Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nazar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nazar. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 lipca 2013

TRAGIKOMEDIE



Nadeszło takie coś, co się nazywa sezonem ogórkowym. Czyli, zwyczajniej mówiąc, wakacje. Bezogoniaści dziennikarze twierdzą, że wtedy nic ważnego się nie dzieje, bo wszyscy na urlopach, więc im przychodzi pisać o głupotach. Albo głupoty. Nie wiem, czego więcej. U nas w schronisku, niezależnie od sezonu,  zawsze się coś ważnego dzieje, ale i głupotki czasem się trafiają. I psie, i bezogoniaste. I niekiedy całkiem śmieszne. W ostatnim roku zdarzyło się ich parę, na kilka postów wystarczy.
No to zaczynam!

Mieliśmy w schronisku psa terrorystę. Nazywał się Jumper. Ktoś go porzucił, ale pies nie zdążył jeszcze się zapuścić i wyglądał całkiem nieźle. I groźnie, przynajmniej według niektórych. A był młodym, obiecującym owczarkiem niemieckim.
                       
Wiosennego, niedzielnego poranka rozdzwonił się schroniskowy telefon. Jeden z mieszkańców dość odległej wsi alarmował, że groźny pies terroryzuje ludność lokalną. Naszym aż oczy wychodziły na wierzch, gdy słuchali, mniej jednak z przerażenia, a bardziej z niedowierzania. Ale nie zwlekali, tylko we dwóch wsiedli do samochodu i pognali na złamanie karku (i przepisów ruchu drogowego).
Dojeżdżając na miejsce zwolnili i zaczęli się rozglądać. Ano, znaleźli. Przy niedużym skwerku stał kościół. Przez przymknięte drzwi co chwilę wyglądał jakiś bezogoniasty, a potem cofał się i coś mówił do innych siedzących we wnętrzu świątyni.
A Jumper leżał kilkanaście kroków od wejścia i ich oblegał.
Jeden z naszych bezogoniastych wysiadł po cichu, a kierowca został w samochodzie. Ten, co wysiadł, ostrożnie otworzył tylne drzwi furgonetki, ubrał rękawice, wziął poskrom, otworzył klatkę i odwrócił się. Ale Jumper w międzyczasie zniknął. Nie było go ani z prawej, ani z lewej, na dzwonnicy wśród gołębi też nie. Co jest?!
Nasz bezogoniasty bezszelestnie obszedł samochód i spytał kierowcę, czy widział, gdzie schował się pies. A widział, widział!
Jumper siedział w szoferce, na siedzeniu pasażera i lizał kierowcę po rękach.
Dał sobie założyć obrożę, smycz i bez problemów przesiadł się do tyłu, do klatki. Nasz bezogoniasty krzyknął w kierunku kościoła, że zagrożenie minęło i odjechali, nie czekając na wyrazy wdzięczności uwolnionych, którzy bezładnym stadkiem zaczęli się wysypywać z kościoła.
A Jumper dzisiaj ma już swój dom i bardzo go sobie chwali.

Po jakimś czasie znów był telefon. Nasi ponownie ruszyli. Do innego miasta, gdzie też zalęgła się straszliwa bestia, wielgachna, która mordowała mniejsze pieski[1]. I złapać się nie dawała, choć lokalna miejska straż próbowała parę razy. Tym razem jednak strażnicy zaparli się: zobaczyli psa-mordercę jadąc ulicą na patrol i postanowili nie popuścić. Zadzwonili do naszych: niech przyjeżdżają, a oni w tym czasie będą bandytę śledzić. A wieści będą przekazywać telefonicznie.
Nasi jechali więc i w międzyczasie odbierali telefony: pies biegnie w kierunku przedmieścia… A po kwadransie: mamy go! Jak wjedziecie do miasta, to na drugim skrzyżowaniu skręćcie w prawo. Zobaczycie pogotowie, straż pożarną i nasz wóz – to tam!
Ooo, poważnie musiało być!
I było. Psi morderca biegł sobie ulicą, wywijał ogonem, architekturę miejską podziwiał i oznaczał, a strażnicy cichcem-milczkiem jechali za nim. Nie próbowali go łapać. Doświadczenie nauczyło ich, że to na nic – wymknie się. Niech ci ze schroniska próbują…
Skończyły się duże bloki, a zaczęły podmiejskie domki z ogrodami. Sto metrów, trzysta… Nagle pies przyspieszył i schował się za rogiem ulicy. Strażnicy też przyspieszyli, wyjechali zza rogu i widzą – nie ma zwierza! Gdzie on?! W ostatniej chwili spostrzegli. Wbiegł na jedno z podwórek. Zahamowali gwałtownie. Jadący za nimi samochód osobowy nie zdążył dać po hamulcach. Kierowca gwałtownie skręcił kierownicę i z trzaskiem wpadł na latarnię. Następny wóz skręcił w drugą stronę i ustawił się w poprzek drogi…. Potem wszystko poszło błyskawicznie. Z osobówki zaczęło coś wyciekać, pewnie paliwo. Strażnicy wyskoczyli z samochodu. Jeden rzucił się ku samochodowi osobowemu, drugi złapał za telefon, by zawiadomić służby o wypadku. Kierowca osobówki siedział za kierownicą i monotonnie powtarzał parę słów, głownie na „k” i „ch”, póki strażnik nie wyciągnął go przemocą i nie odprowadził na bok. Inne samochody próbowały się cofnąć i ominąć miejsce wypadku… Przestronnie się wokół zrobiło, wszyscy obawiali się, że samochód pod latarnią się zapali i wybuchnie… Na sygnale zajechało w końcu pogotowie i straż pożarna…
A pies-morderca siedział na środku podwórka i patrzył sobie, co bezogoniaści wyprawiają.
Strażnicy przypomnieli sobie i o nim. Przymknęli furtkę i uwięzili go na podwórzu. A potem skontaktowali się z jadącym samochodem ze schroniska…
Kiedy nasi zjawili się na miejscu, jeden z nich wziął obrożę, smycz i wszedł na podwórko. „Będzie żarł!” – ostrzegł lojalnie jeden ze strażników. Nasz bezogoniasty głową pokiwał, do psa podszedł, przywitał się, za uszami podrapał, obrożę założył, smycz wpiął i wyprowadził bandytę z podwórka. Strażnicy, kierowcy i paru okolicznych bezogoniastych patrzyli w niemym podziwie, jak nasi prowadzą psa do samochodu, ładują do klateczki i zamykają drzwi. „Na tyle…” – rzucił niedbale jeden z naszych…

W schronisku morderca dostał imię Nazar. I szybko znalazł sobie nowy dom. O ile nam wiadomo, morduje tylko swoich własnych bezogoniastych. Na spacerach. Bo lubi sobie ostro pobiegać, a oni, naiwni, próbują mu dorównać!
         

A teraz z innej beczki. Wieść całkiem niedawna. Poszła do nowego domu Persi.
           
Pisaliśmy już, że to suczka-rzadkość. Rasowa, z rodu jużaków, czyli owczarków południoworosyjskich. Aż dziw, że ktoś ją wywalił z domu, albo zgubił i nie szukał. Nie wiedział, co ma? W naszym województwie był dotąd tylko jeden zarejestrowany samiec tej rasy. I właśnie jego bezogoniaści zgłosili się do schroniska, gotowi adoptować Persi. Czemu nie? Lepiej nie mogło się złożyć. Persi swego rodaka poznała, zaakceptowała i zaczęli wspólne życie. Oby długie i szczęśliwe!



[1] Potem okazało się, że jednego nieszczęśliwie przygniotła w zabawie,  a drugi najadł się strachu, ale przeżył.

niedziela, 4 listopada 2012



Najpierw będzie o zbiegu okoliczności. Ale takim szczęśliwym, że bardziej nie można!
Jakiś… ech, nawet nazywać go szkoda!... Zapakował osiem maluteńkich szczeniąt do kartonu i podrzucił jednym bezogoniastym, którzy mieszkają niedaleko schroniska. Gdy tylko znaleźli ten kartonik, zaraz przynieśli psiaki do schroniska. Ale takie malce bez matki mają małe szanse, by przeżyć. Można im dawać startery, czyli takie papki dla psich niemowlaków, można dawać specjalne mleko, a i tak chorują często i nieraz bardzo źle się to kończy.
Tylko że te psiny miały szczęście! Dzień przed ich przybyciem do schroniska trafiła do nas suczka husky, niedawno po porodzie. I ją ktoś porzucił – przywiązał do cudzego płotu i zwiał! No to nasi bezogoniaści postanowili dopuścić te szczeniaki do tej suczki. Pierwszego dnia nic z tego nie wyszło. Dedra powąchała psiaki, polizała je, lecz karmić nie chciała. Musiały jeść tę sztuczną karmę. Ale drugiego dnia nasi bezogoniaści zaczęli ją razem ze szczeniakami dopieszczać, zabawiać, aż wreszcie pozwoliła im ssać! Ależ żarły! Omal jej sutków nie powyrywały! No więc mruczała, narzekała, ale karmiła!
          
Wygląda na to, że wszystko będzie dobrze!

A tego samego dnia mieliśmy w schronisku Fotoday. To znaczy bezogoniaści mogli przychodzić i fotografować nas. Ile chcieli i gdzie chcieli. Nasza główna bezogoniasta ogłosiła to w mediach i no i zaczęło się!
Wpierw jednak pojawili się uczniowie z jednej ze szkół i przynieśli dary – jedzenie. Całkiem sporo. I całkiem niezłe! Podziękowaliśmy, jak umieliśmy – głośnym jazgotem i machaniem ogonami.
Potem pojawili się różni dziennikarze z gazet, z Internetu i taka ekipa, która robiła materiał dla „Teleexpresu”.
A jeszcze później zaczęli się pojawiać zwykli bezogoniaści z aparatami i kamerami. Fotografowali schronisko i zwierzęta.
                       
Albo w kojcach, albo na zewnątrz. Jak któryś bezogoniasty chciał, to jeden z naszych pracowników brał wybranego psa i szli sobie do lasu, albo na pobliską ulicę – i tam robili zdjęcia. Ze dwudziestu takich fotografujących było.
No i jak porobili fotki, poszli do domów. Teraz poprzeglądają te materiały i najlepsze, ich zdaniem, ujęcia, wyślą do nas. A my to ocenimy. I pewnie jakieś nagrody przyznamy, na stronie zamieścimy i zapewnimy sławę autorom, hauhau!

A wśród tego całego zamieszania trwało zwykłe, schroniskowe życie, a więc, przede wszystkim, odbywały się adopcje.
To był dobry dzień. Do nowego domu na wieś pojechał Nazar, ten owczarek, który ponoć dusił inne psy. Pisałam o nim niedawno.
           
Teraz będzie pilnował podwórza. Z własną budą i kojcem. Jak go znam, poradzi sobie doskonale!

No i Marlowe wreszcie znalazł swoich bezogoniastych. Taka miła rodzina przychodziła do niego w odwiedziny już od pewnego czasu i teraz ostatecznie zdecydowali, że go biorą.
           
Marlowe ma obiecane codzienne spacery po mieście. No to przed odejściem zdążył mi powiedzieć, że będzie nam podsyłał świeże wieści z ulic. Bo Marlowe to jeden z tych psów, które najlepiej w schronisku umieją pisać! No to trzymaj się, Marlowe! Mam nadzieję, że będziesz miał takie kolorowe życie, jak ty sam!

Małżeństwo bezogoniastych ze wsi wzięło Spajkiego!
           
Będzie mieszkał w domu, a za dnia latał po dużym podwórzu. No i lasów i łąk też od czasu do czasu zakosztuje! To niedaleko, więc go pewnie wkrótce odwiedzimy!

            A starsi bezogoniaści zabrali Rexusa. Też do domu na wieś. I też całkiem blisko.
                       
Nie miał dotąd szczęścia. Jego poprzedni właściciele mieli mnóstwo kłopotów i musieli go oddać do przytuliska. Stamtąd trafił do nas, ale nie czuł się tu najlepiej. No to teraz, miejmy nadzieję, odetchnie! Odprowadziłam go do bramy. Minę miał nietęgą, ale trzymał się. No cóż, poczekamy, zobaczymy!

Na koniec poszła Gedia. Ładna, niestara suczka z taty owczarka. Porzucona na ulicy i zgłoszona przez jakąś młoda bezogoniastą.
           
Trochę lękliwa i nieufna z początku. Ale jak już do kogoś nabierze zaufania, to się rozkręca, aż miło! Przyszła po nią para bezogoniastych z dzieckiem. Gedia zamieszka z nimi w bloku. Nadaje się jak najbardziej!

No i jeszcze sierściuchy.
Przywędrował do schroniska jeden bezogoniasty po kotka. Ale jak się rozejrzał, to spodobały mu się dwa. A że nie mógł się zdecydować, wziął obydwa.
                       
Nigdy nie pamiętam, jak ten mlekolubny drobiazg nosi imiona. Tak rzadko je widuję… No, ale niech i  się dobrze dzieje!

I wreszcie jedna dorosła już kocica. Z przejściami. Też nawet słowa z nią nie zamieniłam, bo albo siedziała w lecznicy u zjaw, albo w naszym szpitaliku.
           
Z przejściami sierściuszka. Miała wypadek, gdy jeszcze szwendała się po mieście. Cały tył w kawałki. Pozrastało się jakoś, ale co rusz się wywracała. No to wreszcie zjawy poskręcały jej tylną łapkę śrubami i jest lepiej. A w międzyczasie zainteresowała się nią jedna bezogoniasta. Czekała, aż kotka wydobrzeje i natychmiast zabrała ją do domu.

W sumie ten fotoday to był bardzo udany day!

A teraz opowieść wolontariusza.

           
Opowieści Wolontariuszy
aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce

środa, 24 października 2012


Parę dni temu tak w południe mniej więcej, pod schroniskiem zaczęli się kręcić znajomi bezogoniaści. Od razu się zorientowałam, że chyba coś się zacznie dziać, bo oni byli z mediów. No to postanowiłam sobie darować drzemkę i popatrzeć, co będzie.
Po jakimś czasie zajechał samochód i wysiadło z niego kilku bezogoniastych. Nasi bezogoniaści i tamci z mediów wpadli w podniecenie, bo okazało się, że to przyjechali członkowie takiego zespołu muzycznego, który jest bardzo znany. A powód? Oczywiście – fotografowanie się z nami! Obejrzeli schronisko, pogadali z bezogoniastymi i zaczęło się robienie zdjęć. To już mniej mnie interesowało, bo sama byłam fotografowana z gwiazdami tyle razy, że… Zresztą, wiecie, pisałam już o tym parę razy. Fotki z tej sesji są już pewnie na naszej stronie internetowej, tutaj więc pokażę tylko jedną.
           

Tak więc poczłapałam uciąć sobie odłożoną drzemkę, ale nawet oka nie zmrużyłam, bo zaczęło się znowu dziać: telefon z niedalekiego miasta – przyjeżdżajcie, trzeba złapać psa-mordercę! Niech to kleszcze! Krwiożerczych psów mało było dotąd w naszym schronisku. Zapomniałam więc o spaniu i próbowałam się wtarabanić do samochodu, którym nasi mieli jechać po tego psa. Ale gdzie tam! Wygonili.
No to siadłam przed biurem – poczekam! Słoneczko świeci, bezogoniaści się kręcą, zobaczymy, co będzie.
No i po paru godzinach przyjechali z tym psem.
           
Popatrzyłam – nic takiego, zwykły owczarek! Wsadzili go do boksu, obejrzeli i poszli. No to ja do niego i pytam, co i jak… Nawet chętnie gadał, chociaż oczy latały mu na boki, bo wszędzie psy, które szczekają, gapią się, a on nieprzyzwyczajony… Niejeden z naszych popisywał się przed tym zabijaką, bo wiedział, że przecież teraz, w kojcu, jest niegroźny. Ten nowy też się szybko połapał, co jest grane i przestał na szczekaczy zwracać uwagę. I opowiedział, że niedawno biegł sobie ulicą a wtem naskoczył na niego jakiś kundel z pretensjami, że wchodzi na jego teren i niech zjeżdża, bo popamięta… Owczarek ani myślał o awanturach, bo nie był u siebie, więc odszedł, ale ten kundel zajadły biegł za nim i zaczął mu się dobierać do tylnych łap… No to owczarek się odwrócił i chaps kundla za kark! Ścisnął raz, szarpnął i wystarczyło… Bezogoniaści chodzili nieopodal, ale żaden nie zareagował. Gapili się tylko i coś tam niektórzy gadali.
A dzień później, na jakimś osiedlu, owczarek szukał czegoś do żarcia. I akurat wtedy pewien bezogoniasty wyszedł na spacer z ratlerkiem. Bez smyczy, oczywiście. Natknęli się na siebie i ratlerek zaczął się rzucać. Wiecie, jakie te małe bywają zaczepne i hałaśliwe!... I powtórzyła się historia. Owczarek kłapnął paszczą, nawet niemocno… I po ratlerku…
Wtedy dopiero zrobiła się awantura. Owczarek zwiał, ale właściciel ratlerka od razu zadzwonił po tamtejszą straż miejską, która zaczęła szukać owczarka. Jeździli samochodem, aż na niego natrafili. Zahamowali gwałtownie i wtedy pisk opon, zgrzyt i buch!... jadący za strażą samochód zdążył wyhamować, ale kolejny już nie i rąbnął w tego przed sobą… Kierowcy powyskakiwali z aut, zaczęło się gadanie, wygrażanie, bezogoniaści zajęli się sobą, a owczarek w długą!
Tamta straż zawiadomiła po pewnym czasie schronisko. No i nasi pojechali. A że owczarkowi ziemia paliła się już pod łapami, to nawet się nie opierał, gdy nasz bezogoniasty zaczął go łapać. No i trafił do schroniska… Dostał imię Nazar.
Oj, nie wiem, co teraz z nim będzie…

No i Malinie coś się stało. Siedzi w schronisku już jakiś czas, od szczeniaka. Zawsze była nieufna i wycofana, od psów też wolała trzymać się z daleka. Małe, czarne, delikatne suczątko…


Ale chuchali tu na nią, dmuchali aż wreszcie zaczęła się oswajać. Ośmieliła się nawet na tyle, że zaczęła obszczekiwać bezogoniastych przychodzących do schroniska. A to niedobrze! Szczeknąć przyjaźnie, powitać gościa – to tak, ale ujadać na niego ze złością – to już niemądre! No bo kto takiego psa zaadoptuje? Tłumaczyłam jej po dobremu: przestań, bo będziesz tu wiecznie siedziała!... Nie chciała słuchać. Do niedawna.
Odmieniło się jej jakiś miesiąc temu. Ale poszło w zupełnie inną stronę: jakby ktoś przeraził ją ogromnie! Chowa się przed bezogoniastymi, byle ruch w wiacie powoduje, że ucieka do budy. Parę dni myśleliśmy, że się obraziła, że ma humory. Ale gdy to się przeciągało, zaczęliśmy się jej bliżej przypatrywać, i my, i bezogoniaści. I widać, że boi się, jak nic! Co się stało?... Co tam sobie uroiła w głowie?... Nie chce o tym gadać… Hm…
Nasi bezogoniaści zaczęli więc pracować z nią od nowa. Prawie codziennie zabierają ja na parę godzin do biura, gdzie wciąż ktoś się kręci. I co? Swoich się nie lęka, ale niech tylko wejdzie ktoś obcy, zaraz włazi do najdalszego kąta, albo chowa się pod biurka – i końmi nie wyciągniesz…
Co za licho?... Nie wiemy!

Wiemy za to, że teraz pora na kolejny odcinek „Psichdziejów w piętnastu szczekach”

aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce