Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tiger. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tiger. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 marca 2015

O Tigerowej Pani, której staruszkowe mity niestraszne!

Kto jeszcze nie wie?? Niemożliwe zresztą, było tak głośno z radości, że na całym świecie psy o tym pewnie szczekały! No tak, ale dwunożni szczekania nie rozumieją... No nic, to przełożę z psiego na dwunożny!

W schronisku mieszkał od 2006 roku... Sam urodził się niewiele wcześniej... Przez wszystkie lata, kiedy powinien zwiedzać świat, kiedy powinien się bawić, biegać za patolami rzucanymi przez swojego człowieka - on siedział w schronisku. Kiedyś czarno-buro-pręgowany. Później siwo-buro-pręgowany. Krótko przed wyjściem ze schroniska miał sesję zdjęciową i miał zrobiony najpiękniejszy staruszkowy portret, Bulba o tym pisała.

O ten portret chodzi...


...i o tego psa - o Tigera. Nieduży, niepozorny, niemłody, niewidzialny tyle lat... Dużo tych "nie", ale można też napisać o nim: niegroźny, niegburowaty i zdecydowanie niesmutny, kiedy ludzi widział!

Teraz wyjaśnię, skąd taki tytuł...

Jaki jest mit numer jeden dotyczący psów z długim stażem schroniskowym, w dodatku z dwiema cyferkami w rubryce "wiek"?? Taaak, że się nie przyzwyczają, że się nie nadają do adopcji. Coś o tym wiem, przecież wiele razy to słyszałam od ludzi.... Właśnie głównie z takiego wymyślonego przez niektórych dwunożnych "powodu" siedzę też ja tyle lat. Dziś jednak nie o mnie...

Pewnego dnia, pewna Pani wyprowadziła Tigera na spacer, później przeczytała jego opis na stronie, a tam ktoś pięknie napisał...

"Zapada zmierzch, nastaje cisza w schronisku.
Tiger lubi tę porę dnia, idzie do budki, układa się w słomie, przymyka oczy i... czeka na sen, który tak lubi. Leciutki uśmiech na pyszczku świadczy, że znowu słyszy: "Tiger, Tigerku chodź tu kochanie, czas byś opuścił schronisko. Ciepłe dłonie delikatnie głaszczą po głowie, później przypinają smycz. Tiger wychodzi z kojca, uśmiecha się do mijanych ludzi, sprawdza czy wszyscy widzą, że on idzie ze swoim Panem, że idzie do domu. W mieszkaniu czeka na niego wygodne posłanie i miseczka z pachnącą zawartością, ... tak to Pani ugotowała mięsko specjalnie dla niego."
Tiger oblizuje się, zasypia."




Ile razy to sobie wyobrażał...? 

W każdym razie - w głowie tej Pani zaczęła kiełkować myśl taka... że jeśli przez tyle lat nikt nie chciał spełnić tigerowego marzenia... a można to zrobić, bo przecież nie jest jakieś przesadnie wydumane... to właśnie Ona to zrobi! 

I wiecie co... Bo my często słyszymy, że ktoś kogoś weźmie, że przygarnie, że już jutro, że tylko zrobi to i tamto, ale potem wróci... a potem nie wraca... Że nawet jak tutaj byliśmy właściwie PEWNI, że Pani przyjdzie, to wiecie... Tak mimo wszystko cieszyliśmy się tylko po kątach, cichaczem, żeby czegoś nie zepsuć, żeby się nie okazało, że coś się stanie, że trzeba przełożyć, że coś... 

...tego NAJWAŻNIEJSZEGO dnia stało się! Weszła do biura Pani i powiedziała "Dzień Dobry, to ja już dzisiaj na pewno podpisuję umowę, Tigerek wychodzi ostatni raz". 

Co będę ściemniać! Poryczałam się po pachy! Hedar udawał, że śpi z łbem do kaloryfera, ale słyszałam, jak siorbał nosem! Wszyscy nasi dwunożni chodzili szczerząc się właściwie do wszystkiego, nie sposób było inaczej, ja też merdania nie mogłam wyłączyć, więc sobie ogon poobijałam za wszystkie czasy, ale nieważne, to wszystko nieważne, popatrzcie:


Tigerowa Pani to ta w okularach. Obok córka, dzięki której Tiger mógł do domu pojechać! A za nimi wszystkimi jest byłe mieszkanko pasiastego psa.

A już najpiękniejszy widok, i to powie KAŻDY niezależnie od ilości posiadanych nóg, jest taki:



Wtedy to już się zryczałam ze szczęścia po same pazury! Należało mu się i tyle. NA-LE-ŻA-ŁO-SIĘ!

Tiger rozpoczął nowe życie, zamienił też kolegów na bardziej... sierściastych i okazało się, że może z psimi nie do końca się potrafił zawsze dogadać, ale za to z kociastymi nie ma problemu! Na razie trwa wielkie przyzwyczajanie, ale już wiadomo, że to tylko kwestia czasu, o:


Ma wszystko o czy marzył... Ma swoją własną miseczkę, ma swoje kocyki do leżenia (legowisko się skurczyło na widok Tigera, więc przyjdzie nowe!), ma swojego ukochanego człowieka, tylko swojego, dla którego jest tym jedynym na świecie... Tiger jest U SIEBIE... wiecie, ile to znaczy dla takiego psiaka...? Gości przyjmuje, wita merdającym ogonem i łepek do głaskania nadstawia. Teraz można już się uśmiechać swobodnie, nie trzeba się szczerzyć do zwichnięcia zawiasów szczęki, żeby ktoś zauważył, żeby wziął do domu... Już nie trzeba, już można swobodnie, zwyczajnie, prawdziwie, szczęśliwie uśmiechać się do SWOICH... 


I co? Nie było straszno. Mieszkanie nie było zdemolowane. Koty przeżyły spotkanie. Sufity nie odpadły. Wszyscy przetrwali, a wręcz jakby cieplej się zrobiło...

My, psy z długim stażem schroniskowym, też jesteśmy w stanie pokochać, też tęsknimy za spokojem i ciszą, chociaż niejeden z nas już zapomniał właściwie co to znaczy. Słuchamy opowieści niektórych młodszych psów, jak to miały domy, jak leżały na kanapach albo swoich posłaniach. Trochę to dla nas abstrakcja... ale później trafiamy do takiego domu, widzimy posłanie i już wiemy, już sobie przypominamy te historie, już wiemy do czego to jest, chociaż czasami patrzymy na to z szeroko otwartymi ślipiami, bo nie wierzymy, że to właśnie nam się zdarzyło...

Coś o tym wiem, przecież do biura się przeprowadziłam i doskonale to pamiętam!

Teraz to samo przeżył Tiger. Najpiękniejsze uczucie na świecie...

Dziękuję Tigerowej Pani za niesłuchanie tego, że przecież po co pies, który nie pamięta domu, który przecież tylu ludzi widział, że jeden nie zrobi na nim wrażenia; który w schronisku załatwiał się, gdzie popadnie, więc i w domu będzie... Dziękuję, że uwierzyła w wielkie psie serce, że pokochała akurat ten posiwiały pychol...

Może ktoś dzięki Tigerowej Pani pomyśli "szukamy psa dla siebie, popatrzmy po tych, które siedzą wiele lat, zróbmy coś dobrego!". U nas czeka Dina, Ekler, Ares, Roksi, Tyson, Ben; czekają 5 lat lub dłużej, a jest wiele innych czekających niewiele krócej...

Daj szansę. Tiger ze swoją Panią pokazują, że WARTO, Nie jesteście sobie w stanie wyobrazić, jak wiele potrafimy dać w zamian...

-----------------

Jak już jesteśmy w temacie wyjść do domu... Ze schroniska codziennie wychodzi jakiś dwunożny ze swoim czworonożnym nowym kumplem albo sierściastą kumpelką, ale o dwóch adopcjach tutaj specjalnie napiszę.

Były kiedyś apele o domy dla tych tych kicurów. Jeden z nich ma białaczkę, a drugi to jego kumpel, który okazał się zdrowy, ale też nikt nie był chętny, żeby go do domu zabrać, więc dwa sobie siedziały u nas, w ciepełku, odizolowane od innych kicurów... Ten biały to Mahad, a ten mniej biały i więcej czarny to Saban, Aż musiałam sprawdzić, bo dalej mi się miesza...


Poszczęściło się sierściuchom! Obu! Chłopaki poszły do domu! Znaczy zostały zaniesione/wywiezione, ale mieszkają już w normalnym, najprawdziwszym domu! Oba na raz w jednym! Ktoś się nie bał kociej białaczki, której jak najbardziej bać się nie należy, bo zaraża tylko inne koty, ludziom i pozostałym gatunkom zupełnie nie zagraża.

O kolejnym wyjściu do domu też MUSZĘ koniecznie napisać, bo o tej suczce było wieeeeeleee raaazy pisane! I w temacie ciasnych łańcuchów na szyi, i w temacie złego traktowania, bo jej właściciel zmarł a ona sama została zamknięta w komórce bez jedzenia i światła, i w temacie uroczych suczek, bo ona była znana na całe schronisko i pół Zielonej Góry z tego, że na widok znajomych macha łapami! Iiii proszę bardzo:


Jedzie do domu! Jej najulubieńszy dwunożny kumpel ją wiózł osobiście wczoraj (więc wiadomość świeżuśka!), bo trzeba było sprawdzić, czy dogada się z psim kumplem. Dogadała się pięknie!


Tak! Sierra wyjechała i będzie mieszkać w domku z ogrodem!

Nie lubiłyśmy się... Oj baaaaardzo... Nie wiem, czy jeszcze jakieś dwa psy się tak nie lubiły jak ja ze Sierrą, ale niech tam - cieszę się, że jej się poszczęściło. Była tak idealnie spokojna, że też powinna już dawno wykopytkować do domu...

Psia Stopa, coraz dłuższe te posty... Muszę się pilnować!

Zatem KONIEC na dziś.

niedziela, 15 lutego 2015

O borze szumiący... jesteśmy tacy PIĘKNI!

- Bulbaa, a co ty taka się zrobiłaś... ogonem zakręcisz, łapy w jednej linii próbujesz stawiać, nie gibiesz się, jak kiedyś, przeglądasz się w szybach... nie poznaję koleżanki!

- Ach, bo Hedziu! Takie mi zdjęcia zrobili! Ja nie wiedziałam, że jestem taka PIĘKNA! 

- Siedzisz ciągle w szatni, się nie dziw, że sama nie pamiętasz, jak wyglądasz w świetle...

- Ooooj tam, co ja poradzę, że to najlepsza miejscówka... Poproszę tego naszego majsterkowaciela, żeby mi zamontował jednak lampeczkę pod ławką...

Tak na serio, to odwiedzają nas ostatni tacy jedni dwunożni, Tadeusz i Kamila, z masą jakichś różnych rzeczy to postawienia, powieszenia i leżenia. I oni mają takie czarne skrzyneczki, jak ta nasza fotografka, takie wiecie, wypasiste (czy jak to się tam mówi teraz...). Wiedzą też, gdzie przesunąć, gdzie przycisnąć, jak spojrzeć, żeby potem było tak... ŁAAAŁ.... Czary mary... Się pies nie spodziewa, że jest taki... ujmująco-czarujący... A oni to jakoś tak wydobywają z nas, tak jakoś w tych czarnych skrzyneczkach chyba się tacy robimy... Jakoś przez nie widać więcej, czy jak... W dodatku się super dogadali z tą naszą fotografką (KasiaKa na nią mówią... czy jak... bo u nas dwie Kasie, to ta jest KasiaKa) i jak się zbiorą i zaczną coś o przesłonach, iso, świetle, ostrości gadać... pisałam, że czary mary!

Ja nie będę siebie od razu pokazywać, bo zemdlejecie z zachwytu i nie przeczytacie do końca! Najpierw pokażę...

Moko. Moko jest strasznie rozgadany, ciąąągle by coś opowiadał! A to, że śniadanie było 5 minut wcześniej niż zwykle; a to, że dzisiaj sprzątała ta, a nie tamten; a to, że wolontariuszka była u niego, ta, co biegać lubi... Jak mu zamknąć paszczę? Patyczkiem! Znaczy dla niego patyczek... to ja bym obiema łapami nie objęła, ale najważniejsze, że Moko był przeszczęśliwy:


Butelce też zrobili zdjęcie na spacerze. Ten wzrok, to oko, ten pychol siwy, wzrok taki, że każdy powinien chcieć, żeby się psiur na niego patrzył w taki sposób właśnie...


Nie tylko na spacerach były sesje! Porozkładali się też w domku dla wolontariuszy. Laaaampyyy, tłooo, takie fiufiufiu, profeska! Dzięki temu mamy teraz takie piękne portrety....

Łatek powinien się nazywać Batman! Cały prawie biały, a na oczach i uszach tak mu się zamalowało. Zapozował jak model - wiedział, że trzeba się popatrzeć w to czarne, okrągłe coś, chociaż przerażające... Łatek był dzielny!
 

Sesję miał też Tiger. Jest takim pięknie staruszowo staruszkowym staruszkiem. Portret, że aż mi żuchwa opadła! Zdjęcie do powieszenia na ścianie, nie ma co! Nad kominkiem! Tigerowi kominek do szczęścia nie potrzebny. Wystarczy posłanko w kącie najzwyklejszego pokoju, byle przy swoich, najważniejszych na świecie ludziach...


Nie tylko psy sesjują! Koty też! Jędrzej miał poruszające zdjęcia, kiedy z łapą musiał się pożegnać... Sierściuch jest już w nowym domu!



I Tysiak się załapał na sesję. Tysiak wygląda na takiego, co to wiatr dmuchnie i się pieseczek obali. Takie chucherko, co to czasami łapa się pod nim ugnie. Wygląda jak osiemnaście nieszczęść! Widać zresztą, uszy poszarpane... Ale oczy... Nie da się czasami nic poradzić na to "dowiadczenie życiowe", które "wychodzi na wierzch". Oczy jednak zawsze pozostaną takie piękne, jak dawniej. Tylko czasami więcej w nich smutku i oczekiwania...


Kto jeszcze miał sesję? Wiadomo - MY! Ja i Hedzisław! Oj mieli z niego ubaw...

- Hedar, sesja się zaczęła. Pozujemy!

- HĘ?


- Nie rób min! Pozujemy...

- Ja miny robię... też coś... PFFFF


- .....

- Noo doobra, żartowałem, grzeczny będę...


- A teraz tak na serio!


- Ładnie? Ładnie. Już napstrykali? No. To idę.


Aaaa teeraaaz, przygotować się... Oooootoooo JA, Wasza Bulbeczka w swej własnej, PIĘKNEJ, psioosobie:


Taka to ja jestem. Zgrabna, o pięknej sylwetce dorodnego kartofelka. Talia mi się gdzieś zgubiła, a żebra oglądam tylko na obrazkach i psach, które czasami trafiają do nas z ciężkiego, poprzedniego życia. Ale jestem urocza. JESTEM. I koniec.

A tutaj siedzę. Właśnie, że JEST różnica między tam, jak siedzę, a jak leżę! Kilka centymetrów... ale JEST!


I teraz uwaga, najlepsze zdjęcie zostawiłam na koniec. Tutaj już jestem tak urocza i tak CUDNA, że niektórym może cukier skoczyć. Żeby nie było, że nie ostrzegłam! No.


Oko! Na oko patrzcie! Psia kostka, nie wiedziałam, że mam tak PIĘKNE! Ogromniaste jak spodek od filiżanki, brązowe i błyszczące, jak jaki kamień szlachetny! Po prostu tak mnie to czarne pudełeczko uchwyciło... O rajuśku, tak pięknie... Powiem Hedziowi, żeby mnie podsadził do drukarki, wydrukuję sobie i powieszę pod moją ławeczką...

Te wszystkie zdjęcia to jeszcze nie wszystkie! Kamila i Tadeusz, czyli Kamvis (taka nazwa ich studia!) porobili duuużo więcej zdjęć i jeszcze będą robić. Z każdego wydobędą to COŚ, co może nie zawsze jest widoczne dla każdego... Robią to dla nas, bo kochają zwierzaki, bo sami mają dwa psy (w tym ponad 16-letniego Szafirka adoptowanego 16 lat temu z naszego schroniska), wiedzą, jak podejść, mają Cierpliwość w sobie, celowo przez duże C!

Dwunożni dziękowali pewnie nie raz, ale nie wiem, czy który czworonożny był tak kulturalny... więc z tego miejsca  D Z I Ę K U J Ę  w imieniu wszystkich zwierzaków! I nadzieja w nas rośnie, bo dzięki takim zdjęciom na pewno ktoś się w nas zakocha...

niedziela, 8 lutego 2015

"Przychodzimy, odchodzimy... leciuteńko, na łapeczkach..."*

...dzisiaj bez wstępu...
...nie chce mi się nawet z Hedarem gadać...

Miałam napisany post. Miałam napisany cały, o nim. Obiecałam tam tyle rzeczy, żeby tylko ktoś go zabrał... Nie zdążyliśmy wszyscy...


Majka się Tobą zajmie, Tejlorku... Będziesz mógł normalnie oglądać świat, nie z ukosa, jak u nas, kiedy dopadła Cię ta wstrętna choroba... Żegnaj... I pamiętaj o nas, kochaliśmy Cię wszyscy, wiesz o tym...

Marzy mi się...

...żeby Sonia mogła się nacieszyć domem...


Czeka na niego 10 lat... Ze dwa przesiedziała z Tejlorem w kojcu. Jak mam jej wyszczekać, co się stało...? Jak mam to zrobić, żeby sobie nie pomyślała, że przecież jest starsza, przecież też ją tu strzyka, a tam boli... Jest taka kochana, taka ciepła, taka... idealna...

...żeby Tiger wreszcie obudził się na swoim posłaniu...


Czeka na to już 9 lat... A przecież wcale nie potrzebuje, żeby to było duże posłanie, wcale nie będzie potrzebował kilku kilogramów mięsa codziennie do pożarcia! Tiger nie jest duży, ledwie ze dwa razy wyższy niż ja... No to ja ledwo do kostek sięgam. Przecież ktoś musi sprawić, żeby zapomniał o tych wszystkich latach....

...żeby Dingo mógł znów zasypiać we własnym domu...


Kiedyś miał dom, miał ukochaną właścicielkę i czworonożną przyjaciółkę. Niestety - dwunożni czasami tak chorują, że kompletnie nie mają siły i możliwości, aby swoimi zwierzakami się zajmować... Niczyja wina, tak się porobiło... Dingo jest jednym z tych psów, co to tylko do serca przytulić. Spokojny, miły, przyjazny... Gotowy do zapakowania do samochodu, gotowy do zamieszkania w domu...

...żeby Sońce udowodnić, że starego psa można pokochać tak samo, jak młodszego i sprawniejszego...


Historia podobna. Sońka miała właściciela, ale starszego już... Sama też jest starsza, ale ich drogi musiały się rozejść. Tak wyszło... Chodzi pomaluśku, więc nie ucieknie. Jak za zimno, to właściwie sama na długi spacer nie ma zamiaru iść. Dla niej tylko domek z ogródkiem (ale mieszkać musi w domu!), albo jakieś mieszkanko na najniższym piętrze... Chyba, że ktoś udźwignie taki kawał psa.

Tejlorowi się nie udało... Nam się nie udało... Jak mamy spojrzeć w te wielkie ślipia, w te siwe pyski i powiedzieć "szukamy, ale nikt was nie chce, macie wpisany wiek z dwóch cyferek"... Udaje się. Psia kostka, udaje się przecież, przecież przychodzą czasami ludzie i chcą te siwulce rozjaśnić domem. Tylko wciąż za rzadko...

Marzy mi się...

--------------
* żeby nie było... ten tekst z tytułu mój nie jest... nie jestem aż tak mądra, żeby takie słowa złożyć... Zmieniłam ostatni wyraz, prawda, ale myślę, że pan Jęczmyk się nie obrazi...

niedziela, 14 września 2014

Urodzeni w czepku? Niektórzy w czapce niewidce...

- Heedziuuu, jaki masz numerek? Taki w kartę wpisany?

- Hę? Tam gdzieś moja laminięta karta wisi... 8275, a co? 

- Hmm, ja mam 8099, jak to możliwe, że mam mniejszy...?

- Bo ja Byłem przyjęty drugi raz! Nie pamiętam tego pierwszego numeru, ale czy to ważne?

- Same w sobie numerki ważne, bo imiona się czasem powtarzają, ale numerek to numerek, jeden dla psa! Nieważne, jaki miałeś kiedyś.

- Ale dlaczego tak nagle cię to ciekawi?

- Bo tak sobie przeglądam... Wiesz, jakie niektóre psy mają stare numerki...? Im starszy numerek, tym dawniej przyjęty...

5320. Ekler.


Widuję go z okien biura. Mieszka w największym kojcu, ma nawet własne drzewo - luksus! I codziennie wokół tego luksusu chodzi... Do kółeczka, ciągle w tę samą stronę, mając zawsze drzewo po stronie lepiej-widzącej. Ekler jest bowiem prawie-ślepaczkiem i czasami nie jest pewny tego, co się na około dzieje; bywa, że przez to odwarknie. Wolontariusze mają jednak sposób na niego. Trzeba do Eklera dużo mówić. Wszystko mu jedno co, może być o pogodzie, można mu wypominać, że się zaokrąglił ostatnio, wszystkie problemy można wygadać. Najważniejsze, żeby czuł, że idzie z kimś...

4886. Dina.


Wydaje się taka jakaś wielka! Przeszłam się jednak dzisiaj do niej i wiecie co?! Toż ona tylko dwa i pół raza większa ode mnie! Myślałam, że co najmniej z 5! Fajna, zgrabniocha taka! Nogi długie, smukła, czarna cała. Wiadomo, że czarne wyszczupla dodatkowo. Prawdziwa panienka. Taka panienka, co to musi poznać, żeby w oczy spojrzeć czy na spacer pójść noga w nogę. Już nie ucieka przed człowiekiem jak kiedyś, ale musi też czasami mieć trochę czasu dla siebie. Prawdziwa panienka, mówiłam...

3966. Niko.


Mały Niko. Chyba za mały, żeby ktoś go zauważył. Nie pozostał jednak niewidzialny dla raka. Rak to takie małe, czerwone zwierzątko, które żyje w rzekach, stawach czy jeziorach, ale jakimś cudem czasami żyje też w psach, kotach, ludziach, w różnych innych futrzastych i niefutrzastych... Nie wiem, jak to możliwe, ale wiem, że kiedy taki rak zaczyna rosnąć nie tam, gdzie trzeba, to potem bardzo szybko wyszczypuje ze środka wszystkie siły... U Niko zaatakował trzustkę i psiaka jest już coraz mniej... Być może nigdy nie przeżył ani jednego, cudownego dnia ze SWOIM człowiekiem. Zdąży poznać, co to jest "mój kawałek podłogi"?

3794. Arni.


Czasami coś za biurowymi oknami skrzypi. To Arni i jego stawy. To znaczy, że ktoś odwiedził staruszka, ktoś przyszedł go podrapać za uchem, wyciągnąć na spacer, niedługi, żeby się stawy nie zatarły! Arni człapie, noga za nogą, ale najważniejsze, że cztery łapki maszerują obok dwóch nóg. Szczęśliwe są to chwile dla Arniego. Szkoda, że tylko chwile. Psia staruszkowatość jest całkiem w porządku, pod warunkiem, że jednak na własnym posłanku, a nie budzie, w której spało już wcześniej tyle psów...

2839. Tiger.


Poczciwina. Piękne ma paseczki i sam niestety ciągle świat w paski ogląda, przez pręty kojca. Przejdzie się na spacerek, przedrepta kółeczko w lesie, nacieszy się dwunożnym towarzyszem, zostanie pogłaskany, podrapany po grzbiecie, co bardzo lubi... A potem znów wraca "do siebie". Do "swojego" kojca, na "swoje: posłanie. Coraz mniej czasu, żeby naprawdę poznał, co znaczy mieć SWOJE miejsce.

2255. Skoczek.


Nie potrzebuje dużego posłanka, bo wcale nie jest wielkopsem. Nie potrzebuje czesania trzy razy dziennie i kokardek, jego kudełki "się same" układają. Nawet po długim spacerze po lesie nie będzie wstyd z nim pójść w miasto, na szarym nie będzie widać kurzu! Radości ma za trzech, a miłości do człowieka za pięciu. Ostatnio kolejna jego współpsialokatorka pojechała do domu... Będzie musiał tłumaczyć kojcowe zasady następnej koleżance... Faajnie by było, gdyby mógł w końcu usłyszeć: "słuchaj, Skoczek, tu jest twój dom, tutaj twoje posłanie, twoje miski, twój kocyk i twój sznurek do ciągania. Spacery rano, w południe, po południu i wieczorem. Od poniedziałku do piątku śpimy do 7, w weekendy ile wlezie!"...

1872. Sonia... Jeśli Hedziu ma numer 8275... to znaczy, że Sonia została przyjęta do schroniska prawie SZEŚĆ I PÓŁ TYSIĄCA psów przed nim! To znaczy, że tyle tysięcy psów zostało odebranych lub znalazło nowe domy. To znaczy, że tyle razy Sonia słyszała "eeeej! wiesz, że ten pies poszedł do domuu!?"...


Tyle lat oglądania zmian, remontów wiat, chodników, ogrodzeń; tylu ludzi i wolontariuszy ją odwiedzało, podziwiało, głaskało i wyprowadzało; tylu kolegów miała we wspólnym kojcu... Naprawdę jej nie zależy na wiecznym szumie, tłumie, szczeku i gwarze. Pomyślcie sobie, że po wielu tygodniach w centrum miasta nagle znajdujecie się w środku lasu, na pustej plaży, na szczycie góry... Już wyobraziliście sobie ten spokój? Zamykacie na chwilę oczy, powoli odpływacie w sen... A teraz zdajcie sobie sprawę, że Sonia od 9 (DZIEWIĘCIU!) lat zasypia co wieczór z nadzieją, że może zobaczy kiedyś morze, chociaż jezioro też wystarczy... a właściwie to i może zobaczyć tylko własne, naprawdę własne, wreszcie TYLKO jej miejsce w czyimś domu... Może dziś...? Może jutro...?

To nie jest tak, że te psy się nie przyzwyczają. Niedawno, po 10 latach schroniskowania, do domu pojechała Rita. Trochę trzeba było jej pomóc, ale odnalazła się i teraz jest prawdziwą, domową suczką! Jakby mieszkała w domu od zawsze...

Czy to numerek taki nieszczęśliwy? Czy mają psiury czapki niewidki? Czar kto rzucił, złe zaklęcie w którąś pełnię księżyca? Może trzeba pazur kota, pióro orła, sierść szynszyli zagotować w wywarze z kocimiętki? A może jednak zwyczajnie, wreszcie otworzą się drzwi biura i usłyszymy:
- Dzień Dobry! Który pies jest najbardziej potrzebujący? Chętnie przygarnę!

Tylko się pośpiesz, Przyszły Opiekunie...

niedziela, 18 listopada 2012


Wściekła jestem od samego rana. Łażę od jednego bezogoniastego do drugiego, obszczekuję, nawet za nogawki ciągnę, żeby zwrócili uwagę, że dzieje się coś ważnego – a oni nic! Tylko oganiają się ode mnie jak od muchy! A nasza główna bezogoniasta powiedziała nawet, że mnie z biura wywali! Na deszcz i słotę! I w kojcu zamknie!!!
Ooooo, wredna!
Jak ludzie przychodzą i chwalą, to a jakże, wszyscy się cieszą! A jak…
Zresztą! Nie to nie! Sama będę świętować! Tylko muszę gdzieś zwędzić parę frolików. W kuchni najlepiej. Ale to później, jak już się wszyscy rozlezą na przerwę i zaczną chlipać te swoje herbaty i pożerać kanapki!
A teraz ogłaszam!





DZIŚ NASZEMU BLOGOWI STRZELIŁY DWA LATA!

No to ten wpis będzie miał świąteczny wygląd.


Poświęcę go w całości tym, którym przydałoby się najbardziej inne święto: pójście do własnego domu!

Na początek kilka słów o Royu. To taki ośmioletni mieszaniec, czarny, długowłosy… Łaził całymi tygodniami po jednym niedalekim mieście. Widywała go często bezogoniasta, która tam pracowała w sklepie. No i podkarmiała psiaka. Młody jeszcze wtedy był, zawadiacki. Zaczął się więc pojawiać częściej. Ale ona po pewnym czasie miała dość. Albo uznała, że w schronisku będzie mu lepiej… No i zadzwoniła do nas. Zimą 2006 roku to było…

                       


I od tego czasu Roy zamieszkał w schronisku. To jeden z najbardziej przyjaznych psów, jakie znam. Taki łagodny przytulak. Może nie najpiękniejszy, ale zdyscyplinowany, co doskonale widać na spacerze. Bezogoniaści, którzy z nim wychodzą, nie mogą się go nachwalić! Z wody najchętniej by nie wyłaził, a zimą każda zaspa jest jego: buszuje w niej jak jakiś dzik! I morda mu się wtedy śmieje od ucha do ucha!
Ale lata idą i Roy robi się coraz smutniejszy. Sierść mu matowieje, oczy gasną… Jeśli szybko nie znajdzie sobie domu, będzie źle…


A teraz Tiger. O nim szczekałam wam kilkakrotnie, a wcześniej pisał o nim Cygan, który zaczął prowadzić tego bloga. Razem napisali nawet pierwsze scenariusze serialu „Zdarzyło się psu”! No, ale potem Cygan poszedł do nowego domu, a Tiger został…
Jest śliczny: nieduży, czarno-szaro-siwy i pewnie ma ponad sześć lat. Zawadiaka, jakich mało. Psom, nawet większym, nie przepuści, gdy mu się stawiają. Ale z suczkami dogaduje się bez problemu. Nudzi się tu, bo z natury jest ruchliwy, więc gdy ja zabrałam się za pisanie bloga, zaraz zaproponował mi pomoc i teraz chętnie z niej korzystam.
O, to jest Tiger.

           



W schronisku jest od wiosny 2006 roku. Wtedy, jeszcze prawie jako szczeniak, błąkał się po peryferiach miasta, aż wlazł do jednego prywatnego ogrodu. Spodobało mu się tam. Ale właścicielowi nie spodobał się Tiger w ogrodzie. I przyprowadził go do schroniska. I siedzi tu do dzisiaj…


I jeszcze parę zdań o Atomie. Jest młodszym o rok od Tigera mieszańcem koloru czarnego z długą sierścią. Śliczny to on nie jest – nieduży, potargany, przygruby, z krzywymi zębami. Za to spokojny, chociaż energii mu nie brak! Na spacerze chodzi przy nodze i nie sprawia kłopotów. Czasem warknie na jakiegoś psa, który sobie za wiele pozwala i wtedy tamten najczęściej bierze ogon pod siebie.

           


Bezogoniastych Atom poważa. Może dlatego, że kiedyś, dawno temu, miał szczęście. Był bezpański, ale przygarnął go pewien bezogoniasty. Dobrze im było razem. Ale ten bezogoniasty był kaleką i pewnego dnia musiał na długo iść do szpitala. I tak, późnym latem 2008 roku, Atom znalazł się w schronisku.
Czy tamten bezogoniasty wyszedł ze szpitala czy nie – nie wiemy. W każdym razie nie przyszedł Atoma odebrać. A on czekał. I chyba nadal czeka, choć już raczej na jakiegoś innego bezogoniastego z dobrym sercem…




Starczy…

Na zakończenie: przedostatni odcinek opowieści wolontariuszy. Dziś „Nie jednemu psu burek na imię”.




                       

Opowieści Wolontariuszy
aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce