Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albert. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 czerwca 2015

Pac- pac, kto tu teraz mieszka?

- PAC PAC PAC! Pssst, to ja, Tysiak... mogę wejść...? Ech, śpią!

Niech śpią, a ja sobie myk-myk-myk, do skrzyneczki z blogiem popędzę...

Wiedziałem, że prędzej, czy później to nastąpi, że w końcu ktoś w biurze się pojawi, wiedziałem! Taka pustka w ciepełku, między ludźmi jest nie do pomyślenia! Nawet lepiej, od razu milej się dwunożnym robi, jak im coś zamerda przy wejściu, jak czasami sierść przed oczami polata i co prawda nie chcą się przyznać, ale na pewno kochają ten poranny (czasami popołudniowy i wieczorny) rytuał zamiatania psich kudełków!

Co prawda nasz Kiero miał zupełnie inne plany co do dołożenia łap do biura, ale że tak to napiszę... Przyszedł do pracy i już go jedne cztery łapy przywitały hyhyhyhy! A jak już były to nie wygoni, prawda??

Tak oto do biura zawitał Fili.


Mniejszy ode mnie (serio!), drobniejszy (serio, serio!). Jeszcze jedno nas różni. Ja się trochę zamykam w sobie, kiedy obcy do mnie podchodzą, a Fili najchętniej zamknąłby się w czyichś objęciach. Włazi to bezwstydnie na kolana, na ręce, na co się da! Na przypadkowo położone kołdry też...


Właściwie to o mało do domu nie poszedł pierwszego dnia! Przyszli państwo, a Fili na kolanka, tak na bezczelnego! To może jednak wezmą... Filiemu jednak się dwunożni spodobali, owszem, ale tylko dorośli... Jakoś się dziwnie uśmiechał półpaszczą do najmłodszego dwunożnego i lepiej było jednak nie ryzykować... Niemądry! A miałby już własne, prywatne kolana! 

Na zdjęciach nie widać, ale Fili ma łapki. Niedługie i jak biegnie, to ich właściwie nie widać, ale ma:


Jak to małe, pchające się na kolana chuchro wkrótce nie wyfrunie do domu, to niech mi na łapie kolejna narośl... znaczy ten... kaktus wyrośnie!

Tak oto wygląda jeden psi biurownik. Kto jest drugim szczęśliwcem? A bardzo proszę:


Kto rozpoznał?? Pewnie niewielu, o tym psie jeszcze chyba nigdy nie było na blogu... A miało być! To przeznaczenie! Nawet gdyby nie przeprowadził się pod dach, to i tak był opisany. To jakiś znak! Mam moc! Jjjaaaaa! 

Na zdjęciu jest Dżokej. Tak wygląda wśród traw ździebełek:


Nie wypada mi pisać, że całkiem ten Dżokej przystojny... ale umaszczenie ma całkiem jednak ładne, trzeba przyznać. 

O Dżokeju się mówiło zawsze, że nieśmiały jest, że woli budę niż powitanie człowieka, że ogonek to mu zaczyna chodzić dopiero po piętnastym spotkaniu z tym konkretnym wolontariuszem... Oczy mu powoli zachodzą mgłą, może dlatego tak... To dopiero początek i ma u nas reluga... legura... r e g u l a r n i e  zakrapiane oczy, ale to takie paskudztwo, że mogą oczy całkiem przestać podziwiać świat, tylko oby jak najpóźniej to nastąpiło!

Szkoda tego Dżokeja, bo taki niezauważany zupełnie, więc nasz Kiero postanowił, że może jak się go do biura weźmie, to szybciej ktoś go wypatrzy. 

Okazało się, że wśród ludzi psisko wcale nie jest takie "schowam się pod ławą i żegnam się z państwem", jak Bulba zwykła to robić. Dżokej może nie biegnie z merdającym ogonkiem do każdego, ale owszem, podejdzie spokojnie, pogłaskać się da, jak się przestanie, to te pół kroku podejdzie, czyli jednak jakby mu się to podobało, ale wstydzi się jeszcze przyznać.


Za to nie wstydzi się powiedzieć, a raczej wyburczeć, kiedy mu się coś nie podoba. Na przykład nie spodobała mu się ostatnio wizyta psioweta. Nie oszukujmy się, tego akurat psioweta to nie lubi trzy czwarte schroniska! Z daleka wiedzą, że przybył, rozchodzi się to jak faaalaaaa! I ten akurat psiowet chciał sobie Dżokeja obejrzeć. Nie wiem w końcu, czy dojrzał, co chciał, ale na pewno cały zestaw dżokejowych zębisk mógł dokładnie przestudiować, chociaż z daleka, bo psisko pokopytkowało za fotel naszej fotografki i stamtąd burczało...

Jest też jeden współpsiobiurownik na dochodne. Z Albertem było ostatnio kiepskawo... Dalej nie jest rewelacyjnie, ale już nie będe tak na czarno pisać. Albert pomieszkał niedawno w lecznicy...


Oj niewesoło było, nawet pisać nie będę!

Niedawno wrócił z powrotem do schroniska, ale kroplówki dalej musi dostawać, więc na ten czas przychodzi do biura. 


Pilnuje go wtedy zwykle ktoś z naszych, a jeszcze teraz ma pełną obstawę!


Bez obaw więc, biuro znów jest sierściaste w części! Znów jest wes...

- ...a zastukaj jeszcze raz w ten guziczek, a ja ci zaraz pokażę, co to znaczy wesołe biuro!

- Ale Fili, to ja, Tysia....

- Może być Tysiak, Seciak czy Milioniak, co to za szwędanie się po MOIM terenie?? Kto to wi...

- Kiler! Znaczy... Fili! Co to za szczeki w środku nocy??

- Patrz! Patrz, Dżokej, taki tutaj ten... Seciak się panoszy!

- Tysiak...

- Tysiak się panoszy!

- Na Doga! Spoookóój... Wyjaśnienia teraz, na spokojnie, proszszsz...

- Bo bloga ma schronisko i trzeba pisać. Dwa razy w tygodniu posty. Zwykle pisał mieszkaniec biura, ale tutaj było jakiś czas pusto, to...

- HA! Teraz JA mieszkam! JA powinienem pisać! Dżookeej, poowiedz muu coooś...

- Spaliście obaj, miałem budzić?? Dooobra, więcej nie przyjdę, ale piszcie posty, cooo...?

- Pokaż, co żeś tu naskrobał... mhmhmhm... mhmhmhmmm... oooo o mnie jest, mmhmhmhm.... mmm... Eeee, nie jest źle. Kiler! Znaczy... Fili, spać idź i nie marudź, Tysiak do siebie, to publikujemy, a potem się zobaczy. No! Spać! 

Dobranoc i Dzień Dobry Czytacielom!

Dżokej, Fili i Tysiak.

niedziela, 19 kwietnia 2015

O smutkach na czterech łapach... a domu nie widać...

Się porobiło... Wiecie jak to jest znać psa kilka lat, mijać się z nim na spacerach, szczekać na siebie, krzyczeć, co by się mu zrobiło, gdyby tylko dorwało... tego no... No tak czasami się krzyczy, ale jak by było nudno bez tego! I tyle lat się tak siebie widzi... kiedy biegamy, kiedy przybiegamy, kiedy zabiegamy drogę, kiedy gryziemy patyczki, kiedy łapiemy piłeczki... a potem nagle jest jakieś takie PSTRYK i nagle któryś pies ma coraz mniej sił... Jeszcze by pobiegł po piłkę, ale stawy skrzypią, łapy się plączą, zadek nie chce się podnieść...

A ludzie przychodzą, czasami spojrzą, czasami nie... Miną te smutne pyski, nie dostrzeżą tej iskierki nadziei, która jeszcze się tli... Nie zobaczą, że oczy aż się wyrywają, żeby przywołać wzrok człowieka...

Ojejciu... ledwo dwaakapity, a mi klawiatura już zamokła! Co mi tutaj...

