Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filip. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filip. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 września 2013

CO SIĘ POLEPSZY, TO SIĘ POPIEPRZY…



Jeszcze po tej stronie Mostu żyjąc, lubiłam sobie rano poczłapać między wiaty i policzyć Niktów. Nikt to pusty kojec. Im więcej Niktów, tym więcej psów w nowych domach. Czasami fajnie się liczyło. Tu pies, tu pies, a tu Nikt, pies, Nikt, pies, Nikt, Nikt…
Przyzwyczaiłam się do tego liczenia, więc i teraz Niktów zliczam. Przed wakacjami było ich całkiem sporo, aż serducho rosło!
No a potem…

Mieszkała sobie dojrzała bezogoniasta na wsi. I zdrowie jej szwankowało. To fizyczne i to drugie też. Trochę jej siostra pomagała, trochę gmina wręcz przeciwnie, a najbardziej podtrzymywały ją na duchu psy.
Aż wreszcie bezogoniasta została zabrana tam, gdzie już dawno powinna się znaleźć, a nasi pojechali do jej domu na interwencję.
Chata stoi odsunięta od szosy, dojazd zarósł krzakami, bo nikt do tej bezogoniastej nie przyjeżdżał. Na drzwiach drewniany skobel i to wszystko. A w domu? Prawie nie ma mebli. W kuchni jakieś metalowe drzwi położone na kamieniach – to chyba była płyta do gotowania na ognisku (???!!!). Jakaś szafa, parę misek, legowisko, na którym psy zostawiły odchody. Nie udało się znaleźć innego miejsca, w którym spała ta bezogoniasta. W jednym pomieszczeniu – ogromna dziura w klepisku (bo podłóg tam nie było) pełna plastikowych butelek po wodzie (bo i kranu nie uświadczysz… No i chyba się tam kiedyś paliło, bo sufity osmolone, ściany też… Zresztą, może to były ślady po gotowaniu na tamtej „płycie”…
I wszędzie pełno psich pamiątek wdeptanych w klepisko, bo te psy nie opuszczały chaty…
A one same? Przerażone stado kilkunastu zwierzaków, od starych do szczeniaków. Same kundle, niewielkie. Nasi podsunęli im jedzenie i picie, ale bały się podejść do misek. Za to niektóre próbowały gryźć, ale wiecie, szczerzyły kły, podskakiwały i natychmiast odbiegały z podkulonymi ogonami… Wreszcie dały się wyłapać.

Teraz w schronisku się przyzwyczajają. Do powietrza, do bud, do żarcia w czystych miskach, do spacerów, do obróżek, do smyczy, do…

Mieszkała sobie dojrzała bezogoniasta na miejskim osiedlu. I zdrowie jej szwankowało. To fizyczne i to drugie też. Jakoś nikt jej nie pomagał, tylko psy podtrzymywały ją na duchu, a sąsiedzi się skarżyli: że brud, że smród, że szczekanie dni i noce. Nasi byli u niej z interwencją, ale ich do domu nie wpuściła. Nikogo zresztą nie wpuszczała. 
Aż wreszcie udało się ją przekonać, by poszła do szpitala. I nasi pojechali do niej na interwencję. Bezogoniasta była jeszcze w domu. Z trudem bo z trudem, ale wpuściła naszych. Tu też zapachy jak w przysłowiowej psiarni, wszędzie psie legowiska tyle, że pamiątek nie było widać. Za to, gdy nasi odsunęli jedno i drugie posłanie, wybiegły spod nich karaluchy i szybko pochowały się po kątach i szparach…
Pełna rozpacz. Starali się jej tłumaczyć, że psom będzie dobrze w schronisku: czyste, ciepłe budy, dobre jedzenie, będą mieszkać po dwa, po trzy w jednym kojcu, nie zostaną więc rozdzielone… O adopcjach nasi przezornie z nią nie rozmawiali. No bo jak mówić z taką bezogoniastą o rozdawaniu JEJ psów?
Żegnała się z każdym z osobna, a potem przekazywała je naszym, którzy znosili kolejno zwierzęta do samochodu. Jedenaście młodych, niewielkich, pomieszanych cocker spanieli, czarnych i brązowych…
To wszystkie? – pytają nasi. Wszystkie – odpowiada bezogoniasta.

          

A na drugi dzień alarm, bo z mieszkania dobiega psie wycie. A bezogoniasta już w szpitalu. Trzeba było komisyjnie wyważać zamek i szukać. Znalazły się jeszcze dwa psiaki… Schowały się do poszwy kołdry i stamtąd je nasi wytrząsnęli po długich poszukiwaniach.  Bezogoniasta zapomniała o nich? Sama już nie wiedziała, ile ich ma? Specjalnie zataiła? Po co?...

Mieszkała sobie wiekowa bezogoniasta w mieście. Aż wreszcie trafiła do domu opieki, a nasi, zawiadomieni wcześniej, pojechali na interwencję. Tu może nie wyglądało strasznie, ale jeśli w małym mieszkaniu żyje siedemnaście sierściuchów, to ślady – i te na meblach, i w powietrzu – muszą zostać… I były… Ale same zwierzaki, w rozmaitym wieku i kondycji, nie wyglądały najgorzej. Stadu przewodziła natomiast suczka, kundelka, która u nas dostała na imię Kotencja. Chora na jakiś nieżyt skóry, jakiś rozstrój żołądka i na te swoje piętnaście lat…


           
No to koty do kociarni, a ona do szpitalika. Siedziała w nim prawie dwa miesiące, ale doszła do siebie.

I nagle w schronisku znów zrobiło się ciasno, że nie ma gdzie pazura wetknąć…

Podobne historie, prawda? I wszystko to w krótkim odstępie czasu. I na terenie, który pies, nie spiesząc się, w dwa dni obleci, a bezogoniasty samochodem w godzinę objedzie… No dobrze, w dwie. To ile jeszcze może być takich miejsc? W których bezogoniaści żyją z psami i kotami, w takich samych jak zwierzęta warunkach? Kto to zgadnie, nie? Ale skóra się na karku jeży!...