Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Argon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Argon. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 czerwca 2013

BYŁ BLUES…



U nas miał na imię Argon. Jak poszedł do nowego domu, dostał też nowe imię – Blues. Co jakiś czas mieliśmy od niego wiadomości. I zdjęcia. Dobrze trafił…
          




A niedawno…

„Dzień Dobry...
Rok temu (plus tydzień) przyjechaliśmy do Was i powiedzieliśmy, że chcemy psa z małą szansą na adopcję. Staruszka. Wzięliśmy 11-letniego (a może więcej...) Argona. Prawie niewidomy, prawie głuchy, z chorą wątrobą, po przebytej grzybicy, więc z małą traumą, jeśli chodzi o pielęgnację łap czy brzucha.
Nauczyłam go wchodzić po schodach; pokazałam, że nikt mu w łapy czy pachwiny nic nie zrobi, że nie trzeba od razu zjadać każdej napotkanej białej chusteczki czy szmatki, żeby przypadkiem go nie chcieli przemywać... Daliśmy mu radość z biegania po łące przy bloku, ze spotkań innych psów... Często musiałam mu pokazywać inne czworonogi, żeby w porę się z nimi przywitał zanim przejdą... Tak się cieszył z każdego nowego zwierzaka obok...
Tak się cieszył z każdego zauważonego pomachania do niego, bo nie słyszał wołania... Tak lubił, jak się go czasem szturchnęło, kiedy stał i gapił się w ścianę. Cieszył się, że ktoś go znalazł... Nawet jeśli to było osiemnasty raz w tym dniu...
Wzięliśmy tego Staruszka dla niego. Nie dla nas. Dla niego, żeby nie był sam. Może dawno by go już nie było... Wiedziałam, że ta chwila nastąpi, wiedziałam od początku, że czasu jest mało...
Leczyliśmy mu wątrobę, kręgosłup. Potem tylko wątrobę, bo leki na stawy obciążały za bardzo organizm. Jeździliśmy na kontrole i badania. Gotowałam mu jedzenie albo dostawał Hepatic. Nie dostawał nic ze stołu, ani okruszka.
Miesiąc temu miał robione badania. Wątroba była w kiepskim stanie, nerki też nie miały idealnych wyników. Pisałam wtedy, że zostawia mokre plamy na legowisku. Dostał dwa rodzaje leków, plus ciągle dawany Esseliv. Niestety, w ciągu tego miesiąca jego stan się pogorszył. Pił bardzo dużo. Przed posiłkiem i po, przed spacerem i po, bardzo często. Jego posłanie było mokre kilka razy dziennie i to nie były już małe plamy. Czasami, jak stał, to po chwili leciał na jedną stronę.
Rozmawiałam dzisiaj z weterynarzem. Żadne leczenie nie dawałoby gwarancji, tym bardziej, że mimo leków było gorzej. Pamiętam, jak to było kiedyś z Elwoodem. Nie wiem czy żałuję, że cztery dni walczyliśmy o życie, jeździliśmy z nim na kroplówki, bo przecież zaraz wstanie i pobiegnie, bo przecież nic mu nie jest, będzie żył. Nie chciałam Bluesia leczyć na siłę, dla siebie, nie mając żadnej pewności... dodając mu stresu na koniec...
Daliśmy mu rok. Wesoły, ciepły, kochany. Tylko - albo aż rok... Wiedziałam o tym, wiedziałam że tak to się skończy a mimo wszystko siedzę i ryczę jak bóbr. Czy mając psa 15 lat, od szczeniaka z myślą, że będzie żył wiecznie, czy mając psa rok, żeby zapamiętał tylko dobre rzeczy… nie można się na to nijak przygotować. Można się łudzić, że człowiek jest przygotowany...

Prośba do Mai... Jak zobaczy za Mostem łaciatego kudłatego kundla gapiącego się w jeden punkt... niech go trąci nosem, on się tak strasznie ucieszy...

Magda”

Widziałam, trąciłam… Tu nic go nie boli.
Poszczekaliśmy chwilę i pognał. Spieszył się…
Więc siedząc w mieszkaniu wsłuchaj się dobrze w ciszę. I rozglądaj się, gdy chodzisz po drogach, którymi spacerowałaś z Bluesem. Może…

środa, 13 czerwca 2012


             Nasza główna bezogoniasta po pracy wyprowadza swoje domowe psy na spacer. Mają gdzie łazić, bo tam już się miasto kończy i zaczynają lasy. No i pewnego dnia szli sobie poboczem, aż tu nagle z lasu wyskoczył do nich ciemnorudy  psiak. Nie podchodził blisko, bo Arctic, owczarek, w każdym psie budzi respekt, a co dopiero w takim małym pokurczu! Za to od razu pokumplował się z Florą, drugim psem naszej bezogoniastej. Szedł z nimi ładny kawałek a potem wrócił do lasu. Po paru dniach zjawił się znowu, potem jeszcze raz. Za każdym razem wyskakiwał spoza drzew jak Filip z konopi, więc nasza bezogoniasta nazwała go właśnie Filip. Początkowo niewiele można było o nim powiedzieć prócz tego, że mały, kulawy i rudy, bo był cały jednym wielkim kołtunem posklejanej sierści. Ale był miły, towarzyski i niesamowicie wychudzony! Nasza bezogoniasta zaczęła nosić ze sobą na spacery jedzenie. Trzeba było widzieć, jak mały pożerał. I za każdym razem odprowadzał spacerowiczów coraz dalej. Aż w końcu doszedł do ich domu i wszedł na podwórze. I o to chodziło!
            W ogrodzie jest duża wiata, w której kiedyś miał mieszkać Arctic, gdy nasza bezogoniasta wzięła go ze schroniska. Ale on już po miesiącu zamieszkał w domu, jako jego pełnoprawny lokator i wiata stała pusta. No to teraz zamieszkał w niej Filip. Nocami, bo w dzień łazi po podwórzu. Będzie tu mieszkał do czasu, aż znajdzie się dla niego prawdziwy dom, bo tutaj żyje tymczasowo. Został odrobaczony, przystrzyżony, przebadany u zjaw i pożera tyle, że z dnia na dzień staje się grubszy! Ma około sześć lat i jest najrasowszym kundlem, który stał może chwilę koło jamnika. Dzisiaj wygląda tak:
                       
            No i czeka na kogoś, kto stworzy mu prawdziwy dom. Będzie dobrym psem, który zwiąże się z jednym człowiekiem. Tu, gdzie jest teraz, obskakuje domowników, merda ogonem, łasi się, pieszczoch jeden, domowych kotów nie rusza, z psami jest za pan brat. Ale na obcych potrafi warknąć, gdy próbują się spoufalać. I odchodzi.

            Nie jest jedynym zwierzakiem, który u naszej bezogoniastej żyje w domu tymczasowym. Prócz niego jest jeszcze kotka Laura, od miesiąca okupująca łazienkę. Pisałam o niej. To taka… Zresztą, najlepiej, jak po prostu przypomnę:
            „          Młoda kociczka, trójbarwna, maleńka… Trafiła do schroniska na ostatnich nogach. Zjawy wykurowały ją. Ale został jej koci katar. I już zawsze go będzie miała. Jest słabiutka, łapie wszystkie infekcje, a tu u nas zwierząt pełno, co chwilę któreś przynosi jakieś zarazki… Ten sierściuch tego w końcu nie wytrzyma! Bo to nie jest kot do schroniska. Musi mieć dom, gdzie nie będzie spotykał się z innymi zwierzakami i dostanie dobrze zjeść. Ten koci katar to nic strasznego – po prostu kilkanaście razy na dzień kotka kicha sobie. Ludziom to nie szkodzi. Weźcie ją, proszę! Na pewno się odwdzięczy, bo przylepna jest, jak rzadko”. ..
            Jakoś nie znalazł się chętny na wzięcie Laury, więc nasza bezogoniasta zabrała ją do swojego domu. Niech tutaj czeka na swojego prawdziwego bezogoniastego. Mała początkowo była zestresowana i prawie nie wychodziła z pudełka, które służy jej za legowisko. Ale z czasem nabrała odwagi i teraz kursuje po całym mieszkaniu. Nawet Arctica się nie boi. I co najważniejsze – nie choruje! Przez ten miesiąc nie kichnęła ani razu! Mieszka w towarzystwie dwóch psów i dwóch kotów, ale one są zdrowe jak rydze, więc nie może od nich złapać żadnego choróbska. No to rozkwita!
            To ona:
                       
            To tyle schroniskowych wieści spoza schroniska.

            Teraz już coś zupełnie z naszego podwórka.
            Jakieś trzy lata temu przyszła do schroniska para młodych bezogoniastych. Chcieli wziąć starego psa. Rzadkie, więc bardzo się tu ucieszyliśmy. Zdecydowali się na takiego przegubowca, ale zabij, nie pamiętam, jak miał na imię… Oni w każdym razie nazywali go Elwood. No i ostatnie lata życia spędził u nich. Miał jak w raju (nasi bezogoniaści sprawdzali!). Ale wiek robi swoje. Zachorował na wątrobę, przyplątały się inne dolegliwości  i dwa miesiące temu odszedł…
            A ta para bezogoniastych przyszła do nas ponownie. Znów po starego psa. Zdecydowali się na Argona.
                       
            To taki terierkowaty ośmiolatek. Trafił do nas pół roku temu z ulicy, bardzo zaniedbany, chudy, z chorobami skóry… Badania wykazały, że wątroba słabo mu pracuje, że męczą go jakieś przewlekłe zapalenia… W dodatku psiak miał kłopoty ze wzrokiem. Zaczęło się leczenie i Argon powoli wrócił do formy. Był spokojny, przyjazny, żadne wariactwa nie były mu w głowie. Ale nie dawaliśmy mu tutaj wielkich szans: ani szczególnie przystojny, ani najzdrowszy, wiek już też zaawansowany… A tu – proszę!
            Ci bezogoniaści, co go przygarnęli, powiedzieli, że nigdy nie wezmą sobie młodego psa. Że chociaż wiedzą, iż Argonem nie nacieszą się długo – tak jak przedtem swoim Elwoodem – to właśnie takie stare psy będą brać i starać się, żeby choć ostatnie lata psiaków upływały im w dobrobycie, wśród kochających bezogoniastych.
            Słuchałam tego, co mówili, jak najpiękniejszej bajki. Ale takiej prawdziwej! I miałam ochotę polizać ich po rękach.