Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajfun. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajfun. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 stycznia 2017

Zima nam mija piąta, siódma, dziesiąta...

Jak już wspominałem... albo ja, albo Dżokej... w każdym razie wspominaliśmy - nie obchodzimy dat specjalnie. Zresztą nikt nie pamięta, kiedy się urodził, a do schroniska przyjeżdżamy bez papierów. Ani adresu, ani imienia matki, ojca, dwunożnego... Jedyną datą, z jaką możemy być kojarzeni, to dzień, kiedy pierwszy raz minęliśmy bramę schroniska... A te są ohohoooo.... jak dawne czasami...

Pomyślcie, co robiliście na przykład... prawie pięć lat temu? Mogło to być dwie szkoły temu na przykład... aaalbooo jak macie małego dwunożnego w domu, to mógł wtedy ledwo się wykluć, albo wcale nie musiało być wtedy w planach! ...dawno, prawda? 

Właśnie wtedy, dokładnie w marcu 2012 roku przyjechał do nas Luger.


Nie było z nim łatwo, musiał chyba przejść coś niedobrego. Szczególnie warkolił na laski dwunożne... Jeszcze bardziej szczególnie nie lubił być przez nie przytulanym. ...co mu zrobili...? Ciężko było go też wyciągnąć na spacery, odstraszał szczekaniem, ile sił w płuckach. Potem, z czasem, zaczął rozumieć, że u nas więcej pci pięknej niż tej drugiej, że większe szanse ma na wyjście właśnie z nimi. Odstraszając wszystkich sam sobie szkodził. Załapał, zaczął się zmieniać. Pomaluśku, powoluśku było coraz lepiej, chociaż do tej pory nie jest psem do miziania i przytulania, trzeba o tym pamiętać. Podrapać po pleckach - chętnie. Piłeczkę rzucić czasami, czy smyczkę zapiąć - psiekstra! Nawet pięknie uśmiechnąć się umie do lasek dwunożnych!



Tylko po prostu chłopak musi mieć więcej wolności i przestrzeni niż inni. Trzeba go po prostu zrozumieć... Został skrzywdzony i to nie jest na pewno jego wina...

W tym samym roku, co Luger, przyjechał do nas Tajfun. Za kilka dni będzie miał kolejną rocznicę...


To stare zdjęcie, sprzed jakichś dwóch lat. Przez ostatni czas było dość nieaktualne, Tajfun na nowo musiał wypracować chodzenie. Kiedyś był pełnym energii, kochającym życie i dwunożnych, słonecznym owczarkiem. Coś się zmieniło? Właściwie to nic... Wciąż ma ten sam błysk w oku, wciąż na widok zabawek łapki mu same chodzą... Tylko szans ma o wiele mniej niż kiedyś... Bo kiedyś był zdrowy i każdy wiedział, że nic mu nie dolega. Potem nagle oklapł zupełnie... Nasi zaczęli walczyć o jego sprawność, ale wiadomo, że największą pracę wykonał on sam. Miał i wciąż ma taką wolę życia, że aż sama ciągnęła jego zad do góry. Teraz każdy wie o tajfunowych problemach z chodzeniem. Znaczy już ich nie ma, ale były, a to znaczy, że może kiedyś znów być gorzej. Nie musi, ale może i tego się dwunożni boją... Chociaż nasi pomogą w leczeniu, chociaż by karmę dawali, chociaż by pomagali w rehabilitacji! Byle tylko Tajfun miał dom na zawsze...

Aaa teerazz.. Co robiliście siedem lat temu? Pamiętacie wakacje sprzed siedmiu lat? Albo co dostaliście pod choinkę? Czy ładne było wtedy lato? ...Ben już pewnie też nie pamięta. To właśnie on przyjechał w lipcu 2010 roku.


Kiedy zwierzaki przyjeżdżają do schroniska, mają czasami jakąś obrożę, czasami kawał łańcucha przy sobie. Taki dodatek. Ben przyjechał z czymś innym, co zostanie z nim już na zawsze - ze śrutem. Wieeeele lat temu ktoś z Bena zrobił sobie żywy cel. Pewnie psiak był przerażony, pewnie się miotał, pewnie nie miał się uciec, gdzie się ukryć, bo to nie jedna kulka... Ben do tej pory je czuje. Nie lubi dotyku na końcu plecków czy na udkach. Pewnie jeszcze na zmiany pogody go tam wierci. Kolejny pies, którego trzeba po prostu zrozumieć... To nie jego wina, że go boli, że nie wie, czy dwunożny będzie na tyle uważał, że go nie zaboli, więc na wszelki wypadek lepiej go tam nie macać. Po co chłopaka denerwować? Przecież tyle psa zostaje do miziania! Jak komuś bardziej zaufa, to jest już w porządalu, ale to musi potrwać... Zaufanie trwa, a on już tyle lat na nie czeka...

I teraz kolej na rekordzistę.

- eeeeeeee holaholaholahooooolaaaaaa, a ty??

- Aron, co ty, ja to wieesz...

- Co wiem!? Właśnie, że wiem, że ty też się wliczasz! Masz tu być w tym zestawieniu! 

- Dajże spokój...

- Se sam że daj! Uciekaj mie stąd! Uciekaj! Ja będę pisać! 

- Nigdzie nie iiiiiiiiii................

- Wziuuuuuu, se poczekaj na tym krześle tu, o, w kąciku, a ja napiszę.

Bo Ares MUSI być tutaj. Przecież wiecie, ile on tu siedzi? Wiecie, ile czeka? Wiecie, kiedy przyjechał? Miesiąc przed Benem. Przez tyle lat tak wiele przeżyliście! Wycieczki, zakupy, miłoście, tyle przejechanych kilometrów, przejdzio... przejścio.... przejdzionych kilometrów! Tyle rzeczy robiliście! Ares czekał...


