Oczami Bezdomnego Psa

czwartek, 29 grudnia 2011

Po Świętach. Znów zwyczajnie. Ale całkiem niezwyczajnie jest nam tu w schronisku wstyd! Dostaliśmy od bezogoniastych prezenty, a sami im coś daliśmy?
            Z drugiej strony – co mogliśmy dać? Pies może najwyżej na tylnych łapach stanąć, ogonem zamerdać radośnie, pysk rozdziawić i dyszeć. I w oczy popatrzeć. I zamruczeć cicho, jeżeli potrafi… I o nogi się otrzeć…
            To wszystko pies może, gdy bezogoniasty jest blisko, przy nim. Ale jak obdarować tych, co serce okazali, a są daleko, w swoich domach?  Dla zwyczajnego psa – nie do przeskoczenia! Ale nie dla nas!
            Posiedzieliśmy, poszczekaliśmy wiata do wiaty i szybko uzgodniliśmy, co następuje:
Obdarowaliście nas mnóstwem jedzenia, więc i my dostarczymy wam strawy. Oczywiście, żadnej suchej karmy czy puszek! Strawę duchową mam na myśli. Damy wam po ładnym kawałku tego, co szykujemy właściwie na później!
            Za parę miesięcy zaczniemy publikować dwa nowe psie dzieła. A teraz zaprezentujemy wam po fragmencie każdego z nich. Nieskromnie powiem: dla koneserów – uczta!

Nie każdemu wiadomo, że psy nie tylko wyją i szczekają, ale także doskonale śpiewają! Tyle, że ich śpiew to rytuał, do którego nie dopuszczają obcych. Przy bezogoniastych pies nie zaśpiewa żadną miarą. Dopiero w samotności, nie za głośno, za to z uczuciem, śpiewa do pięknych, poetyckich tekstów, pieśni dramatyczne i liryczne, poważne i wesołe… A jak się w śpiewie zapamięta, to bywa, że nie zauważy, że zbliżył się bezogoniasty, że stoi i słucha…
I w taki sposób bezogoniaści poznali wiele naszych pieśni. I przywłaszczyli je sobie. Słyszeli coś tam o prawie autorskim, więc pozmieniali słowa i melodie (choć zostawili rytm i harmonię) i sami je wykonują. Cóż, nie będziemy z tego powodu wypowiadać wojny i wytaczać ciężkich armat – niech tam! Pokażemy jednak obecnie, jak brzmią psie oryginały wielu znanych bezogoniastych przebojów. No to zaczynamy!
  
   kliknij obrazek aby powiększyć lub najlepiej otwórz w nowej karcie

            Kolejną pozycją, którą będziemy wam prezentować za parę miesięcy, będzie drugi tom psich mitów. Tym razem będą to prastare opowieści psów z całego świata! Nawet nie wiedzieliśmy, jaki ten świat jest ogromny! I jaka zróżnicowana jest ta nasza psia mitologia!
Dziś zaprezentujemy wam tekst szczególnie intrygujący, sami oceńcie!

    kliknij obrazek aby powiększyć lub najlepiej otwórz w nowej karcie

  
kliknij obrazek aby powiększyć lub najlepiej otwórz w nowej karcie


niedziela, 25 grudnia 2011

           Nazwaliśmy ją tutaj Ivette, roczną czarną kotkę z białymi dodatkami. Dzika, mieszkała sobie na działkach i stamtąd przyniósł ją jeden bezogoniasty ogródkowicz, który systematycznie dokarmia sierściuchy. Miała strzaskane kości nogi i biodra. Jakiś inny działkowicz musiał ją poczęstować łopatą.  Pojechała od razu do zjaw, którzy połączyli złamane kości metalowymi szpilami. Poobserwowali i odesłali do nas. Posiedziała niedługo i trafiła do domu tymczasowego.
              
Po miesiącu już chodziła. Sztywno, utykając, ale chodziła. I nabierała coraz większej chęci do życia. Istniały obawy, że metalowe łączenia kości mogą się poprzesuwać, przebić tkanki i wyjść na wierzch, ale jakoś się skończyło na strachu. Póki co. Bo takie zagrożenie wciąż istnieje. Ivette nie może już mieszkać na swobodzie, musi mieć dom i uważnych bezogoniastych opiekunów. 
            No i znaleźli się tacy. Z domu tymczasowego poszła na stałą kwaterę. Ku zadowoleniu wszystkich. Nieźle trafiła. Wesołych Świąt, bezogoniaści!

            W ogóle, jeśli chodzi o sierściuchy, to ostatnio miały wzięcie. Przestronnie się zrobiło w kociarni, bo kilka miauczurów poszło do nowych domów i nowych bezogoniastych. Całkiem udanych, sądząc po zachowaniu i zapachu. Będą mieć udane święta.
            No to Wesołych Świąt, bezogoniaści!

            A co u psów? Na przykład Dela, rudożółta jamniczka, stara, trochę sztywna w stawach, niedosłyszy… Można wrzeszczeć – nie zareaguje, musi zobaczyć. A gdy już zobaczy, jest bardzo miła.
          
 
Trafiła do schroniska dobre cztery tygodnie temu. Znaleziona na parkingu, ledwo żywa ze zmęczenia. Musiała się zdrowo nachodzić, a to dla niej niełatwe, bo spasiona mocno. Widać, że domowa i że rzadko wychodziła na spacery. Jej fotka była w gazecie i jakaś bezogoniasta zadzwoniła mówiąc, że to jej pies i że go odbierze. Nie spieszyła się zbytnio z tym odbieraniem, a kiedy przyszła, okazało się, że to jednak nie jej jamniczka. Podobna, ale to nie ona. Hm…
            Miała jednak suczka szczęście – trafili się inni bezogoniaści gotowi wziąć ją do domu. No i spędzi święta na własnych, nowych śmieciach. Wśród nowych bezogoniastych – im także Wesołych świąt!

            Z kolei Misty to rasowa foxterierka. Oj, niemłoda już. I niewidoma. Bezogoniaści znaleźli ją za miastem i najpierw zawieźli do zjaw. Tam ją odrobaczyli, dali zastrzyki wzmacniające i trafiła do nas. Leży w szpitaliku i nie mamy do niej dostępu. Bezogoniaści opowiadają, że jest łagodna, przemiła, czuje się coraz lepiej, wraca jej apetyt. Ale wciąż jest strasznie chuda – zjawy podejrzewają, że może mieć nowotwór. Jak już bardziej dojdzie do siebie, trzeba jej będzie zrobić dokładne badania. 

        
            Tak tu siedzimy i zastanawiamy się. Ślepa suczka nie dożyłaby starości, gdyby nie miała domu. I ślepy zwierz raczej z domu nie ucieka. Więc co? Nie pasowała do nowego dywanu kupionego na święta? A może leczenie było zbyt drogie? Jak by nie było – Wesołych Świąt, bezogoniaści!

   kliknij obrazek aby powiększyć lub najlepiej otwórz w nowej karcie

środa, 21 grudnia 2011

To było niby tak, że w tym roku Gwiazdor i przyjaciółmi wcześniej przyjechał do Zielonej Góry i nie znalazł wolnych miejsc w hotelach. Zamieszkał więc w naszym schronisku. I tu się przekonał, że bezogoniaści szykują się do hucznych świąt, ale u psów chudo! Zaraz więc wymyślił akcję „Paczka dla Zwierzaczka” i ruszył z nią na miasto…
Wiadomo, że naprawdę nic takiego się nie wydarzyło. To tylko kolejna akcja naszych bezogoniastych. Parę ładnych dni się do niej przygotowywali. I my też. Patrzyliśmy, jak projektują specjalne ulotki na tę okazję. O, takie:


Wolontariusze szykowali się do kwesty, a my wybieraliśmy, które z nas będzie w mieście reprezentować schronisko. Wyszło na to, że oczywiście ja, potem Newa, Mysza, Mary… nie pamiętam dobrze, kto jeszcze, a każdym razie piątka nas była. Takich, co się bezogoniastych nie boją. Dali nam nowe smyczki, powiązali pod szyjami szykowne czerwone szaliki i mogliśmy ruszać.
Aha! Grupa bezogoniastych z Uniwersytetu przygotowała specjalny program o Gwiazdorze i o nas, i też go miała pokazywać.
No i w piątek ruszyliśmy na ten cały deptak, gdzie był jarmark świąteczny. Jarmark był, na nim różne różności były, my byliśmy i deszcz był… więc bezogoniastych nie było. Znaczy trochę było, ale nie za wielu. No i wolontariusze chodzili i zbierali datki i zachęcali do robienia paczek dla nas i znoszenia ich do specjalnego namiotu, który stał na rynku. Albo do przynoszenia prezentów dla zwierząt od razu do schroniska. A na scenie szedł program.
Najpierw o Gwiazdorze i lalce, która mu pomagała pakować prezenty, ale się zepsuła. O, tak:


Potem ten Gwiazdor śpiewał życzenia dla bezogoniastych i wspominał też o nas, żeby o nas nie zapominali. A potem wszyscy tańczyli na scenie i znów śpiewali:


A potem ze sceny ruszyli na miasto, częstowali bezogoniastych łakociami, opowiadali o akcji i dalej się pysznie bawili. Deszcz cały czas padał, ale było kolorowo!

Bezogoniastych pojawiało się coraz więcej, ale nasi postanowili zabrać nas do schroniska. Żebyśmy za bardzo nie zmokli. No to nie widziałam, jak się skończyło to wszystko. Słyszałam tylko, że zebrało się trochę paczek i pieniędzy.

A na drugi dzień, znaczy dzisiaj, znów wolontariusze wraz z nami wyruszyli na miasto. Tym razem pogoda była lepsza, więcej bezogoniastych na jarmarku, no to i paczek było więcej. Ślicznie! Do świąt jeszcze parę dni. Zobaczymy, ilu bezogoniastych pojawi się w schronisku!
Oj, schodziłam się przy tej akcji… Siorbnę wody, przekąszę coś i poleżę… Jutro to wszystko zamieszczę na blogu. Dzisiaj mam dość!



  kliknij obrazek aby powiększyć lub najlepiej otwórz w nowej karcie

niedziela, 18 grudnia 2011

No to idzie zima… Pewna starsza mieszkanka schroniska[1] widzi to tak: …

 kliknij obrazek aby powiększyć lub najlepiej otwórz w nowej karcie
  
Na rysunkach wesoło to wygląda, ale w rzeczywistości zima może być paskudną porą roku, jeśli się do niej odpowiednio nie przygotować. No to u nas od jakiegoś czasu przygotowania idą pełnym pyskiem!
Przede wszystkim słoma. Gdy nadchodzą chłody, bezogoniaści wsypują ją nam do bud. Coś kapitalnego! Miękka, pachnąca, cieplutka, można się w niej umościć i zakopać po czubek nosa. I rzeczywiście, to pierwsza rzecz, jaką robią psy. Gdy już słoma jest w budach, ani jeden pies nie siedzi na zewnątrz. I żadnego szczekania, tylko zadowolone posapywanie. Gdzie niegdzie tylko kawałek nosa wystaje.
Tej słomy z czasem ubywa, mieszkańcy wynoszą ją w sierści, wywalają łapami moszcząc sobie w niej dołki i wtedy trzeba jej dosypywać. I tak przez cała zimę. Jak tak patrzę na zadowolone pyski całe w paździerzach, to aż zazdroszczę, że sama nie mieszkam w budzie, tylko w biurze.


A gdy przychodzi wiosna, zleżałą słomę bezogoniaści wywalają na śmietnik. I do następnych śniegów leżymy na kocykach.
A inne kocyki zawisną teraz w wejściach do bud. Bezogoniaści przybijają je tam, żeby nam nie wiało. Nowym psom w schronisku trzeba zawsze tłumaczyć, po co te zasłony, bo głupieją i nie potrafią wejść do budy, ale szybko uczą się i po paru dniach koce w wejściu im nie przeszkadzają.
Mróz sprawia jeszcze jeden kłopot. Zwierzaki w kojcach, wiadomo, muszą się załatwić. Latem – żaden problem, ale zimą! Zaraz toto zamarza na kamień. Pies wyskoczy z budy, nadepnie, pośliźnie się i ląduje na pysku. Nic przyjemnego. Bezogoniastym też ciężko się sprząta takie ślizgawki, muszą drapać, odstukiwać…
No więc żeby kłopot był mniejszy, sypią na podłogę kojców trociny albo piasek. Taką dość grubą warstwę, którą codziennie wymieniają.



            Zimą najgorzej mają te psy, które mieszkają w narożnych kojcach. W czasie zadymki nawiewa do nich pełno śniegu. Takie kojce są więc zabezpieczane dodatkowo mocowanymi do prętów ogrodzenia grubymi pasami wykładzin albo jakąś pleksą. Podobnie uszczelnia się luki między wiatami.
            W tym roku trzeba jeszcze było zrobić daszki w kojcach dla huskych. Przeniosły się bowiem do nowych, stojących na wybiegu. Podczas ubiegłej zimy tak je zasypywało, że po każdej większej śnieżycy trzeba było przekopywać się przez zaspy, żeby się do nich dostać. W tym roku będzie już lepiej – przynajmniej do samych kojców nie będzie się sypać.

            No, po takich przygotowaniach można spokojnie czekać na śniegi i mrozy. Już nie są takie groźne…

            … Choć nie dla wszystkich. Młodzi bezogoniaści wybrali się w niedzielę ze swoimi małymi na spacer za miasto. Było chłodno, ale pogodnie. Przy drodze, pod krzakami, znaleźli torbę foliową. Ruszała się, więc zwrócili na nią uwagę. W torbie było pięść szczeniaczków. Całkiem maleńkich, jeszcze z zamkniętymi oczkami. Ktoś zostawił je, by zamarzły. No bo pięć szczeniaków to przecież kłopot!
            Dwa były już martwe. Pozostałe bezogoniaści przynieśli szybko do nas, do schroniska. Za późno, nic się nie dało zrobić.
            Ile jeszcze takich toreb będzie leżeć pod krzakami?

[1] To jej rysunkowy debiut, rozumiecie! Aż dziw, że łapa jej nie drżała!

środa, 14 grudnia 2011

Wczoraj i dzisiaj!
DWA DNI, W CZASIE KTÓRYCH ŻADEN PIES NIE POSZEDŁ ZE SCHRONISKA DO NOWEGO DOMU!!!
Takie dni tutaj prawie się nie zdarzają! Nie pamiętam, kiedy wcześniej się przydarzyły…
Taka wściekła jestem, że dzisiaj nic nie napiszę!
Tylko powieść zamieszczę, o!



kliknij obrazek aby powiększyć lub najlepiej otwórz w nowej karcie

niedziela, 11 grudnia 2011

            Trafił do nas niesamowity pies – śliczny owczarek niemiecki. Duży, w kwiecie wieku, mniej więcej sześcioletni. I zupełnie ślepy. Błąkał się po okolicznej wsi i jeden z jej mieszkańców zadzwonił do schroniska. Widać było, że pies jest wystraszony, potężnie głodny i osłabiony. Trafił natychmiast do zjaw, na obserwację. Wyszło z niej, że kiedyś musiał mieć wypadek, bo miał pękniętą miednicę, teraz już zagojoną, ale z pewnością przeszkadzała mu w poruszaniu się. Ujął wszystkich! I w lecznicy, i tu, u nas. Był niesłychanie przyjazny, starał się, jak mógł, by zrozumieć, czego od niego chcą. Jak wrócił z lecznicy, nasi bezogoniaści zaraz zamknęli go w szpitaliku, gdzie miał dochodzić do siebie. No i zaczęliśmy wszyscy zastanawiać się, jaki los go czeka. Niesprawny, niewidomy, w dodatku, jak się okazało, nieświadomie robił pod siebie, bo prostata mu nawalała… Musiał mieć jakiś dom, bo sam nie dałby sobie rady. Czy go wyrzucono? Czy uciekł? Czy teraz ma szansę, by znaleźć sobie nowy dom? Czy zostanie na zawsze w schronisku? A w ogóle, jakim cudem przeżył? Kiedy wzrok stracił? Jaki wypadek go spotkał?... Mnóstwo pytań… Udało mi się na chwilę dostać do szpitalika i pogadać z nim. No i szybko dowiedziałam się wszystkiego. Ale jak przekazać to bezogoniastym? Niby tacy mądrzy, a po psiemu nie rozumieją prawie wcale!    

     
           Miał jednak zwierzak szczęście! Po dwóch tygodniach znalazł się jego bezogoniasty. Potwierdził to, co mówił mi pies. Wydostał się z podwórza, a na ulicy ludzie, samochody, ruch… zgubił się, przestraszył, pobiegł w niewłaściwym kierunku i potem już nie mógł znaleźć drogi powrotnej. Sam nigdy nie wychodził poza podwórko, bo ślepy był od urodzenia. No nie, wyszedł raz i skończyło się wypadkiem i pękniętą miednicą. A teraz, gdy już się zgubił, błąkał się ponad tydzień, zanim trafił do nas. Bez jedzenia, tyle, że wody łyknął z kałuży… Na szczęście wszystko skończyło się dobrze! Wrócił do siebie na wieś.

            Kudłata, wciąż skulona, pełna obaw, niezbyt duża… Pięciolatka. Imieniem Pola.


                                                           
           Mieszkała z bezogoniastą i kilkoma innymi psami. Wszystkie były pozamykane w szopach i właściwie nigdy świata nie widziały. Bezogoniaści, którzy zawiadywali schroniskiem przed naszymi bezogoniastymi, dostali informację o tym i zabrali zwierzęta właścicielce. Było to trzy lata temu. Po pewnym czasie tylko Pola została w schronisku, bo nikt jej nie chciał. I nic dziwnego, skoro wszystkiego i wszystkich się bała i nie wychodziła z budy. Gdy tamci bezogoniaści próbowali brać ją na spacery, wpadała w panikę, zapierała się, wyła… Dali spokój. Nie wiadomo dlaczego wszyscy uważali wtedy, że Pola to Polo! Uważali ją za samca! I tak to było do przyjścia naszych bezogoniastych. Ci szybko zorientowali się, że Pola jest suczką. No i zaczęli nad nią pracować. Początkowo bez efektów. Poszli więc po rozum do głowy i izolowali ją od innych psów. Zamknęli w szpitaliku. Chodziła do niej tylko jedna bezogoniasta. Powoli przyzwyczajała Polę do swojej obecności, do obroży, do smyczy… Trwało to tygodniami. Potem zaczęło się wychodzenie na spacery – wtedy suczka dostawała łagodne środki uspokajające. Zaczęła wychodzić, ale zawsze było to dla niej bardzo stresujące przeżycie.
           Aż wreszcie jakaś bezogoniasta zobaczyła Polę na stronie internetowej schroniska i postanowiła ją adoptować. Były wizyty przygotowawcze, to, co zwykle – i Pola poszła do nowego domu. Poszła, to za dużo powiedziane! Do samochodu trzeba ją było wnieść. No i pojechała. Od tej pory minęły trzy tygodnie. Mamy wieści, że Pola staje się innym psem: nowych bezogoniastych zaakceptowała, po mieszkaniu chodzi swobodnie, spacery zaczynają jej sprawiać przyjemność.  Mamy jej fotki – nie widziałam dotąd, że Pola potrafi się śmiać!
           Na Jacka mówimy tutaj czasem Belguś, bo jest owczarkiem belgijskim. Rasowym! Znaleziono go w lesie za miastem. Włóczył się tam z dwoma innymi psami. Też rasowymi! Z suczką Sissi[1], tak jak on owczarkiem belgijskim oraz z minibriardem Rockym. O nim już wspominałam kiedyś. To było parę miesięcy temu. Wszyscy myśleliśmy, że takie rasowe zwierzaki niedługo tutaj posiedzą, a tu niespodzianka, niemiła. Wciąż są z nami.
            Jack to pies niesamowicie inteligentny. Kocha bezogoniastych i gdyby mógł, nie rozstawałby się z nimi ani na moment. Bardzo chce się uczyć i prawie natychmiast pojmuje, czego bezogoniaści od niego chcą. Jest przy tym aktywny jak rzadko. Klatki nie znosi. Na swobodzie czuje się najlepiej. Gdy zaczął wychodzić na spacery, trudno go było utrzymać na smyczy, tak ciągnął! Energia go rozpierała. Ale zorientował się, że nie tego się od niego chce i dziś już chodzi spokojnie, przy nodze.
                                    
            W kojcu, gdy chce zwrócić na siebie uwagę przechodzących, rzuca miskami. Ale nie tak zwyczajnie, wpierw zabiera miskę na dach budy i stamtąd ją zrzuca. Robi w ten sposób więcej hałasu. Ale miski niedługo wytrzymują takie traktowanie. Gdy więc Jack zniszczył już ze trzy, bezogoniaści poszli po rozum do głowy i wstawili mu do kojca solidny garnek. Ten na razie się nie rozleciał.
            Kiedy indziej dali mu kawał grubego kija, niech gryzie, rozładowuje energię. Jack owszem, trochę pogryzł, ale nocami zaczął tym kijem walić w ściankę rozdzielającą jego kojec od sąsiedniego. Bezogoniaści zorientowali się w tej jego robocie dopiero wtedy, gdy wybił w cementowym murku dziurę tak dużą, że łeb mu się w niej mieścił…
            Takie działania powodowały jednak, że Jack się okaleczał, ranił łapy i pysk, bo zębami musiał sobie też pomagać. Przenieśli go więc do większego kojca, solidniej wykonanego. To trochę pomogło, a kastracja uspokoiła nieco Jacka. Ale już widzimy, że kombinuje, co by tutaj wymyślić nowego…
            Tak sobie myślę, że mądry bezogoniasty miałby z Jacka wiele pociechy. Może się w końcu taki znajdzie…

  kliknij obrazek aby powiększyć lub najlepiej otwórz w nowej karcie


[1] Były więc przez pewien czas w schronisku dwie Sissy – ta suczka oraz wojownicza kotka, o której wcześniej pisałam. Dziś sierściucha już nie ma – trafił do nowego domu.

środa, 7 grudnia 2011

Każde zwierzę się starzeje. I zmienia się z wiekiem. Jedne staruszki kręcą się, póki mogą, gdzie się tylko da, szukają kontaktów z bezogoniastymi i innymi zwierzętami, inne – przeciwnie robią się złośliwe i agresywne, jeszcze inne zamykają się w sobie, chowają po kątach, świat przestaje je obchodzić, łazić im się nie chce;:

Z bezogoniastymi chyba jest podobnie. Jedni dziwaczeją, inni przestają się czymkolwiek interesować, są też i tacy, których rozpiera energia! Znamy tutaj takich.



Żyje sobie w naszym mieście pewna wiekowa bezogoniasta, ma już ponad szesnaście lat![1] To dopiero wiek, nie? No i zadzwoniła do schroniska, że razem z koleżankami zebrała trochę darów dla nas, zwierząt. I że ktoś z jej rodziny te dary przywiezie. A przy okazji zgadało się, że ona sama pisze wiersze. Ona pisze, a taki mały bezogoniasty, jej wnuczek, który się zna na komputerze[2] przepisuje jej te wiersze. Potem ona je oprawia jak prawdziwe książki. I taką jedną książkę postanowiła nam ofiarować. Są w niej wiersze o zwierzętach, zwłaszcza o psach i kotach. Obiecała też, że jak trochę pozna nas tutaj w schronisku, to o niektórych psach też napisze wiersz! Nikt dotąd wierszy o nas nie pisał. Owszem, były artykuły w gazetach ze zdjęciami, o niektórych sami napisaliśmy scenariusze. No i ja na blogu piszę o mieszkańcach naszego schroniska… Ale żeby wiersze, to do tej pory jeszcze nie… Może być ciekawie!

Potem przyjechał ten jej krewny i przywiózł obiecane dary wraz z tomikiem wierszy. Takim, o:

           


A z tego zbiorku przepisałam jeden utwór. Fajny jest… O psie, który mieszkał z bezogoniastymi, ale uciekł. A może odszedł… Sama nie wiem… Sami osądźcie:

WSZĘDZIE PÓJDĘ ZA TOBĄ
Nie mogę mieć żalu
Że chcesz być wolny
Biegać po polu
Wśród kwiatów polnych

Zostawiłeś po sobie
Przed budą obrożę.
Może wrócisz za chwilę
Wołanie nic nie pomoże.

Masz prawo do wolności
Choć byłeś tej budy ozdobą
Nie zawsze była zgoda
Ale tęsknię za tobą.

Wiesz, tę łąkę
Bóg dla ciebie stworzył
Byś biegał po niej
Bez smyczy i obroży.



Druga bezogoniasta ma prawie tyle samo lat. Mieszkała sobie samotnie w niedużym domku na peryferiach. Jej córka natomiast żyła w malutkim mieszkanku w bloku na dużym osiedlu. I rozrastała się jej rodzina. A mamie bezogoniastej rozrastała się sfora psów. Same kundelki, jamnikowate jakieś takie. Pani dawała im jeść, ale poza tym raczej się nimi nie interesowała. No to psy robiły, co chciały. A chciały się przede wszystkim rozmnażać i po paru latach było już ich dziesięć. Biegały po obejściu i zawsze znalazły, albo zrobiły sobie, dziurę w ogrodzeniu i wyskakiwały na osiedle. A tam watahą ganiały inne psy, polowały na koty, straszyły małe bezogoniaste, do gryzienia się brały, o zbiorowym obszczekiwaniu nie wspominając.

W końcu sąsiedzi mieli dość, zaczęły się kłótnie, awantury, interweniowała raz i drugi miejska straż….

Niedawno córce udało się przekonać mamę i dokonały zamiany: starsza bezogoniasta poszła do bloku, a córka z rodziną – do domku i do rozwydrzonej gromady kundelków. I pewnego dnia przyszła po pomoc do schroniska. Nie chciała oddać, psów, nie! Mama by się zapłakała, zresztą, psy przecież miały dom. Chciała tylko, by ktoś pomógł jej opanować rozwydrzone zwierzaki.

Rozpoczęto od zbiorowej sterylizacji i kastracji – żeby nie mogły się dalej rozmnażać i uspokoiły się trochę. W tajemnicy przed starszą bezogoniastą, która o podobnym zabiegu wcześniej nawet nie chciała słyszeć. Taki operacja na dziesięciu psach kosztuje, a rodzina zamożna nie była, opłaty dokonało więc stowarzyszenie naszych bezogoniastych. Dostarczyło też nieco karmy, pouczyło, jak zdziczałe pieski przywoływać do porządku…

No i dziś sytuacja jest już opanowana. Kundelki przestały być postrachem osiedla, siedzą w obejściu, jakoś dogadują się między sobą. Zaczynają reagować na komendy…

A starsza bezogoniasta odwiedza je często, widzi, że krzywda im się nie dzieje i jest zadowolona.



A daleko od miasta, w zapadłej wsi, żyje sobie jeszcze inna wiekowa bezogoniasta. Ma pewnie tyle lat, ile ta pierwsza, pisząca wiersze… Też samotna. I niebogata. Miała sąsiadów, u których kątem pomieszkiwało stado kilkunastu półdzikich kotów. Zwykle dostawały coś do jedzenia i tylko czasem musiały same zadbać o siebie. Ale sąsiedzi wyprowadzili się, dom opustoszał, a sierściuchy zostały. I zaczęło im się źle dziać. Starsza bezogoniasta wzięła je więc pod swoje skrzydła. Ale wykarmić takie stadko nie jest łatwo, zwłaszcza jak się nie ma za dużo tego, co nie śmierdzi. Poszła więc po rozum do głowy i poinformowała o sytuacji schronisko.

Pomoc, oczywiście, dostała. Sama już się zbytnio z domu ruszać nie może, ale ma przyjaciela, trochę tylko młodszego. I ten bezogoniasty co miesiąc przyjeżdża do schroniska i dostaje karmę dla sierściuchów. Początkowo dużo tego było – teraz jest już mniej. Bo włączyły się do pomocy inne stowarzyszenia. I udało się dla części tych kotów znaleźć domy.

Tak że może tylko połowa została na starych śmieciach. I żyją, i biedy nie odczuwają. I dobrze im.

A starszej bezogoniastej pewnie mruczą na dobranoc…

Czasem się zastanawiam, czy ona może zasnąć, gdy siedem kotów zacznie chórem wyśpiewywać swoje mruczanki…



 kliknij obrazek aby powiększyć lub najlepiej otwórz w nowej karcie


 
[1] Mierząc psimi kategoriami. Bo w kategoriach bezogoniastych byłoby to ponad osiemdziesiąt!
[1] Tak jak ja, albo tylko trochę gorzej!

niedziela, 4 grudnia 2011


           No to co jeszcze robiliśmy w kończącym się roku?
           Braliśmy udział w takich sprawach, które rozpoczęli inni, a my się przyłączyliśmy. Na przykład (chyba Cygan pisał o tym…) pewien bezogoniasty chce otworzyć w naszym mieście grobowisko dla zwierząt. Ale nie wszystkim się to podoba i miał z tym trudności. No to zwrócił się do nas i nasi wolontariusze wyszli na miasto. I przez kilkanaście dni zbierali podpisy mieszkańców pod petycją[1], że takie miejsce jest bardzo potrzebne. Z tego, co wiem, pomogliśmy. Grobowisko będzie!

          
           Albo inna akcja. Zbieranie podpisów w sprawie poparcia dla nowej ustawy o ochronie zwierząt. W całym kraju te podpisy zbierano. Tu też spisali się nasi wolontariusze i w sierpniu zebrali sporo podpisów. No i ustawa jest.

          
           Potem przyszli do naszego schroniska młodzi bezogoniaści z Niemiec. Brali udział w akcji „Młodzież na zielonym szlaku”. Organizowali to bezogoniaści z OHP (to coś znaczy, ale nie wiem, co, może wy wiecie…). Najpierw dwa dni pracowali, porządkowali teren i malowali budy psie i kocie, a potem wyszli na miasto i zrobili taki pokaz (to się nazywa performans). Było o tym, że psy na spacerach coś tam po sobie zostawiają. A bezogoniaści, którzy z tymi psami wychodzą, powinni to zbierać do woreczków i wywalać do koszy. Była, oglądałam – fajne było, takie do śmiechu. 

          
           Chyba wcześniej trochę nasi bezogoniaści zaczęli mówić o jakiejś akcji przeciwko kolczatkom, czyli takim obrożom z kolcami. Sporo psów w mieście w takich chodzi. Bez sensu, tylko rani zwierzęta. Z psem trzeba się dogadać, a nie wkładać mu kłujące kajdany! Oczywiście wyszczekaliśmy swoje wyrazy poparcia i darliśmy się tak długo, aż akcja doszła do skutku. Nazywała się „Kolczatki na drzewo”. Kto chciał, mógł przynieść do schroniska taką kolczatkę i zawiesić ją na suchym drzewie, które stoi przed biurem. Nazbierało się tych paskudztw kilkadziesiąt. Wiszą teraz tam ku przestrodze!

          
           Potem jeszcze w czasie miejskiego święta wina nasi bezogoniaści i my byliśmy w mieście parę dni. Mieliśmy tam swój namiocik i promowaliśmy schronisko. Pisałam o tym szerzej parę miesięcy temu…

           
           Co jeszcze?...
           Aha! Przynajmniej raz w miesiącu któryś z naszych bezogoniastych idzie do radia i w specjalnej audycji godzinę rozmawia z ludźmi, którzy w tym czasie dzwonią do rozgłośni[2]. I odpowiada na różne pytania. I opowiada różne rzeczy o psach i o schronisku. I doskonale – coraz więcej bezogoniastych wie o nas i odwiedza nas.
           I telewizje przyjeżdżają, i robią filmy.
           I w gazetach od czasu do czasu coś napiszą. Nieraz nawet z naszymi zdjęciami… To pomaga przy adopcjach…

         
           Jedno trochę nie wyszło. W tamtym roku nasi bezogoniaści postanowili pomagać kotom, które dziko żyją w mieście, by jakoś przetrwały zimę. Dokarmianie to jedna sprawa. A druga to domki dla tych kotów. Takie z grubego kartonu, ocieplane styropianem. Łatwe do zrobienia. No i wymyślili jeszcze, że pojadą do szkół i poproszą nauczycieli i uczniów, by takie domki porobili. Nakupowali kartonów i styropianu, taśmy klejącej i pojechali. W szkołach (kilka ich było na początek), materiały wzięli, ale o ile nam wiadomo, żaden domek nie powstał… Szkoda… W tym roku trzeba będzie zorganizować to trochę inaczej. Właśnie nasi myślą o tym…
           A poza tymi wszystkimi akcjami jest codzienność i nasi bezogoniaści w swoich zwykłych rolach. O, takich:

  kliknij obrazek aby powiększyć lub najlepiej otwórz w nowej karcie
     
           Polezę im pomóc…

            Uwaga, uwaga, dzisiaj nie ma kolejnego odcinka powieści. Jest komiks. Tam, gdzie będzie komiks, nie będzie powieści – wtedy przygotowujemy do zamieszczenia kolejne odcinki.





[1] Petycja – zapamiętałam to słowo, bo ma na początku „pet”… A ja lubię peta. Chociaż to puszkowe żarcie!
[2] Performans, rozgłośnia, audycja, promocja… Rozwijam się, nie? Takie słowa! (Petycja zresztą też!)

środa, 30 listopada 2011

Jak wcześniej pisałam – rok się kończy, choć jeszcze odrobinkę go zostało. Ale można już sięgnąć pamięcią wstecz i przypomnieć sobie, co przez ten rok zostało zrobione w schronisku – prócz remontów, oczywiście, bo o tym już była mowa.

No to tak… aha, będzie nie po kolei, bo już mi się trochę pomieszało, kiedy co było. Bo tyle tego było!

Osiem lat temu, zanim jeszcze nasi bezogoniaści przejęli opiekę nad schroniskiem, zaczęli organizować akcję pod taką fajną nazwą „Psu na budę”. W tym roku też ją robili. Ogłosili, że w październiku ci wszyscy ludzie, którzy chcą dopomóc bezdomnym zwierzętom i tym, które mieszkają w schronisku, mogą składać dary. W gazetach to ogłaszali, w radiu – sama słyszałam! – w telewizji coś o tym było, no i w Internecie, na stronie schroniska i tego Stowarzyszenia naszych bezogoniastych. A wolontariusze rozwieszali plakaty, gdzie się dało. I zaczęło się zbieranie darów: w wielkich sklepach, w szkołach, przedszkolach, tutaj u nas też. Obcy bezogoniaści, dorośli i dzieci, przynosili jedzenie, ciepłe koce, poduchy, materace, zabawki dla zwierząt i co tam tylko mogli… A w sklepach to kupowali i od razu składali do takich wielkich oznakowanych koszy. Nazbierało się tego! Nasi bezogoniaści ciągle jeszcze liczą…



Miesiąc wcześniej, we wrześniu, zaczęła się akcja, która trwa do tej pory (i jeszcze potrwa) – „Oznaczone, nie zgubione”. Znowu nasi bezogoniaści ogłosili, że w wybranej lecznicy dla zwierząt można domowym zwierzakom wszczepiać chipy. Na takim chipie jest numerek zwierzęcia, który można odczytać za pomocą specjalnego czytnika. Jak zwierzę zginie albo ucieknie, i na przykład trafi do nas, do schroniska, to po tym chipie można odnaleźć właściciela i zwierzaka oddać. Za takiego chipa trzeba, oczywiście, trochę zapłacić, a część tej kwoty zjawy oddają na rzecz schroniska. No i z tego, co wiem, sporo psów w mieście zostało już tak oznakowanych.

  


A właśnie, żeby nie było, że tylko schroniskiem się interesujemy, to nasi bezogoniaści od dawna prowadzą jeszcze inną akcję – dokarmianie bezdomnych psów i kotów w mieście. Są tam tacy mieszkańcy, zwłaszcza starsi, co karmią zwierzaki bez domów. Właśnie oni zgłaszają się do stowarzyszenia naszych bezogoniastych i dostają za darmo, co tydzień, jedzenie dla swoich podopiecznych. Cóż, zwłaszcza sierściuchów bezpańskich kręci się po mieście sporo. Do schroniska wszystkich się nie da przyjąć, zresztą, nawet nie należy dziko urodzonego kota pakować do schroniska. Niech sobie żyje, szczury i myszy wyłapuje w mieście! Można mu jednak dopomóc, bo nie zawsze łowy się udadzą. W zimie szczególnie. I to właśnie tacy karmiciele z pomocą naszych bezogoniastych robią.

A jeszcze wcześniej, gdzieś tak na wiosnę, trwała akcja „Tydzień bez pcheł”. Te paskudztwa zawsze można złapać gdzieś na spacerze, od innych zwierząt… Wiele psów i kotów ma ten problem. W mieście jest wielu takich bezogoniastych, których nie stać na odpchlenie swoich zwierząt. No to na koszt stowarzyszenia naszych bezogoniastych mogli się zgłosić do jednej lecznicy i pozbyć się tego robactwa.


 W całym kraju trwa akcja „PSYspaceruj” – nasi bezogoniaści też się do niej włączyli. Chodziło tu o to, żeby nie siedzieć w domu, ruszać się, bo to zdrowo – a jak się ruszać, to z psem! Jemu też wyjdzie na zdrowie. I zaczęli namawiać bezogoniastych w naszym mieście, żeby wychodzili na spacery z swoimi psami, albo przychodzili do schroniska i wyprowadzali nas. Póki było ciepło, to i chętnych było sporo: całe rodziny z dziećmi przychodziły, ci, którzy z kijkami chodzą i ci, co na rowerach jeżdżą dla zdrowia; przychodzili tutaj, zostawiali swój sprzęt i wędrowali z nami. Teraz pogoda gorsza, więc i bezogoniastych mniej się pojawia, ale wciąż ktoś przychodzi.

Od pewnego czasu pojawiają się u nas również bezogoniaści znani z różnych telewizji. Spacerują z nami, ganiają po wybiegu i fotografują się. Te zdjęcia zamieszczamy potem na stronie schroniska. Wszystko po to, żeby pokazać, że my tutaj, chociaż kundle, również jesteśmy mądrzy, śliczni, wierni i zasługujemy na własny dom. I powiem wam, że to się sprawdza: wiele psów czy kotów, które sfotografowały się z tymi gwiazdami, znalazło swoje miejsce w rodzinach bezogoniastych. Jest nas tu mnóstwo, ale gwiazd też niemało! Niech się  pojawiają jak najczęściej! Jesteśmy im bardzo wdzięczni!

  
Wisi u nas cały spis i informacje na kojcach, że pewne psy objęte są adopcją wirtualną. To kolejna stała akcja naszych bezogoniastych. Ktoś, kto kocha potrzebujące zwierzęta, zwłaszcza te stare i kalekie, albo kto chciałby zaopiekować się zwierzęciem, a nie może go wziąć do domu (bo już ma tam inne, albo jest uczulony na sierść, albo ma takie dzieci itp.) może co miesiąc wpłacać kilkadziesiąt złotych. Za te pieniądze chorym i kalekim zwierzętom robi się kosztowniejsze zabiegi, diagnozuje, kupuje specjalne karmy i inne takie. Wirtualny opiekun może też poszukać domu dla wybranego psa. To też się sprawdza, nawet bardzo! Kilkadziesiąt psiaków jest lub było objętych taką adopcją!

Oj, rozpisałam się, ale bo jest o czym! Trochę zostawię sobie na później, na następny tydzień. A teraz polezę do magazynu. Bezogoniaści liczą układają otrzymane dary – może mi coś skapnie…




 kliknij obrazek aby powiększyć lub najlepiej otwórz w nowej karcie


niedziela, 27 listopada 2011

Ha! Wygląda na to, że życie intelektualno-artystyczne psiego gatunku zaczyna się koncentrować w naszym schronisku! Aaaale jesteśmy dumni! I powiem nieskromnie, że słusznie!

No bo popatrzcie: przywróciliśmy światu pierwszą wersję mitologii, prastare psie mity (a to chyba jeszcze nie koniec, ale na razie cicho sza, żeby nie zapeszyć!). Powstały scenariusze telewizyjnego serialu z życia psów – i to nie jakieś wymyślone historie, tylko szczera prawda, są świadkowie! Na temat wielu ważkich problemów wypowiadamy się w wysmakowanej formie graficznej. A to jeszcze nie wszystko! Mamy w zanadrzu parę niespodzianek. I oto jedna z nich: pierwsza w historii psia powieść kryminalna! Ale może zacznę od początku.

Kiedy nasz schroniskowy Owczak był malutki, opowiadał mu jego tata, że słyszał od swojego ojca dziadka Owczaka, znaczy), że mówił mu jego ojciec (Owczaka pradziadek), że z kolei jego ojciec (Owczaka prapradziadek) od swojego ojca (czyli Owczaka praprapradziadka) dowiedział się, że jego ojciec (Owczaka prapra…oj!) znał pewnego doktora. Musiało to więc być naprawdę bardzo dawno temu. Ten doktor nazywał się Jan Nierobek i mieszkał w miasteczku zwanym Pudelkowo nad rzeką Marcową. Ten doktor nie był taką zwyczajną zjawą, bo umiał rozmawiać ze zwierzętami! Ale wymarł i dzisiaj już żaden bezogoniasty tego nie potrafi[1].

Ale kiedy żył, to miał w swoim domu mnóstwo zwierząt: psa, kota, świnię, papugę, małpę, kaczkę, mysz i jeszcze jakieś, nie pamiętam. Wszystkie inne zwierzęta z bliższych i dalszych okolic stawały na uszach, żeby także z nim zamieszkać, ale oczywiście, dom doktora był na to za ciasny. Lecz wokół tego domu rozpościerał się ogromny ogród. I doktor postanowił zbudować w nim taki specjalny ogród zoologiczny. Żeby przynajmniej części zwierząt, które pragnęły z nim zamieszkać, spełniły się te marzenia.

W krótkim więc czasie powstały tam, na początek: pensjonat dla królików, schronisko dla nierasowych psów, klub myszy i szczurów, gospoda dla borsuków, sala zebrań dla lisów i hotel dla wiewiórek. Każdy z tych domów, które były w zasadzie swego rodzaju klubami, miał swój regulamin zapewniający wszystkim mieszkańcom bezpieczeństwo i zwierzęta musiały go przestrzegać.. Co zresztą robiły chętnie i sumiennie. A doktor codziennie przebywał w jednym z tych domów i uczył ich lokatorów pisania i czytania. Po pewnym czasie mogły więc zwierzęta tworzyć własną literaturę. I robiły to. Psy, na przykład, które wieczorami lubiły sobie opowiadać różne historie, wydały wreszcie, z pomocą doktora, tom pod tytułem „Opowiadania ze Schroniska dla Psów Nierasowych”.[2]

Przygotowywano następną książkę, która niestety, z przyczyn finansowych, nie ukazała się, a zgromadzone do niej materiały rozproszyły się i przepadły. Za wyjątkiem jednej krótkiej powieści. Napisał ją pies imieniem Rion, tak dumny z tego, że jest zwierzęciem, że podpisał się pod swoim dziełem jako Animal Rion. Powieść ta przypadkiem wpadła w ręce bezogoniastemu, który był wydawcą lokalnej gazety. Zachwycił się nią, ale że nie miał praw autorskich do dzieła, bezczelnie przekształcił przydomek autora a jego imię napisał wspak i podpisał cały utwór, ni z gruszki ni z pietruszki: Criminal Noir. Drukowana w odcinkach powieść oczarowała czytelników i przyniosła całą lawinę podróbek, parafraz i naśladownictw – narodził się nowy gatunek, znany potem wśród bezogoniastych jako „czarny kryminał”.

