Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psie dzieje szczęk dziewiąty Na poduszce na kanapie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psie dzieje szczęk dziewiąty Na poduszce na kanapie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 stycznia 2013


Rewolucja jakaś w schronisku będzie, czy co? No bo jak sięgam pamięcią, czegoś takiego jeszcze nie było!...
Ale od początku. Mniej więcej miesiąc temu przywieźli nasi bezogoniaści z interwencji Sopelka. Leżał w śniegu na ulicy i powolutku sobie zamarzał. Tu u nas, w szpitaliku, odtajał, najadł się i… no właśnie.
                       
Ależ to dziwny pies. Stary już, pewnie dziesięcioletni, rudy, niewielki… Leżał na kocykach w szpitaliku i nie ruszał się. Jak trzeba było mu posprzątać, to bezogoniaste podnosiły go, stawiały z boku i on tak stał. Bez ruchu. Raz zostawiły go i obserwowały – ruszy się, czy nie? Dziesięć minut, kwadrans, pół godziny – a Sopelek stoi, łeb zwiesił, ślepka przymknął… Położyły go z powrotem na legowisko…
Kiedy indziej wzięły go na smycz i na dwór. Pociągnęły lekko – ruszył. Parę kroków przeszedł, wąchnął coś i zatrzymał się. Znów pociągnęły… Warknął, znów zrobił parę kroków i stop. I ani pary z paszczy. Ogon mu wisi, jakby był sztuczny… No, coś niespotykanego.
W międzyczasie, oczywiście, zajmowały się Sopelkiem zjawy. Zbadały go na wszystkie strony, dostał sporo leków, głównie na wzmocnienie i jeszcze jakieś inne, nie znam się… Okazało się, że ani ranny, ani specjalnie chory, tylko wyczerpany, stary, a w dodatku ślepy i chyba głuchy… Taki – jak to powiedzieli – autystyczny pies… I czy taki znajdzie dom?...
Do zamieszkania w wiacie się nie nadawał, bo trzeba go było stale obserwować. A miejsce w szpitaliku trzeba było zwolnić dla innych, rannych albo chorych zwierząt. No to nasi wymyślili, że go dadzą do kociarni! Wyobrażacie sobie? Pies z sierściuchami! Wiem, że w domach bezogoniastych miauczury mieszkają z psami i nic złego się nie dzieje, ale u nas to był pierwszy raz! No i wszyscy patrzyliśmy, co z tego wyniknie.
                       
Kociarnia, duża sala, jest w budynku i przylega do kuchni, w której prawie stale jest ktoś z bezogoniastych i przez oszklone drzwi widzi, co się dzieje w środku.
Wprowadzono tam powolutku Sopelka. Krok za krokiem obszedł pomieszczenie, obwąchał i zabrał się do sikania – prosto w kocie żarcie! Ledwo bezogoniaste zdążyły go odciągnąć. A potem podszedł do swojego legowiska, które też tam wzniesiono i legł. Sierściuchy nastroszyły się, ale bardziej z obowiązku, niż z obawy, bo przecież widziały, że to staruszek i kaleka. I już po chwili przestały zwracać na niego uwagę. Za to bardzo zainteresowały się jego miską z żarciem. Nawet próbowały podbierać, ale zostały odgonione. I dały spokój. Przynajmniej w dzień, jak nikt nie widzi, nie wyżerały Sopelkowi chrupek.
Po paru dniach coś się zaczęło zmieniać. Sopelek zaczął sam wstawać i ostrożnie łazić po pomieszczeniu. A sierściuchy zaczęły się do niego łasić! Zwłaszcza Milena chciałaby się zaprzyjaźnić! Tylko on się jeszcze trochę stroszy…
           
No to czekamy, jak to się będzie dalej układało…

            Szczekałam o Sopelku z Gingerem. To taki zadeklarowany kundel, starszy, rudawy. Miał kiedyś swój dom, ale wzięto go stamtąd, bo był strasznie zaniedbany. Od lat nie leczony i karmiony byle jak (jeśli w ogóle), dostał grzybicy skóry i do schroniska przyszedł właściwie łysy, z paskudnymi ranami i strupami, zwłaszcza na grzbiecie. Dziś prezentuje się o wiele lepiej.
                      
            Mieszka na takim tarasiku tuż przy budynku, gdzie kiedyś przebywały Puszek i Perełka, więc w zasadzie jesteśmy sąsiadami. No i Ginger często wpada do biura, bo bywa wypuszczany z kojca i swobodnie lata po schronisku. Razem ze swoim współlokatorem lata, z Figarem, taka malutką, młodą terierkowatą iskierką           .
                       
Szaleją sobie po schronisku, ale poza tym to bardzo ułożone psiaki.
Przywiązały się bardzo do naszej głównej bezogoniastej. Jak Ginger jest w biurze, to siada przy niej i gdy tylko ktoś wchodzi do pomieszczenia, mały stroszy się i pokazuje, że w razie czego będzie bronić!
Figaro też chciał jakoś okazać swoje przywiązanie. Pewnego dnia jeden nasz bezogoniasty przygotowywał drewno do palenia i rozbijał stare palety, wiecie, takie duże podstawki z desek, przybite do belek. Figaro podleciał do takiej belki, dwa razy dłuższej i trzy razy cięższej od niego, wbił zęby w jej narożnik (bo całej paszczą objąć nie mógł, nie mieściła się) i zaczął nieść. Czy raczej ciągnąć z sapaniem i powarkiwaniem. Ślepia na wierzch mu wychodziły z wysiłku, ale ciągnął… I przytargał tę belkę naszej bezogoniastej: Masz! To dla ciebie przyniosłem!...
I jak tu nie kochać takich maluchów?

A poza tym wszystko po staremu. To znaczy my sobie siedzimy z kojcach, a nasi bezogoniaści jak nie latają wokół nas, to latają wokół schroniska. To nie znaczy, że trenują i ganiają za płotem w kółko, tylko dłubią coś sobie… Ostatnio znów budy naprawiali, porządki kończyli z tyłu za biurowcem no i zabrali się za kończenie kanalizacji pierwszej wiaty. Już wcześniej porobili takie ścieki z kojców na zewnątrz, a teraz wykopali z obu boków wiaty rowy i poprowadzili nimi rury… Żeby wszystko, co my tam, za przeproszeniem, nas…my i nas…my, spływało sobie, gdzie należy…
     

No to my sobie siedzimy tu, w kojcach, a inne psy – gdzie indziej. Poczytajcie!

aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce