Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Atena. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Atena. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 lipca 2013

WAKACJE



No to są te wakacje i bezogoniaści rozjeżdżają się po świecie. A my siedzimy tutaj. Teraz, co prawda, mogłabym sobie polecieć, gdzie tylko psia dusza zapragnie – ale po co? W schronisku dzieje się to, co najważniejsze. Dla mnie. No to sobie siedzę i patrzę, jak inni spędzają swoje wakacje…

Jedna z naszych bezogoniastych zadzwoniła do biura i tak cicho jakoś, tajemniczo, zaczęła mówić do naszej głównej bezogoniastej, żeby zaraz do niej przyszła… A po co?... No bo jakieś dzikie zwierzę wyszło z lasu i wlazło do schroniska… Aha, a gdzie właściwie?... No tu, gdzie ja jestem, z tyłu, za biurowcem, tam, gdzie stare budy leżą… I nie wiesz, co to za zwierzę?... Nie wiem, bo do budy wlazło i tylko ogon wystaje!... Zajrzyj do środka!... Nie, lepiej nie, jeszcze się wystraszy… Dobra, czekaj, idę!...
I nasza główna bezogoniasta poszła do tej drugiej, za biurowiec. A tam rzeczywiście, ze starej budy wystaje coś, cienkie, gołe, czarne jakieś… I troszkę się porusza… Szczurzy ogon?
No więc bezogoniaste cichutko stanęły z dwóch stron budy, podniosły dach i widzą węża! Prawdziwego. Z takimi plamami żółtymi z tyłu łba. A więc zaskroniec. Niegroźny. Wakacje sobie zrobił i na włóczęgę ruszył. Z dziczy do cywilizacji. Może zresztą na wczasy?
                       
Niedaleko leżał sobie Misiek, który za biurowcem ma dużo miejsca i cień, więc często tam się wyleguje i dba o swoje serce. Zaskroniec nie zrobił na nim najmniejszego wrażenia.
A bezogoniaste poleciały po aparat fotograficzny i pstryk – fotkę. Ale nie wyszła, za ciemno było, aparat bez lampy błyskowej, a dachu mocniej nie chciały podnosić – po co płoszyć zwierzaka… Może jutro, jak paskud zostanie, uda się go sfotografować…

Parę dni wcześniej pewni bezogoniaści zadzwonili do schroniska z informacją, że uciekła im Atena. Adoptowali ją całkiem niedawno, a ona zwiała. Malutka, płochliwa, z ciężkimi przeżyciami suczka… Wakacje sobie zrobiła?
           


Bezogoniaści szukali jej w okolicy, jeździli po lasach – nie znaleźli… Nasi też przyłączyli się do poszukiwań – nic z tego.
Aż tu nagle, trochę przed wizytą zaskrońca – kolejny telefon: znów ci bezogoniaści. Zauważyli Atenę na skraju lasu, ale ona się płoszy i nie chce podejść. Niech podjedzie ktoś ze schroniska, może do niego podejdzie.
Nasza główna bezogoniasta ruszyła natychmiast. Rzeczywiście – Atena była, ale zbliżyć się do siebie nie pozwalała. Wabili ją, wołali, próbowali podejść – zmykała w krzaki. W końcu nasza bezogoniasta rozsiadła się na ścieżce i zaczęła ją wołać i gadać do niej tak, jak w schronisku. I Atena powoli podeszła. Powąchała, poznała i hyc bezogoniastej na ręce…
Potem już wszyscy siedzieli w kuchni u tych bezogoniastych od Ateny, a ona leżała na podłodze skudłacona, chuda, zmęczona – ale szczęśliwa. Bezogoniaści też. Przez tych parę dni jeździli po okolicy i szukali. Bo w domu żałoba – co siądą do stołu, albo kawę wypić, to zaraz im Atena stoi przed oczami… Cieszyli się jak więc teraz dzieci. Ten bezogoniasty powiedział, że zanim suczka na dobre się do nich nie przyzwyczai, on jej kupi obrożę z GPS, na wszelki wypadek. A gdy już przestanie być potrzeba, to ją podaruje schronisku. Będzie ją można wypożyczać bezogoniastym, którzy adoptują szczególnie niesforne psy… Czemu nie! Pomysł niczego sobie!

