Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lord. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lord. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 sierpnia 2013

TYSON W DEPRESJI



Od miesiąca wygląda to tak. Ja:
- No i czemu nos zwieszasz na kwintę?
Tyson:
- Nie było trzysta pięćdziesiąt…
Ja:
- Nie przejmuj się, będzie za następnym razem!
Tyson:
- Nie będzie…
No i jest ten następny raz. I Tyson wpada w zupełną depresję:
- No widzisz? Szczekałem przecież! Szczekałem! Nie ma!...
- Oj, to będzie za następnym razem. Tydzień temu było.
- Nie będzie! Już nigdy nie będzie! I to moja wina! Za dużo błędów robię, a ty się ciągle spieszysz i pewnie nie poprawiasz dokładnie. I stąd to wszystko!
O co chodzi? Ano, o ilość wejść na bloga. Gdy w czerwcu mieliśmy ponad trzy tysiące wejść na miesiąc, Tyson wpadł w euforię. I na własne nieszczęście zajął się statystyką. Jeśli któryś post jest czytany mniej niż trzysta pięćdziesiąt razy, zaraz rwie kudły ze łba i rozpacza: nie będzie tych trzech tysięcy miesięcznie! I siebie obarcza winą. Tłumaczę mu, że przecież są wakacje i bezogoniaści powyjeżdżali na urlopy i zajmują się odpoczywaniem. W tamtym roku było podobnie: w porze wakacyjnej mniej mieliśmy czytelników, za to więcej psów w schronisku. Przyjdzie wrzesień, październik i wszystko wróci do normy. Czytelnicy też wrócą. Ale on wie swoje. Depresja, frustracja i ogólne linienie… Czytelnictwo maleje, popularność spada, słupki lecą w dół – koniec świata! Gorzej niż jakaś gwiazda estrady albo – uczciwszy uszy – polityk!
Po co ja go liczyć uczyłam…
Mam nadzieję, że pocieszą go reklamy. Zauważyliście? Zaczęły się pojawiać na blogu. Nasi bezogoniaści pogadali z jakimś Onetem i on te reklamy na bloga podrzuca. A jak któryś z czytelników kliknie na reklamę, to zaraz zarabiamy parę groszy na schronisko. Im więcej klików, tym więcej grosików. No to jak chcecie pomóc, to wiecie… I zwierzakom będzie lepiej i Tysonowi się może humor poprawi. Bo Tyson w depresji to gorsze niż koci katar i nosówka razem wzięte.

Niedawno przyszło do schroniska troje młodziutkich bezogoniastych. Przynieśli karmę dla zwierząt. Parę woreczków, niedużo, ale gest się liczy. Tym bardziej, gdy dowiedzieliśmy się o okolicznościach tego gestu. Jeden z młodych pisał program komputerowy i miał problemy. Coś nie wyszło raz, drugi… Wreszcie założył się ze znajomymi, że za trzecim razem wyjdzie. A o co się założyli? Kto przegra, kupuje karmę i niesie do nas!
Nieważne, kto wygrał, kto przegrał. Ważne, że jeśli się już zakładać – co bezogoniaści ponoć lubią – to o takie fajne i pożyteczne rzeczy.
Jak ci młodzi wychodzili, to całe schronisko machało przyjaźnie ogonami. Nawet Wika ruszyło! Stał na trawniku i gapił się długo za wychodzącymi.
           
Stałby tak pewnie do wieczora, gdyby nie Czaruś, który wylazł z biura i zaczął dopominać się o gesty przyjaźni! Coś dziwnego – Czaruś zapałał zupełnie niespodziewaną miłością do Wika. Jest stary, trzynastoletni, wyliniały, trochę tylko większy od ratlerka, ma nieżyt skóry, zaniki mięśni w tylnych łapach, niedowidzi i w dodatku pod ogonem wyrósł mu wielki, nieoperowalny guz! Mała kupka wielkich nieszczęść. Jego właściciel zupełnie o psiaka nie dbał, więc po alarmie sąsiadów nasi pojechali, zobaczyli, co się dzieje i zabrali staruszka do nas.
           
A u nas Czaruś zamieszkał w biurze wraz z Lordem. Toleruje go – cóż, są współlokatorami. Ale innym psom nie popuszcza: duży czy mały, lepiej, żeby w drogę mu nie wchodziły. Ledwo się pojawił, już chciał zjeść Bilona  i Rzutkę, których akurat wolontariusze wyprowadzali na spacer.
           
Zadziorna bestia!
Tymczasem raz i drugi spotkał się z Wikiem, który mieszka osobno, ale najczęściej włóczy się swobodnie po schronisku. No i zakochał się w Wiku. Łazi za nim, w ślepia zagląda, ociera mu się o łapy, obwąchuje i najszczęśliwszy jest wtedy, gdy są razem. Wik natomiast zachowuje się po swojemu, to znaczy nie zwraca na malca uwagi, co najwyżej potknie się o niego i wywróci czasem.
Niedawno siedzieli razem w biurze i Wik miał słynną zapaść. Stanął między biurkami, zrobił minę typu ktojajestem-gdziejajestem, a to znak, że zaraz będzie sikał! Zauważyła to nasza bezogoniasta, zerwała się, wzięła Wika na ręce, żeby go wynieść na dwór. Ale wtedy rozszalał się Czaruś. Gdzie bierzecie mojego przyjaciela?! Zostawić go! Ręce precz o Wika! Nie pozwolę!... Stanął w drzwiach i zaczął ujadać. Nie rzucił się na bezogoniastą, bo dwunożnych szanuje, ale co się naszczekał, to jego. A potem wyszedł za Wikiem i został z nim, i szwendali się razem po trawniku, Wik w swoim świecie, a Czaruś w swoim zapatrzeniu…
A starutki Lord leżał przy biurku i wzdychał. Nie wiadomo tylko, czy ze zdziwienia nad tą nieoczekiwaną przyjaźnią, czy może dlatego, że znowu miał wzdęcia, więc nasz bezogoniasty masował mu brzuch, a on puszczał wiatry, wywalał jęzor i w oczach miał Świetlisty Blask Wielkiej Ulgi…
           

Teraz będzie przepis. Tyson mruczy, że chętnie by spróbował tych delicji. Kto wie, może ta nasza bezogoniasta, która czasem robi nam wątróbkowe ciasteczka, zrobi i te kluseczki? Jakoś trzeba będzie dać jej to do zrozumienia…

aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce
 




środa, 17 kwietnia 2013

WIZYTY POADOPCYJNE II

Nasi bezogoniaści, jak tylko znajdą chwilę czasu, jeżdżą na wizyty podopcyjne. Albo oni, albo starsi wolontariusze. Dzięki tym wizytom sprawdzają, czy psy, które poszły do nowych domów, żyją tam w dobrych warunkach. Zwykle jadą do adoptowanych psów miesiąc-dwa po opuszczeniu przez psa schroniska. A zdarza się też, chociaż rzadziej, że taka wizyta jest powtórzona po roku albo nawet dwóch…

Dwa lata temu poszły na wieś, na gospodarstwo, dwa nasze psy, Mary i Lord. Niemłode już, takie w kwiecie wieku. Miały tam pilnować obejścia. Było czego pilnować: duże podwórko, stodoły i mnóstwo ptaków, bo tam była ferma drobiu. Były i budy, całkiem porządne.
I tak się stało, że po jakimś czasie Mary wróciła do schroniska – nie mogła się powstrzymać na widok kur i ganiała je, gdy tylko mogła. Fakt, kurę najlepiej pies upilnuje, kiedy ją ma w żołądku. Ale bezogoniaści jakoś nie mogli tego zrozumieć. No i Lord został na gospodarstwie a Mary znów wylądowała w schronisku.

Mary miała szczęście. Nie posiedziała tu długo. Rzadko się trafia, że owczarkowata kundelka, duża i już nie najmłodsza, dostaje ponowną szansę. Znaleźli się jednak inni bezogoniaści, z miasta. Spodobała się im suczka i poszła na nowe mieszkanie do bloku. Wygląda na to, że trafiła nieźle.
A o Lordzie nie było długo wiadomości, aż ostatnio nasi wybrali się do niego z wizytą. Popatrzyli sobie. Jedna buda zniknęła, druga stała dziurawa. Na całym podwórzu ani jednej miski – ani jedzenia, ani wody… A Lord – kiedyś dumny, dojrzały pies - skundlony cały, zaniedbany i pękniętym guzem w okolicach ogona… Spał w jednej ze stodół na podłodze, byle jak zarzuconej garściami siana. Tyle, że ta stodoła była otwarta na obie strony i wiatr hulał w niej, jak mu się podobało. Picie też miał: na podwórzu był kran, do niego przyczepiony gumowy wąż, z którego na ziemię ciurkała woda. No to mógł sobie polizać z błotka… Gospodarz nie widział w tym nic nadzwyczajnego: pies stary, chory, uśpić go, a nie awantury robić… Chcecie go zabierać? A bierzcie sobie!...
   


No więc i Lord znów jest w schronisku. Leczy się.
 Bywa tak. Nikt nie zagwarantuje psu, że idąc do nowego domu będzie tam szczęśliwy. Można tylko sprawdzać, dorywczo. Na systematyczne sprawdzanie nie ma w schronisku środków…

            Niedługo pewnie odejdzie od nas Nobo, taki brązowy dwulatek w typie amstafa. Śliczny pies. Przyjechał do schroniska z jednej z niedalekich wsi. Niczyj pies, włóczęga. 

             
                       
Schronisko przestraszyło go tak, jak prawie każdego psa, który tu ląduje. Ale to mądry zwierzak, więc szybko zaczął się oswajać i zaprzyjaźniać z innymi psami i z bezogoniastymi.
Tylko że któregoś dnia przeziębił się. Zaczął kaszleć. I nie chciało mu minąć. No to zaczął brać zastrzyki, całą serię.
Wtedy do schroniska przyszła rodzina bezogoniastych. Na pierwszy rzut ślepia – w porządku. Spodobał im się Nobo, chcieli go wziąć. Ale póki bierze zastrzyki nie ma o tym nawet mowy. Można go będzie adoptować dopiero, gdy przejdzie na leki doustne – jeśli bezogoniastym do tego czasu nie przejdzie!

- Tyson, a teraz coś dla ciebie!
- Co? Ciasteczka?!
- A idźże, żarłoku! Przepis będzie.
- Yyyy…
- Nie mrucz, tylko słuchaj. Spodoba ci się. No to tak. Psa się zazwyczaj karmi kupną karmą, suchą albo mokrą w puszkach. A niektórzy bezogoniaści dają psom to, co im akurat zostanie z obiadu. Tymczasem pies chciałby, żeby niekiedy okazać mu trochę serca i uraczyć domową potrawą zrobioną specjalnie dla niego. No i jest taka potrawa, przy której roboty niewiele, która psom nie zaszkodzi, a urozmaici monotonię codziennych posiłków. No i dobra jest dla tych wszystkich zwierzaków, które muszą być na diecie. Nawet dla tych, które mają kłopoty z wątrobą. A składa się z kurczaka, ryżu i warzyw…
- Aaaaaaaaaach…
- Tyson, co z twoimi ślepiami? Wypadną ci!
- No bo ty o delicjach kurzęco-ryżowych szczekasz!
- Właśnie! Nic nadzwyczajnego, a niebo w gębie!

aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce