładów najpierw tego szyjnego barbarzyństwa.

ŁAŃCUCH. Pies na łańcuchy może być. Niestety, ale tak ktoś kiedyś wymyślił, tak zostało zapisane i z tym się nie wygra. Jest napisane co prawda, że taki łańcuch, sznurek, linka czy cokolwiek (bo ogólnie się to UWIĘŹ nazywa) ma mieć minimum 3m. Tyle chociaż dobrego dla tych łańcuchowców... Nigdzie jednak nie jest napisane do czego ten łańcuch ma być przyczepiony. Znaczy za co. Znaczy co ma być między łańcuchem a psem. Czasami nie chce się szukać chociaż parcianego paska, więc koniec łańcucha jest opleciony wokół szyi i po prostu przypięty do któregośtam ogniwka. Jak pies młody, to tych ogniwek na szyi mniej, ale jak pies rośnie... Nie, niektórzy nie widzą powodu, żeby ogniwka dokładać...


Tak, na zdjęciu jest szyja. Wiem, czyja! Miśka IV. Sierść się wytarła, skóra niebawem by się zaczęła też przecierać. Zwłaszcza, że psisko młode i żywotne! A w zimie jak musiało mrozić... Nie dość, że wiało w łysą skórę, to jeszcze zamrożone żelastwo się tam przesuwało!


Tak, to ten sam Misiek! Błyszczący, sierść odrosła, szyja pokryła się tłuszczykiem... Psiak nadal żywy, nadal młody, nadal w schronisku...

Lecimy dalej!


To też psisko od nas. Znaczy suczka. Zmarł jej właściciel, więc żeby nie sprawiała kłopotu, przypięli ją do łańcucha i zamknęli w komórce. Łańcuch ciasny, sierść pod nim już odbarwiona, co za ulga, kiedy wreszcie udało się ogniwa przeciąć...

 

To jest ta sama suczka, Sierra. Słynna u nas przez to machanie! Sierść na szyi pięknie odrosła, wszędzie indziej też! Kto ją poznaje - nadziwić się nie może, że wciąż czeka na swojego jedynego człowieka... Jest duża, może odstraszać na spacerach, warknie czasami nawet na obcych, czasami poważna, czasami radosna jak szczeniak. Czeka cierpliwie...

O kolczatkach mieliśmy...


Widzicie?? Tam, między kudełkami, takie ledwo coś widać, metalowe... No, to jest właśnie kolczatka. Nikt jej nie zdejmował, bo po co? Łatek (bo to on jest na zdjęciu) nigdzie się nie wybierał bez niej, ani do spania, ani na spacer. Zresztą, jaki spacer... Pilnować miał i koniec... Była buda... znaczy barak bez ściany, w środku (chociaż prawie na zewnątrz) był brudny, mokry materac. Gdzieś tam było przypięty jeden koniec łańcucha, drugi koniec przypięty był do kolczatki, która wplątała się na stałe w Łatkową szyję... Fajnie, jak tak drapie ciągle, kłuje, przeszkadza? Szyi nie można położyć na ziemi, bo wtedy już całkiem można dostać fioła!


Pierwsze co nasi robią przy takich obrożach, to albo ją odwracają albo zdejmują. Łatkowi już szyja dawno odpoczęła, kudełki już dawno wybielały w tamtym miejscu. Psisko już dawno doszło do siebie... Wciąż jednak nie może się doczłapać do domu... Wciąż nikt go nie chce tam zaprowadzić...

A teraz powód mojego początkowego zdenerwowania. Zwolenniku kolczatek, osobo, która zakłada ją "tylko na chwilę, na spacer, bo nie mogę utrzymać psa", spójrz. Spójrz na Walentynkę i powiedz, że kolczatki są potrzebne.


Tak, to właśnie zrobiła kolczatka. Ile czasu nie była zdejmowana? Ile czasu minęło od powstania pierwszego przetarcia do krwi do czasu, kiedy suczka została znaleziona? Ile czasu bolało i piekło??


Spójrz na nią i powiedz, że jest przecież psem w typie husky! Jest żywiołowa i dużo biega, a ile można się szarpać? Powiedz, że dobrze jej tak, bo nie słuchała!

Nie, to człowiek jest winny. Zawsze.

Bo nie dostosuje rasy, wielkości i charakteru do siebie.
Bo stwierdzi, że szczeniaczek jest za młody, żeby zacząć go szkolić.
Bo uzna, że dorosłego psa już szkolić nie warto, bo się nie nauczy.
Bo założy psu kolczatkę i stwierdzi, że problem rozwiązany.

Uwierał kiedyś kogoś malutki kamyczek w bucie?
Skrobała po plecach metka?
Gryzł wełniany sweter?

Pomyśl, że możesz się od tego uwolnić... Możesz kamyczek wyrzucić, metkę obciąć, sweter ściągnąć... Psiak kolczatki nie zdejmie... Zacznie się tylko denerwować, bo ciągle coś mu przeszkadza. Pojawi się frustracja, bo ciągle coś kłuje. Ale człowiek pomyśli, że pies nie chce słuchać, że jest oporny! No to SZARP za kolczatkę mocniej!

Ktoś powie "ale ja nie szarpię, to ma tylko sprawiać, żeby nie ciągnął". Psiekstra... Wystarczy założyć sobie kolaczatkę na rękę chociażby, przebiec się, pochodzić, poskakać. Boli? Niewygodnie? No właśnie...

Nie ma innych rozwiązań na żywego psa? Są! Sama słyszałam opowieści wolontariuszy czy odwiedzających. Oczywiście, że też mają takie problemy, ale kochają swoje psy (i nasze, bo nasze też uczą!) i poświęcają im czas, są konsekwentni, współpracują z psimi nauczycielami... Da się...


Jedno napiszę, ostatnie. Każdemu, kto nie chce pozytywnie szkolić psa, kto uważa, że kolczatka to jest jedyne lekarstwo, bo to przecież TYLKO szyja i TYLKO pies i to jego wina...

Wsadźcie sobie te kolczatki w...

- BULBA!

- oj wiem, Hedziu... ...w kieszeń...

niedziela, 15 lutego 2015

O borze szumiący... jesteśmy tacy PIĘKNI!

- Bulbaa, a co ty taka się zrobiłaś... ogonem zakręcisz, łapy w jednej linii próbujesz stawiać, nie gibiesz się, jak kiedyś, przeglądasz się w szybach... nie poznaję koleżanki!

- Ach, bo Hedziu! Takie mi zdjęcia zrobili! Ja nie wiedziałam, że jestem taka PIĘKNA! 

- Siedzisz ciągle w szatni, się nie dziw, że sama nie pamiętasz, jak wyglądasz w świetle...

- Ooooj tam, co ja poradzę, że to najlepsza miejscówka... Poproszę tego naszego majsterkowaciela, żeby mi zamontował jednak lampeczkę pod ławką...

Tak na serio, to odwiedzają nas ostatni tacy jedni dwunożni, Tadeusz i Kamila, z masą jakichś różnych rzeczy to postawienia, powieszenia i leżenia. I oni mają takie czarne skrzyneczki, jak ta nasza fotografka, takie wiecie, wypasiste (czy jak to się tam mówi teraz...). Wiedzą też, gdzie przesunąć, gdzie przycisnąć, jak spojrzeć, żeby potem było tak... ŁAAAŁ.... Czary mary... Się pies nie spodziewa, że jest taki... ujmująco-czarujący... A oni to jakoś tak wydobywają z nas, tak jakoś w tych czarnych skrzyneczkach chyba się tacy robimy... Jakoś przez nie widać więcej, czy jak... W dodatku się super dogadali z tą naszą fotografką (KasiaKa na nią mówią... czy jak... bo u nas dwie Kasie, to ta jest KasiaKa) i jak się zbiorą i zaczną coś o przesłonach, iso, świetle, ostrości gadać... pisałam, że czary mary!

Ja nie będę siebie od razu pokazywać, bo zemdlejecie z zachwytu i nie przeczytacie do końca! Najpierw pokażę...

Moko. Moko jest strasznie rozgadany, ciąąągle by coś opowiadał! A to, że śniadanie było 5 minut wcześniej niż zwykle; a to, że dzisiaj sprzątała ta, a nie tamten; a to, że wolontariuszka była u niego, ta, co biegać lubi... Jak mu zamknąć paszczę? Patyczkiem! Znaczy dla niego patyczek... to ja bym obiema łapami nie objęła, ale najważniejsze, że Moko był przeszczęśliwy:


Butelce też zrobili zdjęcie na spacerze. Ten wzrok, to oko, ten pychol siwy, wzrok taki, że każdy powinien chcieć, żeby się psiur na niego patrzył w taki sposób właśnie...


Nie tylko na spacerach były sesje! Porozkładali się też w domku dla wolontariuszy. Laaaampyyy, tłooo, takie fiufiufiu, profeska! Dzięki temu mamy teraz takie piękne portrety....

Łatek powinien się nazywać Batman! Cały prawie biały, a na oczach i uszach tak mu się zamalowało. Zapozował jak model - wiedział, że trzeba się popatrzeć w to czarne, okrągłe coś, chociaż przerażające... Łatek był dzielny!
 

Sesję miał też Tiger. Jest takim pięknie staruszowo staruszkowym staruszkiem. Portret, że aż mi żuchwa opadła! Zdjęcie do powieszenia na ścianie, nie ma co! Nad kominkiem! Tigerowi kominek do szczęścia nie potrzebny. Wystarczy posłanko w kącie najzwyklejszego pokoju, byle przy swoich, najważniejszych na świecie ludziach...


Nie tylko psy sesjują! Koty też! Jędrzej miał poruszające zdjęcia, kiedy z łapą musiał się pożegnać... Sierściuch jest już w nowym domu!



I Tysiak się załapał na sesję. Tysiak wygląda na takiego, co to wiatr dmuchnie i się pieseczek obali. Takie chucherko, co to czasami łapa się pod nim ugnie. Wygląda jak osiemnaście nieszczęść! Widać zresztą, uszy poszarpane... Ale oczy... Nie da się czasami nic poradzić na to "dowiadczenie życiowe", które "wychodzi na wierzch". Oczy jednak zawsze pozostaną takie piękne, jak dawniej. Tylko czasami więcej w nich smutku i oczekiwania...


Kto jeszcze miał sesję? Wiadomo - MY! Ja i Hedzisław! Oj mieli z niego ubaw...

- Hedar, sesja się zaczęła. Pozujemy!

- HĘ?


- Nie rób min! Pozujemy...

- Ja miny robię... też coś... PFFFF


- .....

- Noo doobra, żartowałem, grzeczny będę...


- A teraz tak na serio!


- Ładnie? Ładnie. Już napstrykali? No. To idę.


Aaaa teeraaaz, przygotować się... Oooootoooo JA, Wasza Bulbeczka w swej własnej, PIĘKNEJ, psioosobie:


Taka to ja jestem. Zgrabna, o pięknej sylwetce dorodnego kartofelka. Talia mi się gdzieś zgubiła, a żebra oglądam tylko na obrazkach i psach, które czasami trafiają do nas z ciężkiego, poprzedniego życia. Ale jestem urocza. JESTEM. I koniec.

A tutaj siedzę. Właśnie, że JEST różnica między tam, jak siedzę, a jak leżę! Kilka centymetrów... ale JEST!


I teraz uwaga, najlepsze zdjęcie zostawiłam na koniec. Tutaj już jestem tak urocza i tak CUDNA, że niektórym może cukier skoczyć. Żeby nie było, że nie ostrzegłam! No.


Oko! Na oko patrzcie! Psia kostka, nie wiedziałam, że mam tak PIĘKNE! Ogromniaste jak spodek od filiżanki, brązowe i błyszczące, jak jaki kamień szlachetny! Po prostu tak mnie to czarne pudełeczko uchwyciło... O rajuśku, tak pięknie... Powiem Hedziowi, żeby mnie podsadził do drukarki, wydrukuję sobie i powieszę pod moją ławeczką...

Te wszystkie zdjęcia to jeszcze nie wszystkie! Kamila i Tadeusz, czyli Kamvis (taka nazwa ich studia!) porobili duuużo więcej zdjęć i jeszcze będą robić. Z każdego wydobędą to COŚ, co może nie zawsze jest widoczne dla każdego... Robią to dla nas, bo kochają zwierzaki, bo sami mają dwa psy (w tym ponad 16-letniego Szafirka adoptowanego 16 lat temu z naszego schroniska), wiedzą, jak podejść, mają Cierpliwość w sobie, celowo przez duże C!

Dwunożni dziękowali pewnie nie raz, ale nie wiem, czy który czworonożny był tak kulturalny... więc z tego miejsca  D Z I Ę K U J Ę  w imieniu wszystkich zwierzaków! I nadzieja w nas rośnie, bo dzięki takim zdjęciom na pewno ktoś się w nas zakocha...

niedziela, 19 października 2014

Kawalerowie do wzięcia

Namnożyło się nam kawalerów! Tak się złożyło, że ostatnio dwie ekstra psiolaski wyjechały do domów. Wyjechało więcej i nie tylko suczki, ale te dwie adopcje były ohohoho! Ekstra super!

Pieerwszaa...


Bati! Była u nas właściwie równo rok. Śliczna owczarka, mogłaby być całkiem rasowa! Nie miała jednak żadnego numerka w uchu ani nigdzie, nie miała też ogona... Długo była przez to niewidoczna, ale w końcu jej się poszczęściło!

Poooteem...


Epika! Noo troooche oowczaarka w niej było, ale zdecydowanie mniej niż u Bati. Za to nadrabiała kudłatością. Była prawdziwie sierściasta i mięciutka! Przesiedziała u nas ponad 2 lata... Kolejne już przesiedzi w najprawdziwszym domu!

Psiolaski poszły do domu, zostali ich kumple z boksów i trzeba było im dobrać lokatorów. Akurat jeden i drugi siedział w kojcu z ogrzewanym miejscem do spania, a że zima idzie, trzeba było się postarać, żeby się polubili z innymi psami potrzebującymi ciepłego noclegu.

Bati mieszkała z Łatkiem.


Łatek szczęścia nie miał. Właściciel trzymał go w szopie bez przedniej ściany, za to z tonami śmieci w środku... Do ściany szopy przywiązany pies, który mógł spać... gdzieś... między starymi drzwiami a zardzewiałą ścianą... W schronisku Łatek okazał się miłośnikiem piłeczek, patyczków i wszystkiego, za czym można pobiec i przynieść, i znów pobiec! Z jego stawami nie jest już tak super, jak kiedyś; bywało, że i wcale wstawać nie mógł. Teraz się już doleczył troszkę, może i za piłeczką już nie może biegać za bardzo, ale na spacer pójdzie chętnie!

Bati się wyprowadziła, więc trzeba było szukać Łatkowi psiolokatora. Ktoś wpadł na pomysł, że może Tajfun...? Tajfun innych psów nie lubi! Ale potrzebuje ciepłego łóżka na zimę, może akurat...


Tajfun faktycznie za innymi psami nie przepada. Jak na wiacie mieszkał, to się zawsze musiał z którymś pokłócić. Za to ludzi kocha nad życie! Wie, jak się uśmiechnąć, jak merdnąć, jak spojrzeć, no tylko brać do domu i całymi dniami patrzeć sobie w oczka! Niestety jakoś nikt Tajfuna nie zauważa. Teraz będzie jeszcze trudniej, bo jemu też stawy już odmawiają współpracy, dlatego musi mieszkać w ciepełku.

Żyją sobie teraz Łatek i Tajfun w jednym kojcu, dzieląc ciepły pokój. Czasami coś zgrzytnie, ale bez przesady! Ja też czasem warknę, ale przecież nic takiego od razu się nie dzieje!

Epika mieszkała z Albertem.


Albert też jest piłeczkofanem! Niestety albercie stawy już też nie są tak sprężyste, jak kiedyś. Ciągle jednak ma nadzieję, że będzie mógł chociaż pochodzić za piłeczkami, może ktoś mu będzie chociaż trochę je kulał, a on trochę będzie do nich dreptał... A może jakby został zabrany do prawdziwego domu, odgrzałby się, odgłaskał, ocieplił, może i stawy by się zasprężyniły znów i by jeszcze popiłeczkował... Marzy mu się...

Alberta spróbowano skumplować ze Śnikiakiem.


Śliniak groźnie może wygląda... ale tylko wygląda! W środku zupełnie łagodny! Jego przeszłość nie jest ciekawa, był psem łańcuchowym, stan zdrowia też nie zachwycał. Liczne guzy, nieleczone, niesprawdzane, po prostu jest pies, ma szczekać, a że coś mu wyrasta - no to będzie groźniej wyglądał! Śliniak został odebrany, zamieszkał u nas i przeszedł już kilka operacji, bo ciągle tam coś w środku mu wyrasta niepotrzebnie albo działa nie tak, jak trzeba... Wygląda teraz jak eksperyment jakiś! Za to podejście śliniaka do ludzi wcale nie jest takie eksperymentalne! Wiadomo, że lubi te wszystkie spacerki, głaskania i drapanka po pociachanym grzbiecie.

Się Śliniak z Albertem też dogadał i żyją zgodnie nawet na jednym terenie. Wyjdzie im to na dobre, każdy lubi mieć ciepło pod zadem w zimie!

Przystojni, oddani kawalerowie do wzięcia. Wspomniałam o czterech, chociaż mieszka ich u nas dużo więcej! Komplement wyszczekają, obronią, jak będzie trzeba, potowarzyszą na wieczornej przechadzce. Tylko szansę trzeba dać, do domu wziąć, a oni już pokażą, jak bardzo byli tego warci...

niedziela, 22 czerwca 2014

Nieważne miejsce. Ważne, żeby wygodnie było!

Nie dali mi dzisiaj pospać! Rano mnie wywabili z mojego niezawodnego miejsca. Podstępem! Nie wiem nawet jak! Ukochana kierowniczka przyszła, a wiadomo, że to trzeba wtedy polecieć merdając ogonem na lewo i prawo. Ani się obejrzałam, a już mi jedna taka zamknęła drzwi od kuchni... Niech ją Tyson... Takie dobre miejsce mi zamknęła... Nieliczni wiedzą, że tam siedzę, słychać tylko mój dźwięczny warkot!

Nie to, że ja miałabym lubić tak na przekór działać... a skąd! Ale jak nie dali mi poleżeć, to ja o leżeniu dzisiaj.

Mamy w schronisku mistrza leżenia. Króla Grajdołków! To są niby dwa owczarki, ale jednak jeden! Niby jeden, ale jednak jakby podwójny... Co by nie było, że tak sobie zmyślam, zobaczcie, to jest Ober:

i co, i co? Robi wrażenie? Wysokość... jakby owczarkowa... szerokość... no, jakby dwa owczarki... brzuch, jakby w środku co najmniej cztery sierściuchy miał pożarte!

Ober mieszka w takiej części schroniska, gdzie może czasami wychodzić na taki mały, piaszczysty wybieg. Piaszczysty... w piasku grajdołki kopie się najlepiej... ten dwu-owczarek przesadnie się nie ogląda na porządek, jemu ma być wygodnie i koniec. Dlatego zazwyczaj obsypany jest cały chodnik przy grajdołku, ale Ober leeeżyyy zadowoloonyy wielce...

Tak się już tam zagrajdorzył, że jak za którymś razem miał wracać do siebie, do kojca, to on owszem, poszedł posłusznie, ale do wykopanego dołka... Nikt nie zdążył dobiec zanim poskładał wszystkie łapy, a nie wiecie nawet jak trudno ruszyć takie cielsko, kiedy już leży!

Jeszcze się uśmiechał bezczelnie! Pracownik wziął więc smycz, zapiął Oberka i...

Tak, zgadliście - taka cienka smycz, w dodatku różowa... nie ruszyła dwupsa. Też nikt go nie ciągnął przesadnie, wiadomo. Na szczęście sam miał już dość tej maskarady i sam się ruszył. Wesoło i lekko podreptał już tym razem naprawdę do siebie.

O tym rudym na zdjęciu wyżej też fajna historia! Rudy Sofian trafił do schroniska po Oberze. Trafił w tę samą część schroniska i... pokochał Obera, jak tylko ten pierwszy raz mu przetruchtał pod boksem... Pojęcia nie mam, czy czuje się przy nim bezpiecznie, bo to psisko jest tak wielkie i mało kto się zbliży, czy myśli, że ten go nie pożre, bo już, jak widać, pewnie skonsumował takie dwa czworonogi i mu wystarczy do końca roku? Widok jest komiczny, bo przy wielkim słoniu kica taki mały, rudy, zajączek. Na początku Sofian wydostawał się od siebie, żeby tylko do Obera się przecisnąć, ale nasi zdecydowali, że nie będą stać na drodze takiej pięknej przyjaźni - do oberowego kojca wstawili sofianową budę!

Sofian jedynie grajdołka nie chcę z Oberem dzielić. Woli się na budzie przewalać z jednego boku na drugi.


Jak już jesteśmy w temacie wylegiwania się... (wcale nie piszę tego złośliwie, bo mi dzisiaj NIE DANO poleżeć...).

Niecałe dwa tygodniu temu trafiła do nas Rutka. Małe to, wystraszone, w dodatku po bliskim spotkaniu z samochodem. Na tyle bliskim i nagłym, że trzeba było Rutkę poskładać trochę, bo coś jej się tam pomieszało w kościach. Kiepsko znosiła ona pobyt w szpitalu, pracownicy zrobili jej mini wybieg. Jak przechodziłam obok, to najpierw się zastanawiałam, czy jakiegoś stada królików nie przywiozą! Potem jednak zobaczyłam, że stoją miseczki, kocyk leży... Do tego miejsce zacienione, bo to przy budynku... Niedługo potem, na kocyku, pojawiła się Rutka.

 Damesa taka! Jak podejdzie ktoś "podejrzany" to zaraz się drze! Jak przybiega pani z kuchni ją ratować, to ta zaraz leci i skarży! Że co prawda nikt jej jeszcze nie dotknął, ale na pewno chciał coś złego! Że niby nic nie miał w ręku i podchodził ze wszystkimi prawidłami sztuki człowieczo-psiej, ale NA WSZELKI wypadek Rutka się będzie drzeć... Muszę się z nią rozmówić, bo wstyd aż taką panikarę z siebie robić...

Tak się rozpisałam, to teraz już krótko...

Wylegiwać się, na swoim PATIO, lubi też Łatek. Niestety już choroby się go zaczynają trzymać i za patykami już za bardzo biegać nie może... ale w koszyczku wygląda wdzięczniej niż niejeden york!

To nic, że Łatek dwadzieścia pięć razy większy od yorka...

I już całkiem na koniec...

Hedziu w wylegiwaniu się odnalazł sens życia. Przetestował wiele miejsc, pozycji i pór dnia. Tutaj wersja romantyczna:


 Przynajmniej będzie miał co rozdawać suczkom, do których czasem wzdycha.. 

....idę WRESZCIE się położyć na moje ukochane miejsce pod ławą... Chociaż stróż jest akurat w kuchni, najpierw pójdę na małe głaskanko przed snem...