Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sierra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sierra. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 grudnia 2015

Bywa, że w smutku jednak się cieszymy...

Tak się narobiło w listopadzie, że mieliśmy kilka pożegnań... Zwykle są rozłożone w czasie, ale w listopadzie się wszystko uwzięło...

Odszedł Płotek...


Jego stan był już tak poważny, już tak go wszystko bolało, że chyba kazdego bolało, kto się na niego tylko spojrzał... Nie widzieliście nigdy tak smutnych, tak przerażająco smutnych oczu... Nasi wezwali psioweta, wiedzieli, że tak będzie lepiej... Już nigdy mu nie dokuczy żadna kosteczka i żadne płucko...

Odszedł Cakar...


U niego też nie było coraz lepiej. Tak się coś u niego w środku uwzięło, że co jakiś czas zawieszało Cakarka. Co to było? Nie wiem, nasi się dowiadywali, ale chyba nikt nie powiedział, że to na sto procent to i koniec. Aż w końcu tak się zwiesił, że szybko nasi pojechali do psiowetów... ale już wiadomo było, że jest kiepsko bardzo... Miał całkiem fajnie, mieszkał sobie w kuchni, biegał po placu, kiedy chciał, wciąż pachniało mu gotowanym kurczaczkiem, pewnie nie raz coś przypadkiem spadało z blatu...

Odszedł Zyro...


Nigdy o nim nikt nic nie napisał, tak jakoś wyszło... Byłoby co! Na przykład, że jest niełatwy, bo ma swój świat i swoje zdanie, i lubi się kłócić, że jego na wierzchu. Co jeszcze? Że niestety też choroby się go trzymają i nasi się starają, jak mogą, żeby go leczyć, chociaż czasami muszą mieć refleks, żeby Zyro nie udziabał... Niespecjalnie na pewno! Tylko tak jakoś samo by wyszło. Takie rzeczy można by napisać, ale już nie napiszemy... Znów choroba zwyciężyła... Jaki ten Zyro by nie był - nasi i tak by dbali, żeby miał dobrze i żeby był jak najzdrowszy, i tak czy siak smutno im było bardzo, kiedy przyszedł czas pożegnania... Tak jednak znów było lepiej...

Co potęguje przykrość w takich chwilach? To, że nie doczekały się czterołapy domu... że mimo wypełnienia psich serc pracownikami i wolontariuszami - nie było w nich tego jedynego człowieka czy tej rodziny, której częścią by były. To, że mimo posiadania posłanka, kocyka, miseczki, pomieszczenia, to jednak nie jest tak naprawdę ICH miejsce, miseczka jest przechodnia, kocyk też, a pokój dzisiaj jest ich, a jutro może go dostać inny zwierz, a oni sami też się przeprowadzą...

Dlatego, kiedy nasi się dowiadują o takich wieściach, o których za chwilę - smucą się, pewnie! Łza też poleci na samo wspomnienie, ale jednak na końcu jest westchnienie ulgi - bo udało się zmienić ostatnie wspomnienia.

Rita została adoptowana chyyybaaa po 9 latach mieszkania w schronisku! Bulba pisała o tym TUTAJ.  Kto nie czytał wtedy, albo nie pamięta - może się zapoznać albo przypomnieć. Warto.

Dostawaliśmy bardzo dobre wieści od ritowego stada, że jest super, że Rita na spacerach jest szczeniakiem, a w domu taką poważną wciąż psiolaską, ale jest naprawdę dobrze! ...aż kilka tygodni temu nasi dostali malia... emalia.. ee.. maila. Że jest źle. Bardzo źle. Rita nie słyszy, w głowie jej się zagnieździł znów ten przebrzydły ze szczypcami... I jest przesmutno... Bo Rita miała być jeszcze długo... a za chwilę nie będzie jej wcale... Krótki czas potem napisali, że to była najgorsza, najboleśniejsza, najtrudniejsza decyzja w ich życiu... Ale nie mogli podjąć innej, jeśli nie chcieli, żeby Rita cierpiała... Przysłali nam jeszcze tylko zdjęcie ze wspólnych wakacji ostatnich...


...czy można mieć piękniejsze wspomnienia...?

Gosika miała pecha. Ogromniastego. Raz, że trafiła do rodziny, która potem ją zgubiła. Może i Gosika się sama zgubiła, ale jakoś mnie to śmierdzi, więc uważam, że ją zgubiono. Trafiła do schroniska z ogromniastym guzem pod spodem i z pazurami w kółka wyrośniętymi. Już sam ten guz nie zrobił się w trzy dni, więc jej "opiekunowie" musieli go widzieć! Ale udawali, że nie. Potem miała u nas kilka operacji i.... ale co ja tam będę po Tysiaku powtarzał, sami przeczytajcie - TUTAJ. Najpierw o Tytusie jest, a potem o Gosice.

Gosika wiele razy miała kryzys. Wiele razy już widziała Majkę czuwającą za oknem, jednak doskonale wiedziała, że to jeszcze nie czas, że jeszcze nie opowiedziała wszystkiego, nie podziękowała należycie... Wiecznie z uśmiechem na pysku, a uśmiechała się pięknie! Miała do kogo... Najwspanialsze stado, niemałe! I czworo- i dwunożni, była jego baaardzo ważną częścią... Była wypełniona miłością do granic i sama oblewała nią swoich współstadnych. Jeszcze zdążyli zrobić sobie sesję, taką prawdziwą sesję rodzinną, taką fiufiufiu...


...czy można czuć się bardziej kochaną...? I najbardziej tęskni ten czterołap, którego ona odganiała niby... On teraz nie je, wypatruje, na spacerach biega za jasnymi psami, w domu czeka przy drzwiach... Dwunożny sobie wytłumaczy, a jak wytłumaczyć psu, że już nigdy żadna Gosika nawet jednej łapy nie postawi na progu mieszkania...?

Sierra była schroniskową wizytówką. Machała do każdego, kogo lubiła, a lubiła zdecydowaną większość dwunożnych! Przy pierwszym spotkaniu mogła zdrowo obszczekać, ale przy kolejnym widać było już z daleka, jak macha łapą, mruży oko... Cwana była, wiedziała, że trudno jej odmówić spaceru!


...była ulubienicą wielu, bo i nie lubić się jej nie dało... Też kilka lat czekała na dom, aż w końcu się udało! Zyskała rodzinę i czworonożnego kumpla, było tak dobrze! ...znów nasi dostali wieści - w psiolasce coś wyrosło niedobrego, zaraz operacja, trzymajcie kciuki! Nasi trzymali dobrze i psioweci byli wprawni - zabieg się udał na tyle, na ile mógł, bo niestety nie wszystko można było wyciąć...

...i kilka dni temu znów wieści - z Sierrą jest źle. Nie je, wątrobianka nie domaga zupełnie, operacja niemożliwa... I znów dylemat, znów najtrudniejsza decyzja, ale na pierwszym miejscu była Sierra. Miała wokół siebie swoich ludzi, pojechał też specjalnie do niej ktoś, dla kogo była najważniejszym psem schroniskowym, i w kogo ona się wtulała zawsze najmocniej, kiedy przychodził do jej kojca... Miała przy sobie wszystkich, którzy kochali ją i których kochała ona...

...czy można być bardziej pewnym, że jest się najważniejszym na świecie...?

Wszystkim za każdym razem robi się smutno. Można znać, można nie znać, można być dziabniętym czy obwarczanym, można nie być nigdy na spacerze, ale mimo wszystko żal. I jak bardzo zmienia się ten smutek, kiedy wiemy, że zwierz zmienił wspomnienia, zmienił nastawienie do życia, zmienił się cały jego świat... Rita może nigdy w domu nie szczeniakowała, ale to, co wyczyniała na spacerach świadczy o tym, że otworzyła się tak bardzo, jak tylko była w stanie po takim czasie schroniskowania i to znaczy, że jej dwunożni zrobili najpiękniejszą rzecz, jaką mogli zrobić. Gosika może rzadko mogła odetchnąć od kolejnych guzów czy innych dolegliwości, ale miała najlepszą, najukochańszą rodzinę, która wymazała wszystkie przedschroniskowe i schroniskowe wspomnienia. Sierra może nie pomieszkała w nowym domu zbyt długo, ale dbano o nią jak o wieloletniego towarzysza, mogła poczuć się częścią rodziny, była kochana i nie musiała się już wdzięczyć przez kraty do każdego przechodzącego...

...zmienione wspomnienia, zmieniony świat może bardziej zmienić nasz smutek po pożegnaniu, niż nam się wydaje... I chcielibyśmy wszyscy za każdym razem móc wzdychać, że zwierzak niestety odleciał z Majką za Tęczowy Most, ale w głowach, w sercach, przed oczami wciąż ma te najpiękniejsze obrazy...

niedziela, 8 marca 2015

O Tigerowej Pani, której staruszkowe mity niestraszne!

Kto jeszcze nie wie?? Niemożliwe zresztą, było tak głośno z radości, że na całym świecie psy o tym pewnie szczekały! No tak, ale dwunożni szczekania nie rozumieją... No nic, to przełożę z psiego na dwunożny!

W schronisku mieszkał od 2006 roku... Sam urodził się niewiele wcześniej... Przez wszystkie lata, kiedy powinien zwiedzać świat, kiedy powinien się bawić, biegać za patolami rzucanymi przez swojego człowieka - on siedział w schronisku. Kiedyś czarno-buro-pręgowany. Później siwo-buro-pręgowany. Krótko przed wyjściem ze schroniska miał sesję zdjęciową i miał zrobiony najpiękniejszy staruszkowy portret, Bulba o tym pisała.

O ten portret chodzi...


...i o tego psa - o Tigera. Nieduży, niepozorny, niemłody, niewidzialny tyle lat... Dużo tych "nie", ale można też napisać o nim: niegroźny, niegburowaty i zdecydowanie niesmutny, kiedy ludzi widział!

Teraz wyjaśnię, skąd taki tytuł...

Jaki jest mit numer jeden dotyczący psów z długim stażem schroniskowym, w dodatku z dwiema cyferkami w rubryce "wiek"?? Taaak, że się nie przyzwyczają, że się nie nadają do adopcji. Coś o tym wiem, przecież wiele razy to słyszałam od ludzi.... Właśnie głównie z takiego wymyślonego przez niektórych dwunożnych "powodu" siedzę też ja tyle lat. Dziś jednak nie o mnie...

Pewnego dnia, pewna Pani wyprowadziła Tigera na spacer, później przeczytała jego opis na stronie, a tam ktoś pięknie napisał...

"Zapada zmierzch, nastaje cisza w schronisku.
Tiger lubi tę porę dnia, idzie do budki, układa się w słomie, przymyka oczy i... czeka na sen, który tak lubi. Leciutki uśmiech na pyszczku świadczy, że znowu słyszy: "Tiger, Tigerku chodź tu kochanie, czas byś opuścił schronisko. Ciepłe dłonie delikatnie głaszczą po głowie, później przypinają smycz. Tiger wychodzi z kojca, uśmiecha się do mijanych ludzi, sprawdza czy wszyscy widzą, że on idzie ze swoim Panem, że idzie do domu. W mieszkaniu czeka na niego wygodne posłanie i miseczka z pachnącą zawartością, ... tak to Pani ugotowała mięsko specjalnie dla niego."
Tiger oblizuje się, zasypia."




Ile razy to sobie wyobrażał...? 

W każdym razie - w głowie tej Pani zaczęła kiełkować myśl taka... że jeśli przez tyle lat nikt nie chciał spełnić tigerowego marzenia... a można to zrobić, bo przecież nie jest jakieś przesadnie wydumane... to właśnie Ona to zrobi! 

I wiecie co... Bo my często słyszymy, że ktoś kogoś weźmie, że przygarnie, że już jutro, że tylko zrobi to i tamto, ale potem wróci... a potem nie wraca... Że nawet jak tutaj byliśmy właściwie PEWNI, że Pani przyjdzie, to wiecie... Tak mimo wszystko cieszyliśmy się tylko po kątach, cichaczem, żeby czegoś nie zepsuć, żeby się nie okazało, że coś się stanie, że trzeba przełożyć, że coś... 

...tego NAJWAŻNIEJSZEGO dnia stało się! Weszła do biura Pani i powiedziała "Dzień Dobry, to ja już dzisiaj na pewno podpisuję umowę, Tigerek wychodzi ostatni raz". 

