Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alaska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alaska. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 stycznia 2015

Kocha ludzi, psów nie lubi. Czy aby na pewno?

I wcale nie mam na myśli, że może być odwrotnie! Chodzi o to, że może się okazać, że właściwie przy bliższym poznaniu to te pozostałe psiury takie złe nie są! A jeden z drugim czworonogiem często się poznać nie chcą, bo na pewno ten drugi to jest zupełnie niewart poznania, za to idealnie się na niego szczeka!

- Buulbka... jakby ci tutaj powiedzieć... Nijak nie mogę się rozeznać, o czym ty w ogóle chcesz napisać...

- Ekhem... no coś mi dzisiaj chyba nie idzie...

W takim razie przejdźmy od razu do przykładu!

Dawno temu... jakieś 550 poranków wcześniej, po ulicach błąkał się biszkoptowy, smukły przystojniak. Ktoś z naszych pojechał po niego i przywiózł takie cudne nieszczęście:


Na imię dostał Żożo. Ciężko z nim było na początku. Na smyczy nie umiał chodzić wcale! Kładł się, zrywał nagle, znów się kładł... Zupełnie nie wiedział, po co ten kawałek sznurka, który to go zatrzymuje, to ciągnie! Wolontariusze jednak cierpliwości mają duuużo i nauczyli Żożo pięknie chodzić na smyczy. Tylko Żożo widocznie lubił na coś narzekać, a skoro na smycz już nie mógł... to zaczął się uskarżać na wszystkie psy, jakie w schronisku mieszkają. Nie można było z nim przejść przez wiatę, bo przecież się darł i wyrywał tak, że strach! W dodatku kiedy tam się już nakręcał na psy, a nie mógł ich dostać, to zaczynał smycz targać,żeby rozładować to swoje zdenerwowanie.

Pisałam kiedyś o tym, że wolontariusze swoich ulubieńców mają. W Żożo też się zakochała jedna wolontariuszka! Nie dziwne w sumie...


Tak się zakochała ta wolontariuszka, że zaczęła myśleć... i myśleć... nie mogła uwierzyć, że Żożo tak całkiem tych psów nienawidzi... Bo miała ona swojego jednego i drugi psiur, w dodatku taki zadeklarowany nienawidziciel psów, to wiecie... Nie poddała się jednak, poprosiła jednego z pracowników, co psy dogadać umie i z psami się dogadać umie, i w ogóle w każdą stronę, i wiecie co - poznali te psy. I się okazało, że Żożo to właściwie może się dogadać! Był chyba tak zdziwiony, że ten drugi pies nic od niego nie chce, że właściwie zapomniał, że trzeba się na niego wydrzeć!

Minęło jeszcze kilka tygodni, kilka spacerów też minęło i nadszedł ten wielki dzień. Żożo pojechał do domu! W dodatku widziałam "na fejsie" (wiecie, światowa jestem i wiem, gdzie wleźć, żeby sobie popatrzeć!) filmik, na którym Żożo spaceruje w towarzystwie całej chmary czworonogów i dwunogów! I nic! Ani warknie! Wręcz czasami ogon pod siebie i się cofa. Nic nie zostało z tego wiatowego agresora! Ech, trzeba umieć, ale przede wszystkim trzeba CHCIEĆ odmienić życie takiego psa...

Mamy w schronisku jeszcze kilka takich psów. Na przykład Topek.


Pojętnyyy, że aż miło uczyć! Radosny, świetny pies! Tylko skubaniec, kiedy idzie przez wiatę to się tak drze i wygraża, że uszy więdną... Nie może się przekonać do psów i koniec. Za to ludzi lubi, uwielbia wręcz! Czas spędzony z nimi i zabawę, i szaleństwo, wszystko super! Tylko żeby jeszcze na te czworonogi tak nie reagował... Musi znaleźć ludzi, którzy będą z nim szaleć, Topek lubi się porządnie zmęczyć, bo chociaż nieduży z niego psiak, to energii ma za pięciu.

Kolejny taki ananas - Drapek.


Pies ledwie sięgający kolana. Za to z ilością energii, która starczyłaby dla połowy schroniska! Powinien ją rozdawać na prawo i lewo, byłoby mu łatwiej. Drapek potrafi skakać po ścianach, potrafi wspinać się po płotach, potrafi przebiec kilkanaście kilometrów i dalej w kojcu biegać w te i we wte. Nie będę już wspominać, że jak zobaczy psa, to mało gardła nie wypluje, tak ujada... Dałoby się nad tym pracować... tylko niech się ktoś znajdzie, to będzie chciał... Drapek był adoptowany dwa razy. Cóż, potrzebuje kogoś, kto naprawdę go wymęczy codziennie, kto poświęci mu tyle czasu, żeby w domu spokojnie spał...

Ech, niech tylko znajdą się osoby, które będą chciały odmienić ich świat!

-------------

I chociaż się smucimy, chociaż łza się w oku kręci, to z jednego oka ze szczęścia, z drugiego z radości...

Alaska. Aluśka. Alusieńka. Uratowana z koszmarnych warunków. Przeszła kilka operacji.


Przytyła, zrobiła się piękna, puchata...


Pisałam o niej kilka tygodni temu. Okazało się pewnego dnia, że kolejne guzy w Alusi rosną. Takie, których już nie można się pozbyć.

Nasi szukali domu. Na już, na wczoraj. Skakałam z radości, kiedy się okazało, że jest wspaniały dom, gotowy zmienić całe alusiowe wspomnienia na najlepsze z najlepszych. Zmieniali...


Bardzo zmieniali... Nikt NIGDY tak się dla niej nie poświęcał...


...aż pewnego dnia dostaliśmy wiadomość...

"Alaski nie ma już z nami... Odeszła dzisiaj w nocy... Dzisiejszy dzień był znacznie gorszy od poprzednich i weterynarz zdecydował, że jedyne co można zrobić to zakończyć jej cierpienie  ... Zasnęła na zawsze "...

...szkoda, że tak krótko, ale jakie szczęście, że w ogóle poznała inny świat... Mogła nie mieć tej szansy, ale trafiła na cudowne psioludzkie serca...

DZIĘKUJEMY.


środa, 10 grudnia 2014

Psiolaski górą! Żeby tylko w przenośni...

- Psiolaski? Górą? Szczyty będziecie zdobywać czy przez płot skakać? Hyhyhy

- Żebyś się nie zdziwił... Śmiać się nie ma co, bo prawie zgadłeś i z własnej woli to nie było...

- Ojej... to przepraszam, ja niechcący... Ale co się właściwie stało? 

- Widzisz, ktoś nam taką właśnie psiejską dziewuszkę za płot przerzucił. 

Śmiesznaaaa, jak nie wiem co! Średnia, biała, kudłata, co kudełek, to innej długości, nos różowy, cudo! Na swój sposób cudo... Dla mnie akurat bardzo, ja bym chciała taką sierść zapuścić ale jakoś wyrosnąć nie chce...

Ja tu piszu-piszu, a tu pokazać wypada:


Psiolaska została przerzucona przez płot z kartką, na której było napisane "znalazłem, ma na imię Diana". Ekhem... trochę dziwne, prawda? Zwłaszcza, że na to imię psica reaguje. Szkoda, że nie było dopisku "ostatnie szczepienie trzy miesiące temu, lubi dzieci, nie lubi panów w czapkach", na przykład... 

Na szczęście Diana od razu stwierdziła, że nie ma co się depresjować, życie jest po to, żeby się nim cieszyć. Co człowieka widzi to się cieeeszyyy tak, że aż tańczy jej zadek, paszczę otwiera, zalotnie kudełkami macha, pocieszna, jak nie wiem co! 

Szczęście się do niej uśmiechnęło szybko, została zabrana do domu, na razie tymczasowego. Może znajdzie się ktoś,  kto zechce ją przygarnąć na stałe, a nawet, jak nie, to ten dom tymczasowy zmieni się na stały.