Tu Tyson mnie zaskoczył. Nie bardzo wiedziałam co to jest ten GPS. A on, proszę, wiedział. Odsunął notebooka, podrapał się po grzbiecie, polizał w strategicznym miejscu i gada:
- Ten GPS, rozumiesz, to taki aparacik, który ostrzega, że pies ginie. Jak, pojmujesz, pies daje w długą, to ten aparacik się odzywa i piszczy sygnał: GPS, GPS…
- A co ten sygnał znaczy?
- To taki skrót. Znaczy: Gubisz Psa, Sieroto!
- Aha… Pewien jesteś?
- Nooo… pewnie!
Hau! Niech to kleszcze!... Niby się zgadza, ale… Będę musiała jeszcze innych popytać, bo coś nie bardzo…

A po przygodzie z zaskrońcem-wczasowiczem już tak wesoło nie było. Zadzwoniła policja i prosiła, żeby przyjechać do centrum po kociaka. No to nasi pojechali. Okazało się, że jeden bezogoniasty próbował topić go w fontannie! I czasem trzepnął nim o obmurowanie… Zauważył to ktoś, zadzwonił, a policjant, na szczęście, był niedaleko. Podbiegł, kociaka zabrał, bezogoniastego zatrzymał… Ten tłumaczył, ze bawił się piłeczką! Czego więc od niego policjant chce??...
Bezogoniasty trafił tam, gdzie powinien, a ledwo żywy kociak pojechał prosto do lecznicy… Licho wie, co z nim będzie…

niedziela, 19 maja 2013

INKA I MISIEK



Inka, dziesięcioletnia może suczka, biegała po śródmieściu co chwilę plącząc się w smyczy. Była przerażona. Złapała ją w końcu jedna młoda bezogoniasta, która mieszkała parę ulic dalej. Zaraz się zorientowała, że suczka jest kaleka, tym bardziej, że znała psinę z widzenia.
           
Zaprowadziła ją do schroniska, poinformowała o znalezieniu i od razu zabrała do siebie na domek tymczasowy. I zaczęła szukać właściciela Inki, ze skutkiem połowicznym. Właściciel zniknął. Sąsiedzi opowiadali, że dostał eksmisję i przepadł gdzieś…
I minął miesiąc. Nasi bezogoniaści rozmawiali z tą bezogoniastą telefonicznie raz i drugi i wyglądało na to, że Inka zostanie u niej na stałe. Ale…
Pewnego dnia bezogoniasta, markotna i osowiała, przyszła z Inką do schroniska. Musi ją oddać, bo… Długo rozmawiała w biurze z naszą główną bezogoniastą i ostatecznie wzięła suczkę z powrotem. Dalej na tymczas. I ona, i nasi zaczęli w Internecie zamieszczać takie ogłoszenia, skierowane do bezogoniastych z sercem:

            „Relacja z domu tymczasowego:
Od kiedy Inka jest u mnie, mogę napisać o niej same superlatywy. Pomimo jej podeszłego wieku sunia jest żywym psiakiem. Jest BARDZO grzeczna, w zasadzie pies ideał. W domu nie odczuwa się jej towarzystwa, bo w większość czasu spędzonego w domu przesypia zwinięta. Na początku odniosłam wrażenie że Inka nigdy nie miała swojej miski, bo po jedzenie przychodziła tylko w momencie kiedy inni domownicy jedli, tzn żebrała.
Czyściutka, załatwia się na dworze, a pozostawiona sama w domu po prostu śpi - nie ma mowy o podgryzaniu mebli czy kabli. Gdy się nudzi, chętnie zajmuje się dentastixem[1].
Z radością wychodzi na spacery i nie ma problemu z chodzeniem na smyczy.
Jest niewidoma na jedno oko, drugim też ledwo widzi. Przypuszczam, że jest też przygłuchawa. Jak się oddalę o parę metrów, już mnie nie widzi a gdy ją wołam, to mam wrażenie, że nie słyszy mojego głosu. Rozgląda się tylko nerwowo i widać, że jest zdezorientowana. Zwracamy uwagę przechodniów, kiedy zaczynam skakać, machać rękoma i głośno mówić do suczki, żeby ją przywołać, podczas gdy ona stoi parę metrów ode mnie. Z tego sama czasami mam ubaw.
W każdym razie...
Piesek absolutnie dla wszystkich! I dla tych aktywniejszych, i dla tych, którzy nie lubią długich spacerów. Jedynym problem może być nagła konfrontacja z bardziej pobudzonymi dziećmi. Może wtedy uszczypnąć, bo jest zaskoczona i przestraszona. Próbowałam też konfrontacji z kotami. Widać że lubi sobie za nimi poganiać, ale tylko wtedy, gdy te przed nią uciekają. Nie wiem, być może dłuższy pobyt w jednym mieszkaniu z kotem oswoiłby ją z ich widokiem i uspokoił. Za to jak najbardziej może mieszkać z innymi psami - z tym nie ma absolutnie żadnego problemu.
Jest na prawdę kochana i między nami mówiąc to jeszcze liczę na to, że ktoś mi bliski w końcu sam się przed sobą przyzna, że to fajna psina jest i szkoda ją oddawać...”

Zwróćcie uwagę na ostatni akapit, bo charakterystyczny. I częsty, niestety!
Może takie apele poskutkują…

A teraz coś, co mnie zamurowało! Nie spodziewałam się, a tu proszę: Misiek III napisał swój życiorys! Dał radę! Zaraz go poczytacie. Poprawiłam, oczywiście, bo od błędów się roiło, no ale pierwsze koty za płoty! Będą psy z tego psa! Początek obcięłam, bo jak i kiedy Misiek dostał się do schroniska, to już opisałam wcześniej w którymś poście. Teraz więc tylko ten fragment, który dotyczy jego pobytu w schronisku.

           
„No to mam te osiem lat i jestem wielgachnym kundlem. Jak mojego kumpla Pikusia wzięli do nowego domu, to zostałem sam i było mi niedobrze. Bo ja towarzyski jestem. Nasi bezogoniaści wpadli na pomysł i zaczęli mnie wyprowadzać na taki niby wybieg z tyłu, za biurowcem, gdzie siedzą dwa malce: Atena i Maleństwo. I kupę czasu tam spędzam z nimi.
         



Wygląda to tak, że najpierw sprawdzam cały wybieg, czy coś się tam nie zmieniło. Bo może leży coś, o co one mogłyby się pokaleczyć. Obok jest wejście do kotłowni, to i tam zaglądam zawsze, żeby dopilnować, czy się pali i czy będzie ciepła woda. A potem to już zajmuję się tymi maluchami. Wpierw się mnie bały, ale szybko im minęło. I teraz Atena bezczelnie wyżera mi chrupki z miski, nawet wtedy, gdy sam jem. A Maleństwo włazi na mnie i zjeżdża mi po łbie i nosie, jak ze ślizgawki. Taką wtedy ma radochę, że sobie czasem popuszcza i muszę się długo myć, aż jęzor boli!...
W ogóle lubię psy. I bezogoniastych lubię. Zwłaszcza jak głaszczą. Mnie. Bo jak inne zwierzaki, to już nie. Wtedy się wpycham, a że wielki jestem, to nie ma problemów.
I spacery też lubię. Tylko nie po ścieżkach, a po krzakach, między drzewami, wtedy jest weselej. A jak idą ze mną inne psy, to najlepiej, jak jest Kusia.
                       
