Tak się narobiło w listopadzie, że mieliśmy kilka pożegnań... Zwykle są rozłożone w czasie, ale w listopadzie się wszystko uwzięło...
Odszedł Płotek...
Jego stan był już tak poważny, już tak go wszystko bolało, że chyba kazdego bolało, kto się na niego tylko spojrzał... Nie widzieliście nigdy tak smutnych, tak przerażająco smutnych oczu... Nasi wezwali psioweta, wiedzieli, że tak będzie lepiej... Już nigdy mu nie dokuczy żadna kosteczka i żadne płucko...
Odszedł Cakar...
U niego też nie było coraz lepiej. Tak się coś u niego w środku uwzięło, że co jakiś czas zawieszało Cakarka. Co to było? Nie wiem, nasi się dowiadywali, ale chyba nikt nie powiedział, że to na sto procent to i koniec. Aż w końcu tak się zwiesił, że szybko nasi pojechali do psiowetów... ale już wiadomo było, że jest kiepsko bardzo... Miał całkiem fajnie, mieszkał sobie w kuchni, biegał po placu, kiedy chciał, wciąż pachniało mu gotowanym kurczaczkiem, pewnie nie raz coś przypadkiem spadało z blatu...
Odszedł Zyro...
Nigdy o nim nikt nic nie napisał, tak jakoś wyszło... Byłoby co! Na przykład, że jest niełatwy, bo ma swój świat i swoje zdanie, i lubi się kłócić, że jego na wierzchu. Co jeszcze? Że niestety też choroby się go trzymają i nasi się starają, jak mogą, żeby go leczyć, chociaż czasami muszą mieć refleks, żeby Zyro nie udziabał... Niespecjalnie na pewno! Tylko tak jakoś samo by wyszło. Takie rzeczy można by napisać, ale już nie napiszemy... Znów choroba zwyciężyła... Jaki ten Zyro by nie był - nasi i tak by dbali, żeby miał dobrze i żeby był jak najzdrowszy, i tak czy siak smutno im było bardzo, kiedy przyszedł czas pożegnania... Tak jednak znów było lepiej...
Co potęguje przykrość w takich chwilach? To, że nie doczekały się czterołapy domu... że mimo wypełnienia psich serc pracownikami i wolontariuszami - nie było w nich tego jedynego człowieka czy tej rodziny, której częścią by były. To, że mimo posiadania posłanka, kocyka, miseczki, pomieszczenia, to jednak nie jest tak naprawdę ICH miejsce, miseczka jest przechodnia, kocyk też, a pokój dzisiaj jest ich, a jutro może go dostać inny zwierz, a oni sami też się przeprowadzą...
Dlatego, kiedy nasi się dowiadują o takich wieściach, o których za chwilę - smucą się, pewnie! Łza też poleci na samo wspomnienie, ale jednak na końcu jest westchnienie ulgi - bo udało się zmienić ostatnie wspomnienia.
Rita została adoptowana chyyybaaa po 9 latach mieszkania w schronisku! Bulba pisała o tym TUTAJ. Kto nie czytał wtedy, albo nie pamięta - może się zapoznać albo przypomnieć. Warto.
Dostawaliśmy bardzo dobre wieści od ritowego stada, że jest super, że Rita na spacerach jest szczeniakiem, a w domu taką poważną wciąż psiolaską, ale jest naprawdę dobrze! ...aż kilka tygodni temu nasi dostali malia... emalia.. ee.. maila. Że jest źle. Bardzo źle. Rita nie słyszy, w głowie jej się zagnieździł znów ten przebrzydły ze szczypcami... I jest przesmutno... Bo Rita miała być jeszcze długo... a za chwilę nie będzie jej wcale... Krótki czas potem napisali, że to była najgorsza, najboleśniejsza, najtrudniejsza decyzja w ich życiu... Ale nie mogli podjąć innej, jeśli nie chcieli, żeby Rita cierpiała... Przysłali nam jeszcze tylko zdjęcie ze wspólnych wakacji ostatnich...
...czy można mieć piękniejsze wspomnienia...?
Gosika miała pecha. Ogromniastego. Raz, że trafiła do rodziny, która potem ją zgubiła. Może i Gosika się sama zgubiła, ale jakoś mnie to śmierdzi, więc uważam, że ją zgubiono. Trafiła do schroniska z ogromniastym guzem pod spodem i z pazurami w kółka wyrośniętymi. Już sam ten guz nie zrobił się w trzy dni, więc jej "opiekunowie" musieli go widzieć! Ale udawali, że nie. Potem miała u nas kilka operacji i.... ale co ja tam będę po Tysiaku powtarzał, sami przeczytajcie - TUTAJ. Najpierw o Tytusie jest, a potem o Gosice.
Gosika wiele razy miała kryzys. Wiele razy już widziała Majkę czuwającą za oknem, jednak doskonale wiedziała, że to jeszcze nie czas, że jeszcze nie opowiedziała wszystkiego, nie podziękowała należycie... Wiecznie z uśmiechem na pysku, a uśmiechała się pięknie! Miała do kogo... Najwspanialsze stado, niemałe! I czworo- i dwunożni, była jego baaardzo ważną częścią... Była wypełniona miłością do granic i sama oblewała nią swoich współstadnych. Jeszcze zdążyli zrobić sobie sesję, taką prawdziwą sesję rodzinną, taką fiufiufiu...
...czy można czuć się bardziej kochaną...? I najbardziej tęskni ten czterołap, którego ona odganiała niby... On teraz nie je, wypatruje, na spacerach biega za jasnymi psami, w domu czeka przy drzwiach... Dwunożny sobie wytłumaczy, a jak wytłumaczyć psu, że już nigdy żadna Gosika nawet jednej łapy nie postawi na progu mieszkania...?
Sierra była schroniskową wizytówką. Machała do każdego, kogo lubiła, a lubiła zdecydowaną większość dwunożnych! Przy pierwszym spotkaniu mogła zdrowo obszczekać, ale przy kolejnym widać było już z daleka, jak macha łapą, mruży oko... Cwana była, wiedziała, że trudno jej odmówić spaceru!
...była ulubienicą wielu, bo i nie lubić się jej nie dało... Też kilka lat czekała na dom, aż w końcu się udało! Zyskała rodzinę i czworonożnego kumpla, było tak dobrze! ...znów nasi dostali wieści - w psiolasce coś wyrosło niedobrego, zaraz operacja, trzymajcie kciuki! Nasi trzymali dobrze i psioweci byli wprawni - zabieg się udał na tyle, na ile mógł, bo niestety nie wszystko można było wyciąć...
...i kilka dni temu znów wieści - z Sierrą jest źle. Nie je, wątrobianka nie domaga zupełnie, operacja niemożliwa... I znów dylemat, znów najtrudniejsza decyzja, ale na pierwszym miejscu była Sierra. Miała wokół siebie swoich ludzi, pojechał też specjalnie do niej ktoś, dla kogo była najważniejszym psem schroniskowym, i w kogo ona się wtulała zawsze najmocniej, kiedy przychodził do jej kojca... Miała przy sobie wszystkich, którzy kochali ją i których kochała ona...
...czy można być bardziej pewnym, że jest się najważniejszym na świecie...?
Wszystkim za każdym razem robi się smutno. Można znać, można nie znać, można być dziabniętym czy obwarczanym, można nie być nigdy na spacerze, ale mimo wszystko żal. I jak bardzo zmienia się ten smutek, kiedy wiemy, że zwierz zmienił wspomnienia, zmienił nastawienie do życia, zmienił się cały jego świat... Rita może nigdy w domu nie szczeniakowała, ale to, co wyczyniała na spacerach świadczy o tym, że otworzyła się tak bardzo, jak tylko była w stanie po takim czasie schroniskowania i to znaczy, że jej dwunożni zrobili najpiękniejszą rzecz, jaką mogli zrobić. Gosika może rzadko mogła odetchnąć od kolejnych guzów czy innych dolegliwości, ale miała najlepszą, najukochańszą rodzinę, która wymazała wszystkie przedschroniskowe i schroniskowe wspomnienia. Sierra może nie pomieszkała w nowym domu zbyt długo, ale dbano o nią jak o wieloletniego towarzysza, mogła poczuć się częścią rodziny, była kochana i nie musiała się już wdzięczyć przez kraty do każdego przechodzącego...
...zmienione wspomnienia, zmieniony świat może bardziej zmienić nasz smutek po pożegnaniu, niż nam się wydaje... I chcielibyśmy wszyscy za każdym razem móc wzdychać, że zwierzak niestety odleciał z Majką za Tęczowy Most, ale w głowach, w sercach, przed oczami wciąż ma te najpiękniejsze obrazy...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rita. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rita. Pokaż wszystkie posty
środa, 2 grudnia 2015
niedziela, 27 lipca 2014
Spełniło się Ricie! I to jeszcze jak!
- Bulbaaaaa..?
- Hedziu, co Ty taki zmartwiony?
- bo wiesz cooo... Rita już taak daaawno pojechała... i nic nie wiemy...
- niemożliwe! Martwisz się? Niepodobne to do ciebie!
- nie nabijaj się, zawsze jestem ciekaw, ale tutaj... Przecież Rita siedziała w schronisku dziesięć lat... DZIESIĘĆ! Już raz też była adoptowana, ale tam nie chciała z budy wychodzić i "właściciele" stwierdzili, że smutnego psa nie chcą i Rita wróciła. Tyle lat ze Skoczkiem! Chłopak się jakoś pozbierał, teraz ma nową psiolaskę, ale nie wiemy, jak Ritka, Buulbaa, nie wiesz nic...?
- tak się składa... że WIEM! Nie mówiłam, bo zaraz byś rozniósł, a tu trzeba było poczekać cierpliwie, wiesz... Rita tyle lat czekała, żeby nie było, że teraz się wszyscy gapią na to i ktoś będzie pod presją!
Teraz jednak już coś mogę opowiedzieć...
Do naszej Riciuchy od pewnego czasu przyjeżdżali jedni państwo... Z daleka byli, ale pani stąd pochodzi i dalej ma tutaj rodzinę, więc postanowili, że zajrzą do naszego schroniska. Mieli nawet listę psów ze sobą, ale odwiedzili je i kilka innych i jakoś chemii nie było, nie zaiskrzyło (ale to i na pierwszej randce oświadczyn od razu nie ma...), wszyscy byli zawiedzeni... Odwiedzający już chwytali za klamkę, żeby ze schroniska wyjechać, już jedna noga była za bramą...
"a widzieli państwo Ritę? Psa, który u nas siedzi już 10 lat?"
Nie widzieli! Poszli i... też jakoś nic nie wyczuli szczególnego... Rita nieśmiała taka, przestała już się przymilać do każdego, jakbyście tak merdali ogonem do każdego, to już po 3568 osobie zaczęli byście się naprawdę zastanawiać, czy coś nie jest zepsute u was, skoro dalej siedzicie w schronisku...
Jednak tak się złożyło, że kiedy faktycznie się zbierali do domu i mieli odjeżdżać - Rita ze Skoczkiem wyszli na spacer. Poza kojcem psina jest zupełnie inna i w takiej Ricie już się Państwo zakochali!
Przyjeżdżali potem do niej, żeby jakoś do siebie przyzwyczaić i dnia pewnego wypowiedzieli oczywiście to zdanie, od którego wszyscy dwunożni zęby szczerzą z radości!
"Dzisiaj zabieramy Ritę do domu".
(wiecie, że do dzisiaj dwie osoby w biurze się kłócą o to, dzięki komu suczka opuściła schronisko?? Ogólnie to się wszyscy lubią, ale powiedzcie tylko do jednej "i co, słyszałem, że to dzięki tobie?". Żebyście widzieli wzrok tej drugiej!)
Radość mieszała się z obawą. Po tylu latach z tym samym psem w kojcu, w tej samej budzie, oglądając tylu wolontariuszy, odwiedzających i pracowników... Po tysiącach spacerów po tym samym lesie! Nagle nowi ludzie, tyle tras spacerowych do poznania, tyle jezior do przepłynięcia, ale najważniejsze - nigdy więcej oglądania świata przez pręty kojca!
Razem z Hedziem trzymaliśmy sobie kciuki nawzajem! Bo psom nie jest łatwo kciuki trzymać...
- Buulbaa, przejdziesz do sedna?? takie pitu pitu teraz i konkretu żadnego!
- Hedarze, nie znasz się, to się nazywa "budowanie napięcia"...
- to się nazywa NUDA!
oj dobra...
W takim razie przechodzę do części najważniejszej - Rita została zapakowana do samochodu i pojechała w nieznane!
Przez kilka dni - wiadomo - niezły szok! Krat nie ma, podłogi niebetonowe, jakieś otwory w ścianach, przez które przejść się nie da (Rita nie miała pojęcia, że ktoś kiedyś wynalazł szybę), miejsce do spania bez ścian i dachu, nie wieje, nie słychać szczekania, za to jest cała masa innych odgłosów!
Od razu też się okazało, że Rita doskonale rozumie, że załatwiać się można tylko wtedy, kiedy trawa pod stopami! W domu kulturalnie nie nabrudziła ani razu!
Spacery to jest to, co Rita dalej lubi najbardziej na świecie! Powoli poznaje nowe trasy, nowe miejsca, a to tyle do wywąchania! Każdy krzaczek, ścieżka, drzewo i kawałek trawki, przecież to takie fascynujące! W schroniskowym lesie już było tak nudno... Poznała kilku psich kumpli i ma miejscówki do pływania, bo przecież jak jest woda, to jak to tak, żeby się nie schłodzić?? Nawet jak nie jest gorąco, to akurat trzeba się opłukać z piachu czy po prostu zapewnić rozrywkę żabom, przecież każdy pretekst jest dobry!
Na wyjazdach to i na bogato - w basenie się moczy!
U nas nie miała Riciuszka takich możliwości, ten nasz strumyk... Ja to może mogłabym popływać, ale większość psów może jedynie kostki pomoczyć...
Co do ludzi - cóż... Rita poznała w swoim życiu ich tysiące. Przestali robić na niej wrażenie i jej nowi właściciele byli świadomi, że tak łatwo nie będzie się wkupić w łaski suczki. Każdego dnia jest lepiej i każda mała rzecz cieszy ogromnie! Każde podbiegnięcie, wtulenie się, szukanie pomocy w niepewnej sytuacji, zachęta do zabawy, czy nawet "zwyczajne" podejście specjalnie do nich, żeby zobaczyć co robią.
Mi się wydaje, że ona tak specjalnie od razu nie pokazuje, że się cieszy z tego wszystkiego najbardziej na świecie. Czasami się zapomina i wychodzi z niej szczenior, ale szybko się przywołuje do porządku, bo przecież damie nie przystoi... Wiele razy z nią rozmawiałam i wiecie, trzymała fason zawsze. Żadnego zbędnego słowa, gestu, po posiłku wycierała pysk w kocyk, te sprawy...
Nowy dom jest jednak daleko od nas i nikt by się nie dowiedział może, że nagle porzuciła maniery, ale już raz na spacerze się przydarzyła rzecz niesamowita i kto wie - może jednak jest obserwowana... Spotkała się w parku z dwoma psami i ich właścicielką. Wiadomo, dwunożne zaczęły rozmawiać o czworonogach (każdy wie, że to najlepszy temat pod słońcem) i "ta od Rity" powiedziała, że psina jeszcze nieobeznana z nowymi miejscami, jeszcze trochę wystraszona, bo świeżo zmieniła miejsce zamieszkania, że schronisko, że długo siedziała i takie tam. Na to ta druga dwunożna odparła, że "przecież to musi być Rita!".
Żeby każdy pies tak trafił...
Różnie bywa z psami, kiedy ze schroniska lądują w domu. Zwłaszcza kiedy już tyle czasu mija, że właściwie kompletnie nie pamiętają, co się działo przedtem. Najważniejsza rola nowych opiekunów - sprawić, żeby taki pies się odnalazł. Z Ritą idzie powoli, ale jednak do przodu. Są przeszkody, ale jak się nie da obejść, to próbują przeskoczyć. Jak się nie da przeskoczyć, to kopią tunel pod spodem.
- Buulbaa, ale ritowi opiekunowie to tacy niesamowici są... przecież czasami ludzie przychodzą i mówią, że ma być piesek tylko nie-całkiem-roczny, albo taki, co to siedzi kilka tygodni najwyżej, bo przecież się nie przyzwyczai... albo zrobi raz coś głupiego ze stresu po adopcji i już dzwonią, bo jednak chcą oddać...
- oni już też słyszeli, że po co taki, tak długo siedział, że tyle lat już ma, ale na takich, to nawet nie ma co szczekać, niech ich Tyson...
Należało się Ricie. Teraz ma najlepsiejszy dom i najcudowniejszych dwunożnych, jacy tylko się śnią schroniskowym psom!
- Teraz, Hedziu, dawaj kciuki, będziemy trzymać dalej, za Ritkę, żeby teraz jak najczęściej wyłaził z niej szczenior! Niech się teraz wybiega, wypływa, wymizia kiedy chce, za te wszystkie lata!
...i niech wreszcie uwierzy, że ludzie, których ma wokół siebie, już się nie zmienią na innych i na innych, i na innych...
- Hedziu, co Ty taki zmartwiony?
- bo wiesz cooo... Rita już taak daaawno pojechała... i nic nie wiemy...
- niemożliwe! Martwisz się? Niepodobne to do ciebie!
- nie nabijaj się, zawsze jestem ciekaw, ale tutaj... Przecież Rita siedziała w schronisku dziesięć lat... DZIESIĘĆ! Już raz też była adoptowana, ale tam nie chciała z budy wychodzić i "właściciele" stwierdzili, że smutnego psa nie chcą i Rita wróciła. Tyle lat ze Skoczkiem! Chłopak się jakoś pozbierał, teraz ma nową psiolaskę, ale nie wiemy, jak Ritka, Buulbaa, nie wiesz nic...?
- tak się składa... że WIEM! Nie mówiłam, bo zaraz byś rozniósł, a tu trzeba było poczekać cierpliwie, wiesz... Rita tyle lat czekała, żeby nie było, że teraz się wszyscy gapią na to i ktoś będzie pod presją!
Teraz jednak już coś mogę opowiedzieć...
Do naszej Riciuchy od pewnego czasu przyjeżdżali jedni państwo... Z daleka byli, ale pani stąd pochodzi i dalej ma tutaj rodzinę, więc postanowili, że zajrzą do naszego schroniska. Mieli nawet listę psów ze sobą, ale odwiedzili je i kilka innych i jakoś chemii nie było, nie zaiskrzyło (ale to i na pierwszej randce oświadczyn od razu nie ma...), wszyscy byli zawiedzeni... Odwiedzający już chwytali za klamkę, żeby ze schroniska wyjechać, już jedna noga była za bramą...
"a widzieli państwo Ritę? Psa, który u nas siedzi już 10 lat?"
Nie widzieli! Poszli i... też jakoś nic nie wyczuli szczególnego... Rita nieśmiała taka, przestała już się przymilać do każdego, jakbyście tak merdali ogonem do każdego, to już po 3568 osobie zaczęli byście się naprawdę zastanawiać, czy coś nie jest zepsute u was, skoro dalej siedzicie w schronisku...
Jednak tak się złożyło, że kiedy faktycznie się zbierali do domu i mieli odjeżdżać - Rita ze Skoczkiem wyszli na spacer. Poza kojcem psina jest zupełnie inna i w takiej Ricie już się Państwo zakochali!
Przyjeżdżali potem do niej, żeby jakoś do siebie przyzwyczaić i dnia pewnego wypowiedzieli oczywiście to zdanie, od którego wszyscy dwunożni zęby szczerzą z radości!
"Dzisiaj zabieramy Ritę do domu".
(wiecie, że do dzisiaj dwie osoby w biurze się kłócą o to, dzięki komu suczka opuściła schronisko?? Ogólnie to się wszyscy lubią, ale powiedzcie tylko do jednej "i co, słyszałem, że to dzięki tobie?". Żebyście widzieli wzrok tej drugiej!)
Radość mieszała się z obawą. Po tylu latach z tym samym psem w kojcu, w tej samej budzie, oglądając tylu wolontariuszy, odwiedzających i pracowników... Po tysiącach spacerów po tym samym lesie! Nagle nowi ludzie, tyle tras spacerowych do poznania, tyle jezior do przepłynięcia, ale najważniejsze - nigdy więcej oglądania świata przez pręty kojca!
Razem z Hedziem trzymaliśmy sobie kciuki nawzajem! Bo psom nie jest łatwo kciuki trzymać...
- Buulbaa, przejdziesz do sedna?? takie pitu pitu teraz i konkretu żadnego!
- Hedarze, nie znasz się, to się nazywa "budowanie napięcia"...
- to się nazywa NUDA!
oj dobra...
W takim razie przechodzę do części najważniejszej - Rita została zapakowana do samochodu i pojechała w nieznane!
Przez kilka dni - wiadomo - niezły szok! Krat nie ma, podłogi niebetonowe, jakieś otwory w ścianach, przez które przejść się nie da (Rita nie miała pojęcia, że ktoś kiedyś wynalazł szybę), miejsce do spania bez ścian i dachu, nie wieje, nie słychać szczekania, za to jest cała masa innych odgłosów!
Od razu też się okazało, że Rita doskonale rozumie, że załatwiać się można tylko wtedy, kiedy trawa pod stopami! W domu kulturalnie nie nabrudziła ani razu!
Spacery to jest to, co Rita dalej lubi najbardziej na świecie! Powoli poznaje nowe trasy, nowe miejsca, a to tyle do wywąchania! Każdy krzaczek, ścieżka, drzewo i kawałek trawki, przecież to takie fascynujące! W schroniskowym lesie już było tak nudno... Poznała kilku psich kumpli i ma miejscówki do pływania, bo przecież jak jest woda, to jak to tak, żeby się nie schłodzić?? Nawet jak nie jest gorąco, to akurat trzeba się opłukać z piachu czy po prostu zapewnić rozrywkę żabom, przecież każdy pretekst jest dobry!
Na wyjazdach to i na bogato - w basenie się moczy!
U nas nie miała Riciuszka takich możliwości, ten nasz strumyk... Ja to może mogłabym popływać, ale większość psów może jedynie kostki pomoczyć...
Co do ludzi - cóż... Rita poznała w swoim życiu ich tysiące. Przestali robić na niej wrażenie i jej nowi właściciele byli świadomi, że tak łatwo nie będzie się wkupić w łaski suczki. Każdego dnia jest lepiej i każda mała rzecz cieszy ogromnie! Każde podbiegnięcie, wtulenie się, szukanie pomocy w niepewnej sytuacji, zachęta do zabawy, czy nawet "zwyczajne" podejście specjalnie do nich, żeby zobaczyć co robią.
Mi się wydaje, że ona tak specjalnie od razu nie pokazuje, że się cieszy z tego wszystkiego najbardziej na świecie. Czasami się zapomina i wychodzi z niej szczenior, ale szybko się przywołuje do porządku, bo przecież damie nie przystoi... Wiele razy z nią rozmawiałam i wiecie, trzymała fason zawsze. Żadnego zbędnego słowa, gestu, po posiłku wycierała pysk w kocyk, te sprawy...
Nowy dom jest jednak daleko od nas i nikt by się nie dowiedział może, że nagle porzuciła maniery, ale już raz na spacerze się przydarzyła rzecz niesamowita i kto wie - może jednak jest obserwowana... Spotkała się w parku z dwoma psami i ich właścicielką. Wiadomo, dwunożne zaczęły rozmawiać o czworonogach (każdy wie, że to najlepszy temat pod słońcem) i "ta od Rity" powiedziała, że psina jeszcze nieobeznana z nowymi miejscami, jeszcze trochę wystraszona, bo świeżo zmieniła miejsce zamieszkania, że schronisko, że długo siedziała i takie tam. Na to ta druga dwunożna odparła, że "przecież to musi być Rita!".
Żeby każdy pies tak trafił...
Różnie bywa z psami, kiedy ze schroniska lądują w domu. Zwłaszcza kiedy już tyle czasu mija, że właściwie kompletnie nie pamiętają, co się działo przedtem. Najważniejsza rola nowych opiekunów - sprawić, żeby taki pies się odnalazł. Z Ritą idzie powoli, ale jednak do przodu. Są przeszkody, ale jak się nie da obejść, to próbują przeskoczyć. Jak się nie da przeskoczyć, to kopią tunel pod spodem.
- Buulbaa, ale ritowi opiekunowie to tacy niesamowici są... przecież czasami ludzie przychodzą i mówią, że ma być piesek tylko nie-całkiem-roczny, albo taki, co to siedzi kilka tygodni najwyżej, bo przecież się nie przyzwyczai... albo zrobi raz coś głupiego ze stresu po adopcji i już dzwonią, bo jednak chcą oddać...
- oni już też słyszeli, że po co taki, tak długo siedział, że tyle lat już ma, ale na takich, to nawet nie ma co szczekać, niech ich Tyson...
Należało się Ricie. Teraz ma najlepsiejszy dom i najcudowniejszych dwunożnych, jacy tylko się śnią schroniskowym psom!
- Teraz, Hedziu, dawaj kciuki, będziemy trzymać dalej, za Ritkę, żeby teraz jak najczęściej wyłaził z niej szczenior! Niech się teraz wybiega, wypływa, wymizia kiedy chce, za te wszystkie lata!
...i niech wreszcie uwierzy, że ludzie, których ma wokół siebie, już się nie zmienią na innych i na innych, i na innych...
niedziela, 18 maja 2014
Gdyby rozdać nagrody dla NAJ...
- Hedar! Musisz tutaj leżeć? Drzwi nie można otworzyć, jak moi kochani Biurownicy wejdą??
- ooo Doooogu, no się podniosę zaraaaz....
- Jesteś najwolniejszym psem pod słońcem!
- a ty najbardziej czepialska!
- a ty najmniej się słuchasz!
- bo ty ciągle musisz gadać! Najwięcej masz do powiedzenia!
I tak sobie kulturalnie dyskutowaliśmy... i ciągle naj... i naj... W schronisku jest dużo psów naj... Jakby przyznawali nagrody, to sporo by psów dostało! Noc się skończy kiedyś, więc każdego psa pod kątem "naj..." nie mogę opisać, ale chociaż kilka...
- ooo Doooogu, no się podniosę zaraaaz....
- Jesteś najwolniejszym psem pod słońcem!
- a ty najbardziej czepialska!
- a ty najmniej się słuchasz!
- bo ty ciągle musisz gadać! Najwięcej masz do powiedzenia!
I tak sobie kulturalnie dyskutowaliśmy... i ciągle naj... i naj... W schronisku jest dużo psów naj... Jakby przyznawali nagrody, to sporo by psów dostało! Noc się skończy kiedyś, więc każdego psa pod kątem "naj..." nie mogę opisać, ale chociaż kilka...
Nagroda dla największego akrobaty wędruje dooo... LECIKA!
Kolejna nagroda - najlepszy aktor! Wędruje dooo.... TUPETA!
Widzicie te oczyska? Kiedy ktoś podchodzi do tego krowiasto-ubarwionego psa, to widzi te wielkie GAŁY. I malutkiego, skulonego w sobie Tupecika. Tak słyszałam, bo ja jak podejdę, to najlepiej widzę właściwie jego pazury.... No w każdym razie - jest malutki pieseczek za kratkami. Kiedy jednak już się do niego wejdzie, przywita, zapnie smycz i wyjdzie... Nie wiem, może w kojcu ma jakieś powietrze mniej świeże, czy coś, ale jak już jest poza kojcem, to nagle jest całkiem słusznej wielkości, z długaśnymi nogami Tupetem! No powiedzcie, czy to jest ten sam pies?
...no właśnie...
Teraz dziwna kategoria. Właściwie jest to nagroda przenośna, ale niedawno dostał ją jeden pies, więc wspomnę. Nagroda dla najbardziej nowoczesnej stylizacji! Otrzymuje ją DREDU.
Prawda, że szał!? Jaa to bym najbardziej chciała loczki... ale Dredu akurat wybrał... dredy. Znaczy jego właścicielka raczej zdecydowała za niego, ale coś nam się wydaje, że ona miała inne zajęcia niż opieka nad swoim psem. Został zabrany z ulicy jak próbował się dostać do jakiejś panienki, ale ona chyba w hipisach nie gustowała... Jak już trafił do nas, to usłyszał, że w takim porządnym Schronisku nie przystoi taką fryzurę mieć nieporządną! I chciał czy nie chciał - został zapakowany do samochodu i zawieziony do SPA. I teraz wygląda tak:
Przystojny... i sam był zdziwiony, że ma brązowe łapy! I pewnie mu te kudełki odrosną takie ładne i będą rozwiane na wietrze.... ach....
Na koniec będzie tytuł, który powinien być najczęściej przechodzący! A niestety od kilku lat statuetka stoi w budzie jednego psa... tytuł najdłużej siedzącego w schronisku psa należy do Rity.
Za kilka miesięcy minie 10 lat od kiedy Rita jest w Schronisku... Podreptałam do niej, no bo jak pisać - to porządnie. Bardzo miło się gawędziło, mówiła, że jej tutaj dobrze, że właściwie Schronisko to jej dom a w lesie zna każde drzewo, każdy kamień... Opowiadała jak wyglądały wiaty, jak to się kiedyś zmieniało, przeżyła tutaj wiele. I wydawałoby się - radzi sobie, jest w porządku. Ja jednak widziałam jej oczy, w nich widać wszystko... Niby mówiła, że właściwie to nie chciałaby już stąd wychodzić... Przecież Skoczek (jej kolega z kojca) by sobie nie poradził bez niej... Ale jak tylko z sąsiedniego boksu któryś pies zaczął przez sen mówić "poczekaj, mój człowieku, jeszcze obwącham ten krzaczek i już do ciebie przybiegnę, bo przecież w domu czeka na mnie miseczka a potem po obiedzie rozwalę się na posłaniu i podrzemię!", to przerwała w pół słowa, spuściła smutno głowę i podreptała łapa za łapą do budy...
Żaden pies niestety nie wie ile jeszcze przed nim snów o bieganiu i poranków z tym samym widokiem w paski, wypełnionych nadzieją, bo może dzisiaj będzie ten dzień, kiedy wyjdą chociaż pospacerować...
Każdy czworonóg jednak czeka na to, żeby stać się dla kogoś tym NAJważniejszym, NAJukochańszym, NAJlepszym przyjacielem; właśnie na takie NAJ liczą najbardziej...
środa, 7 listopada 2012
Szła sobie pewna bezogoniasta ulicą, nawet niedaleko schroniska i znalazła dwa psy
przywiązane do płotu. Jak się długo mieszka w jakimś miejscu, to wszystkie
okoliczne psy zna się z widzenia. A te były obce. No więc powiadomiła naszych
bezogoniastych, a ci psy zabrali i przywieźli…
Niewiele
rzeczy tak mnie dotąd zdenerwowało! Oba psiaki były ślepe! I ktoś je zostawił!
Jeden z nich, starutki już, dwunasto- trzynastoletni musiał mieć ostre
zapalenie oczu, które nie było leczone. No i oślepł. Miał także, jeszcze
niedawno, wielkiego guza przy kręgosłupie, który wreszcie pękł i została wielka
ropna rana. Też, oczywiście, nie leczona…
Stary oswoił
się już ze swoim kalectwem. Porusza się ostrożnie, wie, że jedynie na węch może
liczyć. Ech…
Drugi pies,
Lotos, był młody, ma może dwa, trzy lata. I też nie widzi, ale od niedawna –
oczy jeszcze nie zaszły mu bielmem. No więc jest zupełnie zagubiony… Kręci się
po kojcu, wpada na pręty, obija się o ściany, potyka o budę… Straszne. Nasi w
końcu uznali, że trzeba coś z tym zrobić. Znów zabrali go do zjaw, na coś, co
się nazywa tomografia mózgu. I wyszło, że ktoś musiał Lotosa rąbnąć czymś
ciężkim w głowę. I może od tego pies oślepł. I pewnie słuch też wtedy stracił,
bo jak się okazało, również nie słyszy! I teraz ma nieodwracalne zmiany w
mózgu…[1]
…
Kto zostawił
te psy? Zastanawiamy się tu wszyscy. Nasi bezogoniaści uważają, że oba żyły u
kogoś, może na działkach, bo do nich niedaleko. I były strasznie traktowane… A
jak dotknęło je kalectwo, to właściciel je porzucił. Idzie zima, na działkach
bezogoniaści nie pracują wtedy. Trzeba byłoby specjalnie chodzić, by karmić
dwie kaleki. A jemu się widać nie chciało…
Inne
wyjaśnienie na razie nie przychodzi tu nikomu do głowy. No bo co? Ktoś chodzi
po mieście, zbiera ślepe psy i przywiązuje je do płotu?...
Kto
powiedział, że człowiek to brzmi dumnie?
Może humory
poprawią się nam po akcji „Psu na budę”. Jak co roku organizują ją nasi
bezogoniaści. Już po raz dziewiąty. Trwa ona od połowy października przez cały
listopad. I adresowana jest głównie do młodych bezogoniastych ze szkół.
W tym roku ma
ona formę konkursu. Która szkoła nazbiera więcej karmy dla zwierząt, dostanie
tytuł „Szkoły Zwierzolubów 2012”.
I statuetkę. Zobaczymy, jakie będą rezultaty…
Ostatnio
przespacerowałam się po całym schronisku. Już dość dawno ego nie robiłam, bo
stawy mnie rwą. Ale trochę się polepszyło, no to polazłam… I wspominałam sobie
dawnych lokatorów, tych, którzy przyszli do schroniska wcześniej niż ja, albo w
tym samym czasie. Niewielu już takich zostało. Albo mieli szczęście i zostali
adoptowani, albo odeszli… I tak sobie
pomyślałam, że może napiszę o każdym z tych starych mieszkańców schroniska na
blogu. Kto wie, może dzięki temu znajdą sobie domy?
Zacznę od
Rity. Już od dawna, gdy pies trafia do schroniska, to dostaje imię oraz kolejny
numer. Psiaki, które trafiają tu ostatnio, dostają numery zaczynające się od
siedmiu tysięcy z haczykiem. A Rita otrzymała z początku numer 1587. To znaczy, że siedzi w
schronisku od 2004 roku! Dokładnie od listopada! No więc będzie obchodzić
niedługo rocznicę. Tylko że niewesoła ta rocznica!
Gdy ja
trafiłam do schroniska, ona już tu była. Przywieziono ją z niedalekiego miasta
jeszcze jako szczeniaka. A dziś ma już prawie dziewięć lat. Kochana suka.
Czarna, nierasowa, ale wciąż wesoła, dynamiczna i delikatna. Nie od razu
spoufala się z obcymi – musi ich trochę poznać. Ale później – trudno o lepszą
kompankę! Spacery uwielbia, zachowuje się na nich wzorowo. Kocha wodę, więc
wizytę nad strumieniem musi zaliczyć obowiązkowo! I Skoczka kocha, z którym
mieszka od dawna w jednym kojcu…
Poplotkowałam
z nią, powspominałam stare dzieje i poszłam dalej. Obok siedział młody, nowy
pies. Dalej też. I dalej, i dalej, i dalej…
A na
zakończenie kolejna psia baśń w rysunkach. Strrraszna, zbójecko-piekielna!
Narysowana przez Annę Wieszczeczyńską! (Ale pseudo: jaki pies to wyszczeka?!)
[1] Niestety, dziś już Lotosa
nie ma.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















