Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 września 2014

Kuchenno-biurowe rewolucje

Obudziłam się w nocy, wyczułam, że chyba stróż zaczął kolację szykować... Nie to, że jakiś żarłok jestem! Po prostu muszę czasami sprawdzić, czy aby jedzonko nie trujące, dobrze doprawione, takie tam... wiecie...

Wyłażę spod mojej ławy, dreptam do kuchni, drzwi się uchyliły... Co ja widzę!? Pod stołem Czarek śpi!


Pomyślałam sobie... Skoro Czarek jest pod stołem w kuchni, to Hedar pewnie pokonany! Leży gdzieś ledwo żywy! Biegnę na pomoc!

Wybiegam z kuchni, zaglądam za róg... Leży Hedar! Do góry nogami! Kopyta na ścianie! Głowa na podłodze! ....i chraaapieeee.... Szturcham...

- Hedar! Czarek w kuchni się panoszy, ty śpisz, co tu się wyrabia?

- Chrrr... Hę? Ale o co chodzi...?

- No jak to, Czarek i ty w jednym pomieszczeniu!?

- Oooo jeeeżuuu kolczasty, nooo iiii...?

- Nie strugaj wariata! Się drzecie na siebie przy każdej możliwej okazji!

- Eeeee, przywidziało ci się... Czarek fajny jest... chrrr...

...śnię chyba! Wylazłam z biura, żeby się przewietrzyć, może się obudzę... Ledwo kilka kroków zrobiłam, patrzę - Klajd leci! Z tym krzywym łbem, to i krzywo biegnie, po łuku. Krzyczę do niego, że niech nie lezie do jaskini lwa, tam i Hedar, i Czarek siedzą! Knują coś!

- Eeeee, Bulbka, nie panikuj! Toż chłopaki fajne są, o co ci chodzi?

...na pewno śnię! Zanim polezę do biura i obejrzę tę krwawą jatkę, poopowiadam jak to z tym Klajdem wyszło, zanim dostał miejsce w kuchni (przed nim mieszkała tam Kotencja, ale odleciała do Majki...).

Pewnego dnia do schroniska przyjechała suczka z psem. Razem się szwendali po mieście, dostali imiona Boni i Klajd. Ponoć tak się nazywała jakaś słynna para przestępców... ja tam nie wiem, psy grzeczne są przecież i takiego słowa jak "przestępstwo" nie znają...

Boni to śliczna, czarna suczka. Grzeczna, średniej wielkości, och i ach!


Niestety do Boni przyplątał się pech. Jakiegoś guza miała, trzeba było badania robić... Zgłosił się pewien pan, który pomógł finansowo i mało tego - potem zdecydował się adoptować Boni, chociaż okazało się, że te guzy to są bezczelne czy złośliwe, czy jakoś tak... Boni ma ogromnego pecha, bo mimo młodego wieku jest ciężko chora, ale ma też ogromniaste szczęście, bo ma DOM, prawdziwy dom i ekstra-super opiekuna, przy którym o chorobie można zapomnieć!

Klajd to pies o dość... nienachalnej urodzie...


Ten krzywy łepek to nie tak kokieteryjnie, Klajd po prostu tak ma, jakby ciągle był zdziwiony. Poza tym to straszna przylepa. Agresji nie ma w nim ani ociupinę, za to uwielbienie do bycia głaskanym, mizianym i drapanym aż się z niego wylewa! Przez jakiś czas brał leki wzmacniające, pomieszkiwał wtedy w kuchni, a przez to, że okazał się niezwykle grzeczny i ugodowy - w kuchni już został. Fajna miejscówka! Ciepło, jedzonkiem pachnie, co jakiś czas pewnie coś ze stołu spadnie... I najważniejsze, że jest dużo rąk do poprawiania kocyka...

(tak, te dwa uszka, łypiące oko i kawałek łapy to Klajd...)

Jak już jesteśmy w temacie kuchni - mieszka tam jeszcze jeden lokator. Biiidaaaaa, że strach... Starszy, chuudyyy, wyliniały, znaleziony z pazurami zawijającymi się w kółeczka, ledwo chodził, ledwo stał...


Bywało z nim już kiepsko, trochę się kurował w lecznicy, trochę mieszkał w schronisku, potem znów w lecznicy... Zamieszkał w kuchni, pod kaloryferem. Ma kołderkę, miseczki blisko...


Na spacerki chodzi codziennie, łapa za łapą, powoluśku, niespiesznie. Dokąd ma pędzić? Moooże jakby był CZYJŚ... i do tego KOGOŚ by miał człapać... to pewnie by biegł, ile w zmęczonym psim ciałku by sił było! Cakar jednak nie narzeka. Sam mówi, że nie pamięta, kiedy miał tak dobrze. Brzuch pełny, posłanko mięciutkie, kaloryfer grzeje, pogłaszczą, dobre słowo powiedzą (rozumieć nie trzeba, po co? Da się wyczuć, że dobre...).

I tak to się narobiło, że w kuchni teraz mieszka dwóch starszych, kulturalnych panów.

...ufff, jak już tak naopowiadałam, czas wracać do biura. Kto wie, co tam teraz się wyrabia...

Nie! To jednak mi się śni! Hedar chrapie na pół biura, kopytami wierzga, pewnie biega przez sen, Czarek się bawi ze stróżem, podgryza go i udaje, że atakuje, Klajd na to wszystko patrzy zdziwiony (jak zwykle)! Głowa mnie tylko rozbolała, przecież to jakiś dom psiowariatów, idę spać!

...wstałam rano... Powoli wyłaniam się z szatni... W kuchni pusto.... Dreptam do biura...


UFF, jest Hedziu! Na swoim męskim, różowym posłanku! Nooo to mogłam odetchnąć! Podreptałam więc w stronę wyjścia, co by plac obejść, mijam drugie biuro, kuchnię, mijam róg, skrę....... nie skręciłam, stanęłam jak wryta...


No i w biurze też małe rewolucje. Teraz mieszkam JA, najważniejszy pies schroniska, z dwoma ochroniarzami, budzącym respekt Hedarem alias "Ciepłe Kluchy" oraz niepozornym Cezarym alias "Cichy Zabójca - Zaliżę Cię Na Śmierć".

-----------

Drodzy Czytaciele, muszę dopisać sprostowanie... Post pisałam dwa dni temu i wczoraj się odaktualnił... Już stan liczebny biura się nie zgadza, znów mam jednego ochroniarza pooonieeewaaaż...

CZAREK WCZORAJ POJECHAŁ DO DOMU!!!!!

Trzymaliśmy mocno za niego kciuki, bo psisko do dzieci idealne (bardziej do nich biegnie zawsze niż do dorosłych, wiadomo, dzieci niższe, Czarek niziutki...), ogólnie grzeczny jest i pocieszny i tyle czasu szczęścia nie miał.

Będzie mieszkał z dwójką dorosłych, ale co najważniejsze, również z dzieckiem! I to pewnie ono wypełni całe czarusiowe serce... 

-----------

W poprzednim wpisie prosiłam bardzo o dom lub chociaż wsparcie dla Matii... Nie udało się, nie zdążyliśmy, nie wygrała... Matia odeszła...


Jeśli możecie, zajdźcie do schroniska albo wyszukajcie w internecie jakąś starutką bidę, przygarnijcie... Czasami zostanie tylko kilka miesięcy, czasami rok, czasami miesiąc, tydzień... Nie macie pojęcia, jak piękny to będzie czas... 

środa, 9 lipca 2014

O psie, który pojechał nad jeziora

- Buuuulbaaa! Bulba! Buulba noo!

- Czarek! jak zwykle krzyczysz... tyle razy mówiłam... co chcesz?

- chodź, obejrzyj zdjęcia! Chodź, bo już każdemu pokazywałem! Kto chciał!

- jakie zdjęcia??

- na wycieczce byłem! Wzięli mnie, bo jestem FAJNY! Można powiedzieć, że wygrałem KASTING, bo szukali psa, który czułby się swobodnie w tłumie i nie obchodzi go kto go głaszcze. No to przecież, że JA! I ten urok osobisty, wdzięk, czar, powab, skromność... Mam maaaasę zdjęć, choooodź, obejrzyj...

To było tak...
Wycieczka była zaplanowana od kilku dni, wszystko naszykowane i uzgodnione. Ja wykąpany... Do dziś jeszcze trochę się o to gniewam... Nie wypada jednak publicznie się pokazywać w takim schroniskowym futrze... Plan był zacny - uczymy dzieciaki obchodzić się z czworonogiem!

Jak już skorzystaliśmy wszyscy z toalet i zapakowaliśmy do samochodu, ruszyliśmy w drogę... ja jechałem z tyłu, niby bezpieczniej, bo mata była specjalna. Okienka otwarte...


Stwierdziłem jednak, że nie będę gwiazdorzyć i szofera nie potrzebuję, przesiądę się...


Poradziłem sobie sam, może i łapki mam krótkie, ale reszta długa, więc bez problemu, z gracją się przetrasportowałem. Od razu lepiej było! Wiaało mi w twarzopysk z takich dziwnych kółeczek z przodu, a jak się przesiadałem na dół, to mi wiało w pupę, całkiem w porzo!

Jechaliśmy tak i jechaliśmy... i jechaliśmy... aż się nie pojawiła zielona tablica z napisem ŁAGÓW. Potem tylko parking, miejsce, drzwi otwarte i OTO JESTEM! 


Może nie wyglądam szczególnie, ale po podróży... nie było gdzie się odświeżyć. Był czas tylko na pochłeptanie wody, fotkę, zabranie niezbędnych, drobnych akcesoriów i w drogę! Podreptaliśmy do centrum, gdzie była zbiórka z resztą "ekipy".

Tam znów dostałem wody. Upał był taki, że miseczka była za mała i musieli mi dolewać! Dobrze, że wody nie brakowało.


Jak popiłem to mi się od razu uszy podniosły! Kilka centymetrów, ale zawsze to pies wyższy!

Potem ekipa się obładowała skrzynkami, krzesłami, butelkami, kocami i najważniejsze - PSIMI CIASTECZKAMI i podreptaliśmy dalej, już tylko kawalątek. 
O! Tutaj!


Rozłożyliśmy kocyk, krzesełka i WRESZCIE można było zabrać się za prowiant!


Dali mi tylko kilka malutkich kawalątków i udawali, że nie ma więcej... Ja im oczywiście nie wierzyłem (nos od czegoś mam!) i BARDZO uważnie obserwowałem jak tylko ręka znikała w torebce czarnej...


...albo białej...


Potem przybiegły dzieciaki! Miałem pełno roboty! Wyjaśniałem poradnik...


...tłumaczyłem jak dawać psie ciasteczka, żeby łatwiej się zabierało z człowieczej łapki...


...pokazywałem, gdzie jest najfajniejsze miejsce do głaskania...


...właściwie ja mam duuużo fajnych miejsc do głaskania...


...z chłopakami pogadałem o piłce!


Byłem też czujny i pilnowałem, czy gdzieś jakiś pies nie biega luzem...


...i czy kawałek kiełbaseczki przypadkiem nie turla się zbyt blisko krawędzi talerzyka...


...i czy chleb się jednak nie ukruszy, na pewno coś dobrego w środku jest...

......


...daaaaajcieee spoookój... WEGAŃSKIE było... ale zjadłem! W sumie to i poświęcić się mogłem i zjeść jeszcze kawaląteczek...

Żeby nie było, że tylko śliną kapałem na boki! Swoje jedzonko też dostałem! 


Sesja była też! Byli klauni, którzy robili różne rzeczy z baloników! Poprosiliśmy ich, żeby zrobili sobie ze mną zdjęcie a oni wykrzyknęli: AAAA to TEN piesek ma na imię Czaruś! Dzieci chciały z baloników pieski Czarusie i nie wiedzieliśmy o co chodzi!

No! Teraz klauni mają zdjęcie z tym SŁYNNYM Czarusiem!


Potem zrobili mi zdjęcie "na owczarka"...


Praaawdaaa, że rasowy owczarek? Niemiecki!

...a sam sobie zrobiłem słitfotkę, to taka moda ostatnio! 


...po tych szaleństwach zaczęliśmy się zbierać w drogę powrotną. Tylko na chwilkę zatrzymaliśmy się na gofery (dooobre gofery są, ze sosem czekoladowym... mmmm... dostałem jednak tak maciupenieczki kawałek, że już prawie nie pamiętam...). 

Przed podróżą jeszcze tylko siku (tylko ja z krzaków skorzystałem, inni jakieś pęcherze mają z gumki chyba...), woda i wtarabanić się do samochodu. 


iiiii kto się pomylił i stwierdził "o! jaki owczarek"! Hę? Przyznać, owczarek, nie? 

...no wiem, że nogi krótkawe mam...

W każdym razie - znów mnie usadzili do tyłu, ale tym razem szybciej zdecydowałem SIĘ przenieść na przód... 

Wróciliśmy akurat w czasie obiadu. Powitanie miałem zacne! Wszyscy się pytali jak było, a ja tylko szedłem środkiem i się darłem...eeee... to znaczy OBWIESZCZAŁEM wszystkim, że było zajepsiejskobiście!

- Czarek, ty się zawsze tak drzesz, kiedy wracasz ze spaceru...

- ale wtedy się darłem...eeee... znaczy OPOWIADAŁEM, że było wyjątkowo! Poza tym czekaj, jeszcze jedno ostatnie zdjęcie mam. To już po powrocie zrobione. Nie patrz na misia, to nie mój, to po poprzedniej psiolokatorce został! 

Trzymajcie się! Buziaczki!


środa, 2 lipca 2014

Z okazji Dnia Psa życzę spełnienia psich marzeń



Siedzą zwierzaki w Schronisku i marzą... Żeby wychodzić na spacery częściej, żeby były głaski na żądanie, żeby częściej może gotowanego kurczaczka dostać...

Tymczasem przybywają czasem psy, które po kilku dniach mówią:

- ale u was faaajnieee! Spacery są, głaszczą mnie tak często, jedzenie codziennie i świeża woda! Na głowę nie kapie, w budzie ciepło...

Niektóre do listy mogą dodać - wreszcie nic nie swędzi, nie skrobie, nie potrzebuję wydrapać się do kości... Tak może powiedzieć Mila.

Kiedyś śliczna kulka, pewnie w typie husky, rudawo-biała. Pocieszna. Nie wiadomo co było pierwsze - czy przestała być urocza, czy potrzebowała więcej uwagi, czy się drapała, więc myśleli, że pchły, a w domu więcej zwierząt nie trzeba? Wylądowała na łańcuchu. Z czasem straciła sporo pięknej sierści, w tych miejscach skóra paliła, swędziała koszmarnie...


Właściciel widocznie karmił Milę po nocy, że tego nie widział... W dzień może go słońce oślepiało? Na szczęście obcy ludzie mieli lepsze oczy i wezwali naszych. "Opiekunowie" dostali krótki termin, mieli zabrać psa do psiego szpitala, mieli zacząć go leczyć. Nasi by pomogli, ale wymagali odrobiny dobrej woli... Niestety życie Mili nie zaczęło się u odpowiednich ludzi i właściciele ani pół złotówki nie chcieli wydać na psa.

U nas suczka powoli dochodzi do siebie, pięknieje w oczach, ma ciepłe miejsce do spania, spaceruje regularnie do lasu i przede wszystkim - skóra wraca do normy i sierść odrasta...

Niech tylko pozbędzie się wszystkich żyjątek ze skóry... Będą kolejki chętnych chcących ją wziąć do domu!

Inny pies może dodać "jednak jestem ważny, jednak zwracają na mnie uwagę i mnie lubią, może nawet jestem potrzebny?". Takim czworonogiem jest między innymi Czarek.

Może miał swoją rodzinę, która o niego dbała. Może był kochany. Niestety z jakiegoś powodu został sam, stracił "swoich" ludzi. Nikt nie chciał go przygarnąć, Czarek sypiał przy opuszczonym domu, na brudnym kawałku CZEGOŚ, bo już nie można było rozeznać co to było.Jakby tego było mało, miał chyba nie po drodze z jakimiś psami, bo jego szczęka była dziurawa jak sito do odcedzania kurczaka... W dodatku coś już zaczynało się z tym robić niedobrego, bo w takich warunkach to nic się goić nie będzie...


Smutny, z krzywymi łapkami i paprającymi się dziurami w brodzie. U nas odżył! Broda wróciła do zdrowia, Czarek też już jest weselszy! Mieszka na balkonie (to takie miejsce z niskimi barierkami), więc jest chyba najczęściej głaskany ze wszystkich psów. Kiedy ktoś przechodzi, on zaraz uszy nadstawia, ogonem merda, wspina się na barierki, domaga się, a co! Nacierpiał się, więc mu się należy!

Może i łapki ma dalej krzywe, ale to tylko dodaje uroku (jakby w tej zadowolonej paszczy z nietoperzowymi uszami było jej za mało)! Na spacery chodzi z radością wielką, z dorosłymi i w towarzystwie dzieci. Drepta wtedy dumnie, zamiatając ogonem na wszystkie strony i drąc się na wszystkie strony "PAAATRZCIE! Idę na spacer! Nie jestem taki koszmarny i do niczego!!"

Czasami psy marzą o własnym domu i czekają na właściciela... Któregoś pięknego dnia przychodzi ktoś, wyszukuje dla siebie czworonoga i po podpisaniu umowy oboje jadą "do siebie". Psiak z nadzieją, żegnany życzeniami dobrego domu i szczęśliwego życia... I tylko właściciel wie jaka będzie prawda... Bo przecież zabranie psa ze schroniska to jest najlepsze co się może psu przytrafić i każde warunki poza schroniskiem są super, prawda? Bo najważniejsze, że nie można powiedzieć, że ten pies żyje w schronisku. Nie jest schroniskowy, ma dom. A to, że ten dom nie można nazwać ani domem, ani budą, ani schronieniem, ani nawet po cichu nie można powiedzieć, że warunki są niezłe, bo by się minęło z prawdą tak, że nawet zapachu prawdy by nie było...

Bija. Zabrana do "domu", kiedy jeszcze była szczeniakiem. Jak długo cieszyła się dobrą opieką i uwagą? Podrosła i miała za dużo energii, czy zawsze miała skończyć tak?:


Jej "domem" była komórka. Myślicie, że w komórce miała fotel, dywanik, poduszeczkę? Może chociaż kawałek wykładziny...? Niestety nie było kawałka miejsca na którym można by było się położyć. Jakkolwiek, nie pisząc o wygodzie... W umowie zapis o zakazie trzymania psa na uwięzi chyba się poplamił, bo Bija była przywiązana do ściany na stałe. Nikt też nie widział "gorącego uczynku", ale po powrocie do nas, psina bardzo bała się ludzi, szczególnie panów... Przez jakiś czas była cicha i wystraszona. Na szczęście szybko przekonała się, że u nas nikt jej nie skrzywdzi.


Takiej uwielbiającej zabawy, bieganie i wygłupy suczce, potrzebny jest ktoś, z kim będzie szaleć codziennie, a nie sznurek na stałe przyczepiony do ściany... Trzeba wierzyć, że się doczeka.

Z okazji pierwszolipcowego Dnia Psa życzę, żeby każdy zwierzak trafi dobrze, żeby głasków mu nie zabrakło, żeby spacery były długie, żeby nie było nudno... I żeby ludzi takich jak opiekunowie Mili czy Biji było coraz mniej, albo chociaż żeby ruszyło ich sumienie... I żeby było coraz mniej psów, które będą się zastanawiać czy w ogóle komukolwiek na nich zależy...

- Hedar! Rusz zad! Idziemy się gapić, czy gwiazdka z nieba spada, gdzieś trzeba życzenie wypowiedzieć, bo jeszcze się nie spełni...