Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Darel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Darel. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 lutego 2014

RANNE



Ten post wesoły nie będzie…
Post… Pamiętam, jak na początku nie chciałam używać tego słowa. Wolałam – wpis. Bo „post” bezdomnym psom źle się kojarzy, oj, źle… Akurat tu, w schronisku, już nie poszczą, przeciwnie, ale pamiętają aż za dobrze.
Trafiają tu głodne, niekiedy skrajnie wyczerpane, a bywa, że i chore albo ranne. Teraz właśnie jest jakiś szczególnie niedobry okres. Tylko w ubiegłym miesiącu przywieziono do nas kilka poranionych psiaków. Polecę je poodwiedzać, a Tyson tymczasem będzie pisał…

Będę. Najpierw, w sam Nowy Rok, przyjechał tu Darel. Ale o nim już pisaliśmy. To ten mój braciszek po rasie, amstaf, który pewnie był zmuszany do walki.

http://schronisko.avx.pl/psy-do-adopcji/item/2803-darel
                       
Paskudnie go jakiś inny pies poharatał. Ale zjawy go zbadały, opatrzyły i już jest o wiele lepiej. Nawet na spacery zaczął wychodzić.

Trzy dni później pojawił się Trampek, taki trochę owczarek, trochę nie wiadomo co. Kawał psa! Próbował łazić po niedalekiej miejscowości. Piszę – próbował, bo nie bardzo mógł. Miał poranioną łapę. Zdaje się, że potrącił go samochód.
http://schronisko.avx.pl/psy-do-adopcji/item/2796-trampek
                       
Strasznie wesoły młodziak. Ciągle mu ta łapa doskwiera, ale on jakby tego nie czuł. Cieszy się, biega, skacze. Na trzech łapach, co prawda, ale tak też można. Spróbujcie, jak nie wierzycie.

Potem przez dwa tygodnie był spokój. Póki nie przywieźli Falika. To szczeniak jeszcze, nieduży. Znaleziono go za miastem.
http://schronisko.avx.pl/szczeniaki-do-adopcji/item/2813-falik
                       
Ten to nawet chodzić nie mógł, bo obie tylne łapy miał uszkodzone. Jak go przywieźli z gabinetu, od zjaw, do nas, to jeszcze był cały roztrzęsiony. Próbowaliśmy dowiedzieć się, co mu się stało, ale nie mógł sobie przypomnieć – dziura w pamięci. Tyle wiedział, że mu zjawy amputowały jeden paluch w lewej tylnej łapie… Dobrze, że się tylko tak skończyło i że może łazić.
Majka pewnie poleci najpierw do niego, bo się jej spodobał, ale go nie znajdzie! Bo on to miał szczęście w nieszczęściu - już go tutaj nie ma. Przyszła jedna młoda bezogoniasta ze swoim bratem chyba i wzięli go do domu. I już tam, na nowym miejscu, będą go leczyć dalej.

            A dzień po Faliku do schroniska trafił Rodzyn. Młody kundelek średniego wzrostu.
http://schronisko.avx.pl/psy-do-adopcji/item/2821-rodzyn
                       
Ten z kolei miał ranę na karku. Szeroką, ciętą. Wyglądało to tak, jak gdyby ktoś chciał mu głowę odciąć! Zjawy napracowały się przy nim. Parę dni u nich siedział. Jeszcze nie zdążyłem z nim poszczekać, nie złożyło się. Ale ciekaw jestem, co opowie…

No i wreszcie Puszek, dwulatek, kundelek.
         
http://schronisko.avx.pl/psy-do-adopcji/item/2824-puszek


Zjawił się w okolicznej wsi i szukał miejsca, w którym mógłby się schować. Koniec końców wlazł pod jakiś samochód i tam siedział. I wyjść nie chciał. Właściciel samochodu zadzwonił do schroniska i nasi pojechali. Trochę się namęczyli, zanim go wyciągnęli. Na pierwszy rzut oka wyglądał tak, jakby go pogryzł jakiś większy pies. Ale jak zjawy popracowały nad nim, to się okazało, że ma jeszcze inną ranę: ktoś strzelał do niego i został mu śrut w kości, w łapie. I to tak paskudnie umiejscowiony, że zjawy wahały się, czy go operować i ten śrut wyciągać. Bo można było psiakowi więcej zaszkodzić taką operacją, niż pomóc… Słyszałem, że u zjaw zachowywał się bardzo dzielnie. I grzecznie, bez paniki… Rzadkość, zwłaszcza u bezdomnych psów. Ale on, widać, miał kiedyś swoich bezogoniastych, którzy chodzili z nim do lecznicy. No to wiedział, że nic złego mu tam nie zrobią…

Pięć rannych psów w jednym miesiącu. Nie pamiętam, żeby wcześniej zdarzyło się coś takiego…

Przypomniało mi się za to coś innego. Od jakiegoś czasu Majka już nie sprawdza tego, co napisałem. No, niekiedy tylko rzuci okiem. A to chyba znaczy, że już nie robie gupich błenduf! Hahahau!


poniedziałek, 27 stycznia 2014

NA KRAWĘDZI



            Widząc, że nadlatuję, Tyson zaczął miotać się po kojcu i wrzeszczeć z pianą w pysku:
            - Na daniele Na daniele!
            - Co się stało? – pytam.
            - Nasi bezogoniaści na daniele pojechali! Ja też chcę! Ganiać! Polować! Za rogi je!... Na daniele!
            - Czyś ty zgłupiał, Tyson? Nasi pojechali nie na daniele, tylko do danieli. I nie polować, tylko pomagać.
            Tyson zerknął na mnie kosym okiem, siadł, podrapał się po łopatce i stwierdził, że ocieplacz mu przeszkadza. No więc dał spokój, wstał, podlazł do miski i zaczął wyżerać chrupki.
                       
http://schronisko.avx.pl/akcja-sms/item/105-tyson

            - Przecież wiem – mruknął z pełnym pyskiem. – Ale czasem muszę sobie przypomnieć, że jestem krwawy amstaf, nie?
            Ot, samcza natura!...
            - To jak już sobie przypomniałeś, to poopowiadaj trochę o tym, co się w schronisku ostatnio wydarzyło, a ja polecę za bezogoniastymi i sprawdzę, co u tych danieli. Na razie!...

            - Leć! Cześć!...
A tu u nas stara bieda. Znów pełno nowych psów się pojawiło. Najbardziej zainteresował mnie Darel, bo to też amstaf. Spory pies, wyżyłowany, trochę młodszy ode mnie.
http://schronisko.avx.pl/psy-do-adopcji/item/2803-darel
                       
Nasi znaleźli go w podmiejskiej dzielnicy. Ale nie od razu tu trafił. Najpierw pojechał do lecznicy i tam się nim zjawy zajęły. Bo był w paskudnym stanie. By tak szczeknąć – na krawędzi. Złamane kości, szarpane rany na głowie, karku i łapach… Widać, że walczył. I to pewnie z innym amstafem. Miał czipa, więc nasi zadzwonili zaraz do tego schroniska, gdzie był czipowany. Pytają o właściciela psa. A tam jakaś bezogoniasta odpowiada, że pies został oddany pewnemu obcokrajowcowi, który przyjechał z daleka, z południa… A gdzie mieszka? – pytają nasi… Ano, mówił, że mieszka niedaleko waszego miasta…
I na słowo mu uwierzyli, bo w dowodzie nic nie miał! I wydali!... Jeden pies w schronisku mniej!
            No i teraz szukaj wiatru w polu.
Nieźle, co? 

Nie chce mi się więcej pisać. Poczekam, aż Majka wróci, to jeszcze coś o tych danielach skrobniemy…

No, jestem… Zganiałam się… Duch też się męczy, zwłaszcza jak ma pod wiatr. A wieje dzisiaj paskudnie…
Z tymi danielami to już od paru tygodni się ciągnie. Nie daleko i nie blisko żyli sobie bezogoniaści. Założyli hodowlę danieli. Dostali na nią te no… dotacje unijne, czy jakoś tak… I ślicznie było jakiś czas. Ale potem bezogoniaści się posprzeczali – jak to w rodzinie bywa. Ktoś tam wyjechał, a ktoś został. Bez pieniędzy. I daniele też zostały. Bez opieki. I żyły sobie, póki mogły, a jak już nie mogły, to zaczęły zdychać. Ten bezogoniasty, co został, zadzwonił w końcu do nas, zadzwonił do lokalnej władzy i tamtejsza policja z naszymi jako świadkami, pojechali zobaczyć, co się dzieje. Nasi zabrali jeszcze z sobą jedną naszą zjawę.
           

Dokoła ślicznie. Ogrodzony teren: rozległa łąka aż pod las, środkiem strumyk sobie płynie… Tutaj rośnie trawka, tu solna lizawka, tutaj gniazdko trzmieli, tu trupki danieli (w różnym stopniu rozkładu). Żarcia ani śladu… Jeśli nie liczyć kupki dość już zleżałego siana.
A z danielami to jest tak: latem jedzą to, co mają na pastwisku, ale zimą trzeba je dokarmiać. Szczególnie te hodowlane, które już oduczyły się żywić samodzielnie. Kiszonkę trzeba im dawać i ziarno, owies na przykład, a czasem to i marchew albo buraki… Siano jest tylko dopełniaczem…
No i nasi tak sobie szli, patrzyli, liczyli padłe zwierzęta, zerkali na te jeszcze żywe. Kilkadziesiąt ich snuło się pod lasem. Znaleźli cielaczka, który się jeszcze trochę ruszał. Postanowili zabrać go z sobą do lecznicy, ale  nie zdążyli go donieść żywego do samochodu…
Nie było na co czekać. Nasi zaraz zaczęli dzwonić. Z innej hodowli, chwalić Doga, niedaleko była, załatwili transport kiszonki. Na parę dni, żeby zwierzaki jakoś przetrwały. A po powrocie do schroniska powiadomili powiatowego zjawę o całej sprawie. I dalej załatwiali paszę dla tych danieli.
Do tej hodowli wybrał się zaraz taki specjalista od chorób zakaźnych, żeby sprawdzić, czy jakiegoś pomoru nie ma. Ale nie było. Po prostu, daniele były poważnie wygłodzone i słabe. Naszym udało się kupić owsa na miesiąc, trochę warzyw i to wszystko pojechało do rogatych głodomorów. Może jeszcze nie jest za późno i przynajmniej większą część zwierzaków da się ocalić…
No i telefony. Wydzwania ten, kto został i ten, kto wyjechał. I jeden na drugiego winę zwala. W to akurat nasi nie zamierzają wnikać.
Tak bywa: bezogoniaści się żrą, a zwierzęta padają…
I w imieniu tych pokrzywdzonych zwierząt nasi oddadzą sprawę do prokuratora.