Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sońka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sońka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 czerwca 2015

To my i o nas piszemy! No dobra, nie tylko...

- Cakar! Przecież już sobota wieczór!

- Taaak...

- Przecież post! Przecież Sonia w domu! Przecież blog!

- Tysiak, nie ekscytuj się, bo coś ci się stanie jeszcze...

- Ale musimy! Ile razy słyszałeś, że choćby burze, wiatry, klejące się oczy do snu czy chrapanie Hedara, post w niedzielę i środę być musi!

- Oj tak, jak wyruszała na łowy tematu, to faktycznie pod nosem mruczała... Alee boo ja wieem...

- Tylko mi się nie zwieszaj teraz! Idziemy, nie ma co. Jakoś damy radę. Kogo jak kogo, ale Soni zawieść nie można. Soni nie ma z nami od kilku dni przecież, chrapie sobie na posłaniu w DOMU, pewna, że tutaj ktoś da radę i co, rano by zajrzała na bloga i pusto?? No, kopytkuj za mną!

....

....

- No dobra. Siedzę. Wciśnij ten guzik tam... O, jest. To o czym piszemy??

- Hmm...

- Hmm... Najpierw o Soni. Jak poszła do domu. Na pewno wszyscy ciekawi, a ja akurat tę historię słyszałem, bo nasi tylko o tym rozmawiali w kuchni, wydarzenie dnia, tygodnia, roku, nawet dekady! Przecież Sonia siedziała w schronisku 10 lat!! Ja tyle nie mam! Ty też nie masz!

Jak to było?

Zaczęło się od tego, że daawno temu jedna Dziewczyna, która przyszła wyprowadzać psy poznała Sonię, jej historię i stwierdziła, że tak być nie może, że taka fajna psiolaska siedzi w schronisku 9 lat (wtedy)! Dlaczego nikt jej nie widzi, chociaż wcale nie mała jest, o:


Przecież nasi ją reklamowali, wolontariusze robili ogłoszenia, Sonia była też w akcji zapewniającej pomoc w leczeniu po adopcji! I nic...

I ta Dziewczyna założyła na "fejsie" takie wydarzenie, żeby zapraszać ludzi i żeby oni Sonię poznali i może w wśród tych zaproszonych byłby przyszły właściciel...

Czas jednak mijał, Sonia przeprowadziła się do biura, ale ani właściciela fejsowego, ani niefejsowego. Wydarzenie jednak było, co jakiś czas były zdjęcia, przypomnienia... 

Pewnego dnia nasza fotografka udostępniła to wydarzenie na naszym "fejsie". I tak się złożyło, że akurat w tym samym czasie "fejsa" przeglądała inna Dwunożna Laska... Zobaczyła Ona nagłówek... "Sonia 10 lat w schronisku"... Podumała długo, krótko, nie wiem, ale następnego dnia...

...drzwi się do biura otworzyły, jak co dzień. Weszła Dwunożna Laska i powiedziała, że psiolaskę Sonię chce poznać. Bardzo proszę! Na spacer można? Pewnie, że można! Poszły więc obie laski na spacer. Wróciły i nasza fotografka rzuciła żartem: to co, do domu teraz? I musiała usiąść, bo spacerowa towarzyszka Soni powiedziała, że właściwie tak, do domu!!! 

Rozniosło się to wśród naszych z prędkością pioruna! Wszyscy prawie na raz zaczęli komórkować "Sonia idzie do domu!", "Sonia do domu idzie!". I siorbali nad telefonami ze wzruszenia...

Zdjęcia też mam, tutaj są dwie Laski:


A tutaj zdjęcie przedstawiające najbardziej wzruszający moment, który uwielbiamy wszyscy i może niektórzy wtedy zazdroszczą, ale tamtego dnia nie zazdrościł nikt, wszyscy pociągali nosami, bo się Soni należało, jak nikomu innemu...


Sonia pojechała mieszkać do mieszkanka! Będzie prawdziwie DOMOWYM psem, cudnie! Mam nadzieję, że jej Pańcia co jakiś czas prześle coś od Soni. Na pewno prześle! Tak fajna Pańcia na pewno prześle! Niech im się szczęści...

- Tymczasem, Cakarku, musimy się jakoś przedstawić, nie można tak. Wepchaliśmy się tutaj i co, tak bez niczego. Nie my pewnie będziemy tutaj wystukiwać historie, bo w końcu ktoś do biura się wprowadzi, ale dzisiaj wyjątkowo musieliśmy.

Ekhem, to ja jestem Tysiak.


...i ze mną jest tutaj Cakar:


Mieszkamy sobie w kuchni i dreptamy po placu, jak jest cicho i niegroźnie. Mówią o nas, że jesteśmy "szczególni", bo Cakar potrafi się zawiesić ze wzrokiem wbitym w ścianę, a ja, jak ktoś obcy do mnie podejdzie, to zaczynam się telepać z przejęcia. Wolno się przyzwyczajamy do dwunożnych, ale jak już zaufamy, to koniec! Przepadliśmy z uwielbienia! Nie widać po nas tego zwykle... Może faktycznie jacyś szczególni jesteśmy...

Nieśmiało też przypomnę, że czekamy na dom...

Mamy też drugą domową wiadomość! Sonia pisała o psie, który miał na imię Balon. Pisała o nim... gdzie tu się wstawia sznurek... znaczy linka... aa widzę. Historię Balona można przeczytać tutaj: PSTRYK.

Tak mocno trzymali wszyscy kciuki chyba, że Balon od kilku dni w domu mieszka! W domu prawdziwie staruszkolubnym! Skóra wyleczona, nie zaraża, chociaż jeszcze będzie się od czasu do czasu taplał w leczniczym szamponie. Tak na wszelki wypadek...


Wiecie, że to nie wszystkie wieści?? Do domu pojechała teeeż... Sońka!! Owczarka niemiecka, starutka jak Balon.


Sońka pojechała do domu daleeeeko, daleeeeeko.... Nasza Tabletkowa ją wiozła. Dom jest wielki i już kilka zwierzaków tam mieszka. Dla Sońki też znalazło się posłanko i miejsce w sercu... Tutaj jest zdjęcie Sońki i jej Pańci:


A tutaj patrzcie, jakie psio-kocie, oddychające dywany!


Oby jak najdłużej cieszyła się takim domem... 

Wyobrażacie sobie?? W ciągu trzech dni trzy nastolatki czworonożne wymaszerowały do domu! To znaczy, że jest szansa dla nas wszystkich z siwymi pycholami!! Ojejku jejku!

Może i jutro po nas ktoś...

niedziela, 19 kwietnia 2015

O smutkach na czterech łapach... a domu nie widać...

Się porobiło... Wiecie jak to jest znać psa kilka lat, mijać się z nim na spacerach, szczekać na siebie, krzyczeć, co by się mu zrobiło, gdyby tylko dorwało... tego no... No tak czasami się krzyczy, ale jak by było nudno bez tego! I tyle lat się tak siebie widzi... kiedy biegamy, kiedy przybiegamy, kiedy zabiegamy drogę, kiedy gryziemy patyczki, kiedy łapiemy piłeczki... a potem nagle jest jakieś takie PSTRYK i nagle któryś pies ma coraz mniej sił... Jeszcze by pobiegł po piłkę, ale stawy skrzypią, łapy się plączą, zadek nie chce się podnieść...

A ludzie przychodzą, czasami spojrzą, czasami nie... Miną te smutne pyski, nie dostrzeżą tej iskierki nadziei, która jeszcze się tli... Nie zobaczą, że oczy aż się wyrywają, żeby przywołać wzrok człowieka...

Ojejciu... ledwo dwaakapity, a mi klawiatura już zamokła! Co mi tutaj...

- Hedar! Nie stój mi tu i nie siorb! Z nosa ci kapie!

- To nie z nosa, Sońka... ech...

Ech...

Dwa owczarki. Uśmiechnięte, kochające ludzi i zabawę. Naprawdę KOCHAJĄCE dwunożnych. A jeszcze dwunożnych z zabawką w ręku? Oddałyby własne posłanie za takiego człowieka na zawsze, na wyłączność. I tak jakoś teraz...

Tajfun imię zawdzięcza wiatrowi, bo był szybki, uwielbiał biegać, zwłaszcza za piłkami! Pełen energii, uwielbiający długie spacery...


Taki niefotogeniczny jest, ale trudno. Zdjęcia były robione niedawno, kiedy jeszcze nie miał aż takich problemów... Wiadomo było, że ma coś nie tak ze stawami i nerwami w tych stawach. Się to nazywa przewodnictwo. Widocznie to, co w środku Tajfuna ma biegać i przekazywać informację do łap jest jakieś leniwe... W każdym razie, na zdjęciu jeszcze widać, że nie jest źle...


To i tak było dla Tajfuna straszne, kiedy psioweci powiedzieli, że niedługie spacerki dla niego, że spokojnie, bez szaleństw. A on miał tyle energii! Teraz nie trzeba mu już tłumaczyć... sam wie...

Tajfuna łapy strajkują. Niezbyt chcą chodzić, a jak chodzą, to jakby każda chciała iść w innym kierunku, przez co psisko niby idzie, ale krokiem tanecznym. Może to trochę i śmiesznie wygląda... Ale jak się znało Tajfuna wcześniej... Kiedy zobaczy się jego wzrok... 


Nasi mają nadzieję, że ktoś, kto ma domek z ogródkiem, albo chociaż mieszkanie gdzieś bez schodów, przygarnie Tajfuna, da mu ciepły dom i zaleje go miłością. Czasami pokula mu zabawkę, wyprowadzi na trawkę, może w ciepłe dni posiedzieliby razem w ogrodzie...

Może ktoś będzie miał odwagę przyjść do schroniska i spojrzeć w tajfunowe oczy... Nasz Główny Brodaty mówi, że kiedy wchodzi do Tajfuna, widzi go z zabawką w pysku i ten jego wzrok, za każdym razem umiera trochę w środku. Każdy z naszych tak ma...

- Hedar, przestań mi tu kapać na klawiaturę! Idźże się przewietrz albo co...

Kolejny piłeczkolub - Albert. Niby owczarek, ale jednak niby nie. Za to wolontariusze, nawet obudzeni w środku nocy i zapytani o Alberta powiedzą "kocha piłki!". To prawda. Jeśli chciało się zobaczyć tego psa z wielkim uśmiechem na całą paszczę, trzeba było przynieść mu piłeczkę. I wtedy było tak:


U Alberta pojawiły się problemy ze stawami. Potem znów zalecenie psioweta, żeby nie przesadzać ze spacerami, a na tablicy w domku wolontariuszy, przy jego imieniu, pojawiło się magiczne NF. Czyli NIE FORSOWAĆ... Wytłumaczcie to psu, który na widok piłek aż tupie łapami z radości! Dobrze, że nie musi za nimi koniecznie biegać, satysfakcję sprawia mu także spacer z nią w pysku. 

Dni mijają, a albertowe stawy robią się coraz bardziej nieposłuszne... Przednie to pół biedy, ale tylne już całkiem przestają się starać!


I przez to Albert coraz bardziej smutny... Doskonale zdaje sobie sprawę, że jak nie zdąży podnieść zadka, jak ludzie idą, to oni nie poczekają... Przecież jak tylko omiotą wzrokiem jego kojec, to jego nie zobaczą, a kartki na kracie może nie zauważą! A jego tył podnosi się coraz gorzej, coraz ciężej, coraz niechętniej...



Czy zatrzyma się w końcu ktoś na dłużej przy "mieszkanku" Alberta...? Poczeka, aż podniesie on swój zadek...? Zobaczy w jego oczach tę iskierkę...? A może pokaże mu piłeczkę, którą psiak będzie mógł dumnie ponieść do domu...? Stanie się tak...?

 Pisałam na początku, że owczarki są dwa. Owczarki tak, ale mamy jeszcze owczarkę. Mieszka u nas właściwie od niedawna i nie znaliśmy jej, kiedy była pełną werwy owczareczką. Ta psiodama jest moją imienniczką, ma na imię Sońka. Tylko ja mam wpisane Sonia, a ona Sońka, żeby się nie myliło.


Sońka trafiła do nas już jako stateczna, piętnastoletnia dama. Na spacerek powolutku, niespiesznie, za to z człowiekiem. To najlepsza chwila w ciągu dnia! Kiedy jest ciepło, to ta owczarka wychodzi na swój wybieg obok domku wolontariusza. Tam ma płoteczek po kolana właściwie, ale nie przeskoczy go, sama ledwo chodzi... Już jest ociupinę lepiej, ale brykać i skakać jak Tyson nie będzie już nigdy.



Patrzy tylko tymi smutnymi oczami i czeka... Nie potrzeba jej wiele, tylko rąk głaszczących ją o poranku, w południe, przed obiadem, po obiedzie, w okolicach kolacji i przed snem; krótkiego spaceru, bo na więcej i tak nie ma siły; poczucia, że jest dla kogoś najważniejszą owczarką na świecie...  


Dla tych naszych ledwochodzących ludzie są sensem istnienia. Bez człowieka nawet zabawka traci smak. One tak potrzebują miejsca pod ludzką pachą, żeby wepchnąć tam łeb; kolana, na którym mogą oprzeć brodę; wzroku, który mogą ze swoim spotkać i wyczytać wszystko... Nie potrzebują słów...

- Hedar! Idż chlipać gdzie indziej, bo mi już klawisze nie odbijają!

Albert i Tajfun mają zapewnioną pomoc w leczeniu po adopcji. Sońce nasi zapewnią wszystko co trzeba. Byle mogły poznać lub przypomnieć sobie co to jest dom...

Schronisko to nie tylko smutne psy w kojcach, jak sporo dwunożnych myśli. Nasze schronisko to cała zgraja wesołych czworonogów, które owszem, tęsknią za ludźmi, ale okazują niesamowitą radość na ich widok.

Schronisko to też smutne zwierzaki, które nie wiedzą, że mogą mieć nadzieję na lepsze jutro. Po to jest ten cały zespół NASZYCH, żeby przywrócić tę wiarę.

Uwierzcie jednak, że psy, które były szczęśliwe, radosne i pełne energii, a teraz gasną powodują, że naprawdę umiera się trochę w środku... Kiedy nasi wiedzą, że robią wszystko, że leczą, że dają tyle miłości, ile są w stanie dać, że ogłaszają gdzie się da, że wolontariusze też szukają domów, ale mimo wszystko w końcu pojawia się pytanie "zdążymy...?"... To jest niewyobrażalne, straszne uczucie...

Pomóż...

- Chodź, Hedziuniu, pójdziemy na posłanko... pochlipiesz sobie tam do woli... pochlipiemy razem...

niedziela, 8 lutego 2015

"Przychodzimy, odchodzimy... leciuteńko, na łapeczkach..."*

...dzisiaj bez wstępu...
...nie chce mi się nawet z Hedarem gadać...

Miałam napisany post. Miałam napisany cały, o nim. Obiecałam tam tyle rzeczy, żeby tylko ktoś go zabrał... Nie zdążyliśmy wszyscy...


Majka się Tobą zajmie, Tejlorku... Będziesz mógł normalnie oglądać świat, nie z ukosa, jak u nas, kiedy dopadła Cię ta wstrętna choroba... Żegnaj... I pamiętaj o nas, kochaliśmy Cię wszyscy, wiesz o tym...

Marzy mi się...

...żeby Sonia mogła się nacieszyć domem...


Czeka na niego 10 lat... Ze dwa przesiedziała z Tejlorem w kojcu. Jak mam jej wyszczekać, co się stało...? Jak mam to zrobić, żeby sobie nie pomyślała, że przecież jest starsza, przecież też ją tu strzyka, a tam boli... Jest taka kochana, taka ciepła, taka... idealna...

...żeby Tiger wreszcie obudził się na swoim posłaniu...


Czeka na to już 9 lat... A przecież wcale nie potrzebuje, żeby to było duże posłanie, wcale nie będzie potrzebował kilku kilogramów mięsa codziennie do pożarcia! Tiger nie jest duży, ledwie ze dwa razy wyższy niż ja... No to ja ledwo do kostek sięgam. Przecież ktoś musi sprawić, żeby zapomniał o tych wszystkich latach....

...żeby Dingo mógł znów zasypiać we własnym domu...


Kiedyś miał dom, miał ukochaną właścicielkę i czworonożną przyjaciółkę. Niestety - dwunożni czasami tak chorują, że kompletnie nie mają siły i możliwości, aby swoimi zwierzakami się zajmować... Niczyja wina, tak się porobiło... Dingo jest jednym z tych psów, co to tylko do serca przytulić. Spokojny, miły, przyjazny... Gotowy do zapakowania do samochodu, gotowy do zamieszkania w domu...

...żeby Sońce udowodnić, że starego psa można pokochać tak samo, jak młodszego i sprawniejszego...


Historia podobna. Sońka miała właściciela, ale starszego już... Sama też jest starsza, ale ich drogi musiały się rozejść. Tak wyszło... Chodzi pomaluśku, więc nie ucieknie. Jak za zimno, to właściwie sama na długi spacer nie ma zamiaru iść. Dla niej tylko domek z ogródkiem (ale mieszkać musi w domu!), albo jakieś mieszkanko na najniższym piętrze... Chyba, że ktoś udźwignie taki kawał psa.

Tejlorowi się nie udało... Nam się nie udało... Jak mamy spojrzeć w te wielkie ślipia, w te siwe pyski i powiedzieć "szukamy, ale nikt was nie chce, macie wpisany wiek z dwóch cyferek"... Udaje się. Psia kostka, udaje się przecież, przecież przychodzą czasami ludzie i chcą te siwulce rozjaśnić domem. Tylko wciąż za rzadko...

Marzy mi się...

--------------
* żeby nie było... ten tekst z tytułu mój nie jest... nie jestem aż tak mądra, żeby takie słowa złożyć... Zmieniłam ostatni wyraz, prawda, ale myślę, że pan Jęczmyk się nie obrazi...