No dobra, na początku nie był zbyt do adopcji. Ktoś go zepsuł i zanim nasi go naprawili i zanim sam się przekonał, że warto się naprawić, to minęło trochę, jednak od kilku lat jest już w dechę psem i naprawdę w porządalu psiumplem! Wam piszę, że jakbym był dwunożnym, to bym z miejsca go adoptował! Cóż, na razie sam jestem bezdomny... W każdym razie daję sobie ogon obciąć, że nie można Aresa nie polubić. Wiem coś o tym, mieszkamy razem od jakiegoś czasu. Nic z tych rzeczy, co myślicie! Jesteśmy tylko współpsiolokatorami! No może jedną wadę ma. Maluśką. Nie lubi jak się go za obrożę łapie, widocznie siedzi w nim jakieś straszne wspomnienie... Może to była jedna z metod tego szkolenia, którym go zepsuli kiedyś... Bo szkolony to on był i jeszcze to nawet pamięta! Jest owczarkiem, a to zobowiązuje... Co do tej obroży - powiem Wam słowo klucz - zaufanie. Działa cuda. 

A tera Tajson...

- Doooobradobradobra! Teraz ja, wystarczy tego, dziękuję panu, sio!

- Tak mi dobrze szło...

- Jak kiedyś zachoruję albo he-he, pójdę do domu, to będziesz mógł pisać! A teraz uciekaj...

Taaak, teraz Tajson. Dziesięć lat temu mogliście być dziećmi. mogliście przeżywać pierwsze zakochania, a teraz Wasze latorośle mogą rozpoczynać naukę w szkole... Dziesięć lat temu... Ech, dziesięć lat temu to ja miałem raptem rok, przede mną było całe życie a teraz już 6,5 roku siedzę w schronisku... 

Za kilka miesięcy będzie zbliżała się dziesiąta rocznica Tajsonowego mieszkania w schronisku. Mieszka tu najdłużej ze wszystkich. 


Różne rzeczy się o nim mówiło - że najgroźniejszy w schronisku (już oddał ten tytuł), że to pies nie dla każdego (prawda!), że jedynie nieliczni mogliby się z nim zaprzyjaźnić (i prawda, i nie). Dłuuuga droga za nim. Dłuuuga nauka cierpliwości, długa nauka naszych, żeby wiedzieli, jak się z nim obchodzić, długa nauka, że świat jest fajny. Lata mijają, a po nim zupełnie tego nie widać! Wciąż pysk czarny, wciąż mięśnie pięknie zarysowane pod gładką sierścią... Wciąż nie ma pytań o niego... Można by nawet mówić, że ma 6 lat! Tylko taki problem, że od listopada 2007 mieszka u nas. Ma największy kojec, ma swoje szeleczki, kaganiec, ma swoich wolontariuszy... Nie ma swojego miejsca z dala od schroniska... Nasi obiecali pomóc w budowie kojca dla niego, obiecali pomoc behawiorysty, z pewnością znani Tajsonowi wolontariusze też pomogą w zapoznaniu! Najważniejsze, żeby znalazł się ktoś gotowy Tajsona zrozumieć, zaakceptować jego potrzeby, przejść całą, długą procedurę związaną z jego adopcją, bo to nie będzie tak hop-siup. Można jednak zyskać superaśnego, lojalnego, prawdziwego przyjaciela, który na każdym kroku będzie pokazywał swoje oddanie.

Te zwierzaki mieszkają z nami (znaczy ja też...) najdłużej... Jest jeszcze cała armia przybyłych w 2013 roku, to też dawno... Wiem, że się mówi, że te dawno siedzące już się nie nadają do adopcji... Się zapytowywuję - BO CO??

.... Sara czekała na dom 7 lat...



...Roksi przynajmniej 6...



...Spajdi 7 lat wypatrywała swoich ludzi...



...Dina też 7 lat nieśmiało zerkała w stronę dwunożnych...



...Sonia 10 lat czekała na najwspanialszych ludzi...


Już jej nie ma na tym świecie, już powędrowała do góry, ale miała szansę pomieszkać U SIEBIE.

Roksi wciąż pięknie się uśmiecha i wreszcie ma codziennie kompana do zabaw. Dina otworzyła się i potrafi się uśmiechać całą szerokością ogona kręcąc zgrabną wciąż pupą. Spajdi zyskała dwunożną i czworonożną psio-kocią rodzinę, z którą jest jej ciepło i na zewnątrz i od środka. Sara może przemierzać leśne ścieżki w towarzystwie swoich ludzi, psiumpla i.... kota, a potem wylegiwać się w spokoju i ciszy (jak banda sierściuchów pójdzie spać). 

One bardzo chcą zrozumieć, co to jest beztroska, cisza, spokój, rodzina, dom, ciepło... Coraz więcej stażu, coraz mniej czasu na znalezienie domu, na zapomnienie całej przeszłości, na zastąpienie jej tymi najpiękniejszymi wspomnieniami... 

Daj im chociaż szansę, poznaj je, pokaż, że chcesz i że Ci zależy. Docenią Twoje starania, pozwolą Ci z czasem wejść do ich świata, z czasem zaufają, tylko je przekonaj, że można Ci wierzyć.

...zbyt wiele zwierzaków nie dostaje szansy... zbyt wiele odchodzi nie mając innych wspomnień...

Możesz to zmienić...

środa, 14 października 2015

Lewa tylna, prawa tylna, lewa... nie ociągać się, chłopaki!

- Tyyyysiaaak, TysiakTysiakTysiaaak!

- Ooooomaatkooo, nie zbliżaj się, olbrzymi biszkopcie!

- COOOO???

- NIE ZBLIŻAJ SIĘ, BISZKOPCIE!!!

- Aaaaa, mamroczesz coś, zrozumieć nie można... Przecież to JA - Bidek! krzywdy nie robię, jestem fajny i potrafię być malutki, o:


- Ychhhhmmmm... tak, malutki potrafisz być, faktycznie... ale wolę cię grzbietem do góry. A teraz pozwól, muszę napisać...

- COOO???

- NAPISAĆ MUSZĘ!!!! Co za głucholec jeden....

- WIEM! Wszystko wiem! WiemWiem! I ja mam pomysła. Pomysła mam takiego, że normalnie padniesz i inni padną, i wszyscy będą padnięci z wrażenia!

- Tylko wiesz, ja LUBIĘ JEDNAK PISAĆ SAM, bo wted...

- AALE maam pomysł... 

- No i nocka z głowy, coś czuję... Dawaj.

- COOOO??

- MATKO SUCZKO!!! Zapominam, że Bidek niedługo będzie głuchy jak pień..... DAWAJ, PISZ!!

- HA! Mówiłem, że nie można się mi oprzeć! Tylko nie rozumiem, dlaczego tak krzyczysz...

Bo widzisz, Tysiu, ja bym chciał, żebyś napisał o chłopakach, co to jeżdżą z naszymi do takiej specjalnej pani, co zaczarowuje mięśnie tak, że one potem jednak zadek noszą! Ci mówię - magia jakaś. Opowiem, bo dobrze wiem!

Tylko teraz zacząć od początku, czy od końca, czy od wieści średnich, czy lepiej powoli budować napięcie...

- OD POCZĄTKU, Bidek, dawaj, bo nocka niedługa...

- Och, no to dopsze, od początku! Najpierw o jednym, potem o drugim. 

Daaawno, daaaawno teeeemuuuuu... za siedmioma górami i lasami urodził się mały, uroczy...

- NIE AŻ TAK od początku! Gardło sobie zdarłem... Ostatni raz z nim gadam...

- O jeżu kolczasty, co za zgred... Od nowa:

Dnia pewnego trafił do schroniska owczarek. Czarny, z jasnym pyskiem i kończynami. Dostał ciekawe imię - Magus.


Wolontariusze się w nim zakochują od pierwszego spaceru (phi, we mnie od pierwszego głasknięcia), bo jest spokojny, cierpliwy, lubi każdego, bez wyjątku i ogólnie jest superpsiekstra. Niestety jakimś cudem inne psy do domów maszerują, ale Magusowi się nigdy aż tak nie poszczęściło. Wręcz przeciwnie - wiek zrobił swoje, więc stawy zaczęły mu się robić sztywne coraz bardziej... Nasi zdecydowali, że Magus musi się przeprowadzić z wiaty do takiego domku, gdzie ja też mieszkałem do niedawna. To takie pokoiki z legowiskami, gdzie jest ciepełko i wolne wyjście na swój własny, prywatny wybieg. 

Ciągle jednak z Magusem nie było dobrze, stawy się tak łatwo nie naprawiają... Takie wredne są! Coś o tym wiem, moje też już nie są takie młode. W sumie dziwne, że stawy się zużywają szybciej niż reszta psa! Phi!

Nasi wpadli na kolejny genialny pomysł (bo pierwszym była przeprowadzka na ciepełko), zapisali Magusa na ćwiczenia! Jest taka przefajna pani, która tutaj pomaca, tam ugniecie, gdzie indziej pociągnie czy zegnie i po jakimś czasie PUFF - działa! I Magus dzielnie wymachuje girkami i daje się gnieść, patrzcie:


Ma też takie różne, dziwne rzeczy przykładane, z których coś wylatuje takie, co jest niewidzialne, ale pomaga... No jakoś nie trzymają się mnie te trudne nazwy, ale nadrabiam urokiem, więc mi każdy wybaczy...


Już mu pomaga! Byłem zagadać i powiedział, że stawy mniej skrzypią z rana, przestał już budzić Łatka podczas przewracania się z boku na bok w nocy. Ech, jakby wracał po rehabilitacji do domu i byłby jeszcze ćwiczony w domu i na spacerach to byłoby na pewno lepiej...

Drugim dzielnym i nie poddającym się psem jest Tajfun. Kiedyś imię do niego pasowało, bo był szybkim jak wiatr owczarkiem!


Później Tajfun chyba powiedział coś niemiłego stawom, może mu raz skrzypnęły, czy coś... W każdym razie tak im nagadał, że zastrajkowały i odmówiły współpracy CAŁKOWICIE! Wyobrażacie sobie, co to oznacza dla psa, który szalał za piłeczkami?? Koszmar!

Nasi jednak stwierdzili, że dyskutować z tylnymi łapami nie będą, tylko od razu zadzwonią, gdzie trzeba i girki będą ćwiczyć! Też go rozciągali, ugniatali, zginali i przykładali różne tajemnicze rzeczy:


Się szybko okazało, że Tajfun może sam ustać na własnych kończynach! Jak się go postawi co prawda, ale najważniejsze, że moc była i się nawet opierał przy uginaniu. Dowód jest:


Widzieliście kiedy tak zadowolonego pacjenta??


Tajfun ma jeszcze jedne przyjemności! Pływa!! Może wolałby inaczej, może wolałby sam decydować, kiedy wskoczy do wody, najlepiej za patolkiem... ale trudno, jak się nie ma, co się lubi... Owczarowi zakładają takie specjalne szeleczki, przenoszą do basenu, napełniają go wodą, ale tak nie do końca, a potem uruchamiają taką magiczną podłogę, że nie ma wyjścia, tylko trzeba przebierać łapami! Wam piszę, co za ŁAAAAŁ! O, patrzajcie, tak to było jeszcze miesiąc temu:


Widzicie? Przednie łapki chodzą, tylne... nie... Musiała rehabilipsiantka maszerować tylnymi kończynami za Tajfuna, sam nie mógł. 

Po pływanku jest wycieranko:


I wiecie co... nie wierzyłem. Nie wierzyłem, że można zacząć tymi łapkami przebierać, ale... patrzajcie tylko:


Przebiera!!! Tajfun przebiera tylnymi łapeczkami! Ahahaha dziaaałaaaa! 

Kiedy pewnego dnia do Tajfuna weszła nasza Tabletkowa, to mało tacki nie upuściła z wrażenia! Żołądek tajfunowy na pewno by się cieszył, bo tabletki są zawsze takimi mini-torcikami z kosteczek karmy z puszki... mmmniaammmm.... ale zapewne wątroba, czy inne organki nie zrozumiałyby dobroci, jaką je żołądek obdarzył i nie skończyłoby się to dobrze, więc całe szczęście, że Tabletkowa zachowała ostatecznie równowagę! A wszystko przez to, że Tajfun powitał w pionie zamiast w poziomie...


Sam! Sam wstał! I to nie koniec, więc jeszcze mi się tu nie wzruszać... Chwiiilaaa, chwwwiiiilaaaaa..... O:


Co za dzielny chłopak!!!

Oba chłopaki są dzielne niesamowicie! I przecież to niemożliwe, żeby nie zgłosili się żadni dwunożni, którzy by nie byli pod takim wrażeniem, że by nie chcieli dać im domu do końca ich dreptania po świecie... Tajfun z Magusem po prostu MUSZĄ znaleźć domy, nie ma innej opcji. Bez schodów, najlepiej z ogródkiem. Może dużo się marzy, ale jak będą schody, to musi być winda, musi być ktoś, kto da radę przenieść owczara po schodach... Ale musi się dać, takie dzielne chłopaki!

To by się nie udało, gdyby nie NASI. Gdyby nie nasi, którzy poumawiali na te rehabilitacje. Gdyby nie nasi, którzy wożą chłopaków i noszą, i pilnują, i zagrzewają do walki! I gdyby nie ci wszyscy dwunożni, którzy wsparli banknotkami i monetkami w formie płynnej i przelewali je na zbiórki na rehabilitację. Ja, Bidziu, DZIĘKUJĘ z całego mojego ogromniastego serca i merdam do Was całą mocą zacnego ogona mego (musicie wierzyć - jest czym merdać!). Gdyby ktoś chciał jeszcze wesprzeć, to zbiórka na kolejne zabiegi Tajfuna jeszcze się nie skończyła... Jeśli możecie chociaż monetkę jedną przelać, to za to też ogromniaście dziękujemy i możecie to zrobić TUTAJ. Tam jest wszystko napisane, jak to zrobić!

Trzymam kciuki za dobre zakończenia, trzymajcie kciuki też. Pomóżcie, poopowiadajcie o chłopakach na około, może ktoś się zakocha, zechce pomóc, dać dom...? Bez bania się o koszty! Tajfun i Magus są w akcji Szukające Miłości Staruszki, a to znaczy, że obejmuje ich taka pieniądzowa ochrona i opiekun otrzyma pomoc w leczeniu staruszków!

Uda się, prawda...?

...no i wyszło, że napisałem sam, Tysiak zasnął pod stołem... 

- Dżokej! Chodź, zarzuć mi go na plecy, poniesiemy go do kuchni! A potem spaaać...

niedziela, 30 sierpnia 2015

Zwierzaki nie wypominają siwizny... Bierz przykład! + APEL

Każdemu siwy włos może się pojawić. Mi sie nie pojawi, bo biały pychol mam, tak mnie sprytnie natura urządziła. Mogę udawać, że młodszy jestem niż faktycznie w karcie jest napisane, ha! Jak mi w zęby zajrzą, to się nic nie ukryje, więc na wszelki wypadek pokazuję, że tego nie lubię i mam spokój...

Dwunożnym siwizna zwykle się pojawia prędzej czy później, niektórzy starają się to ukryć i paciają sobie na włosy różne specyfiki. Czterołapom nikt tego jednak nie zakrywa, nie da się, trudno, prędzej czy później ich wiek wyłazi na wierzch w okolicach nosa... Czasami nawet zbyt wcześnie!

Grozikus ma lat 6 (załóżmy!), a mordka już mu posiwiała.


Jak na pana w średnim wieku przystało - jest spokojnym psem. Jakiś czas siedział z Azerą, ale potem przestał za nią nadążać, więc lepiej było dla niego, żeby się przeniósł w spokojniejsze miejsce, bo by mu w końcu coś wysiadło przez te gonitwy za psiolaską! Grozikus grzeczny jest i przytulaśny, wpatrzony byłby w swojego człowieka jak w obrazek! Gdyby tylko ktoś zechciał go przygarnąć i dać miejsce w swoim domu, podarował głaski codziennie i spacerki regularne. A taki to niepozorny psiak, średni, czarny, podpalany, jakich wiele... Tylko że każdy jest jedyny w swoim rodzaju, taki też jest Grozikus! Przywiązał się już do naszej Tabletkowej, ona najcześciej bywa u niego, bo akurat taką ma miejscówkę. Oj oczami za nią woodzii, tak ją KOCHA... Od razu widać, że jak ktoś będzie chciał dać mu dom i poświęci mu kilka spacerów, to i w niego się Grozikus wpatrzy i to na psiAmen! Czeka chłopak...

Bobik długo u nas czekał na dom tymczasowy, bo była niejasna jego sytuacja, ale już się rozjaśniła i wiadomo, że nie musi czekać na tymczas, może już iść na stałe do domu! Gdyby był...


Prawda, że atystycznie? Miał Bobik romantyczną sesję na łące, wśród kwiatów, tak wiecie - zdjęcia co to psiolaskom można rozdawać, żeby miały do czego wzdychać. Do Bobika można, jak najbardziej! Pies to bardzo pocieszny i radosny, wręcz gdyby nie siwy pysk, to można by mówić, że wcale nie jest w średnim wieku, ale wręcz w całkiem młodym! Niestety te siwe kłaczory musiały mu się pojawić na łebku i trzeba by je pastą jakąś przesmarować... Idealny jest Bobik dla każdej rodziny, takiej z małymi dwunożnymi też, bo psiak cierpliwy jest i grzeczny, i zachować się umie. Przytulić też się lubi i korzysta z każdej okazji, żeby nawet na bezczela się przykleić do kolan czy jakkolwiek. Teraz mieszka z dwoma psiolaskami, bardzo ładnie i po dżentelmeńsku się z nimi dogaduje! I z czesaniem nie ma problemu, właściwie z Bobikiem WCALE problemów nie ma! Taki ideał! Ech, już rok i pół czeka psiak na swoich ludzi...

Jeszcze jest Marco, co ma pysk siwy i jedno ucho oklapłe.


Mały jest. Ma małe łapki, małe uszka i mały ogonek. Lat ma tylko niemało i włosów białych na faflach. Marco to już całkiem z tych, co tylko na spacerek, a potem do domu na posłanko i drzemanko iii spoookóóój święęętyyy.... Marco by wiele dał za to! U nas zwykle cały dzień jest głośno, nie ma też rąk, które kilka razy dziennie by głaskały, czasu na to nie ma... Przychodzą Wolontariusze, zabierają do lasu, robią co mogą, żeby dać wtedy tę namiastkę normalności, ale powrót jest jednak do kojca, nie do domu. Szkoda... Marco zresztą jest takim typem psiego seniora, co ceni sobie też własne towarzystwo, nie zabiega o względy ludzi, może też przez to mniej go widać? Owszem, jak człowiek chce, to bardzo proszę, ucho może nadstawić, ale sam o to nie zabiega. Może nie wierzy, że może to robić...? Coś mi się wydaje, że jakby trafił na swojego człowieka, to po jakimś czasie jednak ogonek zacząłby mu merdać i łepek też by zaczął szukać ręki, pod którą mógłby się wcisnąć... Może po prostu nigdy tego nie dostawał od ludzi i nie jest przyzwyczajony...

I teraz APEL... Bardzo ważny apel. Na końcu jest, żeby Wam został w pamięci...

Zobaczcie na jeszcze dwa siwopyszczki... To jest Smugi:


A to jest Tajfun...


I może Smugi nie ma wielu siwych kłaczków, może u Tajfuna mało je widać... ale muszę o nich napisać, bo z nimi jest kiepsko... Tylne łapki zrobiły się leniwe jeszcze bardziej niż przedtem... Nasi załatwili im takie zajęcia ruchowo-masażowe, to się nazywa reba... rehubi... r e h a b i l i t a c j a. Jeżdżą staruszki, starają się bardzo! Tylko gdyby to zależało od nich, to by biegały i hasały... a tu oczy widzą las, piłeczki, i przednie łapy by biegły! Tylko tylne myślą zupełnie co innego i buntują się... Niedobrze!

Kto będzie chciał przygarnąć Smugiego i Tajfuna, musi mieszkać w mieszkanku bez schodów. Chyba, że będzie go nosił, albo będzie ta puszka, co jeździ góra-dół, winda się to chyba nazywa. Nasi za to obiecują, że pokryją wszelkie koszty leczenia! I wyprawkę obiecali pomóc kupić! I w ogóle! ...chcą tylko, żeby znalazł się ktoś, kto pokocha Smugiego albo Tajfuna i bez względu na zdrowie staruszków - podaruje miejsce w swoim domu, wypełni swoje serce kuśtykającym czworonogiem i sprawi, że psisko poczuje motylki w sercu na widok SWOJEGO człowieka...

A gdyby kto chciał, gdyby ktoś znalazł miejsce, gdyby kto mógł... to niech przemyśli to jeszcze pięć razy i niech potem prędko dzwoni do naszych! Trzeba wystukać w telefonie numerki: 784 90 88 90, najlepiej jak na zegarku będzie nie wcześniej niż godzina 10 i nie później niż 18. I ten numer można użyć zawsze, kiedy kto chce adoptować zwierza z naszego schroniska!

Wszystkie czworonogi czekają na dobre wieści... Ich nie obchodzi, ile się ma lat, jakie kolory się ma na głowie, jaką skórę kto ma, czy ubrany jest w czarne przylegające, czy w kolorowe luźne, to naprawdę nie jest ważne! Najważniejsze, żeby serce miał pokryte sierścią, wtedy wszystko się poukłada... Tylko gdyby więcej ludzi chciało brać przykład i nie patrzyło na siwiznę, nie zaglądali w zęby, nie doszukiwali się wieku...

niedziela, 19 kwietnia 2015

O smutkach na czterech łapach... a domu nie widać...

Się porobiło... Wiecie jak to jest znać psa kilka lat, mijać się z nim na spacerach, szczekać na siebie, krzyczeć, co by się mu zrobiło, gdyby tylko dorwało... tego no... No tak czasami się krzyczy, ale jak by było nudno bez tego! I tyle lat się tak siebie widzi... kiedy biegamy, kiedy przybiegamy, kiedy zabiegamy drogę, kiedy gryziemy patyczki, kiedy łapiemy piłeczki... a potem nagle jest jakieś takie PSTRYK i nagle któryś pies ma coraz mniej sił... Jeszcze by pobiegł po piłkę, ale stawy skrzypią, łapy się plączą, zadek nie chce się podnieść...

A ludzie przychodzą, czasami spojrzą, czasami nie... Miną te smutne pyski, nie dostrzeżą tej iskierki nadziei, która jeszcze się tli... Nie zobaczą, że oczy aż się wyrywają, żeby przywołać wzrok człowieka...

Ojejciu... ledwo dwaakapity, a mi klawiatura już zamokła! Co mi tutaj...

- Hedar! Nie stój mi tu i nie siorb! Z nosa ci kapie!

- To nie z nosa, Sońka... ech...

Ech...

Dwa owczarki. Uśmiechnięte, kochające ludzi i zabawę. Naprawdę KOCHAJĄCE dwunożnych. A jeszcze dwunożnych z zabawką w ręku? Oddałyby własne posłanie za takiego człowieka na zawsze, na wyłączność. I tak jakoś teraz...

Tajfun imię zawdzięcza wiatrowi, bo był szybki, uwielbiał biegać, zwłaszcza za piłkami! Pełen energii, uwielbiający długie spacery...


Taki niefotogeniczny jest, ale trudno. Zdjęcia były robione niedawno, kiedy jeszcze nie miał aż takich problemów... Wiadomo było, że ma coś nie tak ze stawami i nerwami w tych stawach. Się to nazywa przewodnictwo. Widocznie to, co w środku Tajfuna ma biegać i przekazywać informację do łap jest jakieś leniwe... W każdym razie, na zdjęciu jeszcze widać, że nie jest źle...


To i tak było dla Tajfuna straszne, kiedy psioweci powiedzieli, że niedługie spacerki dla niego, że spokojnie, bez szaleństw. A on miał tyle energii! Teraz nie trzeba mu już tłumaczyć... sam wie...

Tajfuna łapy strajkują. Niezbyt chcą chodzić, a jak chodzą, to jakby każda chciała iść w innym kierunku, przez co psisko niby idzie, ale krokiem tanecznym. Może to trochę i śmiesznie wygląda... Ale jak się znało Tajfuna wcześniej... Kiedy zobaczy się jego wzrok... 


Nasi mają nadzieję, że ktoś, kto ma domek z ogródkiem, albo chociaż mieszkanie gdzieś bez schodów, przygarnie Tajfuna, da mu ciepły dom i zaleje go miłością. Czasami pokula mu zabawkę, wyprowadzi na trawkę, może w ciepłe dni posiedzieliby razem w ogrodzie...

Może ktoś będzie miał odwagę przyjść do schroniska i spojrzeć w tajfunowe oczy... Nasz Główny Brodaty mówi, że kiedy wchodzi do Tajfuna, widzi go z zabawką w pysku i ten jego wzrok, za każdym razem umiera trochę w środku. Każdy z naszych tak ma...

- Hedar, przestań mi tu kapać na klawiaturę! Idźże się przewietrz albo co...

Kolejny piłeczkolub - Albert. Niby owczarek, ale jednak niby nie. Za to wolontariusze, nawet obudzeni w środku nocy i zapytani o Alberta powiedzą "kocha piłki!". To prawda. Jeśli chciało się zobaczyć tego psa z wielkim uśmiechem na całą paszczę, trzeba było przynieść mu piłeczkę. I wtedy było tak:


U Alberta pojawiły się problemy ze stawami. Potem znów zalecenie psioweta, żeby nie przesadzać ze spacerami, a na tablicy w domku wolontariuszy, przy jego imieniu, pojawiło się magiczne NF. Czyli NIE FORSOWAĆ... Wytłumaczcie to psu, który na widok piłek aż tupie łapami z radości! Dobrze, że nie musi za nimi koniecznie biegać, satysfakcję sprawia mu także spacer z nią w pysku. 

Dni mijają, a albertowe stawy robią się coraz bardziej nieposłuszne... Przednie to pół biedy, ale tylne już całkiem przestają się starać!


I przez to Albert coraz bardziej smutny... Doskonale zdaje sobie sprawę, że jak nie zdąży podnieść zadka, jak ludzie idą, to oni nie poczekają... Przecież jak tylko omiotą wzrokiem jego kojec, to jego nie zobaczą, a kartki na kracie może nie zauważą! A jego tył podnosi się coraz gorzej, coraz ciężej, coraz niechętniej...



Czy zatrzyma się w końcu ktoś na dłużej przy "mieszkanku" Alberta...? Poczeka, aż podniesie on swój zadek...? Zobaczy w jego oczach tę iskierkę...? A może pokaże mu piłeczkę, którą psiak będzie mógł dumnie ponieść do domu...? Stanie się tak...?

 Pisałam na początku, że owczarki są dwa. Owczarki tak, ale mamy jeszcze owczarkę. Mieszka u nas właściwie od niedawna i nie znaliśmy jej, kiedy była pełną werwy owczareczką. Ta psiodama jest moją imienniczką, ma na imię Sońka. Tylko ja mam wpisane Sonia, a ona Sońka, żeby się nie myliło.


Sońka trafiła do nas już jako stateczna, piętnastoletnia dama. Na spacerek powolutku, niespiesznie, za to z człowiekiem. To najlepsza chwila w ciągu dnia! Kiedy jest ciepło, to ta owczarka wychodzi na swój wybieg obok domku wolontariusza. Tam ma płoteczek po kolana właściwie, ale nie przeskoczy go, sama ledwo chodzi... Już jest ociupinę lepiej, ale brykać i skakać jak Tyson nie będzie już nigdy.



Patrzy tylko tymi smutnymi oczami i czeka... Nie potrzeba jej wiele, tylko rąk głaszczących ją o poranku, w południe, przed obiadem, po obiedzie, w okolicach kolacji i przed snem; krótkiego spaceru, bo na więcej i tak nie ma siły; poczucia, że jest dla kogoś najważniejszą owczarką na świecie...  


Dla tych naszych ledwochodzących ludzie są sensem istnienia. Bez człowieka nawet zabawka traci smak. One tak potrzebują miejsca pod ludzką pachą, żeby wepchnąć tam łeb; kolana, na którym mogą oprzeć brodę; wzroku, który mogą ze swoim spotkać i wyczytać wszystko... Nie potrzebują słów...

- Hedar! Idż chlipać gdzie indziej, bo mi już klawisze nie odbijają!

Albert i Tajfun mają zapewnioną pomoc w leczeniu po adopcji. Sońce nasi zapewnią wszystko co trzeba. Byle mogły poznać lub przypomnieć sobie co to jest dom...

Schronisko to nie tylko smutne psy w kojcach, jak sporo dwunożnych myśli. Nasze schronisko to cała zgraja wesołych czworonogów, które owszem, tęsknią za ludźmi, ale okazują niesamowitą radość na ich widok.

Schronisko to też smutne zwierzaki, które nie wiedzą, że mogą mieć nadzieję na lepsze jutro. Po to jest ten cały zespół NASZYCH, żeby przywrócić tę wiarę.

Uwierzcie jednak, że psy, które były szczęśliwe, radosne i pełne energii, a teraz gasną powodują, że naprawdę umiera się trochę w środku... Kiedy nasi wiedzą, że robią wszystko, że leczą, że dają tyle miłości, ile są w stanie dać, że ogłaszają gdzie się da, że wolontariusze też szukają domów, ale mimo wszystko w końcu pojawia się pytanie "zdążymy...?"... To jest niewyobrażalne, straszne uczucie...

Pomóż...

- Chodź, Hedziuniu, pójdziemy na posłanko... pochlipiesz sobie tam do woli... pochlipiemy razem...

niedziela, 25 stycznia 2015

NASI zostają!

- Hedar! Klajd!! Możecie rozpakowywać torby! Jednak zostajemy!!

- Najpierw się kazała pakować, teraz rozpakowywać... o co ci chodziło?

- Ech, konkurs był przecież... Nasi chodzili, się denerwowali...Schronisko to tak samo nie pracuje sobie i się nie prowadzi też samo, dlatego co kilka lat konkurs jest na kolejnych prowadzicieli. Ktoś musi zamawiać żarełko, ktoś musi sprzątać, gotować, prać, chodzić za tobą, żebyś tabletki zeżarł, sporo roboty! Okazało się, że nasi znów wygrali! Najlepsi byli! A my przecież w biurze mieszkamy, Cakar w kuchni i kto wie, który kojec by nam przydzielili, gdyby naszym odebrali klucze...

- Ooojaaciee, faktycznie... Pójdę, szczeknę w podziękowaniu, że jednak mogę zostać!

- Nie łaź nigdzie! I tak mają dosyć szczekania twojego, ile można? Znajomy wchodzi - szczekasz. Zamieszanie - szczekasz. Spokój - szczekasz... Chociaż raz odpuść sobie, bo jeszcze nasi stwierdzą, że przeprowadzka ci potrzebna jednak!

Poszłam się też przedreptać po schronisku, bo już się rozeszło, że mogło być różnie. Trzeba było teraz roznieść, że nasi zostają!

Podreptałam na szpitalik. Szczeknęłam na środku, że nasi zostają! Vigro mieszka w jednym z boksów, jest u nas krótko, więc zapytał kto to są "nasi". Wyjaśniłam, że "nasi" to wszyscy, którzy przychodzą i pomagają, którzy mu zmieniają kocyki, podają miseczki, zmywają podłogę, chodzą z nim na spacery, głaszczą... I jak powiedziałam, że głaszczą, to zobaczyłam taki radosny uśmiech:


- "Nasi" są fajni! Głaszczą! Pytają jak się czuję, czy mnie boli ta wielka kulka na mojej łapie. Wiedzą, że chodzić przez nią  nie mogę, to mnie nie pospieszają. Wchodzą i od progu się uśmiechają, ja uśmiecham się do nich, tak ciepło jest z nimi...

Potem miałam iść na apartamenty, ale zobaczyłam z daleka, że ze spaceru wraca Tajfun. Szczeknęłam mu, że nasi zostają!


- O kurczaki! Ale w dechę! Lubię naszych! Tyle lat już ich znam! Co zimę się martwią o moje stawy, trzymają kciuki, żebym trafi do domku z ogrodem, gdzie będę mógł latem na trawie stare kości grzać. Codziennie tabletki mi przynoszą, pytają, jak mi się spało. Nie przeszkadza im, że tak na okrągło piszczę piszczydłami, które mam do zabawy! Zajepsiście, że zostają! Powiem innym z apartamentu, a ty leć dalej opowiadać!

W takim razie po drodze było mi na złote klatki. Tam mieszkają niektóre sierściuchy. Stanęłam pod klatkami i wymiałczałam jakoś, że nasi zostają! Mało nie zwiałam, jak się wyłonił z klatki Wyszek...


- No czo ty gadasz, Mała?? Ale żajemiałczyście, że żosztają! Jak przychodżą szprzątać kuwetki, czy przynoszą miszeczki z jedżonkiem, to żawsze pogłaszczą i nie żapominają przy tym o ogonie! Ta łapa po wypadku mnie jeszcze boli i oni jakoś o tym wiedżą, i tak delikatniaszcie tam robią wszystko, a potem mnie miziają znów. Fajoscy są, ci nasi, chociaż znam ich krótko, ale koty się na ludżach żnają!

Jak już złote klatki załatwione, to biegnę dalej! Poszłam na kociarnię krzyknąć. Stałam pod oknem i drę się: eeeeee, sierściuchyyyy, nasi zostają! W oknie siedział Gigal.


- Słuchajcie! Ta mała na dole, ta z biura, wiecie, to ona mówi, że nasi zostają! Eeeej, ty za pudłem i ty w rurze - nie chować się! Nie trzeba! Zostają nasi! ZOSTAJĄ, miałczę! Już oni doskonale wiedzą, kogo miźnąć po grzbiecie, a kogo za uchem. Już oni wiedzą, że ten dzisiaj osowiały jest za bardzo, a tamten z kolei zawsze śpi tyle na parapecie. Znają nas z każdej strony.

Uff. Sierściuchy odhaczone. To lecę na wiaty! Stanęłam między pierwszą a drugą i usiłuję przekrzyczeć szczeki "i co? i co?? I CO???". NASI ZOSTAJĄ!!! Sulejowi się mordka rozjechała:


- Jeeeeeżu kolczasstyyy... Jak suuupeeer! Przecież taaak kciuuuki czymałeem, już mi łapy cierpłyy! Przecież ta jedna z naaaszyyych to mnie taaaaaaak kooooochaaaaa! Wiesz która, nieee? Zawsze, jak przechodzi obook, to się paaczy naa mniee, niee i uśmiecha się, kocha mnie, po proostu, wieesz... Wiem, że ona ogólnie kocha też wszyyystkich, ale tak szczególnie, wieesz, to kocha MNIEE...

Wiata pierwsza i druga już wiedzą, to pobiegnę do trzeciej, tam rządzi Tyson! Do niego to strach się zbliżać... Ale poszłam, przecież nie wypada nie iść... Zbliżyłam się do krat (niezbyt przesadnie!), dygnęłam, powiedziałam "Dzień Dobry... Proszę psa Tysona, chciałam tylko powiedzieć, że... NASI ZOSTAJĄ!"


- Mhm. To w istocie jest prawdziwy powód do radości! Nie jestem psem łatwym, przyznaję... Wiem jednak, że nie jestem jedyny taki... Mimo wszystko wszyscy się starają i szukają sposobów, żebyśmy merdnęli ogonami. Jak nie jeden wolontariusz, to drugi spróbuje. Jak nie smakołykiem, to obietnicą popływania w strumieniu czy rzucania patyków przez godzinę. Każdy z nas ma szansę! 

Ufff, wszyscy wiedzą, całe schronisko już merda ogonami! Można spać spokojnie...


...niektórym nie trzeba powtarzać dwa razy...

niedziela, 19 października 2014

Kawalerowie do wzięcia

Namnożyło się nam kawalerów! Tak się złożyło, że ostatnio dwie ekstra psiolaski wyjechały do domów. Wyjechało więcej i nie tylko suczki, ale te dwie adopcje były ohohoho! Ekstra super!

Pieerwszaa...


Bati! Była u nas właściwie równo rok. Śliczna owczarka, mogłaby być całkiem rasowa! Nie miała jednak żadnego numerka w uchu ani nigdzie, nie miała też ogona... Długo była przez to niewidoczna, ale w końcu jej się poszczęściło!

Poooteem...


Epika! Noo troooche oowczaarka w niej było, ale zdecydowanie mniej niż u Bati. Za to nadrabiała kudłatością. Była prawdziwie sierściasta i mięciutka! Przesiedziała u nas ponad 2 lata... Kolejne już przesiedzi w najprawdziwszym domu!

Psiolaski poszły do domu, zostali ich kumple z boksów i trzeba było im dobrać lokatorów. Akurat jeden i drugi siedział w kojcu z ogrzewanym miejscem do spania, a że zima idzie, trzeba było się postarać, żeby się polubili z innymi psami potrzebującymi ciepłego noclegu.

Bati mieszkała z Łatkiem.


Łatek szczęścia nie miał. Właściciel trzymał go w szopie bez przedniej ściany, za to z tonami śmieci w środku... Do ściany szopy przywiązany pies, który mógł spać... gdzieś... między starymi drzwiami a zardzewiałą ścianą... W schronisku Łatek okazał się miłośnikiem piłeczek, patyczków i wszystkiego, za czym można pobiec i przynieść, i znów pobiec! Z jego stawami nie jest już tak super, jak kiedyś; bywało, że i wcale wstawać nie mógł. Teraz się już doleczył troszkę, może i za piłeczką już nie może biegać za bardzo, ale na spacer pójdzie chętnie!

Bati się wyprowadziła, więc trzeba było szukać Łatkowi psiolokatora. Ktoś wpadł na pomysł, że może Tajfun...? Tajfun innych psów nie lubi! Ale potrzebuje ciepłego łóżka na zimę, może akurat...


Tajfun faktycznie za innymi psami nie przepada. Jak na wiacie mieszkał, to się zawsze musiał z którymś pokłócić. Za to ludzi kocha nad życie! Wie, jak się uśmiechnąć, jak merdnąć, jak spojrzeć, no tylko brać do domu i całymi dniami patrzeć sobie w oczka! Niestety jakoś nikt Tajfuna nie zauważa. Teraz będzie jeszcze trudniej, bo jemu też stawy już odmawiają współpracy, dlatego musi mieszkać w ciepełku.

Żyją sobie teraz Łatek i Tajfun w jednym kojcu, dzieląc ciepły pokój. Czasami coś zgrzytnie, ale bez przesady! Ja też czasem warknę, ale przecież nic takiego od razu się nie dzieje!

Epika mieszkała z Albertem.


Albert też jest piłeczkofanem! Niestety albercie stawy już też nie są tak sprężyste, jak kiedyś. Ciągle jednak ma nadzieję, że będzie mógł chociaż pochodzić za piłeczkami, może ktoś mu będzie chociaż trochę je kulał, a on trochę będzie do nich dreptał... A może jakby został zabrany do prawdziwego domu, odgrzałby się, odgłaskał, ocieplił, może i stawy by się zasprężyniły znów i by jeszcze popiłeczkował... Marzy mu się...

Alberta spróbowano skumplować ze Śnikiakiem.


Śliniak groźnie może wygląda... ale tylko wygląda! W środku zupełnie łagodny! Jego przeszłość nie jest ciekawa, był psem łańcuchowym, stan zdrowia też nie zachwycał. Liczne guzy, nieleczone, niesprawdzane, po prostu jest pies, ma szczekać, a że coś mu wyrasta - no to będzie groźniej wyglądał! Śliniak został odebrany, zamieszkał u nas i przeszedł już kilka operacji, bo ciągle tam coś w środku mu wyrasta niepotrzebnie albo działa nie tak, jak trzeba... Wygląda teraz jak eksperyment jakiś! Za to podejście śliniaka do ludzi wcale nie jest takie eksperymentalne! Wiadomo, że lubi te wszystkie spacerki, głaskania i drapanka po pociachanym grzbiecie.

Się Śliniak z Albertem też dogadał i żyją zgodnie nawet na jednym terenie. Wyjdzie im to na dobre, każdy lubi mieć ciepło pod zadem w zimie!

Przystojni, oddani kawalerowie do wzięcia. Wspomniałam o czterech, chociaż mieszka ich u nas dużo więcej! Komplement wyszczekają, obronią, jak będzie trzeba, potowarzyszą na wieczornej przechadzce. Tylko szansę trzeba dać, do domu wziąć, a oni już pokażą, jak bardzo byli tego warci...