Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spajki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spajki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 listopada 2012



Najpierw będzie o zbiegu okoliczności. Ale takim szczęśliwym, że bardziej nie można!
Jakiś… ech, nawet nazywać go szkoda!... Zapakował osiem maluteńkich szczeniąt do kartonu i podrzucił jednym bezogoniastym, którzy mieszkają niedaleko schroniska. Gdy tylko znaleźli ten kartonik, zaraz przynieśli psiaki do schroniska. Ale takie malce bez matki mają małe szanse, by przeżyć. Można im dawać startery, czyli takie papki dla psich niemowlaków, można dawać specjalne mleko, a i tak chorują często i nieraz bardzo źle się to kończy.
Tylko że te psiny miały szczęście! Dzień przed ich przybyciem do schroniska trafiła do nas suczka husky, niedawno po porodzie. I ją ktoś porzucił – przywiązał do cudzego płotu i zwiał! No to nasi bezogoniaści postanowili dopuścić te szczeniaki do tej suczki. Pierwszego dnia nic z tego nie wyszło. Dedra powąchała psiaki, polizała je, lecz karmić nie chciała. Musiały jeść tę sztuczną karmę. Ale drugiego dnia nasi bezogoniaści zaczęli ją razem ze szczeniakami dopieszczać, zabawiać, aż wreszcie pozwoliła im ssać! Ależ żarły! Omal jej sutków nie powyrywały! No więc mruczała, narzekała, ale karmiła!
          
Wygląda na to, że wszystko będzie dobrze!

A tego samego dnia mieliśmy w schronisku Fotoday. To znaczy bezogoniaści mogli przychodzić i fotografować nas. Ile chcieli i gdzie chcieli. Nasza główna bezogoniasta ogłosiła to w mediach i no i zaczęło się!
Wpierw jednak pojawili się uczniowie z jednej ze szkół i przynieśli dary – jedzenie. Całkiem sporo. I całkiem niezłe! Podziękowaliśmy, jak umieliśmy – głośnym jazgotem i machaniem ogonami.
Potem pojawili się różni dziennikarze z gazet, z Internetu i taka ekipa, która robiła materiał dla „Teleexpresu”.
A jeszcze później zaczęli się pojawiać zwykli bezogoniaści z aparatami i kamerami. Fotografowali schronisko i zwierzęta.
                       
Albo w kojcach, albo na zewnątrz. Jak któryś bezogoniasty chciał, to jeden z naszych pracowników brał wybranego psa i szli sobie do lasu, albo na pobliską ulicę – i tam robili zdjęcia. Ze dwudziestu takich fotografujących było.
No i jak porobili fotki, poszli do domów. Teraz poprzeglądają te materiały i najlepsze, ich zdaniem, ujęcia, wyślą do nas. A my to ocenimy. I pewnie jakieś nagrody przyznamy, na stronie zamieścimy i zapewnimy sławę autorom, hauhau!

A wśród tego całego zamieszania trwało zwykłe, schroniskowe życie, a więc, przede wszystkim, odbywały się adopcje.
To był dobry dzień. Do nowego domu na wieś pojechał Nazar, ten owczarek, który ponoć dusił inne psy. Pisałam o nim niedawno.
           
Teraz będzie pilnował podwórza. Z własną budą i kojcem. Jak go znam, poradzi sobie doskonale!

No i Marlowe wreszcie znalazł swoich bezogoniastych. Taka miła rodzina przychodziła do niego w odwiedziny już od pewnego czasu i teraz ostatecznie zdecydowali, że go biorą.
           
Marlowe ma obiecane codzienne spacery po mieście. No to przed odejściem zdążył mi powiedzieć, że będzie nam podsyłał świeże wieści z ulic. Bo Marlowe to jeden z tych psów, które najlepiej w schronisku umieją pisać! No to trzymaj się, Marlowe! Mam nadzieję, że będziesz miał takie kolorowe życie, jak ty sam!

Małżeństwo bezogoniastych ze wsi wzięło Spajkiego!
           
Będzie mieszkał w domu, a za dnia latał po dużym podwórzu. No i lasów i łąk też od czasu do czasu zakosztuje! To niedaleko, więc go pewnie wkrótce odwiedzimy!

            A starsi bezogoniaści zabrali Rexusa. Też do domu na wieś. I też całkiem blisko.
                       
Nie miał dotąd szczęścia. Jego poprzedni właściciele mieli mnóstwo kłopotów i musieli go oddać do przytuliska. Stamtąd trafił do nas, ale nie czuł się tu najlepiej. No to teraz, miejmy nadzieję, odetchnie! Odprowadziłam go do bramy. Minę miał nietęgą, ale trzymał się. No cóż, poczekamy, zobaczymy!

Na koniec poszła Gedia. Ładna, niestara suczka z taty owczarka. Porzucona na ulicy i zgłoszona przez jakąś młoda bezogoniastą.
           
Trochę lękliwa i nieufna z początku. Ale jak już do kogoś nabierze zaufania, to się rozkręca, aż miło! Przyszła po nią para bezogoniastych z dzieckiem. Gedia zamieszka z nimi w bloku. Nadaje się jak najbardziej!

No i jeszcze sierściuchy.
Przywędrował do schroniska jeden bezogoniasty po kotka. Ale jak się rozejrzał, to spodobały mu się dwa. A że nie mógł się zdecydować, wziął obydwa.
                       
Nigdy nie pamiętam, jak ten mlekolubny drobiazg nosi imiona. Tak rzadko je widuję… No, ale niech i  się dobrze dzieje!

I wreszcie jedna dorosła już kocica. Z przejściami. Też nawet słowa z nią nie zamieniłam, bo albo siedziała w lecznicy u zjaw, albo w naszym szpitaliku.
           
Z przejściami sierściuszka. Miała wypadek, gdy jeszcze szwendała się po mieście. Cały tył w kawałki. Pozrastało się jakoś, ale co rusz się wywracała. No to wreszcie zjawy poskręcały jej tylną łapkę śrubami i jest lepiej. A w międzyczasie zainteresowała się nią jedna bezogoniasta. Czekała, aż kotka wydobrzeje i natychmiast zabrała ją do domu.

W sumie ten fotoday to był bardzo udany day!

A teraz opowieść wolontariusza.

           
Opowieści Wolontariuszy
aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce

niedziela, 5 sierpnia 2012

Ostatnio było o schroniskowych olbrzymach. No to teraz w drugą stronę.
O ile pamiętam, był kiedyś  u nas ratlerek. Niedługo, bo zaraz zgłosiła się po niego bezogoniasta, która go zgubiła: Na rękach, proszę pani, niosłam i nawet nie wiem, kiedy go wypuściłam… a może sam wyskoczył, kruszynka moja…
Trafił się i drugi – też na chwilę.
Był również york, złośliwa miniaturka psa…
Aha, no i chihuahua też. Równie przemądrzały, jak jego pańcio.
Więcej tych rasowych zabaweczek nie pamiętam.
Małych kundelków za to było i jest sporo.
Fajerka… Oj, przecież została już adoptowana!... Ale niech tam, skoro zaczęłam, to napiszę….
                       
Bardzo miła, brązowa jamniczka, trochę chyba mieszana. Kontaktowa – bezogoniastych uwielbiała, z psami dogadywała się. Moim daniem trochę mdła. Taka przesłodzona przylepa. Ale mogła się podobać. I pewnie podobała się pierwszemu właścicielowi przez jakiś czas, ale potem miał jej dość. I któregoś dnia, nocą, przyniósł ją pod schronisko i przerzucił przez płot. I zwiał. Suczka rozszczekała się, stróż wyszedł i znalazł ją pod płotem. Szukała wyjścia, żeby biec za swoim pańciem. Ech…
Na szczęście  nie posiedziała długo. Znowu się komuś spodobała. Oby już na zawsze![1]

Jest też z nami jamniczka z niedalekiego miasta – biedna, drobna psina. Nie ma u nas swojego imienia. To znaczy pewnie ma jakieś, ale go nie znamy. Jest u nas – póki co – czasowo.
           
Chociaż… Jej właściciel został zabrany przez policję do tego schroniska dla bezogoniastych, a suczka trafiła do nas, bo tam, na miejscu, nie miał się kto nią zająć. Posiedziała kilkanaście dni. Potem jej bezogoniasty wrócił do domu. Powinien ją odebrać, ale nie chce. Za to wydzwania i pisze: nie ja psa wam dałem, więc nie ja będę go odbierał. A jak mi go nie przywieziecie, złodzieje, to was zaskarżę!... A tu koszty utrzymania suczki w schronisku rosną! Gmina płacić nie chce, bo przecież pies ma właściciela. Policja też nie – bo niby dlaczego. Naszym bezogoniastym wreszcie skończyła się cierpliwość: wystąpili do władz o odebranie psa właścicielowi. Wtedy jamniczka stanie się pełnoprawnym mieszkańcem schroniska. Ale to może potrwać.

Niedaleko niej siedzi w kojcu Spajki – pinczerowaty czterolatek. Błąkał się po terenie niedalekiej gminy. Złapano go i wsadzono do tymczasowego kojca. A stamtąd trafił do nas.
                       
Miał ciężkie początki w schronisku. Był nieufny, udawał chojraka, szczekał, gdy tylko ktoś się zbliżył. Ale właśnie wróciła z urlopu jedna z naszych bezogoniastych. Podeszła do Spajkiego z sercem, przyhołubiła, pomatkowała i psiak się odrodził. Strach minął, chętnie wychodzi na spacery, jest grzeczny… Czego więcej chcieć? Chyba tylko jak najszybszej adopcji.  

Własny dom przydałby się i Filipkowi – pisałam już o nim parę razy. I wciąż coś nowego można o nim opowiadać. Przede wszystkim to bardzo żywotny i zadziorny psiak, choć swobodnie zmieściłby się do dużego garnka.
                       
Jest teraz w domu tymczasowym, ale długo nie może w nim pozostać, bo tam jest już sporo psów i kotów. Maluch aż rwie się do kontaktów z bezogoniastymi: obskakuje znajomych, łasi się i co chwilę zerka, czy to, co robi, robi zgodnie z ich oczekiwaniami. Ostatnio nauczył się chodzić na spacery bez smyczy. Nogi się wprawdzie nie trzyma, ale nie odbiega na więcej niż dziesięć kroków – sam reguluje odległość i gdy widzi, że jest za daleko z przodu albo z tyłu, zatrzymuje się, lub dogania. I reaguje na komendy: gdy słyszy: „Stój” – staje; „Wróć” – wraca…
I ciągle mu się paszcza śmieje.



[1] Pies pisze, a życie swoje… Gdy skrobałam tego posta, nie wiedziałam, że to „na zawsze” będzie takie krótkie… Nie ma już Fajerki…