Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frosta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frosta. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lutego 2016

O miłości prawdziwej i takiej... mniej...

Znów nam sprzątnęli współpsiolokatora! Ledwo go zareklamowaliśmy, ledwo jedna z naszych cały ranek siedziała, żeby zrobić jakiś obrazek z tysonową facjatą, wymyśliła chwytliwy i wychwalający tekst, ledwo to wrzuciła na fejsa... aż tu nagle przychodzi wiadomość "Tyson idzie do domu!"... No i cóż. O 10:50 cały świat wie, że Tyson do adopcji, a o 11:10 już się umowa podpisuje w biurze!

Niech mu się szczęści!

Przechodzę do tematu...

Przeszłam się kilka dni temu na spacer wieczorny, samotnie, po placu... i tak człapałam to tu, to tam i słyszę "nie martw się, coś się wymyśli... pojedziesz na badania, wszystko będzie wiadomo i na pewno się da... A tamten, to ja ci mówię, osopsiście do niego pojadę i go chwycę tak za kostki, że będzie cię wspominał przy każdym kroku! Żaruś...". Hmmm, postanowiłam się tam przejść, zobaczyć, co słychać. W jednej miejscówce mieszka Frosta z Żarkiem... Kochają się, nie ma co kryć!


Przegadali już niejedną noc o tym, jak im się żyło w samotności czy bez poczucia jakiegokolwiek miłego uczucia od strony "opiekunów"... Frosta pyta się Żarka, jak się czuje, pilnuje, żeby nie wypluwał tabletek, jak go bardziej zaboli, to dmucha w to miejsce, bo wtedy boli mniej... Łepek przykłada do żarkowego łba, tak jest bezpieczniej, cieplej...

O Froście pisałam osobiście. TUTAJ możecie o tym poczytać, chociaż pewnie czytaliście, bo to najbardziej czytliwy post ze wszystkich postów.


Frosta jest malutka, Frosta jest urocza, Frosta kłóci się z kotami.... Przy tej ilości uroku, to jej można wybaczyć. W końcu są domy bezkocie!

Skąd się wziął Żarek? I co go może boleć...? Zacznijmy od psa. Oto i on:


Żarek długie lata mieszkał w pewnym mieście, przy pewnej ulicy, w kojcu, przy domu. Pustym domu. Pustym od lat. Ale miał tam mieszkać I JUŻ, bo tak, bo przecież ktoś musiał. No to pies. Nie jeden, ale o tym zaraz.

Buda była, ale wielka, nieocieplona i z gołymi dechami na dole. Zamiast słomy, było tam może z dziesięć słomianych słomek... A na dworze mróz, śnieg, zawierucha. Woda szybko zamarzała, żarełko pokrywało się śniegiem. Ktoś czasami przynosił świeżą wodę, ktoś dosypywał jedzenia, a potem znów śrubował wejście do kojca i szedł czy jechał do innego domu. Bo przy tym, którego pilnował Żarek, nie mieszkał nikt. Od wielu lat nikt. Tylko Żarek i jego kolega.


Co Żarka boli...? Ech, no widzicie... Kiedy pierwszy raz zobaczyłam, to już chciałam krzyknąć "Eeeej, koleeegooo, coś ci się przyczepiło, tam, na podogoniu!", ale jak podbiegłam to mnie coraz bardziej sierść stawała od nosa po koniec ogona. To się nic nie przyczepiło. To wyrosło. Czy wyrosło od środka i wyszło, czy odwrotnie - tego nie wiem, ale może się dowiemy. W każdym razie wygląda to ŹLE. Tak kiepsko, że nie będę tutaj Wam pokazywać. Boli. Takie coś musi boleć. Bardzo.

Znów nasi usłyszeli, że to przecież nieoperacyjne! No teraz na pewno nie....... "Opiekun" jednak nic nie wspomniał, żeby miał jakiekolwiek kolorowe guziczki do podawania, żeby nie bolało, żeby nie rosło, albo żeby rosło wolniej, żeby żyło się lepiej. Słyszeli jednak tak dziwne inne rzeczy, że sami nie zrozumieli, jak to możliwe, więc ja tym bardziej nie wiem, nawet powtórzyć nie umiem! Nie warto...

Razem z Żarkiem domu, w którym nikt nie mieszka, pilnował Renek.


 Taka zagwozdka, bo Renek wygląda bardzo staro, bo i chodzi niepewnie, zgarbiony, i nie widzi też już prawie całkiem... Ale ząbki ma bialuśkie! Czy faktycznie jest starszy, ale dbał o kły, czy jest jednak młody, a życie go tak postarzyło...?

Renek miał do dyspozycji budkę. Mniejszą, ale też cieniuśką, ze słomkami zamiast słomy. Do tego wielka micha z zamarzniętym jedzeniem, miska z lodem i stada... nie, STADZISKA pcheł biegających wśród lichej sierści.


Żarek z Renkiem kochają ludzi bez pamieci. Lgną do nich, garną się do głaskania, byle czuć obecność ludzi, byle je dotykać chociaż jednym palcem! Jak bardzo czuły się samotne przy wiecznie pustym domu? Renek pożerany przez pchły, zmarznięty tak, że telepanie się z zimna nie pozwalało zasnąć, zmęczony przez to tak bardzo, że jak tylko poczuł ciepłe kolana, to powieki opadały mu same, a na twardej podłodze u psioweta próbował wymościć sobie kafelki drapaniem, robił dwa kółka w lewo, trzy w prawo, jeden w lewo, kładł się i myślał tylko o śnie...


Ech... i wiecie, że ten pańcio, który tak te dwa psy ukochał i który je trzymał tam, gdzie nie dość, że sam nie mieszka, to jeszcze NIKT nie mieszka, na drugi dzień przywiózł w to samo miejsce kolejne...? Tak samo skazane na samotnośc...

Do naszych odezwał się nawet ktoś, kto bronił tego "opiekuna". Nie wiedziałam sama, czy śmiać się, czy zęby szczerzyć... Bo takie rewelacje się dowiedzieli:
- słoma to wylęgarnia pcheł.
- koce to jeszcze większa wylęgarnia
- psy od lat mieszkały na dworze, więc dostosowane
- przecież sierść zmieniają co sezon
- nikt w tym domu nie mieszkał, więc tym bardziej potrzebne tam stróże!

Niech to Tyson! A u nas tyle słomy! Tyle koców! ...a pchły ani jednej, bo tak jest każdy zwierz na wejściu wypsikany, że to musiałaby być SuperPcheł, żeby to przeżyć! I jakoś u nas nawet Grafit czy Borysek mają słomy pod nosy, chociaż sierściaste są zdrowo... 

I cóż... Renek jest przekochany i żal patrzeć na te jego oczy... Żarek jest przecudowny i żal patrzeć na to podogonie..... Jest jednak coś, czego jest mi żal jeszcze bardziej... Nie wiem, czy ja dobrze usłyszałam, ale muszą u nas mieszkać jeszcze jakiś czas, nie ma innej rady... I tego mi żal okrutnie...

Frosta może do domu jechać, gdyby ktoś zechciał ją adoptować. Czy wtedy jednak nie pęknie serce Żarkowi...? Kto będzie go pocieszał, podtrzymywał na duchu, trzymał za łapę w gorsze dni, których prędzej czy później będzie coraz więcej... Zrozumie jednak. Będzie musiał....



Potrzebują zwierzaki dużo miłości. Czy małe są, czy duże - potrzebują. To, że mają rolę stróża, nie zamyka im w serc, nie kasuje w głowie potrzeby bycia z człowiekiem, nie sprawia, że nie będą potrzebowały bliskości, miłości, czułości, ciepła...

Larsi

środa, 20 stycznia 2016

Zlodowaciał świat, w lód niektóre serca się zmieniły...

Jakbyście nie zauważyli... Mamy zimę. Śnieg leży, sopelki zwisają z dachów, mali dwunożni siadają na takich pozbijanych deseczkach, co to zamiast kółek mają takie dwie jeszcze jedne deseczki podbite czymś, co będzie bardziej śliskie i na tym więksi dwunożni ich ciągają. Frajda! Podobno, bo ja nie jeździłam, ale dzieci się cieszą bardzo z tego. A psy jak lubią śnieg! Znaczy mniej więcej połowa z nich... Ganiaaają, nos wsadzają w puch, tarzają się, pełnia szczęścia! Druga połowa wychodzi na spacery niechętnie, co rusz podnosząc łapki, żeby im rozgrzać i rozmasować, niektóre się kładą do góry girkami i czekają na pomoc zmarzniętym poduszeczkom!

Przy takich temperaturach najważniejsze jest ciepełko... Ciepełko w sianku, w budzie, ciepełko domowe, mieszkankowe, posłankowe... Ciepełko w sercach... U niektorych ta zima przedziera się przez drzwi domu, przechodzi przez sień czy przedpokój do pokoju, wdziera się do dwunożnego, zadomawia się w sercu... Że też wtedy sople mu nie zwisają z ramion... Że też mu to nie przeszkadza, może tak żyć, przechodzić obok spokojnie...

W mieście kawałek od naszego, pewien pan mieszkał sobie właśnie tak spokojnie. Sam do spokojnych nie należał, chociaż krzywdy może i by nie zrobił. Pokrzyczeć lubił i popić sobie tego i owego.

Doniósł ktoś naszym z Miasta Ciuchci i Pary, że ten dwunożny ma pieska malutkiego. Dorosły, ale dużo od ziemi nie odrośnięty. Trzaskająąące były wtedy mrooozyyy, że mało który nos było widać poza budą! Pojechali nasi i przy jakimś budynku stał sobie stół, fotele i inne takie przeróżne rzeczy. Na fotelu siedział mały piesek... malutki, faktycznie. Fotel wcale duży nie był, ale przy zwierzaku to co najmniej królewski tron!



Nasi poznali po psiolaskowym brzuchu, że całkiem niedawno coś w nim mieszkało... rozejrzeli się... są! Małe, sierściaste kluski! Rozpełzłe po betonowej, lodowatej podłodze...


Do niedawna pełzało ich pięć. Od pewnego czasu juz cztery... Jak to mówią dwunożni, a ja przecież uczona - 1:0 dla mrozu... Ani posłanka psiury nie miały, o budzie nie wspominając, ani wody, do jedzenia też nic... Dzieciarnia to jeszcze stołowała się u matki, ale żeby matka się podzieliła, to musi mieć czym!

Nasi nie chcieli, żeby trzeba było coś znów odejmować, więc zabrali całą rodzinę do samochodu i wziuuuu do nas!

Nie było przebojów z właścicielem, bo po prostu go nie było. Z tego co słyszałam, to teraz też go ciężko złapać. Ciekawe, czy w ogóle się zastanawia, gdzie są kluski z matką...

Psiolaska dostała u nas na imię Frosta. 


Dzieciaki to Jaskier, Tris, Ciri i Jenefer.




Z tego, co wiem, to już młode podrosły na tyle, że mogą wyfruwać w świat! Frosta też już zamyka jadłodajnię, może się rozglądać za nową miejscówką. Psiolaska jest tak radosna i tak sympatyczna, a do tego tak mała, że dom znajdzie się szybko!

Nie to, co ja... długołapa psica, w dodatku z porządnie zapisaną kartą zdrowia...

Nie myślcie, że to koniec. Teraz interwencja, która długo nie wyjdzie naszym z głów. Często będą ją wspominać, wlazła solidnie...

Skąd wiem? Bo nasi przyjechali świeżo po niej do schroniska. Coś mieli jeszcze do załatwienia. Byli tak zdenerwowani, że aż wylazłam z legowiska i kazałam się głaskać! Wiadomo, że psi łeb ma właściwości odprężające... Chodziłam tak między nimi, Ares oczywiście też, bo gdzie ręce są wolne, tam jego głowa musi się znaleźć... i nasi nam opowiedzieli...

Dowiedzieli się, że w pewnym miejscu stoi dom. Przy domu jest kawałek ogrodu. I na tym ogrodzie leży pies. Od kilku dni leży. Wokół śnieg, na tych kijkach z kreseczkami i kolorową rureczką brakuje sporo do zera, a on leży pod stołem.

Pojechali nasi! Aż się kurzyło! Już od bramy ją zobaczyli...



Weszli, zaczęli rozmawiać i coraz bardziej włosy jeżyły im się na plecach...

Najpierw słyszeli, że pies już nie wstaje, nie jest w stanie. Potem właściciele mówili, że przecież chodzi czasem! Przy naszych psiolaska ledwie głowę podniosła...

Usłyszeli nasi, że jej wcale nie jest zimno! Nie jest, bo oni gotują trzy razy dziennie gorące jedzenie! Dziwni dwunożni... przecież nawet ja wiem, że jak się łapek nie schowa to wcale nie robi się cieplej. Trzeba się zwinąć porządnie. Zakopać w coś. A ta psiolaska nie była w stanie...

Leżąca owczarka miała ponoć lat 14. Niemało. Była brązowa, śliczna i dość puchata nawet. Tylko puchatość nie sprawi, że mróz nie będzie w stanie dotrzeć do środka... I zupa nie sprawi, że cały pies, łącznie z końcówkami uszu i łap się rozgrzeje na długo... 

Psiowet ponoć widział psa jakiś czas temu i stwierdził, że guziołów się nie rusza, bo jak się jeden wytnie, to po psie... Toż to jakieś średniowiecze! Jakby to nasi psioweci usłyszeli to pewnie wyglądaliby jak jeden z naszych szczeniorów...


 Tłumaczyli mu wtedy, że nie może ciągać starszyzny za uszy i sikać na środku podłogi... Jedyną reakcją było PFFFFF ście wymyślili!

...ech... no i psiolaska żyła sobie, na niej rósł guz. Kiedyś był pewnie małym placuszkiem. Nie przeszkadzał, nie było go widać. Potem rósł, rósł... RÓSŁ... A to, co miał na zewnątrz to nie musiało być wszystko... Co się działo w środku? Nasi wiedzą, że psina kulała, że skarżyła się nie raz i nie dwa... Jej opiekunowie bardzo ją kochali ponoć, tylko dlaczego uwierzyli temu jednemu psiowetowi i nie poszukali drugiego?? Przecież taki kochany pies, przecież jest z nimi od 12 lat, przecież nigdy nie jadł suchej karmy, zawsze gotowane rarytasy! Przecież wszyscy nie widzą poza nim świata!

...przecież teraz się nie pożegnają, to nie do pomyślenia, przecież dzieci się spłaczą, przecież się wszyscy przywiązali!

...tylko dlaczego w ten zimny, BARDZO zimny dzień wszyscy grzali zadki w domach...? Dlaczego nie okrywali psa, nie przenosili do budy, nie zabierali do domu...?

Jedna osoba powiedziała, że może do kotłowni by trafił do czasu przyjazdu weterynarza? Pomysł dobry! Ale druga zaraz odpowiedziała, że przecież on tam świata nie będzie widział i ludzi! Pewnie, bo teraz widzi... Na pewno rodzina rozpala ognisko, żeby pies nie czuł się samotny... i żeby go rozgrzać od zewnątrz... Nasi wiedzą też, że według tych dwunożnych kotłownia to nie był dobry pomysł, bo przecież się podłoga pobrudzi.... Przecież psiolaska nie wstawała... ale jadła, piła zupę... No to wiecie, co się dzieje, kiedy się coś zje... A psina wstawać nie mogła... To nieszczęsne jedzenie też sprawiło, że pies był "zdrowy"... Bo jadł. Przecież skoro ma apetyt - znaczy nic mu nie jest! 

Kłótnia trwała długo. Bardzo długo. Naszym odmarzły prawie stopy, chociaż buty porządne, a właściciele co chwilę zawijali coraz bardziej kurtki. Pies leżał dalej na gołej ziemi. Ale przecież nie było mu zimno.... Nasi wiedzą, że leżał tak wiele dni. Że kiedy padał śnieg, to padał też na psa. Rano można było zobaczyć oddychającego, żywego bałwanka... Przecież wystarczała ciepła zupa, żeby go rozgrzać i śnieg stopniał...



Kiedy argumentów tych właścicieli zabrakło, to nasi usłyszeli też, że... psina miała gorączkę! I przecież to normalne, że się chłodzi całe ciało wtedy! Przecież dzieciom się tak robi!

Niech to Tyson! Co to za gorączka, którą obkłada się lodem przez kilka dni BEZ PRZERW?? I wiecie co... Nie słyszałam, żeby dzieci też przy gorączce mogły leżeć byle gdzie i byle jak, nieumyte i nieokryte... Ale co ja tam wiem, jestem psem...

Na nic tłumaczenie, że tak nie wolno, że przecież psina cierpi... Odbijało się, jak odbija się od podłogi piłeczka Aresa... Bo przecież nie widać, że psiolaska cierpi... gdzie nasi to widzą, skoro nie widać... A ona już się może nacierpiała głośniej... Ile można, skoro w końcu ten obcy na plecach, pod jej sierścią odebrał wszystkie siły...

.........

Nasi tak się nagadali..... że jednak rodzina pożegnała się z owczarką.... na zawsze.... 

...i wiecie co...? Nasi podziewali się różnych rzeczy... Po tych rozmowach, po odbijaniu się od muru obojętności, po tym, jak nie mogli się przez niego przebić na tyle skutecznie, żeby prócz myśli "przecież jesteśmy tacy przywiązani" pojawiło się również "psina CIERPI od dawna, marznie, jest zrezygnowana i być może na skraju życia"... spodziewali się różnych rzeczy, ale nie tego...

...kiedy część psiolaski odleciała wysoko, wysoko...

...ktoś powiedział... "Przynieśmy koc i okryjmy, nie będzie jej zimno"......

Kiedy to usłyszałam, uwierzcie, nie mogłam nabrać oddechu, nie mogłam ruszyć nawet kawałkiem ucha... Ares paszczę otworzył, Dżokejowi oczy się zaszkliły, a Kłusek tylko trzęsąc się podreptał do siebie...

...nie wiem, nie mieści się to... Za życia na mrozie, pod śniegiem, na zmarzniętej ziemi... Nie mogąca się już ruszać, więc BEZ WYBORU, gdzie leżeć... a kiedy zmęczona odleciała, wreszcie wolna i zdrowa, patrzyła tylko, jak znajduje się koc, żeby ją okryć... 

Szkoda, że taki guz był najwidoczniej do zaakceptowania. Przecież szukałoby się pomocy... Szkoda, że ciągłe leżenie na mrozie było tak łatwe do zaakceptowania... Przecież można było psa zabierać do środka chociaż na jakiś czas, przykrywać... (ach, nasi usłyszeli, że przecież jakby właściciele zrobili schronienie takie od góry, to musieliby z tym za psem biegać!... No tak, przecież to straszne opiekować się psem, który spędził z dwunożnymi 12 lat i jest się do niego taaak przywiązanym...)... 

Szkoda, że po tym wszystkim serca nie stopniały i wciąż pojawia się tylko "ale przywiązaliśmy się"...


(nie, to też nie ten owczar...)

Niech rozgrzeją się wszystkie serca zanim przyjdzie wiosenne słońce...

Dziękuję za uwagę... Nie umiałam tego krócej...
Larsi