Co będę ściemniać! Poryczałam się po pachy! Hedar udawał, że śpi z łbem do kaloryfera, ale słyszałam, jak siorbał nosem! Wszyscy nasi dwunożni chodzili szczerząc się właściwie do wszystkiego, nie sposób było inaczej, ja też merdania nie mogłam wyłączyć, więc sobie ogon poobijałam za wszystkie czasy, ale nieważne, to wszystko nieważne, popatrzcie:


Tigerowa Pani to ta w okularach. Obok córka, dzięki której Tiger mógł do domu pojechać! A za nimi wszystkimi jest byłe mieszkanko pasiastego psa.

A już najpiękniejszy widok, i to powie KAŻDY niezależnie od ilości posiadanych nóg, jest taki:



Wtedy to już się zryczałam ze szczęścia po same pazury! Należało mu się i tyle. NA-LE-ŻA-ŁO-SIĘ!

Tiger rozpoczął nowe życie, zamienił też kolegów na bardziej... sierściastych i okazało się, że może z psimi nie do końca się potrafił zawsze dogadać, ale za to z kociastymi nie ma problemu! Na razie trwa wielkie przyzwyczajanie, ale już wiadomo, że to tylko kwestia czasu, o:


Ma wszystko o czy marzył... Ma swoją własną miseczkę, ma swoje kocyki do leżenia (legowisko się skurczyło na widok Tigera, więc przyjdzie nowe!), ma swojego ukochanego człowieka, tylko swojego, dla którego jest tym jedynym na świecie... Tiger jest U SIEBIE... wiecie, ile to znaczy dla takiego psiaka...? Gości przyjmuje, wita merdającym ogonem i łepek do głaskania nadstawia. Teraz można już się uśmiechać swobodnie, nie trzeba się szczerzyć do zwichnięcia zawiasów szczęki, żeby ktoś zauważył, żeby wziął do domu... Już nie trzeba, już można swobodnie, zwyczajnie, prawdziwie, szczęśliwie uśmiechać się do SWOICH... 


I co? Nie było straszno. Mieszkanie nie było zdemolowane. Koty przeżyły spotkanie. Sufity nie odpadły. Wszyscy przetrwali, a wręcz jakby cieplej się zrobiło...

My, psy z długim stażem schroniskowym, też jesteśmy w stanie pokochać, też tęsknimy za spokojem i ciszą, chociaż niejeden z nas już zapomniał właściwie co to znaczy. Słuchamy opowieści niektórych młodszych psów, jak to miały domy, jak leżały na kanapach albo swoich posłaniach. Trochę to dla nas abstrakcja... ale później trafiamy do takiego domu, widzimy posłanie i już wiemy, już sobie przypominamy te historie, już wiemy do czego to jest, chociaż czasami patrzymy na to z szeroko otwartymi ślipiami, bo nie wierzymy, że to właśnie nam się zdarzyło...

Coś o tym wiem, przecież do biura się przeprowadziłam i doskonale to pamiętam!

Teraz to samo przeżył Tiger. Najpiękniejsze uczucie na świecie...

Dziękuję Tigerowej Pani za niesłuchanie tego, że przecież po co pies, który nie pamięta domu, który przecież tylu ludzi widział, że jeden nie zrobi na nim wrażenia; który w schronisku załatwiał się, gdzie popadnie, więc i w domu będzie... Dziękuję, że uwierzyła w wielkie psie serce, że pokochała akurat ten posiwiały pychol...

Może ktoś dzięki Tigerowej Pani pomyśli "szukamy psa dla siebie, popatrzmy po tych, które siedzą wiele lat, zróbmy coś dobrego!". U nas czeka Dina, Ekler, Ares, Roksi, Tyson, Ben; czekają 5 lat lub dłużej, a jest wiele innych czekających niewiele krócej...

Daj szansę. Tiger ze swoją Panią pokazują, że WARTO, Nie jesteście sobie w stanie wyobrazić, jak wiele potrafimy dać w zamian...

-----------------

Jak już jesteśmy w temacie wyjść do domu... Ze schroniska codziennie wychodzi jakiś dwunożny ze swoim czworonożnym nowym kumplem albo sierściastą kumpelką, ale o dwóch adopcjach tutaj specjalnie napiszę.

Były kiedyś apele o domy dla tych tych kicurów. Jeden z nich ma białaczkę, a drugi to jego kumpel, który okazał się zdrowy, ale też nikt nie był chętny, żeby go do domu zabrać, więc dwa sobie siedziały u nas, w ciepełku, odizolowane od innych kicurów... Ten biały to Mahad, a ten mniej biały i więcej czarny to Saban, Aż musiałam sprawdzić, bo dalej mi się miesza...


Poszczęściło się sierściuchom! Obu! Chłopaki poszły do domu! Znaczy zostały zaniesione/wywiezione, ale mieszkają już w normalnym, najprawdziwszym domu! Oba na raz w jednym! Ktoś się nie bał kociej białaczki, której jak najbardziej bać się nie należy, bo zaraża tylko inne koty, ludziom i pozostałym gatunkom zupełnie nie zagraża.

O kolejnym wyjściu do domu też MUSZĘ koniecznie napisać, bo o tej suczce było wieeeeeleee raaazy pisane! I w temacie ciasnych łańcuchów na szyi, i w temacie złego traktowania, bo jej właściciel zmarł a ona sama została zamknięta w komórce bez jedzenia i światła, i w temacie uroczych suczek, bo ona była znana na całe schronisko i pół Zielonej Góry z tego, że na widok znajomych macha łapami! Iiii proszę bardzo:


Jedzie do domu! Jej najulubieńszy dwunożny kumpel ją wiózł osobiście wczoraj (więc wiadomość świeżuśka!), bo trzeba było sprawdzić, czy dogada się z psim kumplem. Dogadała się pięknie!


Tak! Sierra wyjechała i będzie mieszkać w domku z ogrodem!

Nie lubiłyśmy się... Oj baaaaardzo... Nie wiem, czy jeszcze jakieś dwa psy się tak nie lubiły jak ja ze Sierrą, ale niech tam - cieszę się, że jej się poszczęściło. Była tak idealnie spokojna, że też powinna już dawno wykopytkować do domu...

Psia Stopa, coraz dłuższe te posty... Muszę się pilnować!

Zatem KONIEC na dziś.

środa, 25 lutego 2015

Wsadźcie sobie te kolczatki w...! ...kieszeń...

- Hedziu! Miałes kiedyś kolczatkę?

- Nie pamiętam... ale duży jestem, silny... byłem... To może miałem? Nie pamiętam.

- Przecież to jest jakieś NIENORMALNE! Ja nie rozumiem, w głowie mi się nie mieści (chociaż małą mam), jak można skazywać zwierzaki na takie coś!

Bo co? Bo pies wielki? A to się nie widziało, jakiego się bierze do domu?
Bo ciągnie? A to nie łaska uczyć, że nie wolno?
Bo nieposłuszny? Jakby się od początku pokazywało, kto kogo ma słuchać, to by nie było problemu.
Bo dorosłego się nie nauczy? Bzdura jakaś, młody załapie, dorosły załapie, tylko CHCIEĆ trzeba mu pokazać!

Nie łaska iść do psiego przedszkola czy szkoły? Łatwiej psu kolce założyć i co, i ma być super, tak? Nagle piesek się słucha, tak?? A że z jego szyją dzieją się rzeczy takie, że strach myśleć, to już nieważne, PRAWDA???

- Bulbusiu... Oddychaj... Powietrza nałap w płucka i na spokojnie... 

- PUFF PUFF pufff.... doobrze, na spokoojnie... Zacznę od innych przykładów najpierw tego szyjnego barbarzyństwa.

ŁAŃCUCH. Pies na łańcuchy może być. Niestety, ale tak ktoś kiedyś wymyślił, tak zostało zapisane i z tym się nie wygra. Jest napisane co prawda, że taki łańcuch, sznurek, linka czy cokolwiek (bo ogólnie się to UWIĘŹ nazywa) ma mieć minimum 3m. Tyle chociaż dobrego dla tych łańcuchowców... Nigdzie jednak nie jest napisane do czego ten łańcuch ma być przyczepiony. Znaczy za co. Znaczy co ma być między łańcuchem a psem. Czasami nie chce się szukać chociaż parcianego paska, więc koniec łańcucha jest opleciony wokół szyi i po prostu przypięty do któregośtam ogniwka. Jak pies młody, to tych ogniwek na szyi mniej, ale jak pies rośnie... Nie, niektórzy nie widzą powodu, żeby ogniwka dokładać...


Tak, na zdjęciu jest szyja. Wiem, czyja! Miśka IV. Sierść się wytarła, skóra niebawem by się zaczęła też przecierać. Zwłaszcza, że psisko młode i żywotne! A w zimie jak musiało mrozić... Nie dość, że wiało w łysą skórę, to jeszcze zamrożone żelastwo się tam przesuwało!


Tak, to ten sam Misiek! Błyszczący, sierść odrosła, szyja pokryła się tłuszczykiem... Psiak nadal żywy, nadal młody, nadal w schronisku...

Lecimy dalej!


To też psisko od nas. Znaczy suczka. Zmarł jej właściciel, więc żeby nie sprawiała kłopotu, przypięli ją do łańcucha i zamknęli w komórce. Łańcuch ciasny, sierść pod nim już odbarwiona, co za ulga, kiedy wreszcie udało się ogniwa przeciąć...

 

To jest ta sama suczka, Sierra. Słynna u nas przez to machanie! Sierść na szyi pięknie odrosła, wszędzie indziej też! Kto ją poznaje - nadziwić się nie może, że wciąż czeka na swojego jedynego człowieka... Jest duża, może odstraszać na spacerach, warknie czasami nawet na obcych, czasami poważna, czasami radosna jak szczeniak. Czeka cierpliwie...

O kolczatkach mieliśmy...


Widzicie?? Tam, między kudełkami, takie ledwo coś widać, metalowe... No, to jest właśnie kolczatka. Nikt jej nie zdejmował, bo po co? Łatek (bo to on jest na zdjęciu) nigdzie się nie wybierał bez niej, ani do spania, ani na spacer. Zresztą, jaki spacer... Pilnować miał i koniec... Była buda... znaczy barak bez ściany, w środku (chociaż prawie na zewnątrz) był brudny, mokry materac. Gdzieś tam było przypięty jeden koniec łańcucha, drugi koniec przypięty był do kolczatki, która wplątała się na stałe w Łatkową szyję... Fajnie, jak tak drapie ciągle, kłuje, przeszkadza? Szyi nie można położyć na ziemi, bo wtedy już całkiem można dostać fioła!


Pierwsze co nasi robią przy takich obrożach, to albo ją odwracają albo zdejmują. Łatkowi już szyja dawno odpoczęła, kudełki już dawno wybielały w tamtym miejscu. Psisko już dawno doszło do siebie... Wciąż jednak nie może się doczłapać do domu... Wciąż nikt go nie chce tam zaprowadzić...

A teraz powód mojego początkowego zdenerwowania. Zwolenniku kolczatek, osobo, która zakłada ją "tylko na chwilę, na spacer, bo nie mogę utrzymać psa", spójrz. Spójrz na Walentynkę i powiedz, że kolczatki są potrzebne.


Tak, to właśnie zrobiła kolczatka. Ile czasu nie była zdejmowana? Ile czasu minęło od powstania pierwszego przetarcia do krwi do czasu, kiedy suczka została znaleziona? Ile czasu bolało i piekło??


Spójrz na nią i powiedz, że jest przecież psem w typie husky! Jest żywiołowa i dużo biega, a ile można się szarpać? Powiedz, że dobrze jej tak, bo nie słuchała!

Nie, to człowiek jest winny. Zawsze.

Bo nie dostosuje rasy, wielkości i charakteru do siebie.
Bo stwierdzi, że szczeniaczek jest za młody, żeby zacząć go szkolić.
Bo uzna, że dorosłego psa już szkolić nie warto, bo się nie nauczy.
Bo założy psu kolczatkę i stwierdzi, że problem rozwiązany.

Uwierał kiedyś kogoś malutki kamyczek w bucie?
Skrobała po plecach metka?
Gryzł wełniany sweter?

Pomyśl, że możesz się od tego uwolnić... Możesz kamyczek wyrzucić, metkę obciąć, sweter ściągnąć... Psiak kolczatki nie zdejmie... Zacznie się tylko denerwować, bo ciągle coś mu przeszkadza. Pojawi się frustracja, bo ciągle coś kłuