Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 lutego 2017

Starość im się na pyskach wymalowała.

Ja wiem, że psieciuchy są słodkie. Cienkie ogonki, wielkie oczy, rozjeżdżające się łapki, nieporadość, mięciutka sierść, ząbki jak szpilki. Nie wspomnę, że głupie takie jeszcze i brudzące gdzie popadnie, i czym popadnie. Wielu o tym zapomina. Sporo osób zachwyca się psieciuchami, więc wcale w zamiarze nie mam przekonywać, że tak jest, nie trzeba. Dzisiaj więc o tej drugiej grupie. O tej, którą dzieli od psieciuchów kilka ładnych lat, dużo doświadczenia, ogrom przeżyć, miliony całe siwych włosów na głowie... Którymi też się wielu zachwyca, ale wciąż liczba tych staruszkolubów jest zbyt mała w stosunku do liczby potrzebujących domu czworonogów...

Taki Pimpol na przykład...


Czyż nie wygląda dostojnie taki wyblakły? Trafił do nas baaardzo niedawno temu i nie uwierzycie, o co jest posądzony! Otóż podobno, w miejscu gdzie się błąkał, zagryzł.... zwierzę kopytne z rogami, a dla ścisłości napiszę, że... kozę... Dobrze, że nie bawoła... Wyobrażacie sobie, że coś, co mi osobiście sięga do łokcia i to tylko wtedy, jak jeszcze na kamieniu stanie sięgnęłoby do szyi kozy, żeby ją zagryźć! Ech... Pimpolek nie wyściubala prawie nosa w budy, bo mu zimno. Spacerowałby też najchętniej na dwóch nogach niż własnych czterech łapach, na ręce się pcha znaczy... Te rudawe włoski powoli się z niego wyprowadzają, a na ich miejsce przychodzą nowe, białe jak śnieg, po którym tak niechętnie człapie. Oby się znalazł ktoś, kto jednak chętnie taki siwy pychol do domu zabierze...

Krótko przed Pimpolem trafił do nas Dziabąg.


Nasi podają, że on stary nie jest, więc najwidoczniej te białe kłaczorki to u niego taka mała ściema... Może od szczeniaka tak ma, a może ze zgryzoty mu to później wylazło? Nie wiadomo. Wiadomo, że to też taki pies naręczny, jak Pimpol. Pchaaa sięęęę na kolana na bezczelnego! Chociaż przynajmniej na spacerach chętniej zapachy posprawdza i doskonale wie, do czego nos służy. Taki mały psiaczek dla każdego, kogo nie odstraszy to śmieszne obsypanie siwizną... Umie się pokazać z tej najpsiejskiej strony, bo się wdzięczy w kojcu do każdego i ogonem merdoli i nos nadstawia pięknie! Oby nie przestraszyła ta śmieszna, chaotyczna siwizna...

Kolejny jest ten, co to o nim wspominałem niedawno chyba, ale psuje do tematu. Miki.


Dla krótkiego przypomnienia - Miki do schroniska przyjechał głównie łysy i z miliardami takich maciupeńkich żyjątek, które mnożą się chętnie, a jeszcze chętniej zmieniają miejscówki na innych niezależnie, ile mają łap czy nóg, byle byli pokryci żywą skórą, którą można zeżreć. Długo trwała walka o skórę Mikiego, bo te obrzydlistwa nie opuszczają tak łatwo, ale się udało! Miki powoli pokrywał się nowymi włosami i teraz wygląda własnie tak. Pysk miał kompletnie łysy i jedyne, co na nim rosło, to wielkie strzępy naskórka, więc ostateczny kolor sierści wyszedł dość niespodziankowo. Okazało się, że już nastoletni Miki ma pysk siwy jak broda Odświętnego Mikołaja. Najważniejsze jednak, że psiurek okazał się niezwykle przyjazny, przytulaśny i dwunożnolubny. On się bardzo stara przypodobać, teraz rola dwunożnego, żeby to dostrzegł i chciał dać szansę...

Łabek Też stary nie jest, ale starość się przykolegowała do niego wcześniej...


Łabek trafił już do nas z tymi siwymi kłaczorami, ale mi się zdaje, że aż tyle ich nie było... Łagodnoooość to się zniego wyleeewaaaa.... Taki jest dla każdego, i do małych, i do dużych, i do siwych, i do tych ubranych w kolorowe kurtki... Nieważne nic jest, byle dwunożny był dobry i chciał mu okazać chociaż trochę dobrego serca... Starość się wymalowała na łabkowej głowie zupełnie za wcześnie i co teraz ma zrobić...? Może są tacy, którzy by go chcieli, ale stwierdzają, że "eeee, taki pysk siwy, to stary jest", a on wcale nie jest! W średnim wieku wręcz i jeszcze bardzo wiele przed nim! I te oczy smutne się wpatrują w każnego... A on się tak ładnie uśmiecha na spacerach...

Nie ich wina, że albo wiek zdradza albo go przekłamuje. W ich oczy popatrz, w serce własne i nie wymawiaj im wieku, którego albo aż takiego nie mają, albo nie chcą mieć... To nie ich wina, że ich los rzucił daleko od ich domu... To nie ich wina, że trafiły może na ten niedobry i dwunożnych, którzy wcale ich nie chcą może szukać... Może chcą, tylko po prostu nie wiedzą, gdzie...

Nie karz ich za to, że wyblakły...

środa, 2 listopada 2016

Już nie straszą!

...a jeszcze rok temu nie musiałyby mieć przebrania na Psielołin! Nie będę przedłużać, bo i nie ma po co... Kto wstępy lubi...

Patrzcie, jak wyglądała Frupi, kiedy przyjechała do nas:


Miała powycinane takie placki w sierści, czyli ktoś musiał ją leczyć! ...potem mu się odechciało, czy Frupi się zgubiła...? Nie wiadomo. Przyjechała do nas i nasi musieli jeszcze dojść, co jej wogóle jest. 

Plecki wyglądały nieszczególnie...


Kark też...


Co tu dużo pisać. Łatwo nie było. Frupi ta skóra pękała sama, rany się robiły, potem goiły i obok powstawały kolejne. Psioweci i Tabletkowa mieli co robić! Na szczęście w końcu zaczęli wygrywać, aż wreszcie już prawie-prawie są na końcu drogi! Dzisiaj Frupi wygląda tak:


I co!? Jest różnica, prawda? Jeszcze na pewno Tabletkowa jej torciki podrzuca, ale już na pewno mniej potrzebuje niż wtedy. Na szczęście te wszystkie zabiegi nie sprawiły, że Frupi ma dosyć dwunożnych. Przeciwnie! Uwielbia wszelkie spacery, głaski i mizianie! Tylko innych psów nie lubi, ale po raz kolejny napiszę, że inny zwierz jej nie adoptuje... Nasi mówią, że ta psiolaska ma ze 4 lata, czyli jest jeszcze młoda. Jeszcze przed nią długie godziny spacerów, a ona stworzona jest do przebierania łapami... 

Kolejny psiur. Miki. Ech, z tym to było...


To rude, to sierść. A to szare, to reszta psa, ale bez sierści... Tak Miki leżał na posłaniu pod wiatą przy domu, spod którego został zabrany. Dwunożny, który był jego "opiekunem" jakoś nie chciał się Mikim opiekować. To zdjęcie było robione w schroniskowym szpitaliku, u nas też tak psiak się zwijał w rogalik.. Nie miał chęci, nie miał siły, żeby wstawać. Skóra musiała go swędzieć potwornie... POTWORNIE! Tak wyglądała jego głowa:


Jedna skorupka!

Od razu zaczęły się kąpiele, a łatwo nie było. Upał, na dworze 30 stopni i więcej, w szpitaliku duszno, a że Miki miał całą masę świerzbowych przyjaciół, nasi musieli się ubierać od czubków butów po czubek nosa! Tak to wyglądało...


Z czasem Miki coraz mniej leżał, a coraz więcej ciekawsko wyglądał na zewnątrz i domagał się uwagi, bo przecież nudno tak siedzieć ciągle samemu!


 ...zmienił się, prawda? Chłopak nie mógł się doczekać wychodzenia na spacery! Miał całkowity i bezdyskusyjny zakaz, żeby nie pozarażał innych... W końcu psioweci po kolejnych testach potwierdzili - koniec świerzba! W dodatku udało się nie dość, że wytępić go z Mikiego, to jeszcze nie przeniósł się nigdzie indziej! I psisko wreeeeeeszcie mogło iść zobaczyć las i wreszcie poczuć coś innego pod łapkami niż kołderka i płytki...


Miki już nie mieszka w szpitaliku, przeniósł się na wiaty i wychodzi na spacerki. Teraz mu się życie podoba! Może mieszka w kojcu, a nie pod wiatą w budzie z ula, ale przynajmniej nic go nie swędzi, nie boli, dobrze się czuje, do lasu wychodzi, z dwunożnymi się widzi... A lubi on ich bardzo! Tyle tygodni nikt go nawet nie głaskał, bo przecież żeby się nie zarazić... Wszystko w rękawiczkach i byle krócej. Teraz może się przymilać, przytulać, ile chce! Jeszcze dom mu potrzebny dobry...

Drugą taką spelakturalną zmianą jest przemiana Mimasa... Trafił do nas jeszcze dawniej niż Miki i wyglądał tak...


Co się z nim działo, do licha, nie mam pojęcia! Nie wiadomo, czy ktoś mu to zrobił, czy sam się jakoś zgubił i tak wyszło... Długo Mimas siedział w szpitaliku. Ooooooojjjj dłuuuuuugoooo... Choroba skóry, oczu, wychudzenie, był kupką nieszczęścia trochę podobną do spaniela!


Tak jak Miki, Mimas nie wychodził na spacery, nie był głaskany tyle, ile by chciał, w końcu stał się marudny, bo ile można siedzieć w jednym miejscu?? Było widać po nim, że ma dość, ale co było poradzić... 

W końcu stało się! Z poczwartki wyszedł mopsiotyl!


Wieeem, że możecie się kłócić, że to nie ten sam pies, ale ja piszę - TEN SAM! Choćbym miał już nigdy nie dostać od Kiera kawałka kanapki, przysięgam, to Mimas! I jednak się okazało, że to spaniel, kto by pomyślał! Ze szpitalika wyniósł się wreszcie najpierw do ciepłego pomieszczenia, a od niedawna mieszka z innymi w kojcu. Nic fajnego, wiem, ale trzeba było zwolnić miejsce tym bardziej potrzebującym... Mimas wychodzi sobie wreszcie na spacerki, chociaż może nie każdego od razu polubi, ale tych, których już zna jakiś czas, wita merdając nieśmiało ogonkiem. Przesiedział długo sam jeden, teraz znów musi się zesocjalizować. Będzie dobrze!

Widzicie, jak nam wypiękniały zwierzaki?? Teraz, żeby kogoś wystraszyć, będą musiały się przebrać, samym własnym wyglądem już nie przerażą. Tylko żeby się teraz nie okazało, że nie mają kogo zachwycać! Teraz muszą domy znaleźć i wreszcie przenieść się ze szpitalików, wiat i apartamentów na swoje miękciutkie posłanko w ciepłym domu... A zima coraz bliżej...

To pisałem JA - Ares. Dżokej niech na razie odpocznie, bo mu chyba coś do łba uderzyło... Po ostatnich wpisach o krótkołapkach czy sierściuchach to cud, ze nadal chcecie nas czytać... Wiem jednak, że MNIE uwielbiacie i dla mnie tu jesteście! 

Pozdrowionka i miłego dzionka ohohohoho!


(tak, to też Mimas!)

niedziela, 24 lipca 2016

Miki, Elfik i... przyjaciele!

Brzmi jak tytuł bajki, prawda? Może to i bajka... Chociaż w sumie to dwie. Może i będą mieć dobre zakończenia... Na pewno będą mieć! Muszą! Jednak, jak w większości bajek, tak samo i tu - musi być element grozy, straszności, niepewności i wstrzymania oddechu...

Miki imię dostał całkiem urocze, jak na psa z małej miejscowości. Nie jest Azorkiem, Burkiem, Reksiem ani Dżekim. Został Mikim. Ładnie. Sam w sobie też pewnie był ładny! Był... Do spania dostał budę z ula, do towarzystwa miał kolegów, którzy mieszkali w domu. Nie było nawet tak źle!

Od czasu do czasu coś zaswędziało, to się drapnął koło ucha albo za łopatką. Potem znów swędziało, ale dziwnie bardziej. To się drapał więcej. Drapał, drapał, draaapaaał... Sierść wydrapywał, skóra się łuszczyła, a on drapał dalej. Bo swędziało potwornie! I już nie tylko za uchem, ale jeszcze koło oka, obok nosa, na łapie przedniej, łapa tylna też domagała się skrobania, podgryzienia, przetarcia, czegokolwiek, byle tak nie swędziało już!

Bajka to jednak okrutna i... nie dało się powstrzymać tego okropnego uczucia.

Jak już Miki nawet niezbyt miał siłę się drapać, pod furtką zjawili się nasi. Ktoś im powiedział, że tam się coś dzieje niedobrego! Kiedy poszli do miejsca, w którym spał, zobaczyli coś takiego...


Jakby się kto nie mógł rozeznać, to na tej płachcie szarej, te rude resztki futra, to Miki. Zostało mu tyle sierści, co na grzbiecie i kawałku ogona. Cała reszta to szara, spękana, łuszcząca się skorupka. Właściciel stwierdził, że przecież pies jest stary, to jak ma nie być łysy?! 

...słyszałem, że dwunożnym faktycznie włos z głowy opada czasem i już nie odrasta, ale żeby u psa??? To jakiś fenomen! Naszych to nie przekonało... Ubrali białe, gumowe rękawiczki, zabrali psa w koc i powieeeźli od razu do psiowetów.

Ech... Psiowetowi opadły ręce. Zaraz jednak zabrał się do badania, bo przecież z daleka już było widać, że coś tu jest nie tak...


Szare płatki skóry, przetarcia, ranki, otarcia... Psa swędziało, psioweta i naszych też swędziało na sam widok! A na rękach rękawiczki, drapać się nie ma jak. Mogli przez chwilę poczuć się jak ten nieszczęśnik...


Już wiadomo, że na skórze ma wieeeluuu przyjaciół... Przyjaciele to jednostronni, bo nikt ich nie chce, ale oni przeciwnie - za wszelką cenę trzymają się skóry swojego wielkiego brata... Podsłyszałem, że na Mikim żyje świerzbowiec. Nie mam zdjęcia, ale guglnąłem i bardzo proszę, to te misie:


One są winne całej sytuacji. One też sprawiły, że nasi w biurze od razu rzucili się do zamawiania ochraniaczy na głowy, ręce, twarze, ubrania, buty i wszystko inne! Bo to takie paskudztwo, że nie przywiązuje się aż tak bardzo do jednego zwierzaka. Jak tylko mają okazję, to przenosi się na wszystko inne, co żyje, na dwunożnych też! A przecież nasi muszą pomagać też innym zwierzakom! Większość ma też przecież swoje czworonogi (chociaż akurat fotopsiokociografka ma też zwierza zupełnie bez nóg...) i nie mogą na nich nic przenieść, bo klops! A Mikiemu pomóc trzeba, nie ma innej opcji...

Dlatego kąpiel, czyli pozbywanie się tych małych misiów ze zdjęcia powyżej wygląda tak:


Grube rękawice owinięte taśmą, tak dla pewności. Do tego kombinezony, maseczki, ochraniacze na buty.... Potem wszystko idzie do wyrzucenia. I ci nasi się tak poświęcają... Gorąco takie, w takim plastiku jeszcze goręcej... I koło godzinki tego ubierania, potem skrobania Mikiego, moczenia, czekania, aż się przyjmie szampon, potem rozbierania...

Mikiego nie wolno miziać, głaskać... Tylko w rękawiczkach... Najważniejsze jednak, że już go mniej swędzi, to taka ulga!

I czeka Miki, na kolejną kąpiel, na kolejną miseczkę z jedzeniem, wizytę psioweta...


...czeka, aż odrośnie mu rude futerko...

Teraz inna opowieść. Pewni dwunożni biegać lubią. Dla kondycji, dla szczęścia, dla lepszego własnego czucia się. Kilka dni temu wybrali się też na taką przebieżkę... I tak biegną... i biegną... biegną, biegną... Aż nagle widzą małe ciałko między drzewami... Podchodzą, a tu pies! Mały, leżący zupełnie bez sił! Na głowie rana...

Zabrali żyjące, psie ciałko i pobiegli z powrotem. Potem pojechali do psioweta, a potem do nas. Dostał na imię Elfik. Bo z lasu, wiecie.

Elfika położyli na posłanku Aresa.


Psiaczek był zbyt słaby, żeby ruszyć łapą którąkolwiek, łebka też nie podnosił. Na szczęście, kiedy podsunęli mu miseczkę z jedzonkiem, to znalazł siły, żeby wszystko zszamać! Noo to jak głodny, to dobry znak!

Potem jednak nie było już tak różowo. Okazało się, że Elfik ma potrzaskaną miednicę, złamaną łapkę i jeszcze na brzuchu wystaje mu jakiś bąbel, czyli w środku się coś też porobiło... Psiowetka mówiła, słyszałem, że to jakaś przepieklina...

Elfikowi jest przykro, że tyle problemów narobił... Chciałby być zdrowy, a to się tak porobiło... Grzeczny jest, spokojny taki i robi wszystko, żeby jak najmniej przeszkadzać. Niezręcznie mu jest i to po nim widać...


A przecież nasi nigdy żadnemu psu nie powiedzą, że przeszkadzał, że za dużo problemów sprawił, że trzeba go leczyć za długo! Elfik potrzebuje pomocy i teraz wszystko nasi i psioweci robią, żeby mu się lepiej zrobiło!


...to jeszcze nie wszystko. Elfik też z lasu przyjechał z przyjaciółmi, ale innymi, niż w przypadku Mikiego. Elfik nie ma misiów, ale fasolki z nogami... To jest już zdjęcie dokładnie jego fasolek, nie internetowe:


Te obrzydlistwa to nużeńce. Nie wiem, co jest paskudniejsze, czy świerzb, czy nużyca... Jedno i drugie lubi się roznieść, a mnie już i tak wszystko swędzi, chociaż nic na mnie na pewno nie przelazło!

I tak to, widzicie, się porobiło... Jak to można nie być samemu w biedzie, a być samotnym... Miki i Elfik wymieniają starych przyjaciół na nowych, którzy mają może mniej nóg, ale nie myślą tylko o sobie.

Nie wiemy, jak to było z Elfikiem wcześniej, ale jeśli ktoś celowo go pozostawił na pewną... no.. tego... bo przecież jeszcze kilka dni i gdyby nie ci biegacze, to nie byłoby o kim pisać... w każdym razie jeśli ktoś go celowo tak zostawił, to niech mu się Elfik śni po nocach do końca życia! Właściciela Mikiego niech wszystko swędzi, skrobie, za dnia i w nocy, i we wszystkich tych miejscach, w których nie sięgnie, żeby się podrapać! Nie będę klawiatury marnował na pisanie dalszych życzeń dla niego, nie warto... Ja już wiem, że Wy, Drodzy Czytaciele, mamroczecie pod nosem życzenia i klątwy... 

...teraz musi być tylko lepiej... Przecież bajki muszą mieć dobre zakończenia!

...kciuki trzymajcie!

niedziela, 10 stycznia 2016

Stare otypy!






...jak to tylko Ares usłyszał (po raz drugi...), to poleciał po poduchę, naciąąągnął na Larsi i sam położył się obok, żeby zrobiło się nie tylko cieplej na wierzchu, ale też w środku...


Wierzcie lub nie, ale z tą poduchą to tak było! Bo starszy pies też się przywiązuje! I też może się zakochać i może kochać... I może się tak zmienić, jak Ares, i może się tylu rzeczy uczyć, jak Ares...

Dwunożni lubią jakoś myśleć o starych otypach, a wtedy...

- Dżokej, co ty pleciesz?? Jakie stare otypy, na litości Doską!

- Pfff, taka uczona, a nie wie. Stare otypy to takie coś, co wielu dwunożnych myśli na jakiś temat, a to właśnie, że nieprawda jest potem. Tak jak to, że czarny kot przynosi pecha, czarny pies lubi udziabać, dorosłe sierściuchy się nie bawią, a pies, co żył długo na łańcuchu nie umie żyć w domu. Nie wspomnę o tym, co o dwunożnych niektórych inni myślą, co potem też nieprawdziwe!

- Dżokej... S T E R E O T Y P Y!!! To się nazywa stereotypy!

- No przecież piszę!

I potem mówią, że taki czarny pies to agresor na pewno... Powiedzcie to Raven!


...która jest dobra, łagodna, grzeczna, cudowna! Tylko nieśmiała też, a nieśmiałość sprawia, że prawie nikt jej nie widzi... A wystarczy ją wziąć na spacer, wystarczy pozwolić jej się oswoić, nie zwracać na początku uwagi, jak podchodzi z tyłu i niucha, czy człowiek dobry jest... Ona wyczuje, że dobry.

Albo mówią, że kot, co to już ma lat kilka, nie bawi się, tylko zwija się w kłębek i śpi. Bzdura! Mieszkał u nas jakiś czas Pechu. Kocur miał w sobie to COŚ, bo masę dwunożnych lasek do niego wzdychało... W końcu też wzdechła jedna taka, co go do domu postanowiła zabrać.


Przysłała potem wieści, że kot jest rozbrykany, zwłaszcza wieczorami, i że muszą się przed nim chować wszystkie sznurkowe myszki! I wogóle wszystkie drobne przedmioty muszą się chować przed skarpetkowymi łapkami... I Pechu już nie ma pecha, więc nie jest Pechem, ale Tymim!

Mówią też, że jak pies na łańcuchu mieszka, długo, albo co gorsza - bardzo długo, to się już nie przyzwyczai do życia innego niż podwórkowe. Taaak? To mam kolejną opowiastkę. O Balonie pisała Sonia TUTAJ. Tam też macie stare zdjęcia... Psiur ten był takim typowym, wioskowym, krótkołańcuchowym szczekaczem. Został odebrany, pomieszkał trochę w schronisku, potem wyzdrowiał iiiii został adoptowany. Zamieszkał bynajmniej nie w budzie, nie na łańcuchu, ale w mieszkaniu na piętrze. I co?


Wtopił się. W swoich ludzi się wtopił. Na spacerach gania jak szczeniak, w domu mości się na miękkim, własnym posłaniu. Wpadł w rytm, doskonale wie, kiedy posiłki, doskonale wie, kiedy spacer i którymi ścieżkami. Wie, gdzie zawozi go samochód, ogonem obija siedzenia, kiedy jeździdło zatrzymuje się przed znajomą bramą na wsi - tu będzie ganiał z czteronożnymi kolegami! 

Nie będę kłamać, że nic mu nie zostało z tego życia łańcuchowego. Zostało! Umiejętność niezaplątywania się między drzewami, lampami, krzaczorami - sam widzi, że coś tu nie halo jest i maszeruje tą samą drogą z powrotem! Nie ma szans też, żeby się potknął o smycz. Balon nawet nie przerywa niuchania, tylko podnosi odpowiednią łapę do góry i uwalnia sznurek!

Co jeszcze? To:


 Nawyk zwijania się w precelek do spania... Z góry, jak się patrzy, to jest prawie idealne kółko! Widzicie kunsztownie pozawijane łapiszony?? Widzicie tam pod szyją tylną STOPĘ?? W domu ciepło, ale lata marznięcia zrobiły swoje i bez zwinięcia się w precelka spania nie ma!

...ale czy to są wady, żeby zaraz mówić, że pies łańcuchowy w domu mieszkać nie może...?

Wiecie, że nie tylko zwierzaki muszą ze starymi otypami...eee... ze stereotypami się zmagać? Nie tylko czterołapy muszą udowadniać, że właśnie, że nie jest tak, jak wszyscy myślą! Dwunożni też... I daleko szukać nie musiałem...

Pewnego dnia do biura weszła jedna dwunożna laska. Laska, że hej! Szczeny nam poopadały... Znaczy mi i Bidziowi... Bo to za jego czasów było... Mnie zobaczyła, podeszła, ręce wyciągnęła... Zdziwiłem się, bo na końcach palców, na tych, no... pazurach, miała takie kolorowiaste coś, świecące... Nie znam się, facet jestem, ale przyznać muszę, że ktoś się musiał namęczyć... W każdym razie głaskać mnie ta dwunożna zaczęła! I to przyjemne było bardzo... I mówiła do mnie i uśmiechała się... Potem poszła. Ale za kilka dni przyszła znów! Porozmawiała trochę i pobiegła. Nawet wyjrzałem i się okazało, że to wolontariuszka nasza! Pobiegła psy wyprowadzać! ...tylko niektórzy dwunożni się za nią oglądali. Nie nasi dwunożni, ale odwiedzający... Bo taka dwunożna laska, i do kojców wchodzi, i nie boi się, jak pies z brudnymi łapami skoczy, i że jak to kolorowe na palcach się złamie, to nie szkodzi, zrobi się nowe! Jakby to nie wystarczało, to jeszcze zaczęła walczyć o dobro zwierzaków! Jeździ w różne miejsca i przekonuje właścicieli, że albo oni zaczną psa traktować jak trzeba, albo inaczej będziemy rozmawiać!

I ta nasza sama przyznaje, że jak powie, że pomaga, że wolontariuje, że walczy w imieniu czterołapów, to nie wszyscy biorą to na poważne... Ci wątpiący nie czują tego, co my. Bo zwierzak kolorów mało rozpoznaje.. I nie obchodzi nas, jakie kto ma barwy na pazurach, albo jak ktoś jest ubrany, czy ma na sobie obcisłą kieckę czy spodnie od piżamy... Skaczemy i brudzimy tak samo hyhyhyhy! My czujemy dobro i ciepło... A ta nasza, jak wszyscy nasi, ma też ogromniaste serce... I niech to widzą ci, którzy się tak oglądają i myślą "co ona tutaj robi i ciekawe jak szybko ucieknie, kiedy pies skoczy z brudnymi łapami!"... Wiemy, że nie ucieknie...

Nie myślcie tak, jak wszyscy... Otwórzcie głowy i serca, sami się przekonujcie, jak jest. Czarny kot nie przynosi pecha, młody nie musi ciągle broić, a stary ciągle spać... Czarny pies może być łagodny jak biały baranek, młody może być oporny na wiedzę, a starszy może łapać komendy zanim zdążysz powiedzieć "siad"... Dwunożni są warci tyle, ile jest w nich miłości do innych i ile pomocy niosą...

środa, 17 czerwca 2015

Gdzie strumyk płynie z wolna... tam psy się taplają!

- Cakar, chodź!

- Znoowuu?? Tyyysiak, zlituj się...

- Nie wybrali nikogo do biura, co ja poradzę...

- Loza nie może? Z Dokisem i Gogolem? Mają bliżej niż my!

- Wyobrażasz sobie, jak się gramolą przez okno do biura?? Przypomnę, że ich wybieg nie sąsiaduje z drzwiami tylko z oknami biura... Gogol ma chore stawy, to ani nie wejdzie, ani nie podsadzi, Dokis pisać nie umie, a Loza sama się wstydzi. Ostatnio nam wyszło całkiem sprawnie! Poza tym ja jestem niepozorny, mało kto na mnie uwagę zwraca, mogę się pałętać i podsłuchiwać... Dawaj, chodź! Przecież ja sam na krzesło nie wlezę!

- Osiwieję przez ciebie...

- Myślisz, że da się bardziej?? Matko Suczko, dlaczego mi się taki oporny psiowspółpisacz trafił... Mam już temat, fajny temat, chodź! Pstrykniesz mi pudełko, w którym jest blog i przysuniesz przesełko, bez ciebie nie da rady!

...

Teraz znów nie jest tak tragicznie, ale ogólnie to ostatnio było ciutkę gorąco... Tak było gorąco, że mi się poduszeczki prawie odparzały na chodniku naszym. Ani jeść się nie chciało, ani chodzić, ani właściwie nic się nie chciało mi! Tylko ja mam wybór i częściej wychodzę. Więcej psów kuchnia nie pomieści, więc reszta mieszka sobie w większości na wiatach. One za to wychodzą na spacery poza teren albo na wybieg. I te, co wychodzą poza teren doskonale wiedzą, że tam w lesie jest strumień! A upał plus strumień równa się najcudowniejsza dla wielu sprawa! Nie wszystkie psy wodę lubią, niektóre tylko sobie popiją, niektóre nawet na metr nie podejdą, bo jeszcze by się na nich woda sama rzuciła, ale zdecydowana większość tapla się w wodzie, aż wolontariuszom szkoda je wyciągać i do kojca prowadzić. W kolejce jednak w takie upalne dni trochę psów jeszcze czeka, więc nie można tak samolubnie...

W związku z tym, że nasi Wolontariusze są złoci i przewspaniali, nakręcają filmy. Może jeden dwunożny z drugim przy oglądaniu zdjęć nie będzie mógł się zdecydować, ale jak zobaczy film to się zakocha i kogoś adoptuje? Nie zaszkodzi kręcić i umieszczać! Mam kilka właśnie z takiej strumykowej taplaniny i zaraz tutaj pokażę...

Najpierw Miki i Raven, czyli typ bryzgająco-szalony.


Przyznam się od razu - nie wiem, które to które... Jak stoją razem, to wiem! Raven jest smuklejsza i ma o centymetr dłuższe kudełki, Miki jest bardziej gładki. Jeszcze po czymś można rozróżnić, ale tego akurat tłumaczyć chyba nie muszę...

O, tutaj jest Miki (tu akurat dobrze widać...):


A tu jest Raven. Ha, niby ten sam zwierz, ale musicie mi wierzyć na szczeknięcie, że dwa różne!


Mogłyby iść do domu razem, bo się uzupełniają jak dwie krople atramentu!

O, a tutaj jest Nietek i Agatka. Agatka nie chciała moczyć stópek, ale Nietek przynajmniej się napił chłodnej wody, czyli typ kulturalno-pijący:



Nietek jest bardzo pociesznym starszym panem. Jak ja! Mieszka na balkoniku i przypomina o sobie każdemu, kto przychodzi do schroniska. Uśmiech ma wyćwiczony idealnie:


Agatki reklamować nie będę, boooo pojechała do domu! Kilka dni temu uśmiechnęło się do niej szczęście! Za to teraz mogę Nietka reklamować razy dwa! Razy dwa... Nietek jest malutki, grzeczny i wcale nie taki dojrzały wiekiem! Ja na przykład jestem jeszcze starszy!

Prócz tych szalejących i pijących, są też psy typu przechodniego. Włażą i się przechadzają! Na przykład Butla:



Butelka też już jest w średnim wieku. I znów ludzie tylko metrykę u niej widzą, a nie to, że jest grzeczna, lubi spacery, a jeszcze bardziej ludzi.


Butla poza tym wszystkim jest wciągnięta na listę "Szukające Miłości Staruszki". To takie coś, co zapewnia pomoc w leczeniu u psioweta i jak trzeba, to i pomoc zoopsiopsychologa schronisko opłaci, albo ktoś, kto będzie chciał takiego eSeMeSa adoptować, to będzie mógł kupić wyprawkę dla niego (jeśli chodzi o Butlę, to dla niej...) i w tym też schronisko pomoże!

Wracając do strumienia - mamy jeszcze ostatni typ strumykoluba - typ brodzący-po-pacho-grzbiet. 



Azera mieszka u nas już prawie dwa lata. Dziwne, jak na taką fajną psiolaskę! Coś ma z husky i to nie tylko to jedno niebieskie oko! Azera jest idealna dla osób lubiących się ruszać ponad przeciętną!


Poza tym jest przytulaśna, na kolana się pcha, kolejna taka do bieganka i mizianka. Wszyscy jesteśmy fajni i warci adopcji, najlepszego domu i kochającego pańciostwa, ale niektóre psy po prostu zadziwiają bardziej, kiedy nie idą do adopcji po kilku tygodniach...

- Tysiak, się przyznaj, że wzdychasz po nocach do tego niebieskiego oka...

- Wcale nie! Właśnie, że nie mam jej zdjęcia pod kocykiem, znaczy tego no... Idź zobacz, czy stróż nie wraca z obchodu!

O czym to ja... aaaa tak. Wszystkie psy polecam do adopcji! Sami zobaczcie, ile u nas różnych typów jest! Nie dość, że mamy w schronisku różne cechy sierściaste, wzrostowe, wiekowe, to mamy jeszcze strumykowe!

Z wiadomych względów nie opisałem typu "strumyko-nie-lubnego", film byłby dość nudny...

ZIEEEEW tymczasem idziemy spaać... Coś dzisiaj ciężka noc, chyba się ciśnienie zmienia... Niektórym Dobranoc, niektórym DzieńDobry!

- Cakar! Wyłącz pudełko, idziemy spaaaaZIEEEEWaaać....

niedziela, 21 września 2014

Razem raźniej

Fajnie mieć kumpla. Albo kumpelę. Jest do kogo otworzyć pysk, zagadać; czasami jak zimno w dwóch budach, to się włazi do jednej, można się pobawić, pokłócić, potem pogodzić, nie jest nudno.

Na przykład ja z Hedarem. Pogadamy czasem, ja się pośmieję, że on jest leniem, on się pocieszy z mojego krótkołapstwa, fajnie nam.

Psy w naszym schronisku często są dobierane w kumpelskie pary. To nie jest takie hop-siup, trzeba być dobrym obserwatorem, bezbłędnie odczytywać psią mowę - w którą stronę ogon merda, czy sierść się układa jak trzeba, czy postawa odpowiednia... Kiedy jednak wszystko jest "w porzo", sprawdzone kilka razy, wyobserwowane na wszystkie strony, psia para idzie na własne M-1. Później razem wychodzą na spacery (obowiązkowo razem!), razem jedzą, razem się ganiają na wybiegu i bawią...

Jedną z takich par jest Giff i Sinti.


Ten czarny przystojniak to Giff. Postawny owczarek, sierść lśniąca, połowa suczek w schronisku się za nim ogląda! Charakter też ma cudownie owczarkowaty. Zrównoważony, grzeczny i pojętny. Względem innych psów kulturalny, ale jak któryś chce podskoczyć, to z Giffa ciepłe kluchy też nie są! Niektórzy ludzie mu tylko nie leżą, ale to już tych ludzi problem... Kiedy się zjawią przyszli opiekunowie Giffa - na pewno poznają i pokochają się od razu...


Brązowa, uśmiechnięta suczka to Sinti. Nie zawsze była taka radosna. To jeden z tych psów, któremu trzeba było pokazać, że człowiek jest fajny, że głaszcze, że na spacery prowadza, bawi się i mizia... Co przeszła wcześniej - nie wiadomo... Najważniejsze, że dzisiaj potrafi szaleć z Giffem na wybiegu, a kiedy już kogoś pozna, staje się całkiem normalną psiną, co to głowę pod rękę pcha, idzie noga w nogę, a nawet dokazuje czasem! Czasami jeszcze się wystraszy szelestu, kogoś nowego, nagłego ruchu... Widać jednak, że kiedy znalazłby się ktoś, kto chciałby być dla Sinti dwunożnym, prawdziwym, kumplowskim przyjacielem - Sinti już by się niczego nie bała, poszłaby na koniec świata!

Kolejna para - jednemu i drugiemu sięgam do kolan i obojga trudno szukać w ciemności - Miki i Raven.


Tylko teraz, żeby się nie pomylić... Ten z lewej, czyli ten pierwszy to Miki, ta z prawej, czyli druga jest Raven. Są do siebie podobne, zwłaszcza jak się je widzi pierwszy raz... No, przy drugim też można się pomylić... Aaaale już za dziesiątym każdy je rozpozna! Słyszałam nawet, że niektórzy mają inny sposób na rozpoznawanie na początku... Według nich wystarczy zapamiętać, które to pies, a które suczka... takich różnic już tłumaczyć nie będę...

Ich początki w schronisku też były podobne. Trafiły z różnych miejsc, ale na początku każde z nich było wystraszone i ani myślało się z ludźmi bratać! Z budy tylko nosy wystawały, obok nosa wyłaniało się jedno oko, ale żeby pół pazura z własnej woli poza schronieniem pokazać?? Nie do pomyślenia! Z czasem jednak praca wolontariuszy zdziałała cuda! Miki okazał się przylepą. Na spacerach depcze po piętach, albo tak się wciska w człowieczą nogę, że może ze ścieżki zepchnąć. Nie wiem czy przypadkiem najchętniej nie spędzałby czasu na spacerach, siedząc komuś na plecach, wtedy chyba czułby się najbliżej dwunożnego kumpla... Raven za to potrzebuje przestrzeni, lubi przechadzać się po lesie w pewnej odległości, wciąż jeszcze wyłazi z niej ta nieufność... Wystarczy jednak mieć trochę cierpliwości, pokazać jej, że jest się fajnym, powiedzieć, że i ona jest przefajna i ogólnie robi się prze-przesuper! Najcudowniejszą rzeczą dla tej kruczoczarnej pary byłoby pójście do domu razem. Przecież jeden bez drugiego nie wyjdzie, drugi bez pierwszego też jakby bez przekonania... Muszą iść do domu razem!

Większość psich par jest dobierana specjalnie, po przemyśleniach, obserwacjach, próbach... Bywa jednak, że o wyborze współpsiolokatora decyduje sam czworonóg!

Grozikus jest jednym z tych niewielkich, niepozornych psiaków. Niestety z cech na "nie-", jest też niemłody...


Pewnie był psem domowym, pewnie miał swoje posłanko, swoją pańcię albo pańcia... Tylko albo właściciel stwierdził, że już przez życie z psiakiem iść nie chce, albo się Grozikus zgubił i teraz też są dwa "albo" - albo ktoś nie wie, gdzie go szukać, albo wcale mu nie zależy, żeby się psiak znalazł... Do czasu adopcji musi się psisko przytulać do obcych ludzi, a to on lubi baaardzo!

Trafił Grozikus do szpitalika. Zabieg miał jakiś chyba... Nie pamiętam już, ale nic poważnego. Pewnego dnia, kiedy były sprzątane boksy, ten żwawy psiak wymknął się ze swojego miejsca, myk-myk-myk, tup-tup-tup, wepchnął się do innego kojca w szpitaliku... Ten kojec bynajmniej pusty nie był, siedziała tam...

...Azera. Niezwykłej urody suczka. Ni to owczarek, ni to husky...


Przyjechała do nas z interwencji, a to znaczy, że żyła gdzieś w koszmarnych warunkach... Azera jest jedną z tych szalonych, zwariowanych, pełnych energii suczek. Uwielbia ludzi, na kolana się pcha; mimo kiepskiego początku w życiu, jest bardzo pozytywna i ufna.

Do szpitalika trafiła, bo gdzieś sobie łapę rozharatała. I pewnego dnia wkulał jej się do boksu mały, niepozorny psiak w średnim wieku... i już nie chciał wyjść! Prośby, groźby nic nie dały, siedzieć będzie i koniec! Pracownicy stwierdzili, że skoro tak się sprawy mają, to niech już sobie w tym szpitaliku razem dochodzą do siebie! Wiadomo, że razem się szybciej zdrowieje.

Jednak, jak to bywa w życiu... zanim trafiły do wspólnego kojca na wiacie - Azera z Grozikusem zdążyły się pokłócić! Taka była romantyczna historia starszego pana i szalonej panienki! Taka życiowa! ...trochę się smutno zrobiło, jednak pracownik postanowił, że taka przyjaźń nie może się skończyć ot tak, po pierwszej kłótni. Zorganizował im kolejne spotkanie, na którym... pogodzili się oczywiście i jednak trafiły do jednego, wspólnego M-1! Mieszkają w nim do dziś...

Razem raźniej. Każdy pies jednak, czy ma kumpla w kojcu, czy nie ma, czeka najbardziej na tych dwunożnych, którzy zabiorą go do domu, zaopiekują się nim, dadzą posłanko, zapewnią spacery, wycieczki, pełną miskę. Każdy pies, czy lubi szaleństwa z patykiem, czy biegi do utraty tchu, potrzebuje też ręki, pod którą może w każdej chwili wepchnąć łeb i poczuć się bezpiecznie...

niedziela, 8 września 2013

TAK TO AŻ CHCE SIĘ PISAĆ



Taki sobie zwykły, jeszcze letni, dzień. Już nie tak gorąco, w sam raz. Podobno niedziela. Tak przynajmniej gadają bezogoniaści. Tyson też wygląda niedzielnie. Nażarł się chrupek po dziurki w nosie, leży i dyszy.
No i ten dzień już się kończy. A działo się w nim tak, że aż chce się pisać.
Żaden bezogoniasty nie zadzwonił, że mu przeszkadzają bezpańskie sierściuchy.
Żadne nowe nieszczęsne zwierzę nie przybyło do schroniska.
Za to opuściło je parę innych. Dwie-trzy, czasem cztery adopcje – to się zdarza na porządku dziennym. A dzisiaj… Dobra, będzie zadanie dla Tysona:
- Tyson…
- …bek…
- Co??
- Odbija mi się!... Co chcesz?
- Policz - ale w myślach, nie na pazurach - ile zwierzaków dzisiaj poszło do nowych domów?
- Yyyy…
Tyson w zamyśleniu przewrócił się na plecy, łapy wyciągnął i zerka na nie ukradkiem.
- Ej, nie oszukuj! Łapy pod siebie, no już!
- Dobra, dobra!... Myślisz, że sobie nie poradzę?
Przekręcił się na brzuch, łapy schował pod siebie i mruczy…

No to tak… Najpierw zabrali Joszka. Przyszła cała rodzina, niestarych jeszcze bezogoniastych. Pokręcili się, ale nie za długo. Zaraz im Joszko wpadł w oko. Nic dziwnego, spory, młody, czarny o aksamitnej sierści… Wzór urody mieszańca.
                       


Kręcił się, zanim tu trafił, po jednej z podmiejskich dzielnic. A teraz zamieszka w samym mieście, w kamienicy. Dobrze mu będzie. Nie jest nachalny, choć bezogoniastych uwielbia, na spacerach jest spokojny, nie ciągnie, nie wariuje, w kojcu też nie dostał nigdy małpiego rozumu…

Potem nasi bezogoniaści wywieźli na wieś Heidi. Z nią to była bardziej skomplikowana operacja. Przyjechała do nas z niedalekiego miasta, gdzie siedziała jakiś czas w przytulisku. Też młoda, też czarna, taka bardziej labradorka, choć nie całkiem. Iskierka po prostu.
           
Taka to do mieszkania w bloku się raczej nie nadaje. Kocha ganiać, sama, z bezogoniastymi i innymi zwierzakami. No i bezogoniastych kocha. Ponoć wszystkie labradory tak mają: bez bezogoniastego czują się, jakby ich była połowa (w dodatku ta bez ogona!).
No i przyjechali tacy starsi bezogoniaści. Heidi wypatrzyli chyba w Internecie, bo szukali właśnie jej. Potem gadali z naszymi bezogoniastymi o tym, że mieli wcześniej suczkę, ale ona mocno chorowała i niedawno zeszła. A była do Heidi bardzo podobna… Przy okazji wyszło, że w domu, na wsi (z dużym ogrodem i kawałem pola) mają też innego psa. Nie przywieźli go z sobą, a to może być kłopot, bo a nuż psy się nie zaakceptują?
Rada w radę ustalono, że nasi podrzucą Heidi do jej ewentualnego nowego domu. To niezbyt daleko. Niech się zwierzaki poznają.
I Heidi pojechała, a po jakimś czasie nasi bezogoniaści wrócili już bez niej. Ponoć owczarek, który tam mieszka, wpierw się postawił: niech suka wie, kto tu rządzi, ale potem łaskawie ją zaakceptował i zaczął oprowadzać po obejściu. Nieźle to wyglądało… Heidi z daleka tylko pomachała ogonem naszym bezogoniastym i pogoniła za nowym kumplem.

W kociarni też był ruch. Znalazła sobie wielbicieli taka niepozorna, szarobura Tarka. Z typowych dachowców sierściuch. Już dorosły.
         


Trafiła do schroniska zgarnięta z ulicy, gdzie leżała ranna. Dotkliwie, ale niezbyt groźnie. Po miesiącu już nie znać było, że przyjechała tu wyglądając jak trzy ćwierci do śmierci. W schronisku niezbyt się jej podobało, choć, gdy miała humor, była kocioprzylepna do bezogoniastych. Cierpliwa przy tym, ufna. No i żadne kiełbie we łbie – mądra kotka. Wie, gdzie miska, gdzie legowisko i który bezogoniasty ma akurat ochotę na głaskanie miękkiej sierści…

            No i jeszcze kociątko-samiczka, niejaka Kwarta. Też znajda wzięta z ulicy. Może mieć ze dwa miesiące, góra.
                       
Wystraszona, nastroszona, powoli zaczynała tu u nas ufać bezogoniastym. I była na niezłej drodze. Ale zabrali ją nowi bezogoniaści do bloku. No i teraz oni będą ją wychowywać.

            A skoro o maluchach mowa, to odszedł tego dnia na swoje niejaki Miki. Czarny kundelek, zaledwie półtoramiesięczny. Po jednym z parków łaził, a właściwie siedział w krzakach i krył się przed gąsienicami.
                      


Ale jak tu w schronisku dostał kawałek ciepłego posłania, porcję dobrego żarcia i trzy razy większą porcję głasków, to poczuł, że żyje. Głośno protestował, gdy nikogo nie było w pobliżu, a głosisko, jak na szczeniaka, to ma całkiem, całkiem…

No proszę, zapomnielibyśmy o jeszcze jednym maleństwie. Rzeczywiście, taki mały, że można go nie zauważyć – dwumiesięczny kocurek Arbit, pręgowana, wielkooka wrzaskliwa kruszyna.
           
Znaleziono go w pobliżu wielkiego centrum handlowego. Musiał przedtem mieszkać w domu z bezogoniastymi, gdyż oswojony był z nimi całkowicie – ani odrobiny strachu.
Nawet się dobrze nie zadomowił u nas, jak go adoptowano. I doskonale!

Co dalej?... Aha! Takie dwie adopcje – nie-adopcje. Dwa psiaki były w domach tymczasowych. Najpierw Grafit, wielki, grafitowy samiec – sznaucer olbrzymi. Młody jeszcze, roczniak. Zabłąkał się kiedyś na posesję w dość dalekiej wsi, a stamtąd trafił do nas. Paskudnie wyglądał, posklejane, brudne kłaki, on chudy i wystraszony – ale szybko doszedł do siebie.
           


Zainteresowali się nim schroniskowi wolontariusze, dojrzałe małżeństwo bezogoniastych i wzięli na tymczas. A tam widocznie Grafit potrafił ich do siebie zupełnie przekonać. Trwało może z miesiąc – i przyszli z decyzją: Grafit zostaje u nich. Nic dodać, nic ująć…

            A inna wolontariuszka, która często odwiedzała schronisko i pracowała z psami, upodobała sobie Elenkę, dwuletnią, jasną kundelkę. Łaziła sobie bezpańsko po nieodległym miasteczku, aż złapano ją i zamknięto w tamtejszym przytulisku. A potem odwieziono do nas.
                       
No i wiecie, jak to jest: spacery, czesanie, głasku głasku… Elenka umie się przypodobać, jeśli już komuś zaufa, więc trafiła do tej wolontariuszki na dom tymczasowy. I dziś dowiedzieliśmy się właśnie, że Elenka wyjeżdża nad morze, gdzie mieszkają rodzice tej wolontariuszki. I zostanie tam już na stałe… A ta wolontariuszka, być może, też się tam przeprowadzi…
To, że Elenka znalazła dom, to doskonale.
To, że owa wolontariuszka wyjedzie – już o wiele gorzej.

- No dobra, amstafku, opowiedziałeś o wszystkich. Ale miałeś policzyć te zwierzęta. Więc ile ich było?
Tyson westchnął, zacisnął ślepia i zaczął nieznacznie wyciągać przed siebie przednie łapy…
- Tyson!...
Dwie nasze bezogoniaste przeszły w stronę ogrodzenia, gdzie suszyły się koce. Zdjęły je i zawróciły, coś gadając między sobą. Jedna, z nosem wtulonym w kolorową wełnianą stertę, rzuciła do drugiej:
- Całkiem udany dzień… Siedem zwierzaków jest już u siebie…
I odeszły.
Tyson otworzył jedno oko i zerknął na mnie, potem na bezogoniaste, potem znów na mnie.
- Siedem – rzucił niedbale i odwrócił się do mnie ogonem.
Jak by nie liczyć… Oj, Tyson, Tyson!... Jeszcze jeden pies, który uwierzył w nieomylność bezogoniastych!