Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Misia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Misia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 maja 2016

Piątek trzynastego był! Na odczynianie pecha dzisiaj będą...

...czarne sierściuchy! Nazbierały się na kociarni, a przy okazji tego dnia, co to był nie dzień, ale dwa dni temu, przedstawiamy! Bo to jest tak, że od tego dnia, co to dużo wybuchów jest, do tego dnia, co dużo wybuchów jest, to jest tyle czasu, że nazywa się rok. I ten rok to jest podzielony na 12 miesięcy. I każdy taki miesiąc ma ze 30 dni. Połowa ma więcej, a jeden miej. I w każdym takim miesiącu dzień pod numerkiem 13 jest pechowy podobno. Dziwne to, ale dwunożni się upierają, że tak jest, to niech będzie... Kłócić się nie będę, byle przerw w głaskaniu i dokarmianiu przy stole nie robili.

Sprawa się komplikuje jeszcze bardziej, kiedy ten 13 dzień miesiąca wypada w piątek... Piątek jest dwa dni po środzie (w środy są posty!) i dwa dni przed niedzielą (w niedzielę też są posty!). Łatwo się połapać, prawda?

...to nie koniec komplikacji... booo kieeedy jest 13 dzień miesiąca i do tego piątek, a jeszcze drogę przebiegnie czarny kot, to już pech gwarantowany! ...tak dwunożni mówią, ja się nie znam, ale skoro mówią...

Teraz już nie będzie pecha, bo już będzie 15 dzień maja, a nie 13, więc spokojnie przejdźcie dalej, nic nie grozi!

Naliczyłam 7 sierściuchów czarnych u nas, a dwunożni mówią, że 7 to liczba szczęśliwa... Chociaż może zakończę już z tymi przesądami, bo będę musiała zmienić nazwę bloga na Oczami Przesądnego Psa, a już dość znani jesteśmy jednak pod obecną nazwą...

Od kogo by tutaj zacząć... Czy od najdłuższego stażu, czy może alfabetycznie, czy może miszmaszowo........ Podejmowanie decyzji nie jest moją najmocniejszą stroną... cóż... Napiszę więc imiona, zasłonię oczy i będę wskazywać palcem! Tak właśnie zrobię!

Na początek Rimi. 



Rimi sama sobie pecha przynosi. Znaleziona była z rozpapranym brzuchem... Miała jakiegoś bąbla tam i on pękł, i wyglądało to wszystko dość nieładnie... Że tak napiszę kulturalnie. Rimi przyjechała do nas, wkrótce miała jedną operację, doszła do siebie, a potem nasi wymacali kolejnego bąbelka, którego być nie powinno. Rimi musiała znów pod stół trafić i jej tam tym razem sporo wycięli. Na szczęście sierściucha jest całkiem silna, więc zniosła jedną i drugą wizytę na stole całkiem nieźle. Już jest na chodzie, więc tylko czekać, aż wreszcie znajdzie dom! 

Dalej moja losująca łapa wskazała na Platona. 



Wcale nie wygląda, jak Rimi, prawda? Wcale... Niewygolony jest po operacji, więc pod ogon zaglądać nie trzeba, rozróżnić się da. Platon miał się niezbyt dobrze, jak przyjechał do nas, ale po odwiedzinach kocioweta i potem kilku wizytach Tabletkowej jest już całkiem fajnie! Tylko nieśmiały taki jest, nieufny... To częste u sierściuchów. Jakieś takie mało odporne na stres są... 

Czas leci, a przed nami jeszcze kilka czarnosierściuchów! 

Zamykam ślipia iiii teeeraaaaz Daru!



Ze wszystkich kotów Daru mieszka u nas najdłużej. Od kocięctwa... Właściwie to nie wiem, czy kiedykolwiek był miziastym sierściuszkiem pakującym się na kolanka, a nie mam kogo zapytać, bo wszyscy są krócej od niego. Daru nie pcha się do ludzi od razu, woli sobie własnymi ścieżkami po kociarni podreptać. Jak ktoś dłużej by tam posiedział, to pewnie by przyszedł zaciekawiony wytrwałością dwunożnego, dałby się pogłaskać, zwłaszcza, jakby wyczuł coś smakowitego do pochrupania! 

Teraz przed Wami Sadza!



Sadzę za to łatwo z Platonem pomylić... O Sadzy było niedawno, więc się rozpisywać nie będę. Miała już dwa domy, raz opiekunowie znaleźli się w okropniaście trudnej sytuacji i musieli ją oddać, a innym razem... tak się jakoś zadziało, że jednak nie było dla niej miejsca, taka dziwna sytuacja... Sadza się zamknęła w sobie i straciła wiarę w to, że znajdzie dla siebie miejsce...

Teraz zgrabny i w pięknej, sierściuchowej pozie Milek!


Piękne czarne futro i żółte oczydła. Coś ekstra, nie?? To nic, że większość kotów dzisiaj ma takie żółte gały, ale Milek przebija ich wszystkich! Kocur jest niezwykle przyjacielski, bo i do zabaw pierwszy, i do głaskania się pcha bezczelnie sam, jeszcze się drze, jak ktoś jest nieczuły na te jego wdzięki. Dwunożni mówią, że to urocze.... Co się tam kłócić będę, byle się ktoś zakochał w tym uroku i wziął na zawsze...

Kolejnym czarnym sierściuchem na liście dzisiaj jest Misiu! 



Jest taki prawdziwie kocurzasty, wielkopolikowy, uwielbiający grzanie futra w pełnym słońcu, potrafiący zawadiacko przekrzywić ucho i przymilić się tak, że dwunożnym kolana miękną i już wyciągają ręce do obgłaskania Misia z każdej strony! Taki urok ma jakiś w sobie, niech go licho! Oczy ma zielone. Tutaj nie widać, pozostaje mi uwierzyć, ha!

Ostatnia w zestawieniu została sierściucha Łapcia. 



Łapcia, bo miała łapę krzywą, jeździdło ją potrąciło i zaraz potem do nas trafiła. Z girą dalej nie jest dobrze... Niedługo się wybiera do kocioweta, który będzie dumać, co tu dalej z nią robić... oby coś się dało! Tymczasem Łapcia czeka na miejsce, w którym będzie mogła zdrowieć, a ona dużo miejsca nie zajmie, ot się wyłoży to na parapecie, to na fotelu, czasem na podłodze... Miseczki też dużo miejsca nie zajmą, kuwetkę w jakimś kącie wystarczy postawić, na spacery chodzić nie trzeba... Łapcia będzie szczęśliwa, będzie mogła sobie przy kimś pomruczeć.

Ostatnio w większości czarne te nasze sierściuchy, nie przynoszą jednak pecha. To akurat dwunożny im przyniósł nieszczęście... Potrącił jeździdłem, nie pomógł, porzucił, nie umiał się zająć.... Teraz u nas czekają (nie)cierpliwie na dom głośno domagając się uwagi albo cicho gasnąc...

Szczęście w postaci czarnego kota? Dlaczego nie?! 

niedziela, 20 marca 2016

Gracja i wdzięk!

Jak ktoś jest pełen gracji i wdzięku, to już nic nie poradzi na to. Jakby się nie ustawił do zdjęcia, to każdy, kto spojrzy zaraz pomyśli "łał, ale gracja i wdzięk!".

Kilka dni temu pisałem o Felku, takim dużym, łaciatym z niebem w oczach. Pisałem, że przyjechał z koleżanką do nas, z Zonią. Wtedy nijak nie pasowała do tematu, ale przecież nie byłbym redaktorem, gdybym nie wiedział, jaki temat był dla niej idealny!

Patrzcie tylko:


Co za chodzenie nakrzyżne, takie jak dwunożne modelaski uprawiają też! Takie, że lewa łapa idzie przed prawą i prawa przed lewą! I język wystawiony! Może ją wypatrzy jakiś producent smaczków i weźmie do reklamy??? Zonia jest przy tym skromna, bo jak się ją komplementuje to jest tylko...


 "oj, coś ty, no przestań..."

Zonia jest idealna. Nie dość, że pełna gracji, uroku i wdzięku, to jeszcze grzeczna, wesoła, przytulaśna i tak dalej... Psiolaska-ideał! Jej właściciel odszedł tam, skąd się nie wraca... Szkoda, że Zonia musiała trafić do nas, nie znalazł się nikt, kto by przygarnął ją i Felka. Znajdą się Dobrzy Ludzie, którzy dadzą i jej, i jemu najlepszy dom...

Z jaką elegancją potrafi leżeć Grozikus!


O nim już było nie raz, ale do tego tematu pasuje idealnie! Grozikus jest psem dla każdego. Nieduży, uwielbiający ludzi... to mało napisane, on KOCHA dwunożnych! Poradzi sobie z nim zarówno starszy, jak i młodszy, bo to ugodowy zwierz jest i grzeczny też. W jego oczach coraz częściej widać smutek, ale kiedy na horyzoncie jakiś człowiek się pojawi, to żebyście widzieli te iskierki! ...potem znów Grozikus się zawiesza patrząc w okno... Może dziś, może jutro pójdzie do domu...?

Dużo wdzięku ma też Fili!



Widzicie? Łapeczki razem, głowa w bok letko, tak pozująco Fili to zdjęć podszedł. Fili jest malutki i poszedłby do domu nie raz i nie dwa! ...gdyby nie pokazywał stanu uzębienia... Nie, że się każdy kamienia zląkł czy coś, ale to szczerzenie to mało przyjazne było... Ustalmy - Fili jest naprawdę w porządku! Tylko on się przekonać musi... Nowi mogą go głaskać, kiedy on się dopomina. Kiedy jest śpiący - lepiej nie ruszać. Do przytulania - nie-e... Do noszenia na rękach - średnio... Chyba, że jesteś naszą fotopsiografką, ona może z Filim wszystko! Przemyca go też czasami do biura, więc bywa, że biurownikom "się wydaje", że kątem oka widzieli ledwo odrosłego Filiego przemykającego korytarzem... ale pytają tylko "Kaaasiaaa, jest tutaj Fili??". A ta nasza odkrzykuje, że skąd, że nie ma! I niby reszta powinna być spokojniejsza, ale jednak nie jest, bo niby widzieli, a jednak nie... Filiego trzeba po prostu wziąć do domu i dać mu trochę czasu. Będzie kochanym, skaczącym w kółko z radości Filusiem!

...kiedy tak przechadzałem się po wiatach w poszukiwaniu natchnienia do tematu o gracji, wdzięku, elegancji i uroku... zobaczyłem to...


...te wystające girki to Miśka. Agri wiedział, że bardziej reprezentacyjna jest psiotwarz. Widocznie Misia bardziej ceni sobie inne części ciała. Albo chciała tak jak laski dwunożne - pokazać nogi! ...chociaż rozumiem, że do lata daleko, ale mogła je chociaż ogolić...

Misia jest całkiem spoko.


W odróżnieniu od jej właścicieli, którzy chcieli ją uśpić, bo nie mieli jak jej leczyć po wypadku... Nasi ją zaraz przejęli, wyleczyli i teraz Misia szuka nowego domu. Już ponad rok u nas mieszka... Jest owczarką i to właściwie powinno wystarczyć za cały opis! Będzie super kumpelką, wysłucha, dotrzyma towarzystwa, ogrzeje, pomoże w zjadaniu śniadań, obiadów, kolacji i międzyposiłkowych przekąsek... Na spacerach będzie niezmordowanym kompanem! Tylko szansę jej daj...

Czy urok się ze zwierzaka wylewa, czy nie, każdy z nas go ma. Trzeba go tylko znaleźć i wydobyć... Potrafią to dwunożni. Wystarczy, że powiedzą "będziesz mój" i zaraz w czterołapa wchodzi nadzieja, zaraz łapeczki robią się lżejsze, zaraz włos się bardziej błyszczy, a oko radośnieje! 

...a wiecie, jak pięknie wygląda zwierz, kiedy wreszcie uwierzy, że dla kogoś jest najprzeuroczy na świecie...? 

niedziela, 11 października 2015

Kto się pod samochód kazał pchać??

Coś się ostatnio namnożyło połamańców w schronisku... Co rusz jakiś się wprowadza i słyszę, że złamana miednica, że ledwo chodzi albo i inne gorsze rzeczy się stały! Co te zwierzaki pcha pod samochody - nie wiem. Bywa, że to właściciel nie upilnował, bywa, że się zwierz zgubił i w tym pędzie poszukiwawczym nie spojrzał w lewo, w prawo i znów w lewo i wleeciał na bliskie spotkanie ze zderzakiem... 

Nie wiem, jak to było z Misią przed wypadkiem i w trakcie, ale wiem, że kiedy już stało się to nieszczęście i Miśce kawał futra wyrwało z.. tego.. no ze skórą, to szanowni właściciele przywieźli ją do psioweta i... tego... no chcieli się pożegnać... tak na zawsze... a właściwie psa ze światem chcieli pożegnać... Tak wyglądała Misia, kiedy została przywieziona do nas:


Wiem, nieciekawie to wyglądało... ale poza tym psina czuła się nieźle, stała na nogach bez problemu, samodzielnie chodziła, całkiem sprawny pies miał się już nie cieszyć życiem?? Bzdura jakaś! Została u nas 

Zamieszkała w jednym kojcu z Agrim. Kiedyś niezłym agesorem, ale przy Misi sam Agri stał się bardziej misiowaty. Miśka jest owczarkiem, a to znaczy, że uwielbia ludzi, spacery i aktywność wszelaką! Wszystkiego po trochu być musi, troszkę zabawy, trochę ganiania, a potem hyc do dwunożnego i trącu-trącu nosem w rękę "miziaj mnie teraz". Potem znów goooniiiimyyyy się i zabawki i wiatr w uszach, iii za chwilę trącu-trącu nosem w ramię. Musi Miśka wiedzieć, że ma człowieka obok, bez tego nic nie jest tak fajne. Idealna będzie psiolaska dla kogoś, kto chce mieć wierną, inteligentną, usłuchaną i słuchającą psiopsiapsiółkę, z którą będą mieli jakieś wspólne zajęcia i będą ze sobą spędzać czas. Zmieni się z nią cały świat! Tylko niech już nie wbiega na ulicę!

Bliskie spotkanie z jeździdłem miał też Fenster. On stracił więcej niż kawałek skóry... Z grupy popularnej - czterołapej, przeskoczył do mniej licznej, zrzeszającej trójłapki...


Z przodu właściwie jak każdy inny zwierz wygląda, tylko z tyłu na razie jest łysy i taki... kreskowany. Kreskowanie mu pewnie się zrośnie i całość zarośnie futrem, ale łapa już raczej nie odrośnie... Trudno, Fenster nauczy się biegać i skakać na trzech, bo to mało u nas było takich? Żaden się nie poddał to i ten sierściuszek się nie podda! Taki typowy z niego młodziak - wszędzie by wlazł, wszystko sprawdził, a na koniec znalazłby kawałek powierzchni płaskiej wystawionej na słońce i by się tam wyyyłooożyył gapiąc się wielkimi, zielonymi oczami, czy aby dwunożni widzą, jakiego mają pięęęknego sierściucha!

Albo taka warta rzucenia okiem Koma:


Prawda, że PIĘKNA...? Ach, wzdycham sobie od czasu do czasu do niej, nie będę oszukiwał, że nie. Psiolaska to prawie w moim wieku i właściwie mojego wzrostu, ja mam jasne futerko, gładkie, ona ciemne i dłuższe, pasowalibyśmy do siebie może, jak jing i jang... Jednak nie wygląd Komy sprawił, że dzisiaj o niej piszę. Wszystko przez bliskie spotkanie z samochodem, chociaż to tylko takie przypuszczenie, Koma mówi, że wszystko działo się tak szybko, że właściwie nie wie, co ją trzepło. Nasi jednak wiedzą, że Komie połamała się taka kosteczka... znaczy całkiem spora kość w porównaniu do innych, która jest mniej więcej między kręgosłupem a girkami. Miednica się nazywa. Teraz Kora czeka aż się to zrośnie. Za wiele nie da się robić, bo ani usztywnić, ani posklejać. Trzeba czekać, aż się samo... Fajna ta Kora, siada, znaczy - sadzają ją na kocyku, jak jest ciepło, obserwuje sobie psiolaska świat i czeka, aż ktoś do niej podejdzie na głaski. Teraz można napisać, że jest spokojna, ale właściwie nie ma wyjścia jeszcze przez jakiś czas... No i kto przygarnie takiego połamańca...?

Renę też potrącił samochód, to wiemy na pewno. I nasi też wiedzą, że ma połamane to samo, co Koma.


Właściwie poza tym, że Koma jest psem i szczeka, a Rena jest kotem i miauczy, to całkiem są podobne. W sensie, że Rena też uwielbia ludzi i takie spokojne głaskanie i czeka na kontakt z nimi. Sierściuszka sobie całkiem dobrze radzi, michę z jedzonkiem opróżnia, kuwetę ze żwirkiem zapełnia, wszystko jak trzeba! Pewnie też i mruczando uruchamia, kiedy się ją drapie za uchem, ale ja podrapać nie mam jak, to się nie mogę dowiedzieć, ale znacie jakiegoś niemruczącego kota?? Rena musiała u kogoś mieszkać, jest oswojona. Może ktoś jej szuka, tylko nie ma pojęcia, że mogła trafić do nas...? Mam nadzieję, że tak jest i jednak znajdzie ją u nas. Jeśli nie - to oby znalazł się nowy, FAJNY opiekun i dom.

Niektóre pechowce już doszły do siebie. Pozostanie blizna mniejsza czy większa, czasami będą pozostawiać ślady tylko trzech łap, czasami troszkę będą kuleć, kiedy będzie się zbierało na deszcz, a czasami wyjdą z wypadku całkiem bez żadnych widocznych śladów. Szkoda, że muszą zdrowieć u nas... Dobrze, że w ogóle mogą zdrowieć! I lepiej u nas, niż w rowie czy na ulicy, ale jednak powinny w domu, u boku swojego człowieka. Wtedy szybciej wszystko się goi, to udowodnione! Jak to przysłowie brzmi? Opiekuńcze oko rany i kości skleja!

Oby to był tylko taki jednorazowy pech, a teraz było już wszystko jak najzdrowsze i szczęśliwe..

środa, 26 lutego 2014

KTO CHCIAŁBY BYĆ W ICH SIERŚCI



Wielu sierściuchom udało się przetrwać jedynie dzięki karmicielkom kotów. I to nie tylko dlatego, że dostają od nich żarcie, ale i dlatego, że te bezogoniaste w ogóle interesują się swoimi podopiecznymi i obserwują je. Gdy widzą, że coś źle z mlekopijem, same prowadzą go do zjaw, albo zawiadamiają schronisko….
Ja tam raczej trzymam się z psami, ale na sierściuchy nie dam złego słowa szczeknąć: w większości są w porządku. Jeden nawet, jak też pewnie wiecie, pomaga mi pisać. No i właśnie on zaprosił mnie do kociarni, bo – miauczy – tam też się sporo dzieje. Rzeczywiście.

Trafiłam tam akurat, gdy z kliniki przywieziono Szarutkę, młodą, roczną sierściuszkę. Co tu dużo szczekać, mogła mieć więcej szczęścia… Trochę sama nam wymiauczała, ale część musieliśmy sobie dośpiewać. Ona jeszcze jest za słaba, by długo opowiadać.
http://schronisko.avx.pl/koty/item/2868-szarutka
           
Mieszkała sobie, jak to normalnie bezdomne, w piwnicy, w centrum miasta. Pod okiem karmicielki. Ale zdarzyło się, że jedna z lokatorek kamienicy postanowiła wziąć Szarutkę do siebie, zapewnić jej dom. No i wzięła. Mlekopijowi, który żył dotąd na swobodzie, w zamkniętym mieszkaniu było ciasno, więc bezogoniasta wypuszczała ją na balkon. No i tam coś się stało: może Szarutka zatęskniła za szerokimi przestrzeniami, może skoczyła za jakimś ptakiem, który przysiadł na balustradzie… Dość że znalazła się na ziemi. Walnęła, aż jęknęło… I zwiała do swojej piwnicy…
Od tego czasu zaczęła płytko oddychać, rzęzić, aż to zwróciło uwagę karmicielki. Przy karmieniu złapała Szarutkę i do schroniska. A stąd do zjaw.
Okazało się, że skutkiem upadku z wysokości sierściuszce pękła przepona. No więc natychmiastowa operacja, pobyt w klinice…
A teraz schronisko. Musi wydobrzeć. A potem się zobaczy… Pewnie nowy dom. Kiedyś…

Tyson, opowiadaj dalej, a ja polecę do tych dwóch nowych berneńczyków.

Dobra!...
Czas jakiś temu zadzwoniła do schroniska jedna z karmicielek i poprosiła, by ktoś przyjechał i pomógł jej złapać bezdomnego kota, który niedawno zaczął odwiedzać piwnicę, w której żyją dokarmiane przez nią zwierzęta. Dziki jest i złapać się nie daje, a sądząc z wyglądu koniecznie potrzebuje pomocy.
No więc dwie nasze bezogoniaste pojechały. Stara piwnica, więcej kurzu niż powietrza, a w środku ten sierściuch, Robin. Chudy, zagłodzony, z paskudnymi bliznami po starych ranach na karku i dalej na grzbiecie… No i dobre dziesięć lat z okładem. W dodatku nie chce jeść. Chyba szuka spokojnego miejsca, żeby zdechnąć…
         
Nasze bezogoniaste pogadały z kotem. W wyniku rozmowy trochę więcej kurzu podniosło się z podłogi w powietrze, ale i tak o wiele mniej, niż się spodziewały. Zwierzak chyba miał dość. Dał się zamknąć w klateczce.
Wtedy napatoczyła się miejscowa kotka, trochę tylko młodsza od Robina. Z problemami oddechowymi. I to wcale nie z powodu kurzu. Też trafiła do klateczki.
      
Nasze bezogoniaste nawet nie wiozły zwierzaków do schroniska, tylko od razu do lecznicy. U Misi zjawy stwierdziły szmery w płucach i zaordynowały odpowiednie leczenie. I Miśka znalazła się w schronisku. Robin został, na kroplówkach, parę dni. I powoli zaczął przychodzić do siebie.
Teraz oba sierściuchy są już u nas. Siedzą sobie w separatkach i powolutku zdrowieją. I są z nimi problemy - nie chcą jeść mokrej karmy! A oba nie mają zębów! Łykają więc tę suchą i chwalą sobie. Hm…
Jak już całkiem wydobrzeją, to wrócą do swojej piwnicy. Bo wątpliwe, by znalazł się ktoś, kto je zaadoptuje.

I jeszcze jedna sierść. Piwniczna, oczywiście. I jeszcze całkiem młoda. Półroczny samczyk imieniem Felek. Fotki nie ma, bo jeszcze nie trafił do schroniska. Z tym Felkiem to było tak:
Rósł sobie pod okiem karmicielki, dzikus nie dający się dotknąć. Ale jak częstowali, to brał! No i zaczął chorować. Puchnąć. Piorunem poszło. Karmicielska nie widziała go codziennie, bo się szwendał, więc nie spostrzegła się w porę. A jak już się spostrzegła, to nie mogła kota złapać. No to poprosiła o pomoc inną przyjaciółkę sierściuchów i wspólnymi siłami dopadły malucha. I w asyście trójki bezogoniastych mlekopij wylądował w lecznicy. Była najwyższa pora. Na szyi bowiem zrobił mu się ropień i to taki wielkości drugiego łba. Ta ropa uciskała mu krtań, więc charczał, jeść nie mógł; parła na oczy, więc sierściuch miał coś w rodzaju oczopląsu… W dodatku dręczył go zaawansowany koci katar…
Zjawy ropień nacięły, wycisnęły, co się dało. Wtedy zaczęło nabrzmiewać ropą z drugiej strony… No więc kolejne cięcie… I ciągłe czyszczenie nosa, bo był tak zawalony, że Felek nic nie czuł. Nie nęciło go więc żarcie. I kroplówki, oczywiście…
I tak przez dobry tydzień. Teraz sierściuch powoli dochodzi do siebie. Poweselał, je, docenił ludzkie pieszczoty… Już nie ucieka, gdy się go głaszcze. Za to powoli zaczyna się szykować do opuszczenia kliniki.