Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amina. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 stycznia 2014

ODWIEDZAM DALEJ



Ten zdechlak włochaty duchaty znowu sobie coś wymyślił. Szczeka mi, że miejsca mało w poście, dlatego o nowościach mam rope… rypo… rapo…wać… Nie… Repertować… Też nie!... Oj, nie umiem nazwać, ale wiem, o co chodzi. No więc niech jej będzie. Mogę re…ra…coś tam. Zaczynam:

Amina. Rysopis - płeć: suczka, rasa: spaniel, wiek: ok. 5 lat, wysokość w kłębie: ok. 40 cm. Szczepienie: tak, odrobaczenie: tak, chip: tak, numer rejestru: 8137, data przyjęcia: 26/08/13.
Wyraz pyska:
                       
http://schronisko.avx.pl/znalazy-dom/item/2326-amina


Adoptowana kiedyś i wyrzucona – właściciel nieuchwytny. Ponownie w schronisku po interwencji, gdy jakiś bezdomny próbował ją sprzedawać za grosze pod hipermarketem.
Obecnie znów adoptowana – do młodych ludzi z odleglejszego miasta. Jak ją wywozili, to byli tacy przejęci, że jednej z naszych bezogoniastych porysowali samochód! Mamy nadzieję, że tym razem trafiła do dobrego domu. Wiemy z pewnością, że nasza bezogoniasta trafi do dobrego lakiernika.

Noir. Rysopis - rasa: mieszana, płeć: pies, wiek: ok. 5 lat, wysokość w kłębie: ok. 46 cm. Szczepienia: tak, odrobaczenie: tak, odpchlenie: tak, chip: tak, numer rejestru: 7631, data przyjęcia: 20/01/13. Wyraz pyska:
http://schronisko.avx.pl/znalazy-dom/item/1644-noir
           
Znajda spod miasta. Miły psiak, spory i silny. Rok przesiedział u nas. Teraz poszedł do starszych bezogoniastych z dorosłym synem. Mieli już wcześniej zwierzaka – suczkę, ale odeszła za Most. Noirowi się tam nie spieszy, to czeka go jeszcze paręnaście szczęśliwych lat!

Boska. Rysopis - rasa: w typie akity, wiek: ok. 6. miesięcy, płeć: suczka, wysokość w kłębie: ok 37 cm. Odrobaczenie: tak, odpchlenie: tak, surowica: tak, numer rejestru: 8411, data przyjęcia: 19/12/13. Wyraz pyska:
          
http://schronisko.avx.pl/znalazy-dom/item/2744-boska


Znaleziona niedawno pod takim lokalem, w którym bezogoniaści piją to, od czego się dostaje krowich oczu. Co tam robiła – nie wiadomo. Ale krowich oczu nie miała. Poszła do młodych ludzi w mieście. Zdaje się, że mieszkają z dala od takich lokali. Choć to w naszym mieście ponoć trudne.

Koniec rep… rap… tego tam. (Jeszcze chciała, żebym strzelił obcasami, ale o co jej tutaj chodziło, to już naprawdę nie wiem.)

Dobra! Tyson zrobił swoje, to teraz ja. Ostatnio opowiadałam, że odwiedzałam po sylwestrze znajome zwierzaki, które żyją u naszych bezogoniastych. I obiecałam, że będę kontynuować. No to kontynuuję.
Potem poleciałam do jednej naszej bezogoniastej. Ona z całego schroniska pełnego psów i kotów wzięła sobie żółwia! Wiecie, takie nieduże, plaskate, z wierzchu bardzo twarde i ledwo łazi. Nazwała go Tupek, ewentualnie Gadzina.
           
Stwór ma swój kocyk, miseczkę i niesprecyzowane apetyty. Raz żre liście kalarepy, drugi raz nie chce na nie spojrzeć. Mlecza mu się zachciewa. I tak dalej. Kupili mu specjalną lampę, żeby się pod nią grzał, bo on ponoć ciepłolubny, ale też niezbyt dogodzili – posiedzi chwilę i wieje pod koc. Tam i ciepło, i ciemno, a on ciemne kąty lubi. No i uparty jest. Jak coś leży na jego drodze, to koniecznie zaczyna w to trykać. Pies by obiegł i poleciał dalej, a Tupek nie – chce właśnie tędy, gdzie to coś leży. I może tak trykać-skrobać godzinami, nie spieszy mu się. Nic dziwnego, żółwie podobno bardzo długo żyją. Ta Gadzina ma już ponoć ze dwadzieścia lat! I jeszcze jest młody! Aha – i kąpać się lubi. Z Bonem przypadliby sobie do gustu.
Siadłam koło niego i pytam:
- No jak, Tupek, dobrze się czujesz?
Powolutku obrócił oczka w moją stronę i zaczął się zastanawiać. Aż zrobił się wieczór. Dobra, myślę sobie, zanim mu się zbierze na odpowiedź, to ja zdążę skoczyć na drugą stronę miasta. I skoczyłam.

A tam, z innymi bezogoniastymi, którzy zarządzają stowarzyszeniem naszych bezogoniastych, mieszka sobie Albinos. Potężne zwierzę. Dorosłe. To taki psi indywidualista. Podpuszczać lubi. Niby kogoś kocha, zad nadstawia, żeby go głaskać, a nagle szczerzy zębiska! Swoim bezogoniastym tego nie robi, ale innym – owszem! Poza tym lubi dominować. Małym psom i suczkom odpuszcza, ale dużym się stawia – lepiej go omijać.
           
Ma swoiste upodobania, mianowicie kamienie. Im większe, tym lepsze. Szczeka do nich, gada, próbuje do pyska brać, a w końcu kładzie się obok nich i zaczyna się ocierać o nie grzbietem. I tak się z lubością tarza. Im twardziej, tym lepiej. Jak by mu Tupka podłożyć, to też by się o niego czochrał. Nic dziwnego, że spodobały mu się góry, które zwiedził – tyle kamoli! Morze – jakby mniej. Chciał je zjeść, ale mu paszczę wykręciło, bo za słone. Plaża to już co innego – sporo miejsca do ganiania, a jak się znajdzie kamień – to i do tarzania.
Przysiadłam sobie obok niego.
- Cześć – szczekam i pytam na wszelki wypadek: - Jestem Majka, pamiętasz?
- Pewnie – odszczeknął łaskawie. A potem dodał: - Wiesz, powinnaś zmienić imię, na Przezroczysta!
- Dobra, dobra, panie dowcipny! A jak tam było w sylwestra? Huku się bałeś?
Wzruszył ramionami.
- Trzeba by mieć kuku, żeby bać się huku! – warknął sentencjonalnie, zabawiając się jednocześnie rymem i aliteracją i pomaszerował do miski. – Przekąsisz? – zaprosił uprzejmie. Czy on nie wie, bestia, że ja nie mogę już żreć? Ale powąchałam. Nieźle się odżywia.
- Może innym razem – odwarknęłam. – Skoro u ciebie w porządku, to lecę dalej.
- Wpadaj, kiedy zechcesz, na dłużej. O każdej porze. Luksusu zażyjesz, rozumiesz, dobrze tu sobie mieszkam.
- Nie omieszkam, nie omieszkam… - obiecałam i fruuu przez okno.

Znowu zaleciałam do Gadziny. Siedział i gapił się w ten sam punkt, co poprzednio. Nawet nie wiem, czy zauważył, że odleciałam i wróciłam. Wolniutko zaczął otwierać paszczkę. Aha, odpowie!...
- Cooo?... – spytał.
Westchnęłam sobie cichutko. No tak, przecież żółwie ledwo słyszą… Prawie nic… Tylko te… jak im tam… niskie dźwięki. Może, jak bym była brzuchomówcą… Albo jak bym chociaż głodna była…

środa, 11 września 2013

WRACAJĄ…



            „Z pewnością ma wśród przodków teriera lub jamnika szorstkowłosego, po którym odziedziczył nieprzeciętną urodę, temperament i energię, odwagę i animusz oraz przywiązanie i oddanie w stosunku do człowieka. Ma zamiłowania do buszowania po lesie, uwielbia długie spacery, każdy znaleziony patyk bądź kamień to zaproszenie do zabawy. Jest sprytny i wytrzymały, potrzebuje dużej ilość ruchu i nowych bodźców. Zamknięty w schroniskowej klatce jest przygaszony i obojętny, przedstawia bardzo smutny widok…” To ze strony internetowej naszego schroniska.
O kim mowa? O Neo, siedmiolatku, z czego dwa lata w schronisku – z kilkumiesięczną przerwą na adopcję.
           
Poszedł na wieś. Do takich bezogoniastych, co chcieli psa iskrę, który wszędzie będzie, wszystko i wszystkich obszczeka – Neo, wypisz, wymaluj. Pojechał. A po jakimś czasie przyszły wieści, że umyka z obejścia. Ono od drogi było dobrze ogrodzone, ale z tyłu, jak to na wsi bywa, wychodziło na pole, a potem na las… I tam już ogrodzenie było byle jakie. No to pies, łowczy przecież, ganiał. Ale zawsze wracał. I niekiedy ze zdobyczą!... Hm…
Najgorsze jednak, że odkrył kurnik i zaczął się do niego podkopywać. Odganiali, dziury zasypywali, a on dalej… No i udało mu się. I ponoć zrobił niezłą jatkę.
Co było robić. Bezogoniaści nie chcieli go zamykać, nie chcieli go więzić. To pies stworzony do ruchu, do przestrzeni. Uradzili z naszymi, że lepiej będzie znaleźć mu nowy dom. I Neo wrócił…
Posiedział rok – i znów starsi bezogoniaści przyszli po psa niedużego, wesołego, kumpla do spacerów. Mieszkają pod samym lasem we wsi, kur nie ma, do sąsiadów daleko. Pani ma problemy z chodzeniem i musi wiele spacerować, a pan z nią. I Neo z nimi. Pojechał… Spodobało mu się. Może tym razem mu się uda.

 „Została znaleziona w lesie za nieodległą wsią. Była zaniedbana i miała skołtunioną sierść, dlatego też prędko odwiedziła salon piękności "Psi Pazur". Jest bardzo miłą i kontaktową dorosłą suczką. Bardzo czujna - wychowana prawdopodobnie na wsi. Jest grzeczna i spokojna, ale na smyczy ciągnie, ponieważ jest bardzo energiczna i bardzo żywa. Uwielbia być głaskana, domaga się kontaktu z człowiekiem.”
Jednym słowem Amina, spanielka gordon, czterolatka, z czego trzy lata w schronisku.
           
            Wreszcie trafiła jej się adopcja. Poszła do kamienicy w mieście. Na parę miesięcy, jak się okazało. W międzyczasie zdarzyło się jej uciec i znów trafiła do nas, ale właścicielka ją odebrała. A potem zaczęły się telefony od sąsiadów: że suczka jest zaniedbana, źle wygląda, że włóczy się samopas po ulicach, że dziecko właścicielki, nadpobudliwe, nie daje Aminie spokoju…
            Nasi pojechali niezwłocznie, ale tragedii nie zastali, upomnieli więc tylko właścicielkę i wrócili.
I znów telefon, tym razem z informacją, że Amina zniknęła nie wiadomo gdzie…
Trochę to wyglądało na sąsiedzką złośliwość, te powtarzające się telefony, więc nasi nie spieszyli się z interwencją. Tymczasem w parę dni później kolejny telefon: pewna bezogoniasta obok dużego marketu spotkała nieciekawego bezogoniastego, który próbował jej za stówkę sprzedać rasowego psa ze schroniska. Miał umowę adopcyjną!
Bezogoniasta potargowała się i kupiła zwierzę za połowę ceny. I przywiozła je do nas. Patrzymy – Amina!
No to nasi w te pędy do właścicielki suczki. Co jest? A ona, że Amina zrobiła się agresywna i pogryzła jej dziecko, więc została wydana na wieś, niedaleko. Ale adresu podać nie umiała.
O czym tu gadać? Będzie sprawa.

Bianka ma teraz dwa i pół roku, a do schroniska trafiła jeszcze jako szczeniaczek. Posiedziała parę miesięcy, nie za długo i poszła do domu w mieście.
           
I wszystko było ślicznie i różowo. Nawet wizyta podopcyjna była. Bezogoniasta zadowolona, stadko dzieci też. Bezogoniastego nie udało się wypatrzyć… Może ubogo trochę, ale przecież nie wszystkim się przelewa…
A potem nasi pojechali na interwencję. Bo jakiś pies od paru dni kręcił się po peryferyjnych ulicach miasta. I znaleźli Biankę.
Zaraz, oczywiście, telefon do właścicielki. Jeden, drugi, trzeci – nic… No to w końcu zebrali się i pojechali.
Zastali zadowoloną bezogoniastą, stadko uradowanych dzieci i nowego szczeniaczka. A co z Bianką? Czemu jej pani nie szukała?... Pani poczuwała się do winy, ale odpowiedzi dać nie potrafiła. Tylko jedno z jej rezolutnych dzieci zauważyło: A co by było, gdyby Bianka pogryzła naszego nowego szczeniaczka?
No tak. Jedna zabawka się zestarzała, pobawimy się drugą…
Są postępki właściwe tylko niektórym bezogoniastym. Sami je sobie nazwijcie, psu szkoda szczekać…

Jeśli pies jest amstafem, to budzi w bezogoniastych mieszane uczucia[1]. No bo to ponoć groźna rasa. Natomiast Czika jest groźna dla patyka! Ale nam się rymło! A poza tym dla plastikowego legowiska, wielkiej kości, gryzaka i budy z braku czego lepszego! Gryzie wszystko, co nie żyje i do lasu nie ucieka! Z nudów gryzie.
                       
Najpierw żyła – ale co to za życie! – w schronisku w odległym mieście. Żołądek jej tam wysiadł.
Potem trafiła do nas. I wyleczyła się.
A potem trafiła jej się adopcja.
A jeszcze później wróciła z powrotem do nas. Ze spuchniętym pyskiem wróciła.
Znaleźli ją nasi, jak latała od chodnika do chodnika po jednej z ulic w centrum. Telefon właścicielki milczał, drzwi w jej mieszkaniu nikt nie otwierał. No to fotka Cziki znowu trafiła na stronę www. schroniska. I wtedy odezwała się jej pani, z zagranicy: musiała wyjechać, a Czikę zostawiła pod opieką Przyjaciela. Ale zrobi wszystko, żeby ją zabrać do siebie, do Niemiec. Tylko nie wie, czy będzie mogła tam sprowadzić psa groźnej rasy… A jak nie będzie można, to co?... No i tu pani nie potrafiła dać sensownej odpowiedzi. Nie mogła też jakoś przypomnieć sobie adresu, pod jakim Przyjaciel raczy przechowywać swój organizm.
I od tamtej pory już się nie odezwała.
A Czice opuchlizna z pyska zeszła. Nie ma to jak w schronisku!!
I znowu Czika czeka… I gryzie, jako się szczekło.



[1] Coś o tym wiem! (przyp. Tysona)