To sobie maszerujemy łapa w łapę i ona mnie szczypnie, i ja ją, i tak się szczypiemy całą drogę. Fajnie od kumpeli szczypa dostać!
Tak sobie myślę, że najlepiej, gdyby mnie stąd wzięli tacy bezogoniaści, którzy mają duży dom z ogrodem. I żeby rodzina była duża, żeby zawsze miał mnie kto czochrać. Nie zniszczę im ogrodu, bo kopać nie lubię. A z potrzebami też potrafię się wstrzymać aż do spaceru. Byle pamiętali, że trzeba ze mną wyjść dwa razy dziennie…
Tu w schronisku nasi bezogoniaści gadają, że jestem pies-ideał. Gdzie tam! Ja jestem pies-kundel i wystarczy. I gadają, że takiego jak ja, to ze świecą szukać… Bzdury. I bez światła można mnie znaleźć, taki duży jestem.
Ale ci bezogoniaści zawsze coś dziwacznego wymyślają…”



[1] Jak ktoś nie wie: dentastix to takie śmieszne kostki dla psów. Nawet smaczne, a przy okazji oczyszczają zęby z kamienia!

niedziela, 3 marca 2013


Mają pomysły, nie powiem. Kto? Mali bezogoniaści.
Jest w naszym mieście takie miejsce, które się nazywa biblioteka. Wiem, co to jest, bo niedawno sami otworzyliśmy własną bibliotekę im. Mieszańca Cygana. Możecie do niej zaglądać, kiedy chcecie!
Ale te szczeniaki bezogoniastych mają swoją bibliotekę, w której się spotykali na zajęciach i postanowili uczcić Dzień Kota – takie święto, które było niedawno. No i porobiły różne zabawki dla kotów, ze sznurków, z tektury, ze starych szmatek… I te zabawki sprzedawały na imprezie pt. „Koty górą” w tej bibliotece. A co zarobiły, to zaraz oddawały na rzecz naszych schroniskowych sierściuchów! I były tam jeszcze zdjęcia tych naszych mlekopijów, i nasza bezogoniasta wystąpiła, i robiona była kwesta…
                       
Na tej imprezie była też kilkunastoletnia bezogoniasta, która w swoim miasteczku, niedalekim, od roku samodzielnie dokarmia koty! Dziewięć sztuk! Najpierw wynosiła z domu wszystko, co tylko sierściuchy mogły zjeść, potem wypraszała karmę od rodziny, wreszcie przeniosła tę akcję do szkoły… I działa! Nasi bezogoniaści dowiedzieli się w końcu o tym i na tej imprezie w bibliotece bardzo jej dziękowali, dali sporo karmy i wciągnęli ją na listę karmicieli. Odtąd co miesiąc, tak jak inni karmiciele, będzie dostawała w schronisku pokarm dla swoich podopiecznych.
         

Skoro już o kotach mowa… Nasi bezogoniaści zwieźli ostatnio do schroniska kilka psów z jednego zapuszczonego wiejskiego gospodarstwa. Pisałam o tym parę tygodni temu. Te psy strasznie przestraszyły się nowego miejsca, no i nas, miejscowych psów. Dlatego trzy najstrachliwsze poszły zaraz do Złotego Zaułka, czyli do małej wiatki z tyłu, za biurami. Tam innych psów nie widzą (tylko mnie, jak zajrzę do nich) i nie słyszą (no, prawie…). To kundelki, oczywiście. Drobnica niewyrośnięta. Najstarsza Bianka, trochę młodsza Atena i smarkacz Maleństwo. Miały tam dwie wygodne budy, ale korzystały tylko z jednej – razem pewniej się czuły. I po paru dniach zaczęły dochodzić do siebie – to znaczy wyłazić z tej budy…



                       
Miało być o kotach. No właśnie! Ta wiatka przytyka do kociej woliery. Sierściuchy przy ładniejszej pogodzie chętnie się tam wylegują. Na psy z sąsiedztwa nie zwracają uwagi. Za to te nowe psiaki – i owszem! Jak się trochę ośmieliły, to zaczęły na koty poszczekiwać. Bez wrażenia. Aż trafiły na Bertę.
          
Pisałam już o niej – to kotka która ma więcej tłuszczu niż mięsa, kości, sierści i rozumu razem wziętych! Na jej widok rozszczekały się wszystkie trzy i Berta wyszła z nerw: skoczyła na siatkę, uwiesiła się pazurami, całkiem wysoko i tak nie zacznie miauczeć i prychać!... Sierść nastroszona, ogon sterczy!... Na chwilę stała się straszną, dziką Bertą! Biedne kundle pouciekały i schowały się w budzie. I odtąd zawsze na widok Berty dawały drapaka…
            Na szczęście dla nich stał się mały cud i Berta znalazła sobie dom! Jakaś kobieta z dalekiego miasta znalazła jej fotkę w Internecie, zadzwoniła, umówiła się z naszymi bezogoniastymi – i Berta odjechała.

Dalej też będzie o sierściuchach, ale tylko troszkę. W kociarni mieszka z nimi pies Sopelek. Taki pies, co to żyje we własnym świecie i z resztą się nie kontaktuje… Siedzi, je, gdy mu się miskę podstawi pod pysk, zrobi kilka kroków po pomieszczeniu i znów siada. Na spacer trzeba go wynosić…
         
Jednym bezogoniastym odszedł pies, który był z nimi dziewiętnaście lat. Odżałowali i przyszli do schroniska po innego. Bezogoniasta i jej syn chcieli wziąć Sopelka właśnie, ale bezogoniasty się nie zgodził – wolał Biankę, co to o niej przed chwilą wspominałam. No i Bianka poszła, a Sopel został…
Któregoś dnia ta bezogoniasta z synem przyszli raz jeszcze. Żeby odwiedzić Sopelka. Posiedzieli z nim, pogadali do niego, pogłaskali i poszli. A po dziesięciu minutach Sopel dźwignął się z posłania i tup-tup do drzwi! Była przy nim akurat jedna nasza bezogoniasta – oczom nie chciała uwierzyć! Sopel chce iść na spacer?!! Otworzyła mu drzwi i psiak wyszedł do kuchni (bo kociarnia sąsiaduje z kuchnią). Zrobił rundkę dokoła pomieszczenia i wywędrował na dwór. Łapy mu się trzęsły, bo przedtem sam takich wypraw nie robił – ale szedł. Połaził trochę po śniegu, poznaczył co trzeba – i na swoje miejsce do kociarni. ..
Coś się w zwierzaku otworzyło. Bezpieczny się poczuł, dobrze mu się zrobiło – licho wie. Może jutro znów zapadnie w tę swoją apatię. Ale może nie?...

Poza tym dzisiaj znowu był ten paskudny dzień, kiedy muszę pożreć tabletkę na stawy. Wiem, że mi pomaga, ale w smaku jest paskudna! Gorsza od czekolady – i to o wiele gorsza! Bezogoniaści wiedzą, że mi nie smakuje, więc zawsze podają mi ją w smakołykach. Ale ja się wycwaniłam! Podadzą we frolikach – to pyszności wyżrę, a tabletkę zostawię. W szyneczce z własnego śniadania bezogoniasta mi poda – to jęzorem pomacam, wypchnę z szyneczki, co smaczne – połknę, a tabletkę na ziemię! No to potem w rybce!... I tak dalej. Zabawa po pachy, brzuszek rośnie, a tabletkę w końcu jakoś tam przełknę. I tak raz na miesiąc!
Tylko że ostatnio nasza główna bezogoniasta miała dość tej zabawy i za którymś podejściem, kiedy zjadłam już pół jej śniadania, a tabletkę trzymałam między dziąsłem a policzkiem, daleko z tyłu paszczy, wsadziła mi tam łapę, tabletkę wyłuskała i wprost do gardła – siup! Zjawy by tego szybciej i lepiej nie zrobiły! Tylko że mi się wtedy paszcza zamknęła – haps! Bezogoniasta rękę wyrwała i – auuu! Ja pysk rozdarłam – hauuu! Odskoczyłyśmy obie w różne strony i potem ona palce sobie masowała, a ja próbowałam zwymiotować tę tabletkę… Po jakimś czasie ją przestało boleć, a ja strawiłam. I zrobiłyśmy zgódkę.

No to teraz zamieszczę kolejną baśń w rysunkach. Narysowała ją nasza zdolna psunia Ania Witkowska. Miłego patrzoczytania!

aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce