Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nana. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 grudnia 2016

Bo pies w krawacie jest mniej awanturujący się!

- Pfffffff, aaaaleś napisał tera, no nie moge.....

- Aron... Czy mógłbyś się wziąć stąd i iść?

- Właśnie, że nie wyjdę, bo wynalazłeś taki temat, że ja już ci go zaraz obalę w tej sekundzie właśnie, tera o, już.

- Okej, to już wiemy, że lubisz psuć, a teraz żegnam się z panem.

- Taaak bede siedział! Tak właśnie. Już zasadziłem zad i bede siedział. Ale ty piiiiisz, przecie nie przeszkadzaj se wcale! Zacznij od hehe Nanki hehehe. Nana jest chodzącą łagodnością łoooohohohoho!

- .....dobra, wygrałeś.... ale wyjątek potwierdza regułę! Właśnie.

Nana jest całkiem mała. Znaczy mała w górę, ale długość to taka średnia. Poza tym jest czarna i ma krawat biały. Bo jaki inny.


Nana jest... no jajmnikem... To właściwie powinno wystarczyć za cały opis. Kto miał, ten wie, że to uparte jest i WAŻNE bardzo, zwłaszcza jak jest u siebie. Nanka akurat mieszka w kuchni, więc tam jest u siebie. Kto tam śmie wejść, zostaje obszczekany, ale z daleka, bo się Nance zadu podnieść nie chce. Jakby wysoko miała... Do swoich dwunożnych...

- Aaaareeees... jakich swoich, jak ona schroniskowa...

- Ale ma swoich! Ty też masz swoich! Gupek.... OCZYWIŚCIE, że nasi są NASI i my jesteśmy ICH! I oni nas kochają i my ich, tylko miejsce takie nieszczególne, ale nie mogą nas zabrać do domów, dlatego szukają nam równie fajnych dwunożnych, za to takich, którzy mogą nas zabrać. Właśnie.

Nanka uwielbia naszych, ale takich, których widzi częściej, którzy jej dają akurat te części kurczaczka, które lubi, bo ona każdych nie lubi. Trzeba wiedzieć, jak się chce Nance przypodobać... W każdym razie - bez powodu się nie awanturuje!

Za to na pewno nie awanturuje się SoniaDwaŁamanePrzezRaca! 


Wieeem, nie widać tutaj krawatka, ale tutaj jest:


SoniaDwaŁamanePrzezRaca ma takie oko jedno bardziej otwarte niż drugie. Nie wiem, co tam się w tym drugim zepsuło, ale nic gorszego w tym nie ma. Kogoś może dziwić to imię długie, ale nasi jakoś tak ją zapisują, bo ma dwa imiona, ale niech będzie, że zostanie tutaj Sonią. Sonia miała kiedyś dom i dwunożnego... ale jej najlepsiejszy przyjaciel odszedł tam, skąd się nie wraca... Kiedyś Sonia do niego poleci, ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie czas, jeszcze ma zadanie do wykonania tutaj, na dole. Sonia uwieeeelbia dwunożnych! Strrasznie uwielbia! Każdą wolną chwilę by z nimi spędzała, więc jest w sam raz dla każdej rodziny! Chociaż żeby nie było - Soni mniejsza nie będzie przeszkadzać, jej zależy na tym, żeby była dla kogoś najważniejsza na świecie, a nie żeby żyć wśród tłumu, którzy ją tylko lubią trochę... Jak ma być czyjaś, to na zawsze, na zabój, na "do deski grobowej".

Iiii w związku z tym, że były dwie psiolaski w krawatach... to co tam! Dorzucę trzecią! Żeby nie było, że psiolaska z krawatem to jakieś rzadkie zjawisko. Nie jest. Proszszszsz:


Nie wiem, czy ktoś pozna tak do góry girkami, ale może po oku. Tak, to jest Azera. Złota psiolaska! Nie wiem też, czy ktokolwiek może na nią coś złego powiedzieć, w każdym razie ja zamiaru nie mam najmniejszego. Nie raz już było o niej, nie dwa, chociaż też nie dziesięć. A szkoda, bo może ktoś by stwierdził, że skoro tyle razy napisane, to coś musi być w tym, że to psica warta poznania! 

Zanicznijmy od tego, że chyba nigdy nie miała domu..... Żyła w jakiejś komórce, o ile pamiętam i wcale świata nie widziała. Dopiero u nas zaczęła niebo oglądać. Jak tylko pierwszy raz w nie spojrzała, to od razu jedno oko przejęło kolor! Mówią niektórzy, że takie dziwne jest, że strach... Większej bezedury dawno nie słyszałem. Jedno z najpiękniejszych ócz... oczów...? Ócz jednak, jakie widziałem! I cierpliwa jest Azera i nigdy nie ma nic za złe. Może tylko czasem, że spacer przykrótki, ale nie wypomina, nie gniewa się, ona doskonale rozumie, że gdyby mógłby być dłuższy, to by był. A że nie jest to nie może być i już...

W ten oto sposób dowiodłem, że pies w krawacie jest mnie awanturujący się. Dowiodłem bardzo sprawnie, bo z wyjątkiem! Wyjątkiem jest Nana, ale pamiętajmy, że ona się awanturuje w słusznej sprawie.... dla niej słusznej... tylko dla niej... Ale jednak! Wszak przekonania nasze są ważne niezwykle! Właśnie...

niedziela, 17 stycznia 2016

...żeby oczy zaświeciły radością...

- Dżokej, napisz o Larsi, cooo...?

- Ares? Czemu nie śpisz? Gdzie Larsi?

- Nie śpię, bo czekałem, aż zaczniesz pisać... Larsi leży na posłanku, nie budziłem jej, bo taka smutna ostatnio i łapka ją boli... Bardzo mi jej szkoda i dlatego bym chciał, żeby do domu poszła. Ja jej swój oddam, kiedy ktoś się po mnie zgłosi!

- Tak się ładnie wypowiadasz, a było tak po niej deptać??

- Że niby kto deptał!? JAA??

- Przecież nie ja! Widziałem sam, jak zad zasadzałeś prawie na głowie Larsi! Wtedy, kiedy ta jedna z naszych piłeczkę podniosła!

- A... Piłeczkę... PIŁECZEK to się nie czepiaj! Piłeczki są święte i za piłeczkami należy biegać nie patrząc nigdzie indziej, tylko na piłeczkę! ...a że po drodze są inne zwierzaki... Ech, to silniejsze ode mnie, ale potem przepraszałem bardzo... Zresztą ta łapka ją bolała wcześniej! Napisz o Larsi, ona ma tak smutne oczy...

- Dobrze, Ares. Napiszę. Ale króciutko, bo o Larsi było nie raz.

Oto nasza kropiasta współpsiobiurowa lokatorka:


Smutna... Larsi jest grzeczna taka, nienachalna... Kiedy się kucnie, żeby ją pogłaskać, to zaraz Ares się bezczelnie pod łokieć wpycha i zaraz dwunożny nie widzi nic innego, jak tylko aresowy nos... Larsi czeka cierpliwie. Posnuje się tu i tam, potem pójdzie się położyć, przeszkadzać nie chce... W oczy patrzy rzadko, nie dzieli się smutkiem...

Ostatnio sporo tych smutasów przyjęli nasi... Mam nadzieję, że u nas im się ten wzrok rozweseli, czy to na myśl o ciepłej budzie, kiedy na zewnątrz będzie ziąb (niektóre tego nie miały nigdy...), czy to na widok wolontariusza za smyczą...

Nana też nie szaleje z radości, ale ona prócz tego, że pewnie została wyrwana z domowych pieluszek... znaczy pieleszy, to jeszcze została potrącona przez jakieś twarde jeździdło, w którym siedział dwunożny taki jakiś... co nie wypada mi pisać, bo byłoby to brzydkie... Dwunożny nie udzielił Nance pomocy, tylko pojeeeechał w siną dal...


Na szczęście psiolaskę ktoś inny zauważył i jakoś nie było mu trudno się zatrzymać i zapakować ją do swojego jeździdła i zawieźć do psioweta! Nana niby wyszła cało z wypadku, bo dziur nie ma na zewnątrz, ale w środku niestety ma połamaną tą kość wielką, co jest na końcu psa. Miednicą ją nazywają... Nana musi czekać, aż się zrośnie... Grzeczna jest, taka cichutka i się nie skarży... Patrzy tylko tymi czarnymi ślipkami na każdego i najszczęśliwsza jest, kiedy ktoś ma czas na to:


...posiedzieć, poprzytulać, POBYĆ... Bo najgorsza jest samotność i świadomość, że my bardzo czekamy na wszystkich, ale niewielu pędzi do nas, żebyśmy mogli się szybciej ucieszyć... Co Nana robiła na drodze? Musiała się zgubić... Ale tak ni z tego ni z owego sama by znalazła się na takiej ruchliwej ulicy...? Ta krótkołapa i długogrzbieta psina ma już 8 lat, przecież znalazłaby drogę do domu... I pyta się nas co chwilę, czy może nikt nie był, nie dzwonił w jej sprawie, może ktoś ją źle opisał, może ktoś pytał o czarną, a ona już taka siwa trochę... Nie, Nanka, nikt nie pytał o krótkołapą suczkę... Ale jutro na pewno... Ktoś zabierze do domu, zadba, podsunie pod siwy ryjek smakołyk, wyniesie na trawkę, zanim sama nie będzie mogła wychodzić... Na pewno jutro... Tymczasem odpoczywaj...

Jankus też przyjmuje bez marudzenia to, co go u nas spotyka.


Jego też znaleźli na drodze, jak człapał środkiem... Łapeczki ma takie jakby przechodzone, ile on wędrował, do licha?? Nie chce powiedzieć, małomówny jest wogóle... Zakradłem się raz tylko, jak akurat ktoś u niego był z dwunożnych. Ledwo mogłem na oczy patrzeć, a przecież chłop jestem... Jankus siedział wciśnięty w czyjeś nogi, łepek oparł, oczy zmrużył i szeptał "nie idź jeszcze, ludziu... jeszcze chwileczkę pobądź ze mną... tak dawno nie czułem tego szczególnego, dwunożnego ciepła... nie idź jeszcze, ludziu, postój, pokucaj, nie zabieraj ręki z mojego grzbietku, ludziu..."

...kiedy wróciłem, to powiedziałem, że okrutnie wieje i jakieś ździebło mi wpadło do oka, dlatego mi tak łzawią...

Historia Lotnika też nie jest lepsza...


Zresztą wystarczy na niego spojrzeć! Teraz już jest lepiej, ale kiedy go przywieźli, to był taką kupką kudłatego, sfilcowanego nieszczęścia... W oczach młga... znaczy mgła, w uszach jakieś paskudztwa, za uszami dredy, wystające po bokach żeberka, a spod szyi... kawał łańcucha. Scenariusze są dwa - albo sam się w końcu urwał, co przy jego stanie jest mało prawdopodobne... Albo właściciel odciął ogniwka iiii powiedział "idź kundlu, szczęścia szukaj"... Na łańcuchu nigdy do niego to szczęście nie przyszło, to może u nas go znajdzie...? Lotnikowi jeszcze niedomagają nerki, coś tak Tabletkowa mówiła ostatnio. Już do niego chodzi z torcikami z karmy, z wystającymi guziczkami zdrowotnymi. Oby mu pomogły, przecież jeszcze ten solidny kawał Dobrego Losu musi się do niego uśmiechnąć!

A jak myślicie, że tylko psom się zdarza... Nie myślcie tak. Sierściuchy też do nas trafiają po najsmutniejszych wydarzeniach...... Jak Spektro:


 Tak, wiem, że ma dość specyficzny wyraz twarzopyszczka... Taki już jest. Spektro miał dom. Dobry to dom był, bo kocurzysko dorodne i zadbane do nas trafiło! Tylko tak się złożyło... że spektrowy opiekun odszedł... Tak, wiecie... odszedł tam, gdzie po sąsiedzku mieszka Majka i Hedar... I Spektro go żegnał... Drogi Czytacielu, nie wiem, czy zdarzyło Wam się pożegnać kogoś... Kogoś najważniejszego na świecie, czy miał dwie nogi, czy cztery... To jest przeżycie tak strasznie, że choćbym pisał następny tydzień, to i tak nie opiszę, jak bardzo... Sierściuch jeszcze się nie otrząsnął... Odwiedza go nasza psiokociobehawiorystka i wolontariusze, jakoś go wyciągają powoli z tej skorupki rozpaczy, ale co w jego głowie siedzi, tylko on wie... A ja chyba na razie nie chcę wiedzieć...

Trudno jest patrzeć się w oczy tak przeraźliwie smutne. Trudno jest nie trząść wtedy brodą. Mam na to patent - muszę wtedy myśleć o czymś baaardzo przyjemnym, jak spacer, głaski, pełna micha... Bo inaczej klops, mokre groszki spadają z oczu i wstyd... Ciężko jest ze świadomością, że tyle czasu być może trzeba będzie czekać, aż zaczną się te oczydełka rozjaśniać... A wiecie, jaki widok rozjaśnia takie smutne ślipka? Kiedy na progu staje ten jedyny, ukochany człowiek, to ogonek zaczyna prawo-lewo-prawo się kołysać (niech będzie, że u sierściucha nie, ale podnosi go chociaż wysoko do góry i łeb do tego zadziera!), a w oczach pojawia się coś tak nieopisanego... Nie sposób o tym opowiedzieć, ale myślę, że Czytaciele wiedzą, co takiego się pojawia. Mieszanka miłości, oddania, tęsknoty i uczucia "nareszcie-jesteś!"...

I wtedy to zaklęcie "nie idź jeszcze, ludziu", zaczyna działać... Co prawda dwunożny odchodzi, ale z tym jedynym, najpiękniejszym i najbardziej jedynym na świecie czterołapkiem mruczącym czy merdającym ogonkiem... I wiele razy w tygodniu pojawia się tęsknota przy pożegnaniu, kiedy opiekun idzie do pracy czy po żarełko, ale jest ona osładzana przez tyle pachnących tym jedynym człowiekiem kątów, sprzętów, przedmiotów... I tyle razy w tygodniu pojawia się to cudowne uczucie "nareszcie-jesteś!", które przegania wszystkie smutki z oczu, uruchamia mruczenie, ogonek i wszystkie łapki, które prędko biegną na powitanie...

...może Ty rozradościsz im oczy...?