- Hedar! Nie stój mi tu i nie siorb! Z nosa ci kapie!

- To nie z nosa, Sońka... ech...

Ech...

Dwa owczarki. Uśmiechnięte, kochające ludzi i zabawę. Naprawdę KOCHAJĄCE dwunożnych. A jeszcze dwunożnych z zabawką w ręku? Oddałyby własne posłanie za takiego człowieka na zawsze, na wyłączność. I tak jakoś teraz...

Tajfun imię zawdzięcza wiatrowi, bo był szybki, uwielbiał biegać, zwłaszcza za piłkami! Pełen energii, uwielbiający długie spacery...


Taki niefotogeniczny jest, ale trudno. Zdjęcia były robione niedawno, kiedy jeszcze nie miał aż takich problemów... Wiadomo było, że ma coś nie tak ze stawami i nerwami w tych stawach. Się to nazywa przewodnictwo. Widocznie to, co w środku Tajfuna ma biegać i przekazywać informację do łap jest jakieś leniwe... W każdym razie, na zdjęciu jeszcze widać, że nie jest źle...


To i tak było dla Tajfuna straszne, kiedy psioweci powiedzieli, że niedługie spacerki dla niego, że spokojnie, bez szaleństw. A on miał tyle energii! Teraz nie trzeba mu już tłumaczyć... sam wie...

Tajfuna łapy strajkują. Niezbyt chcą chodzić, a jak chodzą, to jakby każda chciała iść w innym kierunku, przez co psisko niby idzie, ale krokiem tanecznym. Może to trochę i śmiesznie wygląda... Ale jak się znało Tajfuna wcześniej... Kiedy zobaczy się jego wzrok... 


Nasi mają nadzieję, że ktoś, kto ma domek z ogródkiem, albo chociaż mieszkanie gdzieś bez schodów, przygarnie Tajfuna, da mu ciepły dom i zaleje go miłością. Czasami pokula mu zabawkę, wyprowadzi na trawkę, może w ciepłe dni posiedzieliby razem w ogrodzie...

Może ktoś będzie miał odwagę przyjść do schroniska i spojrzeć w tajfunowe oczy... Nasz Główny Brodaty mówi, że kiedy wchodzi do Tajfuna, widzi go z zabawką w pysku i ten jego wzrok, za każdym razem umiera trochę w środku. Każdy z naszych tak ma...

- Hedar, przestań mi tu kapać na klawiaturę! Idźże się przewietrz albo co...

Kolejny piłeczkolub - Albert. Niby owczarek, ale jednak niby nie. Za to wolontariusze, nawet obudzeni w środku nocy i zapytani o Alberta powiedzą "kocha piłki!". To prawda. Jeśli chciało się zobaczyć tego psa z wielkim uśmiechem na całą paszczę, trzeba było przynieść mu piłeczkę. I wtedy było tak:


U Alberta pojawiły się problemy ze stawami. Potem znów zalecenie psioweta, żeby nie przesadzać ze spacerami, a na tablicy w domku wolontariuszy, przy jego imieniu, pojawiło się magiczne NF. Czyli NIE FORSOWAĆ... Wytłumaczcie to psu, który na widok piłek aż tupie łapami z radości! Dobrze, że nie musi za nimi koniecznie biegać, satysfakcję sprawia mu także spacer z nią w pysku. 

Dni mijają, a albertowe stawy robią się coraz bardziej nieposłuszne... Przednie to pół biedy, ale tylne już całkiem przestają się starać!


I przez to Albert coraz bardziej smutny... Doskonale zdaje sobie sprawę, że jak nie zdąży podnieść zadka, jak ludzie idą, to oni nie poczekają... Przecież jak tylko omiotą wzrokiem jego kojec, to jego nie zobaczą, a kartki na kracie może nie zauważą! A jego tył podnosi się coraz gorzej, coraz ciężej, coraz niechętniej...



Czy zatrzyma się w końcu ktoś na dłużej przy "mieszkanku" Alberta...? Poczeka, aż podniesie on swój zadek...? Zobaczy w jego oczach tę iskierkę...? A może pokaże mu piłeczkę, którą psiak będzie mógł dumnie ponieść do domu...? Stanie się tak...?

 Pisałam na początku, że owczarki są dwa. Owczarki tak, ale mamy jeszcze owczarkę. Mieszka u nas właściwie od niedawna i nie znaliśmy jej, kiedy była pełną werwy owczareczką. Ta psiodama jest moją imienniczką, ma na imię Sońka. Tylko ja mam wpisane Sonia, a ona Sońka, żeby się nie myliło.


Sońka trafiła do nas już jako stateczna, piętnastoletnia dama. Na spacerek powolutku, niespiesznie, za to z człowiekiem. To najlepsza chwila w ciągu dnia! Kiedy jest ciepło, to ta owczarka wychodzi na swój wybieg obok domku wolontariusza. Tam ma płoteczek po kolana właściwie, ale nie przeskoczy go, sama ledwo chodzi... Już jest ociupinę lepiej, ale brykać i skakać jak Tyson nie będzie już nigdy.



Patrzy tylko tymi smutnymi oczami i czeka... Nie potrzeba jej wiele, tylko rąk głaszczących ją o poranku, w południe, przed obiadem, po obiedzie, w okolicach kolacji i przed snem; krótkiego spaceru, bo na więcej i tak nie ma siły; poczucia, że jest dla kogoś najważniejszą owczarką na świecie...  


Dla tych naszych ledwochodzących ludzie są sensem istnienia. Bez człowieka nawet zabawka traci smak. One tak potrzebują miejsca pod ludzką pachą, żeby wepchnąć tam łeb; kolana, na którym mogą oprzeć brodę; wzroku, który mogą ze swoim spotkać i wyczytać wszystko... Nie potrzebują słów...

- Hedar! Idż chlipać gdzie indziej, bo mi już klawisze nie odbijają!

Albert i Tajfun mają zapewnioną pomoc w leczeniu po adopcji. Sońce nasi zapewnią wszystko co trzeba. Byle mogły poznać lub przypomnieć sobie co to jest dom...

Schronisko to nie tylko smutne psy w kojcach, jak sporo dwunożnych myśli. Nasze schronisko to cała zgraja wesołych czworonogów, które owszem, tęsknią za ludźmi, ale okazują niesamowitą radość na ich widok.

Schronisko to też smutne zwierzaki, które nie wiedzą, że mogą mieć nadzieję na lepsze jutro. Po to jest ten cały zespół NASZYCH, żeby przywrócić tę wiarę.

Uwierzcie jednak, że psy, które były szczęśliwe, radosne i pełne energii, a teraz gasną powodują, że naprawdę umiera się trochę w środku... Kiedy nasi wiedzą, że robią wszystko, że leczą, że dają tyle miłości, ile są w stanie dać, że ogłaszają gdzie się da, że wolontariusze też szukają domów, ale mimo wszystko w końcu pojawia się pytanie "zdążymy...?"... To jest niewyobrażalne, straszne uczucie...

Pomóż...

- Chodź, Hedziuniu, pójdziemy na posłanko... pochlipiesz sobie tam do woli... pochlipiemy razem...

niedziela, 19 października 2014

Kawalerowie do wzięcia

Namnożyło się nam kawalerów! Tak się złożyło, że ostatnio dwie ekstra psiolaski wyjechały do domów. Wyjechało więcej i nie tylko suczki, ale te dwie adopcje były ohohoho! Ekstra super!

Pieerwszaa...


Bati! Była u nas właściwie równo rok. Śliczna owczarka, mogłaby być całkiem rasowa! Nie miała jednak żadnego numerka w uchu ani nigdzie, nie miała też ogona... Długo była przez to niewidoczna, ale w końcu jej się poszczęściło!

Poooteem...


Epika! Noo troooche oowczaarka w niej było, ale zdecydowanie mniej niż u Bati. Za to nadrabiała kudłatością. Była prawdziwie sierściasta i mięciutka! Przesiedziała u nas ponad 2 lata... Kolejne już przesiedzi w najprawdziwszym domu!

Psiolaski poszły do domu, zostali ich kumple z boksów i trzeba było im dobrać lokatorów. Akurat jeden i drugi siedział w kojcu z ogrzewanym miejscem do spania, a że zima idzie, trzeba było się postarać, żeby się polubili z innymi psami potrzebującymi ciepłego noclegu.

Bati mieszkała z Łatkiem.


Łatek szczęścia nie miał. Właściciel trzymał go w szopie bez przedniej ściany, za to z tonami śmieci w środku... Do ściany szopy przywiązany pies, który mógł spać... gdzieś... między starymi drzwiami a zardzewiałą ścianą... W schronisku Łatek okazał się miłośnikiem piłeczek, patyczków i wszystkiego, za czym można pobiec i przynieść, i znów pobiec! Z jego stawami nie jest już tak super, jak kiedyś; bywało, że i wcale wstawać nie mógł. Teraz się już doleczył troszkę, może i za piłeczką już nie może biegać za bardzo, ale na spacer pójdzie chętnie!

Bati się wyprowadziła, więc trzeba było szukać Łatkowi psiolokatora. Ktoś wpadł na pomysł, że może Tajfun...? Tajfun innych psów nie lubi! Ale potrzebuje ciepłego łóżka na zimę, może akurat...


Tajfun faktycznie za innymi psami nie przepada. Jak na wiacie mieszkał, to się zawsze musiał z którymś pokłócić. Za to ludzi kocha nad życie! Wie, jak się uśmiechnąć, jak merdnąć, jak spojrzeć, no tylko brać do domu i całymi dniami patrzeć sobie w oczka! Niestety jakoś nikt Tajfuna nie zauważa. Teraz będzie jeszcze trudniej, bo jemu też stawy już odmawiają współpracy, dlatego musi mieszkać w ciepełku.

Żyją sobie teraz Łatek i Tajfun w jednym kojcu, dzieląc ciepły pokój. Czasami coś zgrzytnie, ale bez przesady! Ja też czasem warknę, ale przecież nic takiego od razu się nie dzieje!

Epika mieszkała z Albertem.


Albert też jest piłeczkofanem! Niestety albercie stawy już też nie są tak sprężyste, jak kiedyś. Ciągle jednak ma nadzieję, że będzie mógł chociaż pochodzić za piłeczkami, może ktoś mu będzie chociaż trochę je kulał, a on trochę będzie do nich dreptał... A może jakby został zabrany do prawdziwego domu, odgrzałby się, odgłaskał, ocieplił, może i stawy by się zasprężyniły znów i by jeszcze popiłeczkował... Marzy mu się...

Alberta spróbowano skumplować ze Śnikiakiem.


Śliniak groźnie może wygląda... ale tylko wygląda! W środku zupełnie łagodny! Jego przeszłość nie jest ciekawa, był psem łańcuchowym, stan zdrowia też nie zachwycał. Liczne guzy, nieleczone, niesprawdzane, po prostu jest pies, ma szczekać, a że coś mu wyrasta - no to będzie groźniej wyglądał! Śliniak został odebrany, zamieszkał u nas i przeszedł już kilka operacji, bo ciągle tam coś w środku mu wyrasta niepotrzebnie albo działa nie tak, jak trzeba... Wygląda teraz jak eksperyment jakiś! Za to podejście śliniaka do ludzi wcale nie jest takie eksperymentalne! Wiadomo, że lubi te wszystkie spacerki, głaskania i drapanka po pociachanym grzbiecie.

Się Śliniak z Albertem też dogadał i żyją zgodnie nawet na jednym terenie. Wyjdzie im to na dobre, każdy lubi mieć ciepło pod zadem w zimie!

Przystojni, oddani kawalerowie do wzięcia. Wspomniałam o czterech, chociaż mieszka ich u nas dużo więcej! Komplement wyszczekają, obronią, jak będzie trzeba, potowarzyszą na wieczornej przechadzce. Tylko szansę trzeba dać, do domu wziąć, a oni już pokażą, jak bardzo byli tego warci...

