Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magus. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 czerwca 2016

Nigdy nie mów "Nie chcę go, będzie ze mną za krótko"...

...bo kiedy tak powiesz, to psie albo kocie serce popęka na miliardy malutkich kawałków i nie wiem, czy zdążymy je skleić... Bo kiedy tak powiesz, to i nasze serca popękają, bo to będzie oznaczało, że i nam tak ktoś kiedyś powie i odejdziemy nie będąc chociaż przez chwilę dla kogoś kimś najważniejszym na świecie... 

Hepi nikt tak nie powiedział. Hepi ktoś zapakował w samochód i powiózł do miejsca, gdzie miała zostać już na zawsze... i została. Tylko tak... inaczej...

Hepi mieszkała u nas w biurze. Niedługo, ale miała czas dać się poznać jako kochana, chociaż zadziorna zazdrośnie psiolaska. Stała się naszą współpsiolokatorką, bo w jej ciele rozsypały się guziki. Nie mogli ich tak po prostu wyjąć, było ich za dużo i w takich miejscach, co to się trudno dostać. Hepi witała przychodzących i wpatrywała się w każdego smutnymi oczami. Miała chyba nawet smutniejsze oczy od moich! O, tutaj leżymy razem...



Prawie tak duża jak ja! Chociaż ona sięgała do kolana, a do mnie nie trzeba się schylać, żeby pogłaskać. 

Tutaj jest z Aro:


Nie wiem, czy Hepi wiedziała, że nasi się zamartwiali coraz bardziej, bo chude ciałko było coraz bardziej zmęczone, a oczy smutne... Czasu było coraz mniej, chociaż nikt nie wiedział, ile... Mało. Ile to jest mało...? 

Pewnego dnia jednak przyszedł ktoś, ktosia właściwie, bo to laska dwunożna była. Powiedziała, że Hepi zabiera. I koniec, i już, i tak po prostu takie piękne rzeczy też się dzieją...

Teraz przekażę opowieść Hepi'owej Opiekunce... 

"Hepi przyjechała do nas w niedzielę wieczorem. Samochodem, na tylnym siedzeniu. Uzupełniła nasze stado, została trzecią suczką. Była u nas 5 dni, potem odeszła...

Przywitała się ze stadem grzecznie i poszła oglądać dom, dreptała, dreptała, dreptała do późnego wieczora.


We wtorek Hepi wyruszyła ze mną do pracy, bo zastrzyk, bo leki i po przycięcie pazurków.

W biurze była bardzo grzeczna, na zastrzyku już mniej - oj nie lubiła Hepi zastrzyków. Za to przycięcie pazurków w porządku, jak prawdziwa suczka - chciała być ładna :-)

Potem wizyta w ZUSie i tu zdarzyło się stado cudów.

Cud pierwszy - nie miałam drobnych na parking, upał nieznośny, sklepy daleko, Hepi w samochodzie nie zostawię nawet na 3 minuty, co robić? Nagle ktoś do mnie macha, kolega z dzieciństwa, z innego zupełnie miasta - hurra, happy - mamy dwa złote na parking.

Cud drugi - panie z ZUSu wpuszczają nas do środka mimo groźnym napisów na drzwiach, że psów nie wolno wprowadzać.

Cud trzeci - nasza sprawa wymagała wizyty na wysokim piętrze i spotkaliśmy tak miłą panią, która przywiozła nam papiery, pozwoliła podpisać je na kolanie, zawiozła do góry, przywiozła oryginał.
Dziękujemy.

Panowie ochroniarze za to jak zawsze na posterunku, wyprosili nas z korytarza, a potem próbowali przepędzić spod drzwi, "bo to zwierze kogoś pogryzie, a jak prezes będzie przechodził?". Nie wiem, jak Hepi, ale ja miałam ochotę ugryźć jakiegoś prezesa - niestety nie przechodził.

Szczęśliwe wróciłyśmy do domu, gdzie Hepi pochwaliła się, że ma zęby, naszym suczkom, potem kotom i w międzyczasie mi, bo chciałam ją wyjąć z samochodu, a ona chciała jeszcze posiedzieć.


Hepi najpiękniejsza była gdy zbiegała z górki, wtedy wyglądała jak zdrowy pies. Nabierała rozpędu i gnała te 2 czy 3 metry. A jeśli górka kończyła się wodą, to Hepi była w raju. Uwielbiała wodę, żadnej kałuży nie przepuściła. Na ostatni spacer nieśliśmy ją na rękach, żeby sobie mogła po wodzie pochodzić, dziurkę w plaży wykopać.


Było też ognisko, Hepi leżała na leżaczku, pod grubą warstwą kocy. Wyglądała na bardzo zadowoloną, że może tak spać, gdzie cały czas jakaś ręka ją głaszcze.

Ostatni nasz wspólny dzień... Rano nie chciała zjeść leków, mimo serków, pasztetów, kurczaczków. Dałam jej chwilę pomyśleć i po godzinie zjadła leki i śniadanie, serdelka i chleba z serem, bo Hepi miała zasady. Psiego żarcia nie ruszyła, obojętnie czy to był Royal czy Puffy, nie i koniec. Ludzkie żarcie, to co innego. Lubiła rosołek, z marchewką i mięskiem.


Odeszła po cichutku, położyła się na posłaniu i tak już została...

Niby wiedzieliśmy, że bardzo chora, że na krótko, ale że aż tak krótko... Leży w ogrodzie pod jabłonką, z poduszką, na której lubiła kłaść głowę. Przez to, że była u nas tak krótko cały czas boję się, że ją zapomnę. 


Pamiętajcie z nami o Hepi, co lubiła wodę, warczała na inne psy przy głaskaniu, i wolała ludzkie żarcie od psiego."

Nie wiem, jak Wy, ale ja ledwo klawiaturę teraz widzę, tak mi się wszystko maże.... Coś mam chyba z oczami, muszę Tabletkowej zgłosić...

Nie zapomnimy Hepi. Tak jak nie zapomnimy psów, które ostatnio pożegnaliśmy, a które nie miały tyle szczęścia, co ona.

Na ostatni spacer wybrał się Łatek z Magusem...


Razem mieszkały, razem spały, zgodnie też stwierdziły, że już wystarczy, już nie dają rady, nie doczekają, nie mogą dłużej... Spacery stały się dla nich za ciężkie, głównie już odpoczywały opowiadając sobie historie z młodości... Magus z Łatkiem razem, łapa w łapę, wymaszerowały na drugą stronę mostu... Nasi ich żegnali siorbiąc nosami i pozwalając łzom kapać na miękką sierść...

Niedługo za nimi powędrował Gogol...


Do jesiennego owczarka przyszła zima... Tak bardzo chciał jeszcze chodzić na spacery razem z dwunożnymi kumplami... Jego łapy nie chciały i ani prośbą, ani groźbą, ani lekami nie szło ich zmusić do tego... Od leżenia porobiły mu się takie rany brzydkie, chociaż nasi go przecież oglądali z każdej strony! Starość jest taka podstępna... ...nasi nie chcieli dłużej czekać... Gogola żegnało całe schronisko, a niektórzy nawet specjalnie przyszli się pożegnać... 

...one nie były jedyne, którym zostało "mało czasu". Są u nas takie zwierzaki, są też w innych miejscach... Jeśli jedynym argumentem dwunożnego jest "będzie ze mną zbyt krótko"... to to nie jest argument... Taki pies przyjdzie, potem odejdzie i wyrwie kawał serca... ale wspomnienia będą zalepiać tę dziurę... Na końcu zabliźni ją świadomość, że to był dla tego zwierzaka najlepszy, najpiękniejszy czas, jaki mógł przeżyć przez ostatnie miesiące czy nawet lata...

Pamiętaj, że nie dajesz tylko domu. Dajesz spokój; poczucie bezpieczeństwa i miłości; dajesz poczucie tej wyjątkowości, bliskości, dajesz ciepło, dotyk, troskę, opiekę; dajesz SIEBIE, a to najważniejsze i największe, co możesz dać... Dajesz piękne wspomnienia, spokojny sen i najpiękniejsze poranki... 

...dajesz cały świat... 

Nie da się go policzyć na dni, miesiące czy lata. Każdy dzień dla zwierzaka, któremu zostało "mało" jest tak długi, że gdybym miała Ci to opowiedzieć, to by nie starczyło nam wieczności...

...pomyśl o tym... 


niedziela, 13 grudnia 2015

To się narobiło... Ich trzech, a miedzy nimi wielkie low!


- Szorti! Chodźże tu! Pora najwyzsza się przywitać! Tutaj siadaj, dawaj łapki na klawiaturę i się witaj!

- Tuuu?

- Tak, tu. Witaj się.

- No dopra... Dzień Dopry Czytacielom, jestem Szorti. Tak ładnie?

- Ładnie. A teraz cię pokażemy.


- I powiedz coś o sobie...

- Ale co... Ja nie umiem o sopie... Mam krótkie łapki, sierść mam za to dłuższą trochę, mówią, że ładną, taką szarą z czarnymi maziajkami. Cieszę się, że tu jestem, zawsze to lepiej niż chodzenie po mieście, tu mnie żaden samochód nie potrąci... Od jakiegoś czasu mieszkam z Dżokejem i Pidkiem w piurze...


- Z BIDKIEM w BIURZE...

- No piszę przecież. Z Pitkiem w piurze. Merdam do każdego, tęskno mi do ludzi... Wgapiam się w nich, wciskam czasem pod pachę, ale nienahalnie, nie umiem tak pezczelnie... Dżokej, a to juuuż? Mówiłeś, że wieczorem pędziemy ważny komunikat krzyczeć. To tutaj?

- Tutaj i teraz! Dawaj, wspólnie napiszemy dużymi literami, to będzie znaczyło, że krzyczymy:

BIDEK PO OPERACJI!!! OPERACJA SIĘ UDAŁA!!! W NIEDZIELĘ DO NAS WRACA!!!

Operacja była w piątek. Już w piątek wiedzieliśmy, że poszło dobrze, ale jeszcze ostrożnie ten psiowet tam mówił. W sobotę jednak nasz Kiero zadzwonił iiii widać było, jak zęby pokazuje od ucha do ucha! Znaczy wszystko dobrze! Jutro (my to piszemy w nocy, a Czytaciel czyta w niedzielę, więc dla Czytaciela już dzisiaj) po niego jedzie i znów będziemy wszyscy razem. Szortiego nauczę migowego, więc jak ja nie przełożę, to on to zrobi i Bidek będzie wszystko wiedział, co u nas się dzieje.

Przejdźmy jednak do dzisiejszego tematu. Blisko bramy stoi budynek ogrzewany, w którym miejsce do spania ma 9 psów. Są połączone w dwójki i trójki, do budynku są przyklejone cztery kojce, więc każda ekipa ma swoją miejscówkę ciepłą z wybiegiem. Fajna miejscówka! Głównie dla tych czterołapów, co im już stawy wysiadają... Dla nich ciepełko jest bardzo ważne.

Najbliżej bramy mieszka Łatek.


Zwierz to niemały, ale za to agresji zero! W maskę czarną matka natura go ubrała i przez to się niektórym wydaje, że groźny jest, a to bzdura przecież! Łatek może nie jest wylewny i nie merda ogonem na każdego, tylko tak nieśmiało merdnie i poczeka na zapięcie smyczy... Za to wystarczy poświęcić mu trochę czasu, postać chwilę i zaraz się okazuje, że to tylko poza taka obojętna i nieśmiałość! Łatek sam podchodzi i niby po nic... ale jak tylko zacznie się go drapać po grzbiecie, głaskać, to wiiidaaać, że sprawia mu to przyjemność i chce jeszcze! Kręgosłup mu się posypał i jeździ na rehabilitację razem z Bajerem. Wolontariusze nie mogą się go nachwalić!


Łatek zasypia jak tylko się położy i niech robią z nim co chcą, byle mógł być blisko i byle ten czas się nie kończył... Przylepa wielkości cielęcia, tak można Łatka opisać... Nawet się zgadzają kolory!

Z Łatkiem od dłuższego czasu mieszka Magus.


Ten to jest urodziwy! Czarrrny, ale pysk biały, łapeczki brązowe i te brwi śmieszne! Magus jest łagodny jak baranek i kiedyś był też całkiem zdrowy! Mimo to nikt nie zechciał go wziąć na zawsze do domu... Może gdyby od początku mieszkał w domowym ciepełku, to stawy by mu aż tak nie dokuczały, albo nawet wcale...? Niestety teraz jest jak jest, kręgosłup w rozsypce, Magus wciąż tak kochany jak dawniej. Nasi jego też wożą na rehabilitację.


Dzielny jest bardzo! Już mu się znacznie poprawiło i teraz tylko patrzy, gdzie jakaś psiolaska idzie! Zaraz za nią chce dreptać... jakby mu tylko pozwolili hyhyhy! 

A teraz ich współpsiolokator z kojca! I to właściwie dzięki niemu miałem pomysł na temat! 

Nordi. 


Nordi zamieszkał z Magusem i Łatkiem kilka miesięcy temu. Psiak nie jest wcale stary ani nic też o problemach ze zdrowiem nie wiem, ale miejsce dla niego się tam znalazło, nikomu nie zawadza, a za to rozbawia towarzystwo! Jest strasznie wesoły iiiii pilnuje swoich większych, starszych kolegów pięknie!

Jak tylko Magus albo Łatek są szykowani na rehabilitację, Nordi musi dopilnować, czy aby na pewno wszystko jest jak trzeba, czy kubraczek dobrze zapięty, czy szeleczki nie cisną, dodaje otuchy i dopinguje... Aż go nasi muszą zamykać czasami w tym domku ich, żeby nie plątał się pod nogami!

Co rano też jak wchodzą nasi na obchód, to nie mogą się nie uśmiechnąć na widok Nordiego wtulonego w któregoś z Dziadków... 

Ostatnio też było zabawnie, kiedy przyszli państwo i wzięli całą trójkę na spacer. Magus z Łatkiem mogą wychodzić na krótkie spacery, żeby nie nadwyrężać stawów. Dwunożni poprowadzili wielkopsy i małego przez las, malutkie kółeczko zrobili, wrócili, odprowadzili owczara i łaciatego i stwierdzili, że Nordi mógłby jeszcze pospacerować, bo co to taki krótki spacerek dla takiego młodziaka pełnego werwy!? Zabrali więc go z powrotem za bramkę, przeszli pierwszą prostą, już, już prawie zakręcają... aaaleee Nordi się obraca i yyyy... nie ma kolegów! GDZIE SĄ JEGO KOLEDZY?! Nie ma... Nooo to on nigdzie nie idzie! Dwunożni musieli wrócić, Nordi wleciał do kojca, sprawdził, czy staruszki na miejscu... uffff, wszystko w porządku... 

Widzicie, taka miłość też wśród psów! Pewnie, że po adopcji Nordi będzie tęsknił, pewnie, że na spacerach się rozejrzy, ale nie sugerujcie się tym. Nordi potrzebuje dobrego domu, w którym będzie miał swoje posłanie, będzie miał swoją rodzinę, codzienne spacery, spokój do spania i trochę szaleństwa przy zabawie... Pokocha swoich dwunożnych na zabój! 

Magus z Łatkiem też potrzebują domu... Bardzo potrzebują... Takiego z odpowiedzialnymi dwunożnymi, którzy będą pamiętać o tym, że staruszki muszą grzać stawy, a od czasu do czasu muszą podjechać na ćwiczenia...

Wszyscy czekają na miłość i ciepło, serca im się wyrywają... Dobrze, że mogą chociaż do siebie nawzajem się przywiązać...

Pozdrowionka! Następny post na pewno już napisze Bidziu!
Dżokej.
I Szorti!

środa, 14 października 2015

Lewa tylna, prawa tylna, lewa... nie ociągać się, chłopaki!

- Tyyyysiaaak, TysiakTysiakTysiaaak!

- Ooooomaatkooo, nie zbliżaj się, olbrzymi biszkopcie!

- COOOO???

- NIE ZBLIŻAJ SIĘ, BISZKOPCIE!!!

- Aaaaa, mamroczesz coś, zrozumieć nie można... Przecież to JA - Bidek! krzywdy nie robię, jestem fajny i potrafię być malutki, o:


- Ychhhhmmmm... tak, malutki potrafisz być, faktycznie... ale wolę cię grzbietem do góry. A teraz pozwól, muszę napisać...

- COOO???

- NAPISAĆ MUSZĘ!!!! Co za głucholec jeden....

- WIEM! Wszystko wiem! WiemWiem! I ja mam pomysła. Pomysła mam takiego, że normalnie padniesz i inni padną, i wszyscy będą padnięci z wrażenia!

- Tylko wiesz, ja LUBIĘ JEDNAK PISAĆ SAM, bo wted...

- AALE maam pomysł... 

- No i nocka z głowy, coś czuję... Dawaj.

- COOOO??

- MATKO SUCZKO!!! Zapominam, że Bidek niedługo będzie głuchy jak pień..... DAWAJ, PISZ!!

- HA! Mówiłem, że nie można się mi oprzeć! Tylko nie rozumiem, dlaczego tak krzyczysz...

Bo widzisz, Tysiu, ja bym chciał, żebyś napisał o chłopakach, co to jeżdżą z naszymi do takiej specjalnej pani, co zaczarowuje mięśnie tak, że one potem jednak zadek noszą! Ci mówię - magia jakaś. Opowiem, bo dobrze wiem!

Tylko teraz zacząć od początku, czy od końca, czy od wieści średnich, czy lepiej powoli budować napięcie...

- OD POCZĄTKU, Bidek, dawaj, bo nocka niedługa...

- Och, no to dopsze, od początku! Najpierw o jednym, potem o drugim. 

Daaawno, daaaawno teeeemuuuuu... za siedmioma górami i lasami urodził się mały, uroczy...

- NIE AŻ TAK od początku! Gardło sobie zdarłem... Ostatni raz z nim gadam...

- O jeżu kolczasty, co za zgred... Od nowa:

Dnia pewnego trafił do schroniska owczarek. Czarny, z jasnym pyskiem i kończynami. Dostał ciekawe imię - Magus.


Wolontariusze się w nim zakochują od pierwszego spaceru (phi, we mnie od pierwszego głasknięcia), bo jest spokojny, cierpliwy, lubi każdego, bez wyjątku i ogólnie jest superpsiekstra. Niestety jakimś cudem inne psy do domów maszerują, ale Magusowi się nigdy aż tak nie poszczęściło. Wręcz przeciwnie - wiek zrobił swoje, więc stawy zaczęły mu się robić sztywne coraz bardziej... Nasi zdecydowali, że Magus musi się przeprowadzić z wiaty do takiego domku, gdzie ja też mieszkałem do niedawna. To takie pokoiki z legowiskami, gdzie jest ciepełko i wolne wyjście na swój własny, prywatny wybieg. 

Ciągle jednak z Magusem nie było dobrze, stawy się tak łatwo nie naprawiają... Takie wredne są! Coś o tym wiem, moje też już nie są takie młode. W sumie dziwne, że stawy się zużywają szybciej niż reszta psa! Phi!

Nasi wpadli na kolejny genialny pomysł (bo pierwszym była przeprowadzka na ciepełko), zapisali Magusa na ćwiczenia! Jest taka przefajna pani, która tutaj pomaca, tam ugniecie, gdzie indziej pociągnie czy zegnie i po jakimś czasie PUFF - działa! I Magus dzielnie wymachuje girkami i daje się gnieść, patrzcie:


Ma też takie różne, dziwne rzeczy przykładane, z których coś wylatuje takie, co jest niewidzialne, ale pomaga... No jakoś nie trzymają się mnie te trudne nazwy, ale nadrabiam urokiem, więc mi każdy wybaczy...


Już mu pomaga! Byłem zagadać i powiedział, że stawy mniej skrzypią z rana, przestał już budzić Łatka podczas przewracania się z boku na bok w nocy. Ech, jakby wracał po rehabilitacji do domu i byłby jeszcze ćwiczony w domu i na spacerach to byłoby na pewno lepiej...

Drugim dzielnym i nie poddającym się psem jest Tajfun. Kiedyś imię do niego pasowało, bo był szybkim jak wiatr owczarkiem!


Później Tajfun chyba powiedział coś niemiłego stawom, może mu raz skrzypnęły, czy coś... W każdym razie tak im nagadał, że zastrajkowały i odmówiły współpracy CAŁKOWICIE! Wyobrażacie sobie, co to oznacza dla psa, który szalał za piłeczkami?? Koszmar!

Nasi jednak stwierdzili, że dyskutować z tylnymi łapami nie będą, tylko od razu zadzwonią, gdzie trzeba i girki będą ćwiczyć! Też go rozciągali, ugniatali, zginali i przykładali różne tajemnicze rzeczy:


Się szybko okazało, że Tajfun może sam ustać na własnych kończynach! Jak się go postawi co prawda, ale najważniejsze, że moc była i się nawet opierał przy uginaniu. Dowód jest:


Widzieliście kiedy tak zadowolonego pacjenta??


Tajfun ma jeszcze jedne przyjemności! Pływa!! Może wolałby inaczej, może wolałby sam decydować, kiedy wskoczy do wody, najlepiej za patolkiem... ale trudno, jak się nie ma, co się lubi... Owczarowi zakładają takie specjalne szeleczki, przenoszą do basenu, napełniają go wodą, ale tak nie do końca, a potem uruchamiają taką magiczną podłogę, że nie ma wyjścia, tylko trzeba przebierać łapami! Wam piszę, co za ŁAAAAŁ! O, patrzajcie, tak to było jeszcze miesiąc temu:


Widzicie? Przednie łapki chodzą, tylne... nie... Musiała rehabilipsiantka maszerować tylnymi kończynami za Tajfuna, sam nie mógł. 

Po pływanku jest wycieranko:


I wiecie co... nie wierzyłem. Nie wierzyłem, że można zacząć tymi łapkami przebierać, ale... patrzajcie tylko:


Przebiera!!! Tajfun przebiera tylnymi łapeczkami! Ahahaha dziaaałaaaa! 

Kiedy pewnego dnia do Tajfuna weszła nasza Tabletkowa, to mało tacki nie upuściła z wrażenia! Żołądek tajfunowy na pewno by się cieszył, bo tabletki są zawsze takimi mini-torcikami z kosteczek karmy z puszki... mmmniaammmm.... ale zapewne wątroba, czy inne organki nie zrozumiałyby dobroci, jaką je żołądek obdarzył i nie skończyłoby się to dobrze, więc całe szczęście, że Tabletkowa zachowała ostatecznie równowagę! A wszystko przez to, że Tajfun powitał w pionie zamiast w poziomie...


Sam! Sam wstał! I to nie koniec, więc jeszcze mi się tu nie wzruszać... Chwiiilaaa, chwwwiiiilaaaaa..... O:


Co za dzielny chłopak!!!

Oba chłopaki są dzielne niesamowicie! I przecież to niemożliwe, żeby nie zgłosili się żadni dwunożni, którzy by nie byli pod takim wrażeniem, że by nie chcieli dać im domu do końca ich dreptania po świecie... Tajfun z Magusem po prostu MUSZĄ znaleźć domy, nie ma innej opcji. Bez schodów, najlepiej z ogródkiem. Może dużo się marzy, ale jak będą schody, to musi być winda, musi być ktoś, kto da radę przenieść owczara po schodach... Ale musi się dać, takie dzielne chłopaki!

To by się nie udało, gdyby nie NASI. Gdyby nie nasi, którzy poumawiali na te rehabilitacje. Gdyby nie nasi, którzy wożą chłopaków i noszą, i pilnują, i zagrzewają do walki! I gdyby nie ci wszyscy dwunożni, którzy wsparli banknotkami i monetkami w formie płynnej i przelewali je na zbiórki na rehabilitację. Ja, Bidziu, DZIĘKUJĘ z całego mojego ogromniastego serca i merdam do Was całą mocą zacnego ogona mego (musicie wierzyć - jest czym merdać!). Gdyby ktoś chciał jeszcze wesprzeć, to zbiórka na kolejne zabiegi Tajfuna jeszcze się nie skończyła... Jeśli możecie chociaż monetkę jedną przelać, to za to też ogromniaście dziękujemy i możecie to zrobić TUTAJ. Tam jest wszystko napisane, jak to zrobić!

Trzymam kciuki za dobre zakończenia, trzymajcie kciuki też. Pomóżcie, poopowiadajcie o chłopakach na około, może ktoś się zakocha, zechce pomóc, dać dom...? Bez bania się o koszty! Tajfun i Magus są w akcji Szukające Miłości Staruszki, a to znaczy, że obejmuje ich taka pieniądzowa ochrona i opiekun otrzyma pomoc w leczeniu staruszków!

Uda się, prawda...?

...no i wyszło, że napisałem sam, Tysiak zasnął pod stołem... 

- Dżokej! Chodź, zarzuć mi go na plecy, poniesiemy go do kuchni! A potem spaaać...

środa, 3 grudnia 2014

Udowodnij im, że się mylą, że jednak można je pokochać...

Wydreptałam z biura na chwilę, łażę sobie po trawce, za tym zdziebełkiem można wyniuchać tooo, a za tamtym taamtoo... i tak sobie leniwie chodzę i cho... ...i coś mnie tknęło, łeb podniosłam...

Na placu schroniskowym stał pan, który u nas odrabia godziny i akurat psiaki wyprowadzał z ogrzewanych pomieszczeń. Nie był tam sam. Razem z nim był Drzonek. Aż mi się przestało chcieć przechadzać po trawie, tak mi się zrobiło... smutno jakoś...

Drzonek to taki malutki piesek (ale jednak większy ode mnie), który nic mówić nie musi, po nim widać wszystko.


Drzonek po Drzonkowie się błąkał. Bez obroży i właściciela. Tak trafił do nas, dni są coraz chłodniejsze, o nocach nie wspomnę... I na tym spacerze zobaczyłam go po raz pierwszy. Kilka kroków przeszedł, stanął. Znów kilka kroków i znów stanął. W końcu iść nie chciał dalej. Głowę spuścił, oczy w ziemię wbił... Jakoś w końcu poszli, powolutku, bez przekonania. A mi było tak żal... Aż mi się oczy zmoczyły, ale to na pewno od wiatru!

Czasami pies ze wszystkich sił się stara, żeby być idealnym, jest grzeczny, spokojny, mądry, cierpliwy i... nic... Magus się nie poddaje, wciąż taki sam, wciąż niezmiennie się stara, wciąż ma na to siłę.


Jest spory, to prawda. Za to wolontariusze się nachwalić nie mogą, jak jest mądry i grzeczny. Kłócić się nie chce, bo jeszcze go nikt nie weźmie. Dokazywać nie chce, bo może jakiś chętny się znajdzie i przez to zrezygnuje. Tylko jakoś nikt go nie bierze, nikt o niego nie pyta... On tylko patrzy zza krat. Pójdzie na spacer - super. Nie pójdzie, trudno, poczeka... Tylko jak długo?

Bywa też tak, że na pierwszy rzut oka psisko jest z werwą, na spacer chętnie wychodzi i właściwie tylko maszerowanie go interesuje. Oooj czasami można się zdziwić... Wolontariusze drodzy - stańcie czasami z psem, kucnijcie, zawołajcie psa. Wtedy czasami dzieją się cuda...

Jak na przykład z Butlą. Poważna taka, bo swoje lata już ma, na wiacie tu szczeknie, tam warknie, ale ogólnie w porządku. Nie za duża, nie za mała, prawie czarna, trochę siwa, taka akurat!


Za to jak wyjdzie za bramę i przejdzie przez "pierwszą prostą", za pierwszy zakręt, to już kombinuje... O nogę się otrze, potem drugi raz, potem drogę zajdzie, niby przypadkiem... Wystarczy tylko stanąć, kucnąć, a ona już staje blisko, bliziutko, głowę przytula do nóg, oczy zamyka, znika wtedy cały świat... Później podrepta raźno przed siebie, żeby za następnym zakrętem znów niby przypadkiem zajść drogę i nieśmiało spojrzeć w górę...

Psy czasami nie muszą nic mówić. Zresztą ludzie i tak zwykle nie rozumieją... Jednak jeśli dwunożny jest z tych wrażliwszych, jeśli ma serce porośnięte sierścią, zrozumie... Doskonale zrozumie... Serce na widok takich psich smutków tylko mu się trochę porwie, oczy zajdą łzami... I tym bardziej, z siłą zdwojoną przyjdzie i postara się z całych sił, żeby te czworonogi przytulić, zabrać na spacer, poszeptać, że są najwspanialsze na świecie... Nawet jeśli trochę popłacze razem z nimi... To przecież lepiej wtedy wspólnie się podnieść i podreptać dalej, niż samotnie nie wstać...

środa, 7 maja 2014

Pamiętajcie - codziennie otwarte!

Niech to obroża ściśnie! Zaspałam! Niedziela to była a mi się śniły peeełneee miseeczki... No i zaspałam, psia kostka! Wyszłam się rozejrzeć a na placu jakiś namiot mi rozstawili! Zatkało mnie, bo jak to, JA nic nie wiem a namiot sobie tak stoi jak gdyby nigdy nic! I już się zaczęłam rozpędzać sprawdzać co to takiego, kiedy ciemno się zrobiło i jakieś tupanie za sobą usłyszałam... Ledwo zdążyłam nos skierować w stronę ogona a kilkanaście nóg mnie wyprzedziło! Mniejsze, większe, grube, chude... ale wszystkie ludzkie! Ledwo przeżyłam, nie zdążyłam nawet krzyknąć! Wszyscy popędzili do tego namiotu o którym nic nie wiedziałam, ale oni najwyraźniej wiedzieli! Nie minęło chwil kilka a zaczęły fruwać jeszcze smycze i zaraz zaczęły psy wymaszerowywać z wiat, faaaalaaaa... i wszyscy naaa mnieee....

Nie żebym tchórz była jakiś! Wcale nie uciekłam ile sił w łapkach, ja tylko niezwłocznie musiałam się dowiedzieć o co chodzi! no...

Dowiedziałam się - mieliśmy Dzień Otwarty! Głupie, przecież codziennie otwarte jest... ale może ludzie nie wiedzą i tak specjalnie wszędzie ogłoszone było, żeby przyjść i wyprowadzić czworonoga do lasu, taka akcja. No i przyszło duuuuużooo luuudzi! Wolontariusze im dobierali czworonogi i wszyscy wychodzili do lasu i potem wracali i potem brali kolejne psiaki i szli na spacer i kolejne... Niektórzy mieli siły na jeden spacer a niektórzy na kilka. Najważniejsze, żeee... UWAAAGAAA.... WSZYSTKIE psy wyszły na spacer!


Mało tego, że na spacer, ale niektóre się przebiegły! Jaa to na krótkie dystanse się nadaję... ale Saba, która kiedyś uczyła psy liczyć na własnych żebrach, przebiegła 16 kilometrów!


Oby tak częściej ludzie nie chcieli spacerować bez czworonoga! Bo u nas po lesie to sporo ludzi chodzi, ale może nie wiedzą, że wystarczy zajrzeć i wybrać sobie kompana na taką wędrówkę. Bo to można samotnie i można z rodziną i do każdego wyjścia pasuje czworonóg!

Nasi Wolontariusze też najczęściej przychodzą samotnie (znaczy do lasu to już z psem idą!), ale mamy też rodzinnych! To cuuudna histooria...

Ona chciała zostać Wolontariuszką, namawiała Jego i namawiała i w końcu przyszli oboje, przeszli szkolenie... On pokochał jeszcze wolontariat, Ona przez to bardziej pokochała Jego... Przyjeżdżają z Córką i dzielą się sprawiedliwie - jeden spacer - On z psem a Ona z Córką a następny - Ona z psem a On z Córką, sielanka! W dodatku potrafią dogadać się z psami i wiedzą na który spacer mogą iść wszyscy razem, wtedy czworonogi mogą poznać takiego małego człowieka, który ma mniejsze kończyny do głaskania, ale równie przyjemnie się z nim chodzi po lesie!

Magus był na spacerze z tą Rodzinką, zgadaliśmy się. Zdziwiony był na początku - takie małe coś, z dziwnymi antenkami po bokach głowy, kolorowe takie... ale potem się okazało, że tak przyjemnie głaszcze i czesze, że szkoda, że nie umówili się na za tydzień...


No i rozmawiamy tak sobie z Magusem kulturalnie aż tu NAGLE i bezczelnie jakiś pies się drze! Odwracam się a tu Kremuś wraca właśnie tymi Wolontariuszami i szczeka na całe schronisko! Że w życiu nie był na "zajefajniejszym" spacerze! Że "przecodziennie by mógł tak spacerowywać!". Kremuś się wysławiać nie potrafi, ale on skupia się bardziej na własnym wyglądzie niż żeby się dokształcić jakoś! Nie chciałam się tak drzeć przy ludziach, więc potem do niego poszłam, żeby mu wyszczekać to i owo o kulturze... a on mi tylko pokazał zdjęcie, które miał przybite w budzie i pazurem wyryte na około serce...


No i za co miałam go besztać...