Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tyson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tyson. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 lutego 2016

Adres: Lewa-Szara

Niby niczyje, a każdy z nas jest w wielu sercach... Niby bezdomniaki, a mamy adresy!

Na przykład, ja, Dżokej, Ares iiii nowy biurownik - Tyson! Nie, nie, nie nienienienienie, NIE TEN! Zamieszkał Tyson Dwa. Kolega Dżekiego. Grzeczny, nienarzucający się (jeszcze), za to o żarełko już, już, pomaluuśku......



Tak, ten z tyłu to Tyson. Tutaj nie jako tło:




Tyson do nas przyjechał razem z Dżekim, który był naszym współpsiobiurownikiem niezwykle krótko, bo aż dzień jeden. Zaraz wyjechał do domu! Ich właściciel niestety odszedł tam, skąd się nie wraca, ale gdzie potem, kiedy Majka po nas przylatuje, spotykamy się wszyscy razem...Tyson jest całkiem spokojny i dobrze nam się mieszka razem. Co prawda to kolejna konkurencja do głasków....... ale cóż, biurowników dużo jest, to może trochę tu, trochę tam...

Wracając do adresów - każdy u nas jakiś ma. Jeden mieszka na wiacie pierwszej, w kojcu nr 17, drugi w kojcu nr 5 na wiacie trzeciej, jeszcze inny na Lewej-Lewej, jeszcze inny na Złotych Klatkach... Dzisiaj trochę o Lewej-Szarej!

Na Lewej-Szarej mieszkają psy dwa i kotów trochę więcej.

Z sierściuchów jest Spektro, o którym pisał Dżokej TUTAJ, jest też Czarli, o której pisał też Dżokej TUTAJ. Jest też Zoja iii o niej nie było jeszcze wcale! Spieszę już ją przedstawić.

Zoja to kociolaska. Jest niby czarna, ale pół brody jej pomalowali na biszkoptowo, sama palce w kremie też zamoczyła, a pod okiem jej kilka włosów wyblakło... Taka śmieszna jest kolorystycznie.



I oczy ma zielone! Spokojna taka, nie wadzi nikomu; zje, co podadzą, w tym plastikowym pudle zrobi co trzeba i zakopie. Jak dwunożnego zobaczy, to zaraz zainteresowana i się domaga przywitania, zapyta też, jak dzień mija i czy zimno na dworze. Pełna kultura! Tylko coś mi się wydaje, że najszcześliwsza byłaby jako jedyny sierściuch w domu. Mało towarzyska jest... Niektórzy tak mają, nie lubią konkurencji, czy nie zamierzają się wdawać w rozmowy... Zoja ceni sobie swoje jedynactwo, ale czy w domu musi być od razu kot w każdym kącie?

Na Lewej-Szarej mieszka więcej sierściuchów, ale niech to... już nie pamiętam, które, a nie będę leciał, bo noc ciemna, a się wszyscy pobudzą!

Za to będzie o psach, które ten sam adres mają. Jest tam Grozikus i Krejzol. Psy to dwa, co się do głaskania pchają...



...a kiedy się nie głaszcze, to też mają swoje sposoby...



Krejzol patrzy się z wyrzutem i smutno, bo przecież jak to tak człowiek może z psem w jednym pomieszczeniu być i nie być w kontakcie?? Za to Grozikus uśmiecha się czarująco i wie, że oprzeć mu się po prostu nie da!

To teraz dla rozróżnienia, jakby kto jeszcze nie wiedział... Krejzol przypomina owieczkę. Czarną, chociaż wcale taką przysłowiową owcą czarną nie jest!


Krejzol jest krejzolem! Po prostu. Tak zwyczajnie, pozytywnie, niepoprawnie jest szalony. Na spacery wybiega radosny jak skowronek wylatujący z dziupelki w pierwszych dniach wiosny! Krejzolowi nie przeszkadza pora roku, każda jest dobra! Do głaskania też jest każdy świetny, pasujący, idealny! Podczas głaskania rozpłaszcza się na podłodze jak dywanik, z którego wystają cztery nogi i kawałek różowej gumki, znaczy język. Pocieszny jest, po prostu! Szkoda, że nikt o niego nie pyta...

Grozikus to świetny kumpel Krejzola!



 Na zdjęciu wyszedł jakiś smutny, ale jak tylko zobaczy, że ktoś do nich wchodzi, to zaraz uśmiech ma na całą paszczę! Jest mniej szalony niż Krejzol, ale tyle samo w nim tęsknoty za ludźmi i kontaktem... Grozikus stoi spokojnie i upaja się głaskami. Jak się przestanie, to grozikusowy nos zaraz trącą rękę, podrzuca ją i wrzuca sobie na łepek... Cześciej się zamyśla, jakby nie wierzył, że cokolwiek się w jego życiu zmieni... Jak się zapatrzy czasem w okno, to i oko mu się zaszkli... Przecież musi być jeszcze jeden rozdział w jego historii!

Tacy to mieszkańcy Lewej-Szarej, sierściasto-szczekający. Każdy chętnie zmieni adres na jakikolwiek inny, najważniejsze, że pod nim będzie Szczęście przez ogromne SZ! 

...czy komuś nie za mało lokatorów w domu...?

środa, 4 listopada 2015

Pies ma mieszkać na dworze? W porządku, ale co będzie w zimie?

...i wcale mi nie chodzi tylko o to, że buda ma być porządna! Znaczy ma być jak najporządniejsza, ściany podwójne i takie białe coś, co jak się gryzie to się robią kuleczki musi być między ścianami; dach ma być też gruby, a otworek taki, żeby się pies przecisnął bez problemu, ale bez przesadnego luzu; na zimę powieszony dywanik albo coś innego podobnego, żeby nie wiało, a w budzie duużo sianka czy słomek, w które się można zakopać, żeby ciepło było. Taka powinna być buda, jeśli już pies musi w niej mieszkać.

Zwykle jeszcze wokół tej budy jest taka siatka, żeby zwierz po całym ogrodzie nie chodził, się to kojec nazywa. I ważne jest, żeby nie stawiać tej siatki za mało, żeby ten psiur mógł jeszcze trochę pochodzić tam, a nie tylko dwa kroki na zachód, dwa na wschód i jeden na południe... Jeszcze o dachu wspomnę, bo być musi, żeby deszcz nie padał, żeby słońce nie prażyło iii żeby pies nie uciekł też, jak który jest wspinający.

Nnoo.. tyle wykładu na początek, ale to koniec nie jest! Przedstawię teraz psy mieszkające u nas, które mogłyby mieszkać w takim kojcu. Mają odpowiednie futro i w ogóle... Jak się nie znajdzie żadne mieszkanko ani żaden domek, w którym mogłyby mieć posłanko swoje... to trudno, kojec też dobra rzecz, jeśli się nie zapomina potem, że tam mieszka zwierz, który uwielbia kontakt z człowiekiem!

Na przykład Helcia. Została zabrana z terenu firmy. Znaczy byłego terenu, bo firma była z Helcią a potem firma wyjechała w dal siną, a Helcia... nie. Mieszkała tak sobie w samotności miesięcy kilka, aż zupełnie przypadkiem nasi się dowiedzieli i Helcię zabrali. Słusznej postury to psiolaska, futerko też ma nie byle jakie...


...i dobrze widzicie, zakochana w patyczkach po uszy! Mogłaby mieszkać w porządnej budzie pełnej sianka, ale jej opiekunami muszą być ludzie, którzy będą zabierać Helcię na poszukiwania patyczków, żeby mogła je sobie poznosić wokół budy i żeby miała co robić, jak akurat pańciostwo pójdzie do pracy, czy coś. Nie dla niej siedzenie w samotności i kompe... koten... k o n t e m p l a c j a. Zresztą jak ktoś przez okno zobaczy, jak Helcia do zabawy patolkiem zaprasza, to na pewno wyjdzie się przyłączyć!

Albo inna psiolaska - Lidka. Nieprzypadkowo była w poprzednim "miejscu zamieszkania" nazywana Miśką!


Taka psiolaska, że popatrzeć miło! Ze mnie też żaden chart, to i popatrzęc lubię na pełniejsze kształty... Lidzia jest przyzwyczajona do dłuuugich spacerów, do biegania (a jednak!), lubi się porządnie wyhasać. Nie dla niej jakieś tam chodzenie wzdłuż płotu i szczekanie tylko. Trzeba na spacer wziąć, wymiziać, wydrapać, wygłaskać każdego dnia. Inaczej pies zamienia się w smutasa, a przecież nie po to bierze się zwierza, żeby tylko potem smutno w kojcu wyglądał i było żal, prawda? Oczywiście, że są tacy, co to firanki zasłonią i udają, że im nic nie umiera w samotności, ale o nich dzisiaj nie piszemy...

Do kolekcji mamy jeszcze Duala! Och, bo to mało ludzi się nim zachwyca?? Przystojniak, że ja się mogę tylko schować!


Psiolaski do niego wzdychają, co trzecia ma jego zdjęcie w budzie! I jaki jest haczyk w Dualu, że wciąż czeka na dom? Taki, że trzeba mu obiecać, że pies się nudził nie będzie. Dual nie znosi nicnierobienia, nie dla niego siedzenie w kojcu! No chyba, że po porządnym spacerze, takim, że futrzak ledwo człapie łapa za łapą - wtedy okej, grzecznie daje się zaprowadzić. Ale jak Dual uznaje, że jeszcze nie koniec spaceru, to trzeba wracać na kolejną przebieżkę! Za to się nauczył pięknie przy rowerze biegać! ...to taka mała podpowiedź dla tych, którzy szukają psa do tego typu rozrywek!

Czy te psy nie nadają się do mieszkania w domu? Oczywiście, że się nadają! Helcia czy Lidka na pewno z wdzięcznością będą trzepotać rzęsami za każdym razem, kiedy spojrzą na swoich ludzi! Dual? Pewnie też by się zamienił w kanapowca, aaaaaleeee oczywiście pod warunkiem, że minimum 3 godziny się przebiegnie jednak! Opisałem te czterołapy tutaj, bo jednak jeśli by się znalazły super budy przy super domach z super ludźmi, to by nasi jednak pożegnali się z nimi i życzyli powodzenia na nowej drodze życia...

Jeden jest pies, który może mieszkać na dworze, powinien wręcz i w domu jednak się nie widzi... Oto Tyson. Kiedyś pisał nawet tutaj co nie co, ale go Bulba wyrzuciła...


Tyson to całkiem fajny pies. Jest średniej wielkości, jest inteligentny i bardzo oddany ludziom, których dobrze pozna. On w odróżnieniu od pozostałych prezentowanych dzisiaj czterołapów ma krótką sierść, a jednak polecany jest do niego kojec... Tysona roznosi energia! Żaden ptaszek nie może obok niego przelecieć zupełnie na luzie, żaden zwierz inny, młodsi dwunożni też nie do końca mogą się spoufalać... Taki to psiur potrzebujący silnego na zewnątrz i od środka człowieka! Wolontariusze zrobili kawał dobrej roboty i Tyson jest już mniejszym postrachem niż kiedyś, ale jednak trzeba pamiętać o drzemiącej w nim sile. Nie będzie czuł się dobrze zamknięty w domu... Tyson jest na takiej liście specjalnej o nazwie "Szukające Miłości Staruszki". Teraz jest zdrowy jak ryba, koń, rydz, czy co tam jest w tym przysłowiu... Ale gdyby coś kiedyś, to nasi pomogą w leczeniu! Jak się dobrze pogada, to może pomogą też w budowie kojca...? Wszak porządny, duży kojec to jedno z wymagań dla przyszłego opiekuna! Ech, oby się ktoś znalazł gotowy na Tysona, którego Tyson też by polubił... Bo on czeka na dom już 8 lat... W tej chwili jest stażowym rekordzistą...

Budę i kojec objaśniłem na początku. Teraz powiem, że dobra miejscówka to nie wszystko! Trzeba pamiętać, że pies będzie się w nim zwyczajnie... nudził... Nie dziwne przecież, przecież dwunożni muszą też mieć te wszystkie fony, tiwi, plejstejszony czy coś, bo inaczej też nie wiedzą, co ze sobą zrobić i wcale się dobrze nie czują! Pewnie, że jak jest lato, wiosna, jest ciepło, pięknie i słonecznie, to ludziska dużo czasu spędzają na dworze, czterołap ma otwarty kojec, może przyjść na głaski, podrzucić patyczka czy zabawkę, zachęcić do spaceru, jest masa możliwości! ...a jesienią i zimą? Wiatr zaczyna miotać suchymi liśćmi, robią się zawieruchy, przymrozki, chlapa... Bywa mniej przyjemnie wtedy. A pies wciąż tak samo czeka na kontakt. Tak samo jak wiosną czeka na spacer, tylko zamiast w ciepłym słońcu - może w jesiennym wietrze, ale jednak są to chwile inne niż cały dzień w budzie wyczekując na jakieś urozmaicenie! W chłodne dni wcale nie mniej chce się przytulić, wręcz bardziej! Rozgrzać się wewnętrznie, porobić coś razem, poszaleć, zmęczyć się! Żeby potem wrócić do ciepłej budy i poczekać na kolejne wyjście za bramę...

Podsumowanko, bo już się zacząłem rozpisywać...

Nie możesz mieć z jakichś powodów psa w domu, ale chciałbyś mieć czworonożnego przyjaciela? Postaw porządną budę w zacisznym miejscu, jeśli musi być kojec - niech będzie taki, żeby zwierz mógł tam się przespacerować jednak, a nie tylko mógł zrobić kółko wokół własnego ogona... A później moja gorąca prośba. Taka gorrrrąąąąca bardzo, parząca wręcz.... Nie zapominajcie o czworonogu, kiedy dni robią się chłodniejsze...

One w mróz i zawieruchę tęsknią za Wami tak samo...

niedziela, 27 kwietnia 2014

Mały Wielki Stróż

Khem, no to ja. JA. Bulba!


Przywieźli mnie któregoś dnia do Schroniska. Troszkę posiedziałam tu, troszkę tam... Ale w końcu poznali się na mnie, a jakże! Pilnowałam bramy, miałam swoją portiernię, elegancko, osobny boks przy furtce. Nikt nie mógł przejść niepostrzeżenie. I poznali się! Zobaczyli, że tam się marnuję, że muszę wyższe stanowisko mieć! I teraz nie pilnuję bramy, ale BIURA! Bo tam sami ważni siedzą! Jest Kierowniczka... kierowniczkę to lubię bardzo. Może to czyta, to niech wie, że ją kocham! Kierowniczkę trzeba kochać, bo przecież jeszcze zarządzi, że dostanę pół kolacji albo więcej nie zobaczę gotowanego kurczaka... Jeszcze jest taka lokowana  paanii... Ja ją uwieeelbiaaam, bo ona jest taka fajna dla mnie! I te loki ma... nie mam takich i tych loków to jej zazdroszczę...  i taka jeszcze jedna co biega od komputera do psów i zdjęcia robi i znów do komputera... Jeszcze się trochę doprzymilam i może mnie zabierze na jaką sesję!

- pfff, ale powiedz, żeby trawę skosili, bo ci nóg nie będzie widać hłe hłe...

- Hedar! No bezczelność! Idź lepiej sprawdź czy bratki rosną! O czym to ja miałam... aa wiem:

Takie biuro to nie w kostkę dmuchał! Takie poważne miejsce! Już ja im przypilnuję! Pierwszego i drugiego dnia to przychodził jakiś facet nocami, chciałam przepędzić! Niby mówili, że to stróż, ale po co drugi, skoro jestem JA!? Ale potłumaczyli, że nocami muszę spać, bo w dzień trzeba mieć siłę... No to niech sobie stróżuje w nocy. Ale jak tylko wstaję to go wyganiam, dwóch jest niepotrzebnych! Aaa, a jak trzeba to i szatni popilnuję. Lepiej nie podpadać tym, którzy miski roznoszą, to stara życiowa prawda...

- Bulbaaa, ale tak w ogóle co ty tu piszesz, Majka była przecież, i Tyson się wymykał do pisania, czemu tutaj tłuścisz tymi paluchami!

- Hedziu, bo to było tak... Ja spać nie mogłam jak mi ciągle coś stukało nocami. No jakże tak można nocami nie dawać spać, ja przecież całe dnie nie mogę sobie pozwolić na zamknięcie choćby oka! A ta dwójka mi klepała nocami, znaczy widziałam jednego psa a klepało jakby dwóch, no maasaakra... No to chodziłam i chodziłam i stukałam w ścianę "CISZEJ! PSIA KOSTKA!". W końcu przestało stukać, błoga cisza! Potem pojawił się problem, bo Kierowniczka jakaś zgaszona, tej lokowanej już się loki ze zgryzoty prostowały (piękne te loczki ma...), na papierosa chodzili częściej. Coś mówili, że jakaś Majka pestków czy postów nie przysyła i że jak to tak pusto... No to jak tak namieszałam... Koszmarnie się przyznać do błędu, ale jak wspominałam, Kierowniczki nie można denerwować... Którejś nocy poprawiłam obrożę, próbowałam naślinić trochę grzywkę i polokować, ale ostatecznie nie wyszło; i poszłam do Tysona. Tyson mnie obszczekał, że nie mam szacunku dla starszych, że Majka, że Duch, że Patron Schroniska, że jak to tak, że mi coś skądś powyrywa jak zaraz nie przeproszę...


Dłuuugo to trwało i Majka dała się przeprosić i nawet jak tak troszkę porozmawiałyśmy PO BABSKU, to nawet odetchnęła, że zostawia Schronisko pod dobrą opieką. Ona ponoć mieszka w takim fajnym miejscu co się nazywa "Za Tęczowym Mostem" często jednak tutaj bywała, bo się obawiała jak sobie poradzimy. Tyson mi potem powiedział, że Majka nad ranem jak odlatywała to tak szybko i tak lekko jakby jej ktoś przed nosem 5kg kiełbasy trzymał! Wreszcie może zając się sprawami zamostowymi, tam przecież też jest potrzebna. Z takim doświadczeniem!
- i co, Tyson nie chce pisać sam?
- nie, Hedi, Tyson bez Majki nie chce, a poza tym wiesz... on ma taką paszczę jakąś taką..... no nie czułabym się komfortowo, wiesz... "a dlaczego masz takie wielkie zęby...?", te sprawy, rozumiesz...

Poradzimy sobie, jeszcze zagadam Kotencję, może przyniesie czasami jakieś wieści z kuchni. Bo w końcu u nas dużo się dzieje! Co rusz jakiś zwierzak przychodzi, z historią smutną albo bardzo smutną... I co jakiś czas wychodzi ze swoim nowym człowiekiem i historia ma szczęśliwy koniec. Albo wolontariusze mają szkolenia, czasami z psami, jak ostatnie zawody O-Rally. Jeszcze o nich napiszę, tylko się dowiem od psów które się tam uczyły. Mnie nie wzięli, zbyt zajęta byłam akurat...
- pff, Buuulbaa, przecież jak ciebie szkolić skoro nie widać czy stoisz czy siedzisz hłe hłe hłe... a przeszkody? Chyba dołem byś przeszła z podniesioną gło...
- HEDARZE, IDŹ ZOBACZ CZY NIE MA CIĘ NA PLACU!! Co za psisko.... Zazdrości, że się na każdym posłaniu mieszczę..... Bo Hedarowi wszystko straszne urosło, ale on nie chce się w lustrze przejrzeć i chyba o tym nie wie...

ekhem... nooo iii mamy też różne akcje i zbiórki i trochę się dzieje! Ja WIEM, bo przecież biura pilnuję, to słyszę. Tymczasem muszę już skończyć  pisanie,to bo już grubo po północy a przecież rano muszę wstać wcześnie, stróża zmienić...

niedziela, 16 marca 2014

TYSON W SKOWRONKACH



Patrzyłam, a Tyson na środku kojca stał i przebierał tylnymi łapami. Na pysku malował mu się wielki wysiłek, który powoli ustępował. Wreszcie rozluźnił się. Ale po pewnym czasie zaczął łazić drobnymi kroczkami w kółko, zerkając co chwilę za róg biurowca i widać było, jak napięcie w nim rośnie, aż znowu zatrzymał się i zaczął dreptać w miejscu.
- Jak ci się chce, to czemu nie zrobisz? – spytałam rzeczowo.
- Na spacerze… - wystękał przez zaciśnięte kły.
- Skąd wiesz, że pójdziesz?
- Bo ja zawsze… o tej porze…
Szczęka mi opadła.
- Co znaczy: zawsze? Od kiedy niby?
- Od… dwóch miesięcy… - prawie piszczał.
- Codziennie?!
- Co weekend… I w jeden dzień dodatkowo – jęknął.
- A kto cię tak wyprowadza?...
- Moi bezogoniaści! – wrzasnął, rzucił się do wyjścia i… nie utrzymał. Wtedy zobaczyłam, że zza rogu wyszła para młodych bezogoniastych. Z daleka machali do Tysona, witali się, a on podskakiwał, ogonem wywijał, mruczał coś i wspinał się na pręty ogrodzenia. A gdy weszli do kojca, oszalał. Skakał na nich, lizał po twarzach, wywrócił się na grzbiet, a ci go miziali po brzuchu, targali za uszy, też coś tam do niego mruczeli… I tak dłuższą chwilę. A potem wpięli mu linkę w obrożę i pomaszerowali na spacer.
No i patrzcie państwo! Od trzech miesięcy, szczeka! A ja nic nie wiem!... Fakt, w weekendy wpadam do schroniska albo wcześnie rano, albo wieczorem, kiedy już jest pusto. Ale że ta amstafia bestia się nie pochwaliła??!
Smyrgnęłam do biura i pytam Imbira, bo Hedar akurat spał, o co chodzi. No i słyszę, że rzeczywiście. Para bezogoniastych przychodzi do Tysona już od grudnia! Regularnie. I łażą z nim na długie spacery. Ale go nie adoptują, bo mają małe mieszkanko, a w nim już jednego dorosłego psa, Toby’ego. Z nim to też ciekawa historia![1] Więc tylko tak mogą pomóc Tysonowi… Aha, takie buty!...
- A wiesz – Imbir zmienił temat – mieliśmy tu ostatnio dwa labradory. Heca wyszła! Oba nasi zgarnęli z miasta. Zwiały swoim bezogoniastym. Zamknęli je w kojcach interwencyjnych. I po paru godzinach przyszli właściciele jednego z nich. Podeszli do Lotnika. Pies na ich widok zaczął podskakiwać i cieszyć się. Oni również. Gadali do niego, a on nie mógł się doczekać, aż im wpadnie w ramiona.
          
http://schronisko.avx.pl/znalazy-dom/item/2942-lotnik



Wtedy nasi powiedzieli, że mamy tu jeszcze drugiego labradora. Niech więc sprawdzą, czy to przypadkiem nie tamten. A oni, że nie, że to właśnie ich pies. Lotnik  niby… Ale przeszli parę kroków do drugiego kojca. A tam już czekał Lando i zaczął się z nimi witać.
           


Bezogoniastym miny się wydłużyły. Zerk na Lando, zerk na naszych bezogoniastych, znów na Lando… Cofnęli się do Lotnika. Popatrzyli na siebie i znów do Landa. Nasi bezogoniaści stoją z kamiennymi minami i czekają, co będzie. No i były szczegółowe oględziny, wołanie psa po imieniu. A oba labradory reagowały na wszystko jak oszalałe.
W końcu tamci bezogoniaści zdecydowali, że to jednak Lando. Wzięli go i poszli. A na drugi dzień przyszli właściciele Lotnika. Ci nie mieli kłopotów z rozpoznaniem swego zwierzaka… Może dlatego, że był tylko jeden…
I my tak tu sobie myślimy, Majka: ile czasu trzeba bezogoniastym, żeby się nauczyli rozpoznawać własnego psa, co?
- Nie wiem, co ci odpowiedzieć, Imbir. A twoi bezogoniaści zawsze i od razu ciebie rozpoznawali?
- Ja nie mam swoich bezogoniastych…
- Ale miałeś…
- No i po co ty… - zwiesił ogon i wyczłapał z biura.
Niech to kleszcze! Wygłupiłam się!
- Niby stary duch, a głupi! – usłyszałam z tyłu. To Hedar się obudził. – Musiałaś mu przypominać?
- Wymsknęło mi się… Pójdę go przeprosić.
- I co mu powiesz?
- No… Że wiem, że jego bezogoniaści…
- No właśnie!
- Ech… No tak… lepiej nic nie będę gadać…
- Otóż to!
Hedar wstał a ja popatrzyłam na jego przednią łapę.
- Co ty tam masz, Hedar?
- To jest orteza. Stabilizuje mi łapę, wiesz…
http://schronisko.avx.pl/akcja-sms/item/497-hedar
           
Hedar chodzi dziwacznie: przednią łapę stawia skosem do środka. Jakby chciał się kopnąć w drugą przednią. I sprawia wrażenie, że zaraz się przewróci na bok. To takie zwyrodnienie, od kręgosłupa… I im dłużej tak chodzi, tym bardziej mu ten kręgosłup wyrodnieje. I boli… No to nasi zebrali pieniądze od innych bezogoniastych i zafundowali mu tę ortezę. Musiał jechać do kliniki, daleko od naszego miasta…
- I jak, lepiej? – pytam.
- Nie wiem, za wcześnie… - mruknął.
Uwaliliśmy się przed biurem na trawniku. Słońce już zachodziło, ale wciąż grzało. Imbir gdzieś zniknął, pewnie schował się w wiatach. Było spokojnie i schroniskowo. Hedar zawęszył:
- Tyson wraca!
Fakt. Wracał, ciągnąc za sobą bezogoniastego. Bezogoniasta szła trochę z tyłu. Pruli jak maszyny. Zziajani i uchachani. Mrugnął do nas po drodze. I pomaszerowali do kojca. Tam jeszcze dość długo żegnali się, a potem bezogoniaści poszli a ja zajęłam ich miejsce.
- I jak było?
- Dobrze było. Kawał lasu zlecieliśmy! Najpierw, rozumiesz – wszystkie gałęzie moje! Uauuu!... Aż wióry leciały! Jeszcze szczęki czuję!... A potem to marsz, to bieg… Ja prowadzę, wiesz? No to łazimy tam, gdzie dawno nie chodziłem. Albo w ogóle. Daleko… Dobrze, że ci moi bezogoniaści mają kondycję…
- Twoi? Przecież oni mają już psa.
- No to pół-moi… - Tyson położył się i zapatrzył w wejście do budy. – Grafit ma tak samo. Przychodzi do niego stale jedna bezogoniasta, ale do domu go raczej nie zabierze.
          
http://schronisko.avx.pl/psy-do-adopcji/item/2198-grafit


A on i tak jest szczęśliwy…. Bo tak też można… Popatrz sobie…
            I pokazał mi fotkę.
Tyson – Groźny, Niebezpieczny Amstaf!
          
http://schronisko.avx.pl/akcja-sms/item/105-tyson





[1] Rzeczywiście, ciekawa historia. Sądząc z niej, w naszym schronisku wcale nie jest najgorzej. Tak się wszyscy zachwycają tym, jak mu tam, Zachodem, a tu proszę! Ci bezogoniaści, którzy wyprowadzają Tysona, opowiedzieli, jak Toby do nich trafił. Cytujemy:
„Nasz Toby to siedmioletni mieszaniec, adoptowaliśmy go jako 8-tygodniowego szczeniaka z przytuliska dla zwierząt w Inistioge (Irlandia); jakiś bezdusznik wyrzucił go wraz z dwiema siostrzyczkami w zamkniętym kartonie na skraju lasu. Tam zostali znalezieni i przyniesieni do „przechowalni” prowadzonej przez starszych ludzi, którzy mimo starań nie byli w stanie zapewnić zwierzaczkom dobrych warunków.
Szczeniaki usłyszeliśmy wychodząc już ze schroniska (byliśmy tylko zobaczyć, jak wyglądają takie miejsca w Irlandii), były zamknięte w komórce, bez dostępu światła, na brudnych gazetach.
Dwie suczki piszczały i skakały a „chłopczyk” siedział w kącie cichutko. Po włożeniu ręki, jako pierwszy podszedł i objął ją łapkami.
W taki oto sposób Toby stał się członkiem naszej rodziny, zwiedził z nami pół Europy, podróżował promem, pociągiem, autem.
Tam gdzie my, tam i on.”

poniedziałek, 27 stycznia 2014

NA KRAWĘDZI



            Widząc, że nadlatuję, Tyson zaczął miotać się po kojcu i wrzeszczeć z pianą w pysku:
            - Na daniele Na daniele!
            - Co się stało? – pytam.
            - Nasi bezogoniaści na daniele pojechali! Ja też chcę! Ganiać! Polować! Za rogi je!... Na daniele!
            - Czyś ty zgłupiał, Tyson? Nasi pojechali nie na daniele, tylko do danieli. I nie polować, tylko pomagać.
            Tyson zerknął na mnie kosym okiem, siadł, podrapał się po łopatce i stwierdził, że ocieplacz mu przeszkadza. No więc dał spokój, wstał, podlazł do miski i zaczął wyżerać chrupki.
                       
http://schronisko.avx.pl/akcja-sms/item/105-tyson

            - Przecież wiem – mruknął z pełnym pyskiem. – Ale czasem muszę sobie przypomnieć, że jestem krwawy amstaf, nie?
            Ot, samcza natura!...
            - To jak już sobie przypomniałeś, to poopowiadaj trochę o tym, co się w schronisku ostatnio wydarzyło, a ja polecę za bezogoniastymi i sprawdzę, co u tych danieli. Na razie!...

            - Leć! Cześć!...
A tu u nas stara bieda. Znów pełno nowych psów się pojawiło. Najbardziej zainteresował mnie Darel, bo to też amstaf. Spory pies, wyżyłowany, trochę młodszy ode mnie.
http://schronisko.avx.pl/psy-do-adopcji/item/2803-darel
                       
Nasi znaleźli go w podmiejskiej dzielnicy. Ale nie od razu tu trafił. Najpierw pojechał do lecznicy i tam się nim zjawy zajęły. Bo był w paskudnym stanie. By tak szczeknąć – na krawędzi. Złamane kości, szarpane rany na głowie, karku i łapach… Widać, że walczył. I to pewnie z innym amstafem. Miał czipa, więc nasi zadzwonili zaraz do tego schroniska, gdzie był czipowany. Pytają o właściciela psa. A tam jakaś bezogoniasta odpowiada, że pies został oddany pewnemu obcokrajowcowi, który przyjechał z daleka, z południa… A gdzie mieszka? – pytają nasi… Ano, mówił, że mieszka niedaleko waszego miasta…
I na słowo mu uwierzyli, bo w dowodzie nic nie miał! I wydali!... Jeden pies w schronisku mniej!
            No i teraz szukaj wiatru w polu.
Nieźle, co? 

Nie chce mi się więcej pisać. Poczekam, aż Majka wróci, to jeszcze coś o tych danielach skrobniemy…

No, jestem… Zganiałam się… Duch też się męczy, zwłaszcza jak ma pod wiatr. A wieje dzisiaj paskudnie…
Z tymi danielami to już od paru tygodni się ciągnie. Nie daleko i nie blisko żyli sobie bezogoniaści. Założyli hodowlę danieli. Dostali na nią te no… dotacje unijne, czy jakoś tak… I ślicznie było jakiś czas. Ale potem bezogoniaści się posprzeczali – jak to w rodzinie bywa. Ktoś tam wyjechał, a ktoś został. Bez pieniędzy. I daniele też zostały. Bez opieki. I żyły sobie, póki mogły, a jak już nie mogły, to zaczęły zdychać. Ten bezogoniasty, co został, zadzwonił w końcu do nas, zadzwonił do lokalnej władzy i tamtejsza policja z naszymi jako świadkami, pojechali zobaczyć, co się dzieje. Nasi zabrali jeszcze z sobą jedną naszą zjawę.
           

Dokoła ślicznie. Ogrodzony teren: rozległa łąka aż pod las, środkiem strumyk sobie płynie… Tutaj rośnie trawka, tu solna lizawka, tutaj gniazdko trzmieli, tu trupki danieli (w różnym stopniu rozkładu). Żarcia ani śladu… Jeśli nie liczyć kupki dość już zleżałego siana.
A z danielami to jest tak: latem jedzą to, co mają na pastwisku, ale zimą trzeba je dokarmiać. Szczególnie te hodowlane, które już oduczyły się żywić samodzielnie. Kiszonkę trzeba im dawać i ziarno, owies na przykład, a czasem to i marchew albo buraki… Siano jest tylko dopełniaczem…
No i nasi tak sobie szli, patrzyli, liczyli padłe zwierzęta, zerkali na te jeszcze żywe. Kilkadziesiąt ich snuło się pod lasem. Znaleźli cielaczka, który się jeszcze trochę ruszał. Postanowili zabrać go z sobą do lecznicy, ale  nie zdążyli go donieść żywego do samochodu…
Nie było na co czekać. Nasi zaraz zaczęli dzwonić. Z innej hodowli, chwalić Doga, niedaleko była, załatwili transport kiszonki. Na parę dni, żeby zwierzaki jakoś przetrwały. A po powrocie do schroniska powiadomili powiatowego zjawę o całej sprawie. I dalej załatwiali paszę dla tych danieli.
Do tej hodowli wybrał się zaraz taki specjalista od chorób zakaźnych, żeby sprawdzić, czy jakiegoś pomoru nie ma. Ale nie było. Po prostu, daniele były poważnie wygłodzone i słabe. Naszym udało się kupić owsa na miesiąc, trochę warzyw i to wszystko pojechało do rogatych głodomorów. Może jeszcze nie jest za późno i przynajmniej większą część zwierzaków da się ocalić…
No i telefony. Wydzwania ten, kto został i ten, kto wyjechał. I jeden na drugiego winę zwala. W to akurat nasi nie zamierzają wnikać.
Tak bywa: bezogoniaści się żrą, a zwierzęta padają…
I w imieniu tych pokrzywdzonych zwierząt nasi oddadzą sprawę do prokuratora.


środa, 9 października 2013

JEDNA NIEZWYCZAJNA BEZOGONIASTA


- Tyson, czemu bezogoniaści tak się kłócą?
- Nie kłócą się, tylko dyskutują – mruknął Tyson z godnością i spróbował się ugryźć w ogon.
- Jak zwał, tak zwał! O co im chodzi?
- Jakiegoś maila dostali – warknął i znów spróbował się ugryźć, tym razem wykręcając się w drugą stronę.
- A bo to mało maili przychodzi do schroniska? Co w tym akurat było takiego szczególnego?
- Nie wiem – i tu wykonał kolejną próbę odgryzienia sobie ogona.
- Przestań się wiercić, amstafie! Rzep ci się przyczepił?
- Nie. To gimnastyka. Dawno nie byłem na spacerze i zastałem się.
- No dobrze, ale na chwilę przestań i szczekaj jak pies, szczegółowo. Naprawdę nie wiesz, o co w tym mailu chodziło?
- Ano, nie wiem. Ktoś chce pomagać, a nasi nie chcą przyjąć tej pomocy… Jakoś tak, zdaje się.
- Coooo? Pomocy nie chcą przyjąć? Nie przesłyszałeś się?
- Oj, Majka, dałabyś spokój. Leć sama do biura i posłuchaj, zamiast przeszkadzać. Tobie już kondycja niepotrzebna, ale mnie tak.
Odwrócił się i wskoczył na budę. Potem zeskoczył. I wskoczył. I zeskoczył. I…
Przeniosłam się do biura. A tam bezogoniaści dyskutowali. I jedni byli oburzeni, a drudzy się śmiali. A jeszcze inni kręcili głowami. Zanim zdążyłam się zorientować, o co chodzi, nasz bezogoniasty, ten od komputerów, zdenerwował się i krzyknął, żeby wreszcie ustalić, co ma odpowiedzieć na tego maila. No to inni jeszcze trochę pogadali i ustalili, że trzeba bezogoniastej, co napisała maila, podziękować i pomocy nie przyjąć, bo to byłoby nieetyczne. I zaproponować jej, żeby raczej zgłosiła się do wolontariatu, bo psy przede wszystkim potrzebują kontaktu z człowiekiem, a schronisko cierpi na brak wolontariuszy. Albo niech jakieś zwierzę adoptuje wirtualnie. Albo niech wpłaci pieniądze na którąś z naszych akcji, na przykład na „Zbiórkę na Burka”…
No i nasz bezogoniasty pisał, a ja zerkałam na ekran i kawałki tego dyskusyjnego maila udało mi się przeczytać. Taki był:

Witam serdecznie :)
Chciałabym dać WAM, zwierzakom... coś od siebie. Wiem, największym szczęściem jest nowy, dobry dom, ale ja go dać niestety nie mogę. Wynajmuję tutaj mieszkanie, sama jestem "znajdą" z daleka, ale pokochałam Zieloną Górę, a zwierzęta kocham i szanuję od zawsze...
[…] jestem bardzo sercem z WAMI. Z tym, co robicie dla zwierząt, bo czasem, bo... często zwierzę jest bliższe niż człowiek.
[…]
Taki mam pomysł, aby każdy z odwiedzających mnie klientów przyniósł ze sobą karmę, albo koce, albo choćby stare ręczniki. Może smycze z obrożami… Wszystko to na rzecz schroniska w Zielonej Górze. […] Tutaj dobre chęci się liczą!! Nie będę szacować  wartości przekazanych „darów” – KAŻDY, kto przyniesie cokolwiek dla zwierząt - z poniższej listy - zostanie obdarowany RABATEM (30zł) na usługi w moim wykonaniu.
- co najmniej puszka karmy dla psów lub kotów;
- materiały: stara pościel, ręczniki, koce
- Akcesoria: smycze, obroże, kagańce, szelki dla psów lub kotów.
[…]
Mam nadzieję, że poprzecie mą inicjatywę. Jeśli tak, to pomożecie i mnie... poczuć się może troszkę lepszym człowiekiem...
[…]

Było tam jeszcze więcej, ale albo nie zdążyłam przeczytać, albo nie zrozumiałam… I w ogóle nie rozumiałam, o co chodzi. Bezogoniasta chce pomagać. Jak jej klient przyniesie coś dla psów, dostanie rabat. Co to rabat, to akurat wiem: nasi, jak coś dla nas kupują w sklepach czy hurtowniach, to wszędzie starają się o rabaty… A ta bezogoniasta? Jak daje rabaty, to chyba też ma sklep jakiś… No to czemu nie przyjąć pomocy od właścicielki sklepu?
Przeniosłam się między wiaty poszczekać z innymi psami. Przekazałam im treść maila i pytam, co one na to. Gorm, który w schronisku jest od niedawna, zaskoczył mnie przenikliwością.
           
Pomyślał, ogonem machnął i warknął:
- Wiesz, Majka, jak ta bezogoniasta chce dawać rabaty na swoje USŁUGI, to ona nie ma sklepu. Raczej jakiś zakład usługowy. Może jest zjawą, tak jak ci nasi i robi usługi medyczne… Albo ma psi salon piękności i strzyże psy… albo bezogoniastych. Albo coś podobnego, rozumiesz…
- Chyba masz rację, Gorm. Ona jest właścicielką zakładu usługowego. Ale dlaczego przyjmowanie pomocy od właścicielki jakiegoś zakładu miałoby być nieetyczne?
- A nie napisała w tym mailu, kim właściwie jest? – wtrącił się Herbi. (Ciekawy psiak, później o nim napiszę.)
           
- Niby napisała, ale nie zrozumiałam… To było coś… jakieś… proste…
- Proste, a ty nie zrozumiałaś? – zdziwił się Gorm.
- Nie, było trudne, tylko w nazwie było coś prostego… Zaraz, niech sobie przypomnę… Prosta tu… prosty tam… Niech to kleszcze, nie pamiętam…
- Nieważne – zaszczekał Tyson ze swojego kojca. – Jak bezogoniaści stwierdzili, że nie przyjmą od niej pomocy, to nie. Oni wiedzą, co robią.
           
- Ale z drugiej strony, kim by tam ona nie była, wszystko jedno. Nam przecież obojętne, kto nam pomaga dobrze zjeść, lepiej mieszkać czy się leczyć, nie? – wtrącił swoje trzy grosze Pajk.
          


No i rozszczekało się schronisko. Jedne psy uważały, że pomoc trzeba było przyjąć, inne – że przeciwnie… Nawet sierściuchy z kociarni wymiaukiwały własne zdanie. Podzieliły się zwierzaki na dwa tak samo liczne obozy…
A ja słuchałam i cały czas zastanawiałam się, kim właściwie jest ta bezogoniasta. Można by spytać pana stróża, on by wyjaśnił, ale akurat był na chorobowym. A ten, co go zastępuje, z nami nie rozmawia…
No i sama nie wiem. Pomóżcie…


środa, 25 września 2013

CODZIENNIE COŚ NOWEGO


  
                       
Tego posta piszę ja, Tyson. Tak jak mi Majka ostatnio obiecała. Ona tylko błędy posprawdza i poprawi. Ale już ja się postaram, żeby tych błędów nie było. A będzie o Krosce, o Kargulu i o sierściuchach.

Kroskę polubili od razu wszyscy, bo to miła i przylepna suczka. Owczarkowata czterolatka z roześmianym pyskiem.
                       
Ktoś zadzwonił do schroniska i zgłosił, że wysiaduje na jednym z peryferyjnych osiedli, więc nasi bezogoniaści pojechali i przywieźli. No i siedziała w schronisku dwa miesiące.
A potem przyjechał na motorze młody bezogoniasty, żeby wybrać psa dla rodziny. I stanął oko w oko z Kroską. Poznał ją od razu, a i ona jego po chwili, i zaczęło się witanie! Potem zadzwonił do siostry, a ta przypędziła do schroniska z książeczką zdrowia Kroski i z jej fotkami w telefonie. Żeby była pewność, że to na pewno ich pies. Ją z kolei Kroska poznała natychmiast i wpadła w szał radości, a bezogoniasta popłakała się ze szczęścia…
Okazało się, że Kroska (to u nas tak miała na imię, w swoim domu nazywała się inaczej) poszła sobie na giganta. I miała pecha. Niedługo przedtem bezogoniaści przeprowadzili się na nowe mieszkanie do niedalekiej wioski. Kroska nie poznała jeszcze tamtych terenów, gdy więc postanowiła wrócić z ucieczki, nie znalazła tego nowego domu. Dlatego wróciła na stare śmieci i kręciła się przy dawnym mieszkaniu do czasu, aż nasi ją zabrali…
No, ale teraz jest znowu u siebie.

Gorzej poszło Kargulowi. Ale czy rzeczywiście gorzej? Kargul jest… jak by go tu opisać… Gdyby Kroskę pomniejszyć dwa razy i dodać jej pięć razy więcej sierści, to to byłby mniej więcej Kargul: puchata kluska na krótkich łapkach. Ale wcale nie jest taki gruby – to ta sierść mu nadaje takie kształty. Przyjechał do nas z odległego miasta i posiedział parę miesięcy.
          


Otóż zgłosiła się do schroniska bezogoniasta z mężem. Mąż się uśmiechał, a bezogoniasta decydowała. I wyglądało to tak, mniej więcej. Ona – Chcielibyśmy psa… Nasza bezogoniasta – No to chodźmy obejrzeć zwierzaki!... O, może ten? Ma na imię Kargul… Bezogoniasta: Dobra, niech będzie Kargul… Nasza bezogoniasta: Otóż Kargul… Tamta: Proszę pani, spieszy nam się, taryfa czeka!... W takim razie proszę zwolnić taryfę. Zamówimy potem państwu następną… Jak już jest ta, to po co inna? Niech zostanie. Tylko się pospieszmy… No dobrze, więc może państwo przespacerujecie się z Kargulem?... A po co? Jeszcze się naspacerujemy… Chyba jednak powinniście państwo trochę poznać psa. On jest… Ależ wy tu ceregiele robicie! Mnie jedno obchodzi: czy będzie robił w domu?... Cóż, u nas nieraz załatwia się w wiacie, bo… Dobra, oduczę go, już niejednego psa miałam!
W międzyczasie taksówkarz znudził się czekaniem i przyszedł za swymi pasażerami. Nasza bezogoniasta zaproponowała, żeby mąż jednak wziął Kargula na spacer, podczas gdy żona w biurze zapozna się z umową i tak dalej… No i dobrze. Mąż z taksówkarzem poszli z Kargulem, a żona, wyrzekając na tyle zachodu z jednym psem pomaszerowała do biura.
Siadła, zaczęła przerzucać formularze. Tymczasem mąż wrócił prawie natychmiast: Ten pies jest chory, ma rozwolnienie!... Nasza bezogoniasta: Jak już mówiłam, psy u nas niekiedy mają biegunkę: nerwy, zmiana pożywienia…  Oooo, nie! Chorego psa nam wciskacie, nie chcemy! Taksówkarz: Dajcie sobie, państwo, spokój. Na giełdzie sobie psa kupicie! Małżeństwo: O, właśnie!
I poszli. Nasi nawet nie zdążyli im powiedzieć, że już od dawna na giełdach nie wolno sprzedawać zwierząt. 
Kargulowi przez chwilę było głupio, że przez zwykłą sraczkę stracił szanse na adopcję, ale jak się trochę zastanowił, to odetchnął. Dog strzegł!
Zresztą, po paru dniach zaproszony został na sesję zdjęciową ze znaną gwiazdą estrady.
           
A my tu wiemy z doświadczenia, że jak któryś pies sfotografuje się z gwiazdą, to zaraz robi karierę i długo w schronisku nie zostaje!

            No i jeszcze był problem z sierściuchami wolnożyjącymi. Jest w centrum miasta stara pofabryczna budowla. Taka hala wielka. Całe lata stała pusta i odwiedzali ją tylko złomiarze. I tu przęsło, tam kątownik, tam rura jakaś… Aż wreszcie wszystko zaczęło się chwiać i trzeszczeć. Jakaś firma zakupiła ten teren. Będą coś tam budować. Ale przedtem trzeba rozwalić ruderę. Rzecz w tym, że zadomowiły się w niej sierściuchy. Karmicielki kotów je tam wypatrzyły i dokarmiały. Jest tam kotka, kocur i dwa mioty małych: jedne już podrostki, drugie – jeszcze zupełnie malutkie. A tu ich dom ma ulec rozbiórce.
No to karmicielki zwróciły się do schroniska. Nasi zawieźli tam porządną budę, do której sierściuchy powinny się przeprowadzić. Ustawili tę budę na sąsiadującym nieużytku, całkiem sporym, jeszcze miejskim. A z właścicielem rudery oraz strażą pożarną zrobiono wyprawę po te małe kotki. Niebezpiecznie było – i nie dało spodziewanych rezultatów. Najmłodszych nie udało się znaleźć. Siedzą pewnie gdzieś pod resztkami podłogi albo w jakimś szybie wentylacyjnym… Ich matka dzień w dzień tam lata, włazi i wyłazi wciąż tym samym oknem.  Ale nasi i karmicielki nie mogą tam same wchodzić. Natomiast właściciel ma chyba poważniejsze sprawy niż ratowanie kociej rodziny. Choć jeszcze będą próbować.
Do budy tymczasem sprowadził się kocur i starsze kocięta. Przynajmniej tyle.

Tyson napisał, ja sprawdziłam. Błędów było mało. Ortograficzne załatwił Word, a resztę, szczególnie stylistycznych, ja. Parę zdań wygładziłam, parę napisałam na nowo… Drobiazgi. Szybko poszło – na trzy kwadranse przed świtem skończyłam.