Wycięte z gazety odcinki pierwodruku przechowywane były pieczołowicie w rodzinie Owczaka aż do dzisiaj. Owczak sam nie wiedział, o czym jest ta powieść, bo nie zna dialektu psów angielskich. Na szczęście mamy w schronisku minibriarda Rocky’ego, który z tym dialektem radzi sobie doskonale. Poproszony przez nas dokonał tłumaczenia, uwspółcześniając je nieco i opatrując z własnej inicjatywy mottem. Nie wyjaśnił, czemu właśnie takim, zasłaniając się wolnością tworzenia. Ale ponoć to motto bardzo tu pasuje. Pozostaje wierzyć.

No i oto przez najbliższe tygodnie będziecie mogli obcować z pierwszą na świecie powieścią kryminalną napisaną przez psa. Powieścią, która tak zainspirowała bezogoniastych literatów, że aż stworzyli nowy gatunek kryminałów.

Oczywiście, czyniąc sprawiedliwość autorowi, przywracamy tutaj jego prawdziwe nazwisko.

Miłej lektury!






[1] Chociaż niektórym prawie się udaje! Szkoda tylko, że tak ich strasznie mało!


[2] Tata Owczaka mówił, że wie od swojego… ojej, no, że wie od swoich przodków, że to wszystko zostało opisane w znanych książkach niejakiego Loftinga: „Ogród zoologiczny doktora Dolittle” i „Największa podróż doktora Dolittle”. Możecie więc sobie o tym poczytać dokładnie. Ale trudno dostać te książki.   



 
kliknij aby powiększyć


środa, 23 listopada 2011

Wyobraźcie sobie takie coś! Dzwoni bezogoniasty z niedalekiego miasta do naszego schroniska i opowiada:

W tym mieście jest galeria handlowa. W niej takie coś, co się nazywa terrarium. A w tym terrarium pyton, taki wąż. Bezogoniaści chodzą i sobie go oglądają. I właściciel wpuścił do niego dwa żywe gołębie. Nie miały gdzie uciekać. Na oczach oglądających, dzieci też tam nie brakowało, ten pyton złapał jednego gołębia, zadusił i pożarł. Drugi ptak siedział na kawałku gałęzi, która tam była i zdychał z przerażenia czekając, aż przyjdzie na niego kolej…

Nasi bezogoniaści zawiadomili media, porozumieli się z miejscowymi władzami, które obiecały interweniować. Poinformowali też policję, ale ci nie wiedzieli, czy takie coś jest karalne, musieli się dowiedzieć i dopiero wtedy ewentualnie zainterweniują. No to czekamy, aż się dowiedzą.

Na zdrowy psi rozum karmienie węży karalne nie jest. Ale czy mali bezogoniaści powinni oglądać takie sceny? Zresztą – duzi chyba też niekoniecznie…

Zobaczymy, jak to wszystko się skończy.



A teraz weselsze rzeczy. Był u nas Wezyr, taki prawie owczarek – duże psisko. Spokojny, dostojny, z byle kim się nie zadawał. Bezogoniastych lubił, ale nie wylewnie. Upatrzyli go sobie, oglądając w Internecie, bezogoniaści mieszkający w domu nad jeziorem. No i postanowili go zabrać. Przyjechali. Poszli do Wezyra i – nie uwierzyłabym, gdybym na własne ślepia nie widziała! – Wezyr oszalał na ich widok. Wielkie, dorosłe psisko, a chciał na kolana wejść tej bezogoniastej! Miłość od pierwszego wejrzenia! Obustronna zresztą.

Do samochodu nie wszedł, ale wfrunął! I odjechał cały w skowronkach. Dawno nie widziałam psa, który tak by się cieszył.





Podobnie było z Bellem, chartem afgańskim. W stolicy mieszka sobie jedna bezogoniasta, która jest architak… artechik… archetyp… no, kimś, kto sobie siedzi i rysuje różne domy, ulice, wieże…[1]. A poza tym wyszukuje potrzebujące pomocy psy i stara się znaleźć im domy, albo bierze do siebie. A charty kocha szczególnie. W ogóle jest bardzo zajęta. Rozmawiała wiele razy z naszymi bezogoniastymi, aż w końcu umówiła się z nimi i przyjechała po Bella. Pociągiem. Taksówka czekała na nią pod schroniskiem. A Bell wyszczotkowany i wypudrowany czekał na nią w schronisku. Podpisali umowę – i w drogę. Odprowadziłam ich do bramy, szczeknęłam na Bella ostatni raz, on mi odszczekał, nogę zadarł, swój ślad na bramie zostawił i pojechał. Zazdroszczę mu – nigdy nie jechałam pociągiem…





Bardzo dobrze trafiło się też Axie. Niepozorna suczka została adoptowana przez dojrzałych bezogoniastych, którzy zobowiązali się, że będą wychodzić z nią na spacer cztery razy dziennie! Innym psom szczęki opadły, gdy to usłyszały. Naszym bezogoniastym też. Axa pożegnała się ze schroniskiem i poszła. Ciekawe, czy jest tak, jak jej obiecywali ci bezogoniaści. Aż chciałoby się sprawdzić – tylko jak?







[1] A ciekawe, czy potrafiłaby dobrą budę zaarchit… zaarchitak… oj! Tego się nie da wyszczekać!

niedziela, 20 listopada 2011


No to jemy!

Każdy pies na swój sposób, bo każdy ma swoje obyczaje. Najczęściej spotykane przedstawiają się następująco:





O jedzeniu można nieskończenie. W ogólnych zarysach wygląda to u nas tak.

Zwykle jadamy suchą karmę – wszystkie psy tę samą. Raz dziennie, ale za to pełna micha. I o stałej porze – rano. Szczeniaki, oczywiście, jedzą częściej. No i takie psy, które trafiają do schroniska w złym stanie, zabiedzone, wychudzone i trzeba je szybko odkarmić i postawić na nogi. Ale nie głodujemy. Nawet zostaje! Odkąd nastali nasi obecni bezogoniaści, dostajemy taką karmę z wyższej półki[1]. Smakuje? Nie wszystkim, jak to wyżej widać, ale większość nie narzeka.

Mokrą karmę z puszek dostajemy wyjątkowo. Na przykład, jak bezogoniaści widzą, że pies nie ma apetytu, nie je, coś mu widocznie dolega. Wtedy oczywiście wizyta u zjaw a jednocześnie kombinowanie z karmą. Bo psa mogą na przykład boleć zęby czy dziąsła (też nam się trafia, dość często), albo ma kłopoty z trawieniem, albo jakieś inne dolegliwości.

Kiedy już wiadomo, co psu jest, kiedy zjawy postawią diagnozę[2], wtedy pies niekiedy przechodzi na dietę. To takie żarcie, które bezogoniaści przygotowują w kuchni według specjalnych przepisów. Nie zawsze smaczne, niestety. Ale choremu nie ma smakować, ma pomagać!

Osobną grupą pokarmów są frykasy. Te, oczywiście, trafiają się najrzadziej, ale nie aż tak rzadko, byśmy zapomnieli, jak wyglądają i smakują! Zwykle są to froliki. Takie niewielkie brązowe kuleczki. Nie wiem, co w nich jest, ale to coś takiego, że na samą myśl ślinka cieknie z pyska. Powiem nieskromnie, że jako ulubieniec schroniska i najbliżej obcująca z bezogoniastymi, mam do nich najczęstszy dostęp. Ponoć to dzięki nim należę do puszystych. Bezogoniaści odgrażają się, że mnie odstawią od frolików! Nawet próbują, ale chyba mają kłopoty z pamięcią, hihihi… Te przysmaki dostają się nam głównie wtedy, gdy dobrze się zachowujemy na spacerze czy na wybiegu, albo kiedy wykonujemy prośby bezogoniastych (jak nam się chce, oczywiście, ale dlaczego właściwie mielibyśmy robić im przykrości i nie słuchać?).

No i są jeszcze kości! Za szczególne zasługi. Niekiedy też wolontariusze przynoszą je swoim ulubionym psom. Ale zwykle dostają je takie najbardziej energiczne i najgwałtowniejsze psy – niech gryzą gnata i rozładowują energię! Dlatego każdy pies ma czasem ochotę poudawać, że zaraz rozniesie kojec! Tylko że bezogoniaści nie dają się nabierać na takie numery! Znają nas dość dobrze.

I próbują nas tu wychowywać! Wspominałam już o tym, ale jeszcze kiedyś wrócę do tematu, bo jest ciekawy. Cygan też trochę o tym pisał…

No właśnie, Cygan… Już trochę o nim zapominam. A to przecież on zaczął prowadzić tego bloga i…

No tak, właśnie sobie przypomniałam! Nasz blog ma już rok! Kawał czasu. Święto by jakieś… Muszę pomyśleć, jak to uczcić. Z bezogoniastymi warto by też… Oni również przegapili tę rocznicę, a przecież o nich również sporo jest w tym blogu.

Idę, poszczekam trochę do nich, może się zorientują…










[1] Tak mówią bezogoniaści. Nie wiem, co to znaczy. Może to, że ona stoi wysoko, żebym nie dosięgła, kiedy przypadkiem zakradnę się do magazynu. Bo niby grubaśna jestem!


[2] Znowu jakieś niejasne słowo. Rozglądałam się po schronisku, ale nie widziałam żeby takie coś tam stało… Ale może nie bardzo wiem, czego szukać…

środa, 16 listopada 2011

Wciąż trafiają się tu sprawy trudne. I przykre, i wredne…I smutne. A często jest tak, że jak by się nie postąpiło to i tak nie wyjdzie najlepiej…


Pół roku temu ze schroniska pewna kobieta wzięła szczeniaczka. Do bloku. Miał wtedy osiem tygodni. Zapowiadało się na sielankę. Piesek szczęśliwy, rodzina wniebowzięta… Mijały miesiące. I niedawno zadzwoniła do schroniska inna kobieta. Powiedzmy, że mieszka po sąsiedzku i patrzy. I zauważyła, że nasz szczeniaczek mieszka sobie na balkonie. Całe dnie na niewielkim balkoniku, wysoko, często przywiązany do poręczy tego balkonu. Jak skomli czy szczeka, to bywa, że weźmie od pani w łeb! Nawet miski z wodą nie ma na tym balkonie! Przysłała kilka zdjęć z różnych dni. Prosiła, by zainterweniować. No to nasi bezogoniaści pojechali. Pies nie wyglądał źle, ale rzeczywiście siedział na balkonie. Odbyli rozmowę z panią pytając, czy rzeczywiście potrzebny jest jej zwierzak, który całe dnie spędza na balkonie. Pokazali zdjęcia… Pani w płacz! Obiecała, że odtąd będzie obchodzić się z psiakiem należycie, potwierdziła to na piśmie. Pies rzeczywiście zniknął z balkonu. Zastanawialiśmy się tu, czy teraz siedzi w łazience.

Minęły trzy tygodnie i pani zadzwoniła do schroniska z informacją, że chce oddać psa. Dlaczego? Bo jest niegrzeczny! Bo nie słucha! Bo powiedziano jej w schronisku, że jak się go wykastruje, to będzie o wiele spokojniejszy, a wcale tak nie jest. A kiedy go pani wykastrowała? Tydzień temu!!

Jak ma być pies grzeczny, skoro nikt z nim nie pracował, na spacery regularnie nie wyprowadzał, tylko trzymał go na balkonie? Przecież młody zwierzak, gdy już wydostał się z takiej ciasnej klatki, aż rwać się musiał do ruchu, do biegania! I jaki pies tydzień po kastracji uspokaja się?

Powiedziano to pani, na co ona, że za parę dni idzie do szpitala i psem nie będzie się miał kto zająć, bo mąż długo pracuje, a starsza mamusia nie ma siły na takie rozbrykane zwierzę!...

I tak piesek trafił ponownie do nas. Domowy, przyzwyczajony do swojego mieszkania, do swojej rodziny, po której wiele przecież nie oczekiwał. No to pańcia sprawiła mu prezent – powrót do schroniska![1]


 
 Floyd

Inna pani, tym razem starsza. Wzięła Bojkę do domku, w którym mieszkała z mężem. Po dwóch tygodniach przyprowadziła ją z powrotem do nas. Nie mogła sobie dać z nią rady. Zwierzak ruchliwy, próbował uciekać z posesji, nie chciał słuchać poleceń. Starsi ludzie nie potrafili sobie z nią poradzić.

Bojka
No dobrze! Czy jest więc sens, by w ogóle brać zwierzaka do domu, zapytali nasi bezogoniaści. Oj, pewnie, że jest! Oni kochają psy i nie śpią po nocach, tak chcą mieć zwierzątko! To może weźmie pani starszego, statecznego psa, który nie będzie sprawiał kłopotu? Oj, tak, właśnie takiego bym chciała.

No i wzięła Dorę. Suczka w podeszłym już wieku, spokojna, rusza się tak, jak seniorce przystało, nie w głowie jej ucieczki i wariactwa.

Po dwóch tygodniach pani zadzwoniła, że chce oddać psa! Bo załatwia się na dywan i nie chce się oduczyć. A jak pani próbowała ją oduczyć? No, wypuszczałam na dwór. I już? I już! To może mu pani podpowiemy, co należy zrobić: otóż… Nie! Ja nie chcę tego psa! Proszę pani, psy to nie zabawki, które oddaje się do sklepu, gdy się znudzą albo przestaną się podobać! Ja go nie chcę, przywiozę go wam z powrotem!...

I przywiozła. Siadła na ławeczce i siedzi. Godzina, druga, ona siedzi. A Dora nie wie, o co chodzi i co ma ze sobą zrobić…

Oczywiście, ostatecznie została u nas.
  Dora

I co robić?










[1] Z ostatniej chwili – Floyd, bo tak się nazywa, znalazł sobie nowy dom! Oby tym razem szczęśliwie!