środa, 25 czerwca 2014

Raz - dwa - trzy - dziś piłeczkę rzucasz Ty!

- Hedarze, rusz się,  nie można tak leżeć ciągle! 

- Buulbaa, myślisz,  że nie widzę jak przewalasz się na kocu w szatni?

- oj, bo ja ćwiczę wtedy! Te, no... przewroty ćwiczę! 

- przewroty... też coś... z lewego boku na prawy...

- bo za mało miejsca, żeby robić od przodu to tyłu! Właśnie...

Ostatnio pisałam o leniuchowaniu, dzisiaj bedzie o psach,  które tego leżenia mają za dużo i marzą o dwunożnym, który by nadążył za ich czterema łapami. 

Na przykład Tysek. Średni,  szary, ale często z kolorową zabawką w pysku. Czeka na kogoś,  kto go zabierze do lasu, czeka na możliwość wytarzania sie w mchu, czeka na szalonego współspracerowicza. Kto mu dorówna?


Tutaj akurat na spacer wyruszył bez niezbędnej zabawki. Nic nie szkodzi! W lesie zabawek dużo,  ot - chociażby taka super naturalna, leśna.... cegła... dopóki cegła nie przepadnie bezczelnie wśród mchu - Tysek będzie jej miłość wyznawał, nosem trącał, mruczał i się wdzięczył! Takie małe Tyskowe wariactwa... 

Kto chce zaskarbić sobie miłość Alberta, powinien wziąć ze sobą na spacer piłeczki. Kocha Albert piłeczki.  Wszystkie. Małe, duże, jego i cudze, co to za różnica? Okrągłe i kulające się - prędzej czy później znajdą miejsce w albertowej paszczy.


Kiedyś siedział w boksie ze spanielką Aminą.Wlazła do nich Wolontariuszka, bo kojec duży, to może się pobawią trochę piłkami. Zabawa była dośc monotonna... Amina przynosiła piłkę, Wolontariuszka odbijała kulkę o ziemię, Albert podchodził, zabierał, wchodził do budy, wychodził bez zabawki... Amina znajdowała nową piłkę, przynosiła, dziewczyna rzucała, Albert zabierał, chował, wychodził i czekał...

- Ciasteczko? Chętnie, daj, zjem! Dobre... O! Piłka, czekaj, schowam, bo jeszcze się zgubi... Już schowana, daj ciastko!

Za to innym razem, na spacerze nie wiedział chyba sam co mu się chce. Wędrował, wąchał, oznaczał, spacerował, niuchał, kopał i nagle... O! Piłka! DAJ!

Piłkę dostał, ale tego dnia chyba mu działał tylko jeden trybik, bo z kulką w paszczy stał... i stał... i piłeczkę gryzu gryzu... i stoi... Na komendę "Albercik, chodź!", Albercik piłkę puszczał i szedł... No to piłka w ludzką łapę i szli w takim razie dalej. Spacer długo nie trwał, bo albertowe oczy dojrzały... a jakże - piłeczkę. DAJ! Piłeczka rzucona, Albercik za piłeczką pobiegł, wziął w paszczę, gryzu gryzu... stoi... i stoi... "Albert! Chodź!". Piłka na ziemię, pies idzie........... Myślicie, że tak się długo nie da? Da się, spacer trwał trzy razy dłużej, dwunożny się trochę naschylał, ale chyba po to przychodzi do schroniska, nie?

Inny pies, tym razem kobitka, suczka znaczy, ani myśli stać, kiedy wokół tyle patyków! Nazywa się Nerfka i chyba zbyt się przejęła swoim imieniem... W kojcu bardzo dużo krzyczy i szybko się irytuje bezczynnością. To taki typ baby, co ciągle musi coś robić, bezczynność jest dla niej zupełnie nie do przyjęcia! Gdyby potrafiła prać, sprzątać gotować, po zakupy chodzić, to by pewnie prędko znalazła dom... Za szybko ją też denerwują niezdecydowani ludzie i może dlatego tak reaguje na obcych... Nerfka musi widzieć, że ktoś jest zdecydowany ją poznać. I ten ktoś ma być nastawiony pozytywnie i musi jej obiecać, że ma przygotowane 253 patyki i wtedy ewentualnie może przestać krzyczeć...

Tak naprawdę to super-suczka, tylko nic-nie-robienie ją męczy. Nerfka tak by chciała, żeby mieć na stałe współbiegacza, który patyki daleko umie rzucać, a najlepiej jakby jej wymyślił jakieś pożyteczne drobne prace... Gazetę pewnie by przynosiła, pomagała sprzątać ogród po jesiennych wichurach, a może i dostarczała z lodówki zimne napoje w butelkach, kiedy na dworze skwar...

- w biurze by się taka Nerfka przydała! W niektóre dni biegają panie między biurami, to dziurkownik, to zszywarka, to taśma klejowa czy nożydełki, spać nie dają! 

- oczywiście, ja o bieganiu tyle nastukałam, a ty o spaniu, jak zwykle... Rusz się, idziemy sprawdzić czy znów kartonu kotów nam nie podrzucili pod bramę!

środa, 29 maja 2013

MOŻNA SIĘ POMYLIĆ…



- Majka…
- No?
- Kto to powiedział: Pies jest jedynym stworzeniem, które bezogoniastych kocha bardziej niż siebie samego…?
- Nie pamiętam. Jeden mądry bezogoniasty. Z daleka.
- Znam go?
- Nie. W naszym schronisku nigdy nie był.
- Szkoda, chętnie bym go zobaczył. Taki to musi wszystko wiedzieć o psach.
- Nasi też sporo wiedzą.
- No tak… A właśnie, skąd właściwie wiedzą, skoro nie rozumieją naszego szczekania?
- Trochę rozumieją… Poza tym patrzą, obserwują cię. Twoje ruchy, miny, humor i w ogóle…
- No tak… Mogą poznać na przykład, że jestem głodny, bo wtedy robię tak, o!...
- Tyson, przestań, bo już ci te ślepia tak zostaną!...
- Ale można poznać po tej minie, że jestem głodny, nie?
- Nie! Można poznać co najwyżej, że masz kłopoty z wypróżnieniem.
- Złośliwa stara suka! W dodatku duch!
- Wredny stary amstaf! W dodatku… Zresztą, dosyć! Wracamy do laptopa! Robota czeka…

Spod miejskiej biblioteki nasi bezogoniaści któregoś dnia przywieźli psiurkę. Wysadzili, jak zawsze, na placu, z samochodu – niech rozprostuje kości. Wtedy zobaczyła ją jedna z naszych bezogoniastych – toż to Inka, nawet obróżkę ma tę samą, znajomą, czerwoną!... Tylko że Inka poszła do domu tymczasowego, niedawno nawet pisaliśmy o niej na blogu. No to zaraz telefon do tego domu. A bezogoniasta, która opiekuje się Inką zaniemówiła najpierw, a potem powiada, że Inka siedzi sobie przy niej i słucha rozmowy… Więc niemożliwe, żeby to ona… Jak trzeba, to Inkę zapakuje i przywiezie do schroniska, nawet w tej chwili!
Nasi bezogoniaści uwierzyli na słowo, bo tamta bezogoniasta jest w porządku osobą. I zaraz poszli dokładniej przyjrzeć się rzekomej Ince. Wygląd, wiek, umaszczenie, wzrost – wszystko jak u Inki. Ha! Tylko płeć nie ta! Samczyk!
Jak to czasem można się pomylić!
           
Psiak dostał na imię Tales i poszedł do kojca na kwarantannę. Próbowaliśmy go pytać, czy nie ma siostry bliźniaczki, ale ciężko się z nim było dogadać – jeszcze za bardzo się bał… Dla kogoś, kto nie przywykł i nie ma mocnych nerwów, schronisko to mocna rzecz!

Poza tym do schroniska wrócił Twix. Siedział tu parę miesięcy i wyglądał na zakochanego w bezogoniastych kanapowca. No to gdy trafiła się chętna, niemłoda już bezogoniasta, chcąca adoptować spokojnego, miłego psiaka, wydawało się, że dobrali się w korcu maku…
Jak to się czasem można pomylić…
          


Do pewnego stopnia sprawdziły się nasze oczekiwania. Twix poza swoją panią świata nie widział. I to tak bardzo, że na spacerach zaczął powarkiwać i rzucać się na obce psy – wystarczyło, że któryś zbliżył się tylko do jego bezogoniastej. Taki był o nią zazdrosny i tak chciał jej bronić. A przecież w schronisku nigdy nie okazywał agresji!
Ale to nie wszystko. Okazało się, że Twix cierpi na przypadłość, którą bezogoniaści nazywają lękiem separacyjnym. To znaczy wpadał w szał, gdy bezogoniasta zostawiała go samego. Wtedy w mieszkaniu nic nie było świętością: drapał, gryzł, rozszarpywał wszystko, co wpadło mu w zęby i pazury… Nie pomogły rady behawiorysty. Zgodnie z nimi bezogoniasta wychodziła na chwilę, a potem wracała, jakby nigdy nic – i te wyjścia były coraz dłuższe… Twix wyczuwał jakoś, że jego pani poszła, na przykład, porozmawiać z sąsiadką przez chwilę i czekał spokojnie. Ale gdy wychodziła na dłużej, zaczynał robić piekło…
No i tak się to ciągnęło przez trzy miesiące. A później bezogoniasta poddała się… Przyprowadziła Twixa z powrotem do schroniska. No i Twix siedzi, tęskni, burczy na inne psy… I nie wiadomo, co będzie…

Trochę wcześniej natomiast zdarzyła się historia taka. Przychodził do schroniska młody bezogoniasty, który za różne sprawki musiał popracować społecznie… No i odrabiał te zasądzone godziny u nas: czyścił, sprzątał, coś tam naprawiał… Aż pewnego dnia jeden z naszych bezogoniastych zobaczył, że ten młody bawi się z Albertem i wpycha łapę między pręty kojca, żeby psa podrapać czy pogłaskać. A tego się nie robi. Każdy pies może mieć gorszy dzień i nieznajomego użreć. No więc nasz bezogoniasty zwrócił tamtemu młodemu uwagę. A on na to, że się nie boi, bo to jest jego pies…
          


No to zaraz zrobił się raban, bo Albert siedzi w schronisku już prawie dwa lata, aż tu proszę, znalazł się właściciel. I co się okazało? Ten młody mieszkał z matką i ojcem oraz z Albertem (pies miał wtedy inaczej na imię; Albert to jego miano schroniskowe). Ale potem rodzina się rozpadła, ojciec odszedł i zabrał z sobą psa, który był z nimi od malutkiego szczeniaka. A jeszcze potem pewnie go wywalił, bo Alberta nasi znaleźli, jak błąkał się po jedynym z peryferyjnych osiedli i wył po nocach nie dając spać lokatorom.
Za to teraz pełnia szczęścia – znalazł się pierwotny właściciel! Albert, zwykle mało wylewny w stosunku do obcych, z nim bawił się chętnie. Poznał po dwóch latach?...
Tylko że młody bezogoniasty jakoś nie palił się, by zabierać Alberta. Twierdził, że musi porozmawiać z matką. Dobra, gadaj! I to szybko, bo pies, który ma właścicieli, nie powinien siedzieć w schronisku ani chwili dłużej!...
Jak to się można czasem pomylić!...
Młody bezogoniasty przepadł. O jego matce ani słychu, ani dychu…
I nie wiadomo, co będzie…

Pies ogląda takie wydarzenia, pisze o nich – i odechciewa mu się… Jeść, na przykład… Prawda, Tyson?... No właśnie.
Chociaż, gdyby jakiś przysmaczek, dajmy na to, taki…


 aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce