Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wera. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 grudnia 2012


No proszę, nasza psia twórczość, znana dotąd tylko z mojego bloga, ruszyła w świat! Co prawda opowiadałam już o niej na takim zjeździe fantastów na naszym miejskim uniwersytecie, we wrześniu chyba, ale to było tak na sucho, bez prezentacji naszych dzieł. Dopiero teraz się zaczęło. Zrobiono wystawę naszych schroniskowych komiksów! W takim domu, który się nazywa Dom Harcerza. A harcerz, jak mi powiedziano, to taki bezogoniasty, co nie pije tego, od czego bezogoniaści dostają krowich oczu, pomaga innym, nie boi się psów i śpiewa „Płonie ognisko w lesie”… No to chyba jakaś pozytywna osoba, nie? Chociaż nie bardzo rozumiem, dlaczego śpiewa takie rzeczy nieekologiczne…
Chciałam pojechać na tę wystawę, zobaczyć, ale znów mi stawy pokręciło, więc tylko zdjęcia mogę sobie pooglądać.
                       

Pokazałam te zdjęcia innym psom, oczywiście, najpierw Lili, bo do niej miałam najbliżej. Ależ to fajna suczka jest. Nieduża, młodziutka, czarno-biała i absolutnie nierasowa!
                    
Kiedyś dzieciaki z podmiejskiej wioski wybrały się do lasu na wycieczkę. I znalazły prymitywny, byle jaki szałas. Zajrzały z ciekawości, a tam siedziały sobie trzy pieski. Dwa całkiem małe i jeden trochę starszy. Zawiadomiły schronisko i gdy nasi przyjechali, pokazały, zaprowadziły do tego szałasu. Rzecz jasna, psiaki trafiły do nas. Była to właśnie Lili oraz zupełne młodziaki, dwumiesięczne Melon i Wisienka.
Nasi początkowo myśleli, że Lili jest ich matką, ale okazało się, że wcale nie. Ot, po prostu starszy szczeniak. Tak sobie myślimy, że musiała mieć dom, w którym żyła, a potem pojawiły się te dwa malce. I bezogoniastym zrobiło się za ciasno, i wywalili cała trójkę. A Lili zaczęła się tymi maluchami opiekować. Na kwarantannie siedziały sobie razem tak, jak zostały znalezione, a później Wisienka i Melon znalazły sobie domy, natomiast Lili została. Przez jakiś czas sama, ale ostatnio dokwaterowano jej do kojca lokatora.
                       
Jest jeszcze mniejszy od niej i ma na imię Mikrus. Przywieziono go z jednej wsi, gdzie siedział w takim tymczasowym kojcu, aż wreszcie trafił do nas.
No i siedzą sobie te dwie miniaturki razem, zgodliwie choć szczekliwie i czekają na swoje dwunożne szczęścia.

Potem polazłam z fotkami do Wery, bo ją też bardzo lubię. I ona przez pewien czas mieszkała sama, aż do niedawna… Ale po kolei.
          
Wera ma około roku, przypomina teriera, jest rudawobrązowa i nieduża. I ona miała kiedyś dom, ale jakoś nie potrafiła się zgodzić z dziećmi bezogoniastych i na któreś podobno skoczyła i podrapała. I zaraz potem wylądowała w schronisku.
A po jakimś czasie wydarzyła się ciekawa historia. Ktoś zatelefonował z informacją o psie wałęsającym się po ulicach. Jeden z naszych bezogoniastych pojechał i przywiózł zwierzaka. Wrócił, zaparkował przed biurem, wyszedł i mówi, że przywiózł uciekinierkę!... jaką uciekinierkę?... No Werę!...
Wszystkim szczęki opadły. To Wera uciekła? Kiedy? Jak?...
A bezogoniasty na to: A uciekła, ale się znalazła. Mam ją w samochodzie!...
Jedna z naszych bezogoniastych odwróciła się w stronę wiat i zawołała: Wera!
Patrzymy, a Wera wyłazi z budy!
Bezogoniasty: To co ja właściwie przywiozłem?...
Otwiera samochód i wyciąga – Werę!
No, właściwie nie Werę, tylko psa (jak się zaraz okazało, samczyka) kropka kropkę takiego samego jak Wera! Ten sam wiek, wzrost, waga, umaszczenie, długość włosów. I ten sam wyraz pyszczka! Bezogoniaści potem sprawdzili to wszystko dokładnie, gdy psiak był na kwarantannie. A gdy wyszedł, zamieszkał, oczywiście, z Werą.
        
Bezogoniaści gadają, że jest jej sobowtórem…
Albo może odnalezionym braciszkiem?...

Na zakończenie kolejny odcinek „Psichdziejów w piętnastu szczekach” – to już siódmy odcinek!

           aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce



niedziela, 24 czerwca 2012


            Żyło sobie małżeństwo bezogoniastych z dorastającym synem. W domku sobie żyli, w mieście i dobrze im się działo. Pewnego dnia przybłąkała się do nich suczka husky. Dokarmiana, przesiedziała parę dni na podwórzu i też było jej nieźle. Bezogoniaści zaczęli się do niej powoli przyzwyczajać. Ona do nich też. Ale raptem pojawił się jakiś znajomy, zobaczył suczkę i rozpoznał: to pies pewnego X-a! Dajcie go, oddam właścicielom. No i zabrał psinę.
            Dalej nie wiadomo, co zaszło. Może ten X nie chciał już psa, może znajomy nakłamał (tylko po co?); dość, że przywiózł ją jako znajdę do schroniska. Tu nazwaliśmy ja Rugia i zaczęła mieszkać.
                       
            Ale ci bezogoniaści, u których chwilę mieszkała, doszli w międzyczasie do wniosku, że bez psa na podwórzu smutno. I przyszli do schroniska wybrać sobie jakiegoś. Zdecydowali się na Kaliba, wyżłowatego młodzieńca z dobrym charakterem.
                       
            Kiedy już wychodzili, spostrzegli Rugię i zamurowało ich. Od słowa do słowa dowiedzieliśmy się, co się wydarzyło. Bezogoniaści chcieli nawet ją zabrać, ale była na kwarantannie, więc zrezygnowali i poszli z Kalibem do domu.
            Tyle, że sumienie nie dawało im spokoju – głupio jakoś wyszło. No i nie wytrzymali i po paru dniach zjawili się w schronisku ponownie. I wzięli Rugię. I doskonale – zawsze co dwa psy, to nie jeden!

            Niedługo w schronisku przebywał też Grim. To znaczy owszem, nasiedział się tutaj, ale… Zresztą, po kolei.
                       
            Grim to taki trochę spaniel, dorosły już, zrównoważony. Doczekał się wreszcie swojego bezogoniastego i ruszył mieszkać na nowych śmieciach. Po tygodniu zdarzyła się historia, która zdarzyć się nie powinna, a mimo to trafia się nierzadko. Bezogoniasty wracając ze spaceru spuścił Grima ze smyczy – uznał, że pies już go kocha całym sercem i od nogi nie odejdzie. Ale po tygodniu znajomości Grim kochał go tylko lewym przedsionkiem i natychmiast skorzystał z wolności.
            No więc pobawił się trochę z panem w ganianego, a gdy już bezogoniasty miał dość, Grim ruszył w miasto. A bezogoniasty do domu. Jak już odsapnął i pomyślał, zadzwonił do schroniska ze skargą, że mu Grim uciekł. Postanowiono, a jakże, rozpocząć poszukiwania.     A po paru godzinach telefon od jednych naszych wolontariuszy: czy Grim poszedł do nowego domu. Ano, poszedł, ale… No właśnie, bo stoi sobie zadowolony obok i zabiera się do lizania! Wieziemy go do schroniska…
            Wieczór się zbliżał, ale zadzwoniono do bezogoniastego, żeby się nie martwił. I na drugi dzień przyszedł, zarzekając się, że już zawsze będzie słuchał naszych porad i zbyt wcześnie nie spuści Grima ze smyczy. Oby!  

            A teraz będzie o Werze. Krótka historia, ale warta poznania. Wera to czarna kocica. Żyła sobie dziko na jednym osiedlu. Okociła się tam, ale była zewsząd przeganiana. No i trafiła z kociakami do nas.
                       

Miała ich trzy. Zajmowała się nimi jak dobra mama i wszystko było w porządku. Tymczasem po paru dniach trafiły do schroniska trzy kolejne kotki. Maciupkie, ledwo na oczy przejrzały. Matka ponoć je opuściła, albo zginęła, pisałam już o tym… Takie maluchy zwykle nie mają szans na przeżycie. Ale tym razem nasi bezogoniaści postanowili spróbować i podsunęli obce kociaki Werze. A ona je przyjęła!
            I karmiła wszystkie sześć. Ciężka robota dla jednego sierściucha. Ale dawała radę. Łaziłam często pod kociarnię, żeby popatrzeć i pogadać trochę z Werą. Podobała mi się!
            A pewnego dnia przyszła do schroniska młoda bezogoniasta po kota. Obejrzała Werę, wysłuchała jej historii, pokiwała z podziwem głową i postanowiła zabrać całą rodzinkę! Na dom tymczasowy, co prawda, ale zawsze! Co dom, to nie kociarnia w schronisku. Maluchy będą miały o wiele lepsze warunki, póki nie trafią do własnych bezogoniastych. 

            Parę dni później alarm! Telefon z informacją, że obok jednego z ogródków działkowych zdycha pies. Ktoś przywiązał go na smyczy do drzewa, a on się zaplątał tak nieszczęśliwie, ze prawie wisi. I już ledwo oddycha…
            Nasi pojechali w te pędy i znaleźli nieboraka. Zdążyli w ostatnim momencie. Przywieźli go do schroniska a ja poleciałam popatrzeć. Nowy był dobermanem, niestarym i zapasionym tak, że prosiak mógłby mu pozazdrościć. Nasi od razu nazwali go pieszczotliwie Pączek. Leżał i ział, a bezogoniaści badali, co z nim. Okazało się, że ma wielkiego guza, który koniecznie powinny zobaczyć zjawy. A te nie miały wątpliwości – operacja. Ale, oczywiście, nie od razu: wpierw kwarantanna, obserwacja, te rzeczy…
                       
            Tymczasem dwa dni później odezwał się właściciel Pączka. Tłumaczył, że to wypadek, że nigdy psa nie przywiązuje w ten sposób. Ot, tym razem musiał iść do pracy i nie miał co zrobić ze zwierzęciem. Więc tylko na pewien czas… Ale tu jakiś kretyn narobił zamieszania, paniki, straż miejska, schronisko… A pomyślał pan, że dzięki temu „kretynowi” pana pies żyje?... Yyy… no tak, przepraszam… Zaraz jutro przyjdę po psa!...
            Minęło jutro, pojutrze, popojutrze… a pana nie ma! W końcu zjawił się. I kolejna sprawa dobrze sie skończyła.

Pewien nasz kumpel ze schroniska trafił do nowego domu. W nim mieszkał już sierściuch. Perski. Bał się psa i słusznie – Golem wygląda okazale. Żeby się wkupić w łaski psa, zaczął mu opowiadać różne bzdury. Takie tam kocie miaukoty… Ale jedna historia była niegłupia. Wyobraźcie sobie, to kocisko znało psi perski mit. Nie byle jaki – o stworzeniu świata przez psy! Ponoć mamusia mu opowiadała, a tej z kolei – jej mamusia… i tak dalej.
Golem wysłuchał mitu uważnie, pomyślał i rozkazał persowi, żeby zwiał z domu, dał się złapać i zawieźć do schroniska. Tam miał nam ten mit opowiedzieć. A potem czekać, aż go bezogoniaści odbiorą. Golem sam nie mógł zwiać, bo był w domu nowy i bezogoniaści bardzo go pilnowali.
Pers nawet nie miauknął, tylko bryknął przez okno. Uczynny sierściuch! Nie czekał nawet, aż go ktoś zgarnie z ulicy, bo do schroniska miał niedaleko. Sam przylazł i kręcił się pod bramą. Oczywiście, nasi złapali go i trafił na kwarantannę. Tam wymiauczał, co miał do wymiauczenia. Ledwo zdążył, bo jego bezogoniaści szybko się zorientowali, że nie ma go w domu i podnieśli alarm. Po dwóch godzinach już sierściucha w schronisku nie było.
Ale mit został.


  kliknij obrazek aby powiększyć lub najlepiej otwórz w nowej karcie