Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Perełka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Perełka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 listopada 2015

Ty tutaj żyj, a ja sobie pójdę w lepsze miejsce

Nasi mieli ostatnio takie dwie interwencje. Interwencji mają więcej i jeżdżą napraaawdęęę w różne miejsca, ale dzisiaj napiszę o takich dwóch... Wszystkie czterołapy, które tam zastali już mieszkają u nas i oddychają ŚWIEŻYM powietrzem. W schronisku fiołkami nie pachnie, muszę przyznać. Dziwić się nie ma co. Nasi sprzątają kilka razy dziennie, ale bywa, że umyją kojec, a akurat się któremu zachce... no i co ma zrobić... Ale to naprawdę są psiliard razy lepsze warunki niż te, z których przyjechały.

Naszym zgłosił ktoś, że starsza pani trzyma dwa psy w komórce na krótkich łańcuchach. Nasi pojechali i dopiero na miejscu dowiedzieli się, jak to wygląda od drugiej strony... 

Pewna rodzina miała psa. Jednego, później dwa. Wkrótce jednak znudziło im się życie w kraju, psa przecież ze sobą nie wezmą (kto by brał taki balast!), ale że przecież na miejscu zostaje babcia - postanowili zostawić zwierzaki właśnie jej. 

Co z tego, że starsza pani nie ma pieniędzy na jedzenie dla psów, że ma problemy z chodzeniem... Co z tego, że psy są energiczne i nowa opiekunka nigdy nie wyjdzie z nimi na spacer, że będą żyć przypięte do łańcuchów. Co z tego, że komórka, w której miały żyć nie jest dostosowana do tego, żeby było tam minimum wygody. Przecież to takie proste - przypiąć i wyjechać kilka granic dalej... A że w międzyczasie łańcuchy się poskręcały, poplątały i w końcu psy musiały żyć na tym, co same nabrudziły, bo już nie było ani kawałka czystego miejsca...? To nic, przecież za granicami żyje się lepiej, a stamtąd nie widać ciemnej komórki, w której psy tęsknią za człowiekiem, powietrzem i słońcem...

W niedużej komórce żyła sobie Sara...


  ...i Riko....


Sara miała aż 2 metry łańcucha, to dużo w porównaniu do Riko. On miał mniej, bo kiedyś tak niefortunnie przeskoczył przez siatkę, że został po jednej stronie z metrem połączonych ogniwek. Kiedy to było? Nie wiadomo. Wiadomo, że minęły mniej więcej dwa lata odkąd rodzina wyjechała w siną dal zostawiając swoje kochane pieseczki pod opieką starszej pani... Kilkanaście miesięcy Sara nie wychodziła na zewnątrz. Riko mógł przednie łapy do słońca wystawiać. Pewnie wtedy opowiadał koleżance, jak wygląda kawalątek świata, który widział za komórką...

Do spania Sara miała kawalątek kołderki, brudnej już i wilgodnej, do której mogła się dostać przeskakując wysokie ogrodzenie. Riko też miał taki kawalątek kołderki i też mógł tam przeskoczyć... kiedyś, jak łańcuch nie był zaplątany w siatkę... Czyli właściwie miał tyle do życia, ile widać na zdjęciu, nigdzie więcej nie sięgał. Wieczorem się kładł gdzie stał, a rano wstawał tam, gdzie leżał...

Zwierzaki zostały zabrane jeszcze tego samego dnia. Nasi nie mogą znieść, że nie mogą pozdrowić byłych właścicieli, ale babcia nie ma ani numeru telefonu ani adresu... Nie można jednak zostawić było psów ani jednego dnia dłużej. 

Sara i Riko już mieszkają u nas. Sara okazała się niezwykle inteligentną suczką! ...i ŁADNĄ...

Ma 8 lat, zna komendy, nic nie zapomniała przez ten czas w zamknięciu. Ma w sobie sporo energii, gdzieś w genach pewnie ma psa rodzaju husky, bo to oko błękitne ma pięęękne.... Przylepa jest przy tym też! Tylko by się kleiła do nóg, do rąk, wszystko jedno, byle bliżej człowieka! Stęskniła się psiolaska i teraz by najchętniej nadrabiała cały ten czas z odwiedzinami człowieka co kilkanaście godzin.

Riko jest młodszy, ma 2-3 lata. Na początku mieszkał w domu, ale pewnie już tego nie pamięta...


Nie pamięta już spacerów, właściwie trzeba będzie go wszystkiego nauczyć. Wie za to na szczęście, że ludzie są dobrzy, że nie trzeba się ich bać, że człowiek to dobre słowo i podrapanie za uchem. Już go nasi nauczą wszystkiego, powyprowadzają na spacery, przyzwyczają do smyczy, pewnie chłopak nie raz i nie dwa pobiega sobie na lince. Jest jeszcze młody, wygląd ma szczeniaka, może mu się poszczęści i znajdzie szybko dom z cierpliwymi dwunożnymi, którzy mu przypomną mieszkanie w domu...

Inna historia - oj... naszym dłuuugo same nosy się zatykały na samo wspomnienie... Długo obracali się wokół siebie i czuli (chociaż czuć nie było), że jednak może jeszcze raz wypiorą ubrania...

Ktoś zgłosił, że w pewnym mieszkaniu mieszkają cztery psy, które nie wychodzą na zewnątrz i że widać, że takie są szczupłe bardzo i tylko szukają wzrokiem czegoś do jedzenia. Nasi pojechali. Znaleźli budynek, znaleźli mieszkanie, weszli do środka... Podłogi nie było widać. Była zawalona w większości puszkami, szmatkami wszelkiej maści, gdzieś leżał materac, gdzieś stał rower, gdzieś kanapa... Czeego tam nie było! Znaczy wiem czego - porządku nie było! Wspomniałem, że w większości podłoga była zawalona tym i owym. Co było tam, gdzie nie było śmieci? No jakby to napisać... No to, co zostaje kiedy coś zjemy. Znaczy kiedy zjemy, to się przetrawi i... no tego... I to było właściwie nie tylko na podłodze, bo jak pies wdepnął, a potem przeszedł się po kanapie, to tam też to rozniósł... I tego nie ubywało, bo nikt nie sprzątał, wręcz przeciwnie... A że mieszkanie prawie nieotwierane, okna właściwie wcale... to się tak kisiło wszystko.


I w tym wszystkim cztery psy. Jedno trzeba przyznać - miały czystą wodę! Ciężko uwierzyć, ale jednak! Za to jeść nie było co, bo czasami tylko kawałek suchego chleba czy trochę kaszy, czasami coś się zawieruszyło, więc psy też dokładnie badały podłogę, żeby znaleźć coś jeszcze do zszamania...


...a wiecie, że psi węch jest psiliard razy lepszy niż ludzki? Potraficie sobie wyobrazić, co czuł pies, jeśli dwunożny nie mógł tego znieść??

Nasi przywieźli ze sobą karmę, na wszelki wypadek, bo nie wiedzieli, co zastaną. Czterołapy próbowały się do niej dobrać przez zamknięte worki, takie były głodne i spragnione czegokolwiek, co PACHNIE tak przyjemnie! Jak się worek otworzył to jeden przez drugiego łeb wsadzał i wyjadał! Tylko jedna suczka nie miała siły przebicia... Mała, biała, w czarne kropki, najchudsza z całej czwórki, nie dość, że przeganiana, to jeszcze koledzy na nią kłapali zębami!


Nasi w końcu zapytali się "opiekunki", gdzie ona śpi, bo w mieszkaniu niespecjalnie było gdzie. I ta dwunożna odpowiedziała, żeeee wcale nie śpi w tym mieszkaniu! Że ona u sąsiadki mieszka! No wiecie... Zbyt intensywny zapach był dla pańci? Za brudno? Ojej, i nikt nie pójdzie posprzątać!? ...a teraz uważajcie... Pańcia czworonogów ma syna. I nie zgadniecie, gdzie musiał spać.... Takie mu się nieszczęście przytrafiło, że w dodatku nie działają mu oczy, więc nie widział, w jakich warunkach spędza noce, ale czuł NA PEWNO! Ech... Ważne, że dwunożna ma wybór i wybiera najlepsze wyjście dla siebie nie patrząc się na innych...

Nasi stwierdzili, że takie warunki dla psów są nie do przyjęcia! W dodatku przy takim karmieniu, a raczej niekarmieniu, ze zwierzakami byłoby coraz gorzej, coraz bardziej zaczęłyby się kłócić między sobą, a ta kropiata suczka to już w ogóle miałaby kiepsko... Stwierdzili więc, że odbierają całą czwórkę jeszcze tego samego dnia. O!

I tak do schroniska trafiły:

Smerfa, lat 4.


Taka całkiem fajna ta psiolaska, nieprawdaż? Spokojna jest i spacerki lubi. Kto by nie lubił po takich przeżyciach... Teraz świeża ściółka pod poduszeczkami, szum wiatru, słońce przebijające się między drzewami, ŚWIEŻE powietrze! Smerfa się pewnie jeszcze rozkręci trochę, ale fajnie by było, gdyby jej ktoś pokazał prawdziwe, psie, fajne życie!

Dalej mamy Norę, lat 5.


Rzucić się mogą w oczy te jasne kreski na nosie... Ech, lepiej nie będę pytać, co się jej stało kiedyś... Może sięgała po kolejny kawałek suchego chleba i inny zwierz stwierdził, że właśnie ta kromka jej się nie należy! I taka będzie teraz z kreskowanym nosem...  Psiolaska niebardzo umie na smyczy chodzić, ludzi też się trochę boi... Wszystko zatem przed nią i przed wolontariuszami! Chyba, że znajdzie się wcześniej ktoś, kto będzie gotów ją tego nauczyć już w normalnym domu...

Kolejna to 2-letnia Aza.


Ooooj jej się wydaje, że jest wielkości owczarka! ...tymczasem owczarkowe ma tylko uszy, wielgachne takie! Reszta jest całkiem malutka. Z nią tak łatwo nie będzie. Znaczy owszem, swoich ludzi będzie kochać aż po grób, ale żaden obcy niech nie próbuje nawet stopy stawiać na Azowym terenie! W michę sobie dmuchać nie da, coś mi się wydaje, że to ona była szefem, znaczy szefką, w tej bandzie...

Najmniejsza i najbardziej poszkodowana była Perełka...


Ale o niej napiszę jedynie tyle, żeeee niedługo po trafieniu do schroniska poszła do domu! Mam nadzieję, że wszystko u niej w porządku i że pilnie uczy się prawdziwie psio-domowego życia.

No widzicie... Takie to mają dwunożni pomysły. Byle im było wygodnie, byle im się lepiej żyło. Mają wybór. Zwierzaki nie mają wyboru. Nie uwolnią się same z łańcucha, nie dopną kilku ogniwek do uwięzi, nie otworzą sobie drzwi, nie posprzątają po sobie, nie ugotują obiadu, nie kupią karmy. Są zależne od dwunożnych, a ci są odpowiedzialni za swoje czworonogi... Znaczy tak się mówi, że są odpowiedzialni, bo nie wszyscy się tak czują. Wybierają najprostsze rozwiązania nie patrząc na nic, na nikogo... Później się cieszą, że ktoś im zabrał problem i nawet nie widzą swojej winy w całej sytuacji... Tylko zwierzaków szkoda... Ale wiecie co, słyszałem, jak nasi rozmawiali, że "karma wraca". I to ponoć wcale nie chodzi o te kulki sypane nam do misek! Ponoć jak robimy dobre rzeczy, to wraca potem do nas dobre, a jak robimy złe, to wraca złe. I wiecie, nie trzeba nikomu nic źle życzyć, ja nie życzę! Od tego jest karma... żeby wrócić... Poczekamy więc...

-----------

P.S....... pamiętacie kawałek prywaty w P.S.ie z poprzedniego posta...? Zapeszyłem... Zapeszyłem, jak nic... Teraz mam prośbę, skoro byłem taki nierozsądny.... Trzymajcie kciuki tak bardzo mocno, zaklinajcie, dmuchajcie, plujcie przez lewe ramię, cokolwiek róbcie, co uważacie za dobre na zaklinanie.... Zaklinajcie moje uszy, bo ostatnio byłem na konsultacjach i nasi razem z psiowetem tak dziwnie kręcili głowami w prawo-lewo, a nie góra-dół... I Kiero taki smutny chodzi odkąd wróciłem... ech... niemądry ja, za wcześnie chciałem się cieszyć...

niedziela, 11 listopada 2012


Szczęście czy nieszczęście? Głupie pytanie – pewnie, że szczęście!...
Ale i nieszczęście jakby trochę też…

No bo weźmy takiego Puszka i Perełkę. Pisałam już o nich. W schronisku znalazły się parę miesięcy temu. Bezogoniasta, która się nimi opiekowała, nie mogła już tego robić. Spadła ze schodów, kiedy wypiła za dużo tego, od czego bezogoniaści dostają krowich oczu. I odtąd nie wychodziła z domu. Psy też… No i trafiły do schroniska. A to już leciwe psy: matka i jej synek.
O, to jest Perełka
                       
A to Puszek.
                       
Jak żyły razem, tak i u nas zamieszkały w jednym kojcu. I jakoś to było. Ale niedawno zadzwonili do nas bezogoniaści, którzy chcieli adoptować jakąś niedużą, spokojną suczkę. Usłyszeli o Perełce, takiej starszej mieszance pudla z czymś tam i zainteresowali się. I przyszli całą rodziną – starsi państwo z wnuczką. Może zresztą córką… I wzięli Perełkę. Była przerażona, kiedy wsadzali ją do samochodu, ale pojechała.
Przywyknie. Będzie miała dobrze. Szczęście, bo znalazł się dom dla starego psa. Wcale nie pięknego!
Ale Puszek? Nie może sobie miejsca znaleźć. Nagle został sam, bez kogoś, kogo znał całe życie i z kim od zawsze był nierozłączny… Dostał zaraz nową lokatorkę do kojca, ale…

            Albo Tyciuś i Mamut, dwa olbrzymy, które trafiły do nas prawie w jednym czasie! Gdy się wchodzi do schroniska, zaraz po lewej stronie, stoi murowany budyneczek bez przedniej ściany, która zastąpiono konstrukcją z siatki. Za nią znajdują się dwa kojce, największe w schronisku. I w nich zamieszkali Tyciuś z Mamutem.
            O Tyciusiu, bernardynie czystej krwi, pisałam niedawno. Bezogoniaści bezskutecznie szukali dla niego nowego domu.
                       
            No, może nie tak bezskutecznie, bo w końcu się znalazł. W dalekim mieście żyją sobie bezogoniaści, którzy mają już bernardyna-suczkę. I szukali samca. Znaleźli. Zatelefonowali do nas, wywiedzieli się wszystkiego o Tyciusiu, a nasi z kolei wysłali do nich starszą wolontariuszkę, by sprawdziła warunki, w jakich ewentualnie przyjdzie mieszkać Tyciusiowi. Okazały się w porządku, tylko kojec trzeba było powiększyć. Tamci bezogoniaści szybko się z tym uporali. To nie znaczy, że Tyciusia czeka kojec – tamta bernardynka mieszka w domu – albo w kojcu, jak jej się akurat podoba. Tyciuś też będzie miał taki wybór. Musi tylko dogadać się z tą bernardynką.
            No i ci bezogoniaści przyjechali terenowym samochodem i zabrali Tyciusia. Łeb mu wystawał z wielkiego bagażnika, kiedy odjeżdżał. W tamtym dalekim mieście czekał już na nich trener, który miał ułatwić dwojgu wielkim psom pierwsze spotkanie….
            A Mamut? To też bernardyn, tylko pomieszany z owczarkiem kaukaskim. Jeszcze większy od Tyciusia.
                       
Jakoś przycichł. Co raz podchodzi do siatki dzielącej oba kojce i patrzy na pustą budę Tyciusia. Na spacerach się ożywia, ale po powrocie znowu trochę traci humor. Chyba nieprędko znajdzie tutaj drugiego takiego kumpla jak Tyciuś…

Na pewno nie zastąpi mu go Bunny, sześcioletni mieszaniec. Sam ma problem – też jest samotny. Pięć lat już siedzi w schronisku – i nic.
           
Łaził sobie bezpańsko po ulicach, aż którejś nocy zwinęła go straż pożarna, przywiozła i wsadziła do kojca interwencyjnego. I już został. Spokojny, stateczny, pieszczoch… Z psami żyje w zgodzie, bezogoniastych kocha… Grzecznie chodzi na smyczy i chyba już powoli traci nadzieję na własny dom…

No i tak już jest. Jedne psy mają szczęście i idą na swoje, a inne o takim szczęściu marzą tylko. Najczęściej długo marzą. Niekiedy…


            A teraz będzie opowieść wolontariusza. O Pafnucym i George’u.

Opowieści Wolontariuszy
aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce


środa, 4 lipca 2012


Psy starych bezogoniastych…

Jest sobie w śródmieściu kamienica na bocznej ulicy. Stara, piętrowa, z drewnianymi schodami. A w niej żyje sobie samotna bezogoniasta. Też stara. Z dwoma psami i sierściuchem. Suczka wzięła się nie wiadomo skąd, potem nie wiadomo z kim się oszczeniła. Ma już dziewięć lat i nazywa się Perełka, a jej synalek, ze dwa lata młodszy – Puszek. Oboje tacy terierowaci… Z tego wszystkiego kocur jest najmłodszy, rudzielec, który trafił do bezogoniastej mocno poturbowany. Wykurowała, wykarmiła, został…
Bezogoniasta już nie pracuje. Jak ona wychodzi, to wychodzą i psy. Ona wraca – one też. Smyczy nie znają. Kocur pilnuje domostwa. Brudno tam, biednie, przychodzą różni bezogoniaści i piją coś, od czego ma się krowie oczy… Bezogoniastej też wtedy nieco skapuje…
I pewnego dnia, gdy już wypiła to, co skapnęło, wyszła z mieszkania i spadła ze schodów. Od tego czasu nie wychodzi, ledwo się rusza.  No to i psy nie wychodzą. Jakaś znajoma od czasu do czasu robi im zakupy… Jak akurat nie ma krowich oczu…
Ktoś zawiadomił schronisko i nasi pojechali na interwencję. Bezogoniasta dobrze wiedziała, że ma kłopot z psami i że lepiej będzie im w schronisku, zgodziła się więc je oddać. Tylko kocur jej został. Pewnie, było trochę łez. Ale za to nasi bezogoniaści pogonili urzędników i ta starsza bezogoniasta dostanie pomoc, bo dotąd jakoś nikt się nią nie zainteresował.
A Perełka i Puszek? Z początku przerażone. Najgorsze było to, że nie znały obroży, smyczy, a tym bardziej budy – cały czas siedziały na zewnątrz, pogoda czy niepogoda. Perełka, jako bystrzejsza, pierwsza uznała, że skoro jej kocyk leży w budzie, to i ona powinna. Puszek jednak wciąż ma opory…. Obroże dały sobie jednak założyć. I raz już poszły na wybieg – pełne szczęście! Wreszcie zaczęły ogarniać schronisko. Chyba im się spodoba.
To właśnie te psiaki:


Stary żył, póki żył, na swoim gospodarstwie, a Sierra wraz z nim (wtedy miała inaczej na imię). Ale zmarło mu się, zaś suczka została sama. Gmina biedna, limity przyjęć psów w schronisku miała już przekroczone, a pieniędzy na umieszczenie tam dodatkowego zwierzaka nie było. Jakieś stowarzyszenie obiecało zająć się Sierrą, tylko że obiecanki cacanki. No i gmina zadzwoniła do schroniska…
Nasi pojechali sprawdzić, czy pies może jeszcze zostać, czy trzeba go jednak zabrać. Znaleźli Sierrę w szopce, gdzie mieszkała, przywiązaną łańcuchem okręconym dokoła szyi. Była słaba, wychudzona, w dodatku sąg porąbanego drewna osunął się jakoś, przygniótł łańcuch i zwierzak był prawie całkiem unieruchomiony. Limity nie limity – Sierra trafiła do nas.
                       
Zadomowiła się. Odpasiona, odrobaczona, wysterylizowana nie wygląda na tamtego zabiedzonego zwierzaka. Innych psów, co prawda, nie lubi zbytnio i potrafi na nie warknąć, ale bezogoniastych akceptuje. Zwłaszcza jednego – z nim najchętniej wychodzi na spacery, na wybiegu nie odstępuje go ani na krok, wspina się na niego i obejmuje łapami. Tuli się, kiedy tylko może. Gdy widzi go, jak wchodzi do kojca, zaraz skacze na kraty, macha ogonem, przebiega łapami, stara się polizać, gdy jest obok…

Potem był telefon z administracji osiedla: lokatorzy zawiadamiają, że przed domem leży od wczoraj jakiś pies i nie wstaje. Nasi pojechali – rzeczywiście, na trawniczku przed klatką schodową leżało tłuste, krótkonogie biedactwo, takie trochę spanielowate i ani drgnęło. Zaraz znaleźli się jacyś sąsiedzi, od których nasz bezogoniasty dowiedział się, że suczka nazywa się Kubusia, że ma właściciela, ale on jest kaleką, niedawno owdowiał, siedzi w domu i pije…
Nie było co czekać. Suczce spod ogona wyłaziło jakieś mięso, paskudnie to wyglądało, więc od razu do lecznicy, a tam zjawy orzekły, że to rak, więc konieczna operacja. Ale skoro jest właściciel, potrzebna jego zgoda. Z nim nie dało się dogadać, za to znów odezwali się sąsiedzi: że pomogą, że dopilnują, że bezogoniasty, choć pije i kaleka, to kocha tego psa, tylko jest taki, hm… niezaradny życiowo… Więc oni zobowiązują się, że będą pilotować sprawę, jeśli trzeba, złożą się na operację, tyle że lepiej będzie, jeśli suczka po operacji zostanie na rekonwalescencji w schronisku.
No więc odbyła się operacja, sąsiedzi przychodzili codziennie odwiedzać Kubusię, a ona bardzo szybko wracała do siebie. Pod koniec pobytu w schronisku, a więc po paru dniach, wyglądała jak nowonarodzona. Szkoda, że nie mam jej fotki!
A potem wróciła do swojego bezogoniastego. Wiemy od tych sąsiadów, że wszystko jest dobrze, że pies bierze przepisane leki, że powoli wychodzi na spacery…
Fajni bezogoniaści!

Na wybiegu, obok wiaty huskych, powstała duża dziura. Zrobił ją Gray, kiedy jeszcze mieszkał w schronisku, a inne samce też mu pomogły. Niektóre psy, wiecie, zwłaszcza husky, nie lubią Wędrowców Długogołoogoniastych – gdy czują je, zaczynają kopać!  Ja sama czasem też kopię, bo żarcia szukam, jak mnie przyciśnie, a bezogoniaści dodatkowej porcji nie dadzą, bo mówią, że jestem za tłusta…  No w każdym razie zrobiła się wielka dziura, a na dnie, nie uwierzycie, leżała zakopana karta, już prawie cała zbutwiała. A na niej kolejna pieśń z „Xięgi…” Dawny mieszkaniec schroniska zakopał ją – chwała ci, nieznany psie! 


kliknij obrazek aby powiększyć lub najlepiej otwórz w nowej karcie