Poszczęściło się też psiolasce, o której już kiedyś pisała Majka. To suczka, która została przywieziona z koszmarnych warunków z innymi czworonogami. Wtedy była wystraszona, jak prawie cała reszta grupy. Teeeeraz jest niezwykle sympatyczna i zaraża radością! Mowa o Eliszy:


Nie za duża, nie za mała, naprawdę psiolaska w dechę! Jak jej się poszczęściło? Niestety do domu nie poszła, ale za to dorwała jednego z większych przystojniaków w schronisku!

Wyszłam sobie na obchód, dreptam sobie dziarsko do kuchni, spoglądam w stronę wybiegu a taam WZIUUUUuuu na lewo... eee chyba mi się zdawało... za chwilę WZIUUUuuu na prawo... Psia stopa! Nie zdawało mi się! Podchodzę bliżej... i znów jak nie śmignie coś brązowego, a za nim coś szarego! W końcu zatrzymali się przy furtce, nie wiem, które było bardziej zadowolone z tego wybieganego szaleństwa. Dogadali się, nie było wątpliwości! Spytali mnie tylko, czy widzę gdzieś idącego dwunożnego. Nie widziałam nikogo na horyzoncie. Jedna przez drugiego tylko wrzasnęli, że "ooo to psiekstra! Teraz ty gonisz!". I tyle ich widziałam. Będą mieszkać razem w kojcu, będzie im raźniej!

Najbardziej jednak wszyscy jesteśmy uradowani z powodu Alaski! To taka smutno-wesoła historia... Kiedyś pisałam o tej psiolasce - Alasce. Odebrana właścicielowi, który ją za mało karmił i nie leczył, chociaż pod brzuchem wisiał guz, wielki prawie jak ja! U nas przeszła jeszcze kilka operacji, stała się piękna, puchata, wykarmiona i w ogóle kiedy szła, to się wszyscy oglądali!


Alaska sobie mieszkała w schronisku, chodziła na spacery, cieszyła się z obecności ludzi. Aż pewnego dnia... Poszarzało, posmutniało... Wyrok: Alaska ma trzy duże guzy, nieoperacyjne. Zostało niewiele czasu... Nasi zaraz założyli na "fejsie" wydarzenie, zaraz były ogłoszenia, gdzie się dało! "Kto weźmie Alaskę do domu, do końca jej dni!?". Czekaliśmy, czekała nasza kudłata, piękna psiolaska...

Wyobraźcie sobie, żeeee, udało się! Zgłosiła się rodzina! Mają już suczkę podobną do husky, łagodną. Chętnie będą rodziną dla naszej, co to się pech od niej nie chce odkleić... Mieli przyjechać, umówione wszystko, przyjadą, zapoznają się, jak wszystko będzie super, to Alaska odjedzie do domu!

I pewnego dnia już prawie cały plan legł w gruzach, bo się nasza Aluśka pochorowała... Tak solidnie... Mówią na to "kryzys". Było kiepsko...

...ohohohoho, nie dała się jednak nasza Piękna! Po raz kolejny udało jej się wygrać! Zaraz potem Pracownik schroniska, który Alusię (tak pięknie o niej mówi...) kocha baardzo, pojechał po panią i przyszłą koleżankę naszej psiolaski, żeby się zapoznały porządnie....

...iiii ohohohoho, psiolaski się zapoznały i wszystko wyszło super!!! Potem ten sam alusiowy Pracownik odwiózł wszystkie dwu i czworonogi do dooomuuu! Niesamowicie się u nas wszyscy cieszą, że się tak udało, że Alaska będzie mieć najprawdziwszy dom i najprawdziwszą rodzinę! Zobaczcie, przecież pasują do siebie idealnie:



Teraz trzymamy kciuki (a psom nie jest łatwo...), za wszystkie nasze psiolaski!
...za Dianę III - niech jak najszybciej zostanie podpisana stała umowa!
...za Eliszę - niech znajdzie się rodzina, która weźmie tę pełną energii suczkę (może w tym domu byłoby jeszcze miejsce dla Hrabiego?)!
...za Alaskę - niech jeszcze wieeele miesięcy cieszy się DOMEM i niech zapomni o wszystkim, co złe było, i niech będzie jak najlepiej, jak najdłużej!

...i za inne nasze schroniskowe laski - za Sonię, Sarę, Zandi, Dinę, Sabę/Azę, Sawę, Gosikę, Kinię, Azerę i wieeeleee wieeeleee innnyyyych!

środa, 21 maja 2014

Trzymamy kciuki (a psom nie jest łatwo...)

Byłam ostatnio u Kotencji obejrzeć jej nowe M-1. Elegancko ma teraz! I ściany i sufit, bo to taka budka jak mają inne psy, ale kotencjowa jest miękka! W dodatku dobra lokalizacja, bo w kuchni stoi, zaraz przy stole na którym rozdziela się mięsiunio do miseczek... Jest czego zazdrościć! Kotencja opowiadała jak sobie urządzała wnętrze, powiedziała też, że chodziła w tej sprawie do Koki, bo Koka na modzie się zna ostatnio.

Najpierw kilka słów wprowadzenia. Koka to wielkooka, owczarkowata suczka. Nawet ma tytuł Koka Druga, bo już w Schronisku mieszkała Koka Pierwsza i żeby się nie myliło. Koka Druga jest pechowa. Miała jakieś poważne problemy ze zdrowiem, takie wiecie, kobiece. Oczywiście została zoperowana i już by się wydawało, że suczka jest na najlepszej drodze, żeby wyzdrowieć, ale okazało się, że z Koką jest gorzej jak ze szczeniakiem! Nie można jej było przemówić do łba, żeby nie ruszała rany! Paprało się i paprało a ona grzebała tam i grzebała... Nasi wpadli na pomysł, że Koka będzie chodziła w koszulce. Wam mówię, taka dama się zrobiła!


Pomogło, bo się wreszcie nie mogła dostać do rany i wreszcie zaczęło się goić. Przyznała się potem, że nie chciała na wiatę wracać... bo zimno, bo głośno, bo spacery rzadsze... No i jak już prawie było po leczeniu - dostała jakiegoś ataku i nasi od razu ją wysłali na badania. Okazało się, że ma taką chorobę, która się nazywa "padaczka" (przeliterowałam z jej karty, żeby już wstydu nie było) i przez którą co jakiś czas może się zacząć telepać i to nie jest fajne... Będzie dostawać lekarstwa, żeby żyła normalnie, ale ta padaczka to takie wredne coś, że jak już przyjdzie do psa to nie wyjdzie i trzeba tylko mieć nadzieję, że za często nie będzie się pokazywać... Pisałam, ze Koka jest pechowa...

Ze szpitala nie może się też na dobre wyprowadzić Alaska. Suczka, które wygląda całkiem jak husky! Właściwie to powinnam zacząć od tego, że ona to chyba szczęścia nie ma od urodzenia. Jej dom (ten przed schroniskiem) to właściwie nie był DOM. Mieszkała z watahą innych psów "całkiem jak husky" na podwórku a do spania miały kuchenne szafki. W dodatku Alasce wyrosło pod brzuchem coś, czego zdrowy pies nie ma. A nawet jak zaczyna mieć, to normalny właściciel pędzi do psiego lekarza i zaraz to coś wycinają. "Opiekun" naszej suczki chyba był niedowidzący, bo nasi musieli do niego pojechać i palcem pokazać, że tak pies wyglądać nie powinien. Niestety po krótkim czasie się okazało, że pan jednak widzi świetnie, ale kompletnie w nim chęci nie ma, żeby własnemu psu pomóc. Nie miał też najmniejszej chęci oddać czworonoga, ale na szczęście pomogli w tym panowie ze specjalnymi niebieskimi odznakami. I tak Alaska trafiła do nas. Prócz tego, że pod brzuchem dyndała jej spora piłka owinięta skórą, to się okazało, że pod futrem ma same kości, taka była chudziutka... Od razu oczywiście się nią nasi zajęli! Guz wycięli w naszej ulubionej lecznicy a u nas dochodziła do siebie i nabierała odpowiedniej masy. Szybko się też okazało, że Alaska jest przesympatyczna i ciągle się uśmiecha. 


Nie marudzi i nie narzeka, chociaż podobnie jak Koka - po wyjściu z jednej choroby wpada w drugą... Przeszła już dwie operacje i wszyscy trzymamy kciuki (a psu to ciężko!), żeby na tym się skończyło...

Jak już jesteśmy w temacie chorowania... Jakiś czas temu przyszła do biura jedna sympatyczna pani. Przyszła się "rozliczyć za Borysa". Wszyscy wiedzieli o co chodzi, ale ja nie! Nic nie wyjaśniali, więc musiałam potem sama poszukać! Wyszperałam co nie co i baaaardzo polubiłam tą panią i stwierdziłam, że ten Borys to niezwykły szczęściarz i ta historia to tak niezwykła jest i pokazuje, że schroniskowe marzenia się spełniają... 

Pewnego dnia, daaawno daaaaaawno teeemuuu, pewna pani i jej syn znaleźli w rowie psa. Zawieźli go do Schroniska, sami się nim zająć nie mogli. Szybko okazało się, że Borys prócz sporego rozmiaru, ma też spory problem z kręgosłupem, trudności z chodzeniem... Bywało lepiej, bywało niestety też czasami gorzej a już najgorsze w tym wszystkim było to, że nie było nikogo chętnego, kto weźmie kalekę do domu... Pani, która go przywiozła, późniejsza Wolontariuszka, przychodziła do Borysa, wyprowadzała na spacery, dawała tyle ciepła ile mogła. Kilka lat później stwierdziła, że dosyć już tego, nie można tak dłużej, trzeba podjąć męską decyzję! Chociaż w domu już jeden czworonóg mieszkał i do mieszkania prowadziła droga po schodach - Borys został zabrany. Do domu tymczasowego, ale DOMU. Ta Wolontariuszka na tym jednak nie poprzestała. Zaczęła szukać dla psa pomocy. Nie było łatwe zorganizować transport do dalekiego miasta, ale Borys przeszedł niezbędną operację. Nie jest łatwe nosić go codziennie na spacer i z powrotem do domu, ale dają radę. Organizowanie transportu na rehabilitację też wymaga poproszenia kogoś, ale wokół jest tylu Dobrych Ludzi, że Borys jest na najlepszej drodze do jak najlepszej sprawności. Nie byłoby tego bez tej Wolontariuszki, bez jej uporu i dobrych chęci jej i wielu osób. 


Ciężko nie stwierdzić, że Borys jest największym szczęściarzem z tej opisanej trójki. Jest też jednym z największych szczęściarzy ze schroniskowych psiaków. I niech mu się szczęści jak najwięcej i jak najdłużej.

I niech to szczęście jednak nie będzie wybredne i wybiórcze, niech przyjdzie też do Koki i do Alaski, niech znajdą domy i niech lekarza odwiedzają tylko podczas corocznych szczepień... a teraz zaciskamy kciuki (a psom nie jest łatwo)...

------

- Heeedziuu.... Pamiętasz Zenona...

- już się mnie pytałaś o Zenona, ale ja go więcej nie ruszałem, nie kłóciłem się!

- nie o to chodzi... Zeniu odszedł. Odleciał za Tęczowy Most. Do Czarusia... Ale wiesz, opiekowała się nim taka Dziewczynka. Jej Rodzice wpłacali pieniądze na jego leczenie i Ona często przychodziła do Zenia z Tatą, wyprowadzali staruszka na spacery zanim trafił do lecznicy... Ostatnio przynieśli mu kurczaka i posłanie... Specjalnie dla Zenona, wiesz, Hedziu... Jeszcze sobie na nim poleżał i weterynarze nosili mu od nas miseczki z mięskiem... 

- nie płacz, Buulbaa... oboje wiemy, że Majka już się tam nim zajmie... Chodź, zobaczymy, czy już razem nie latają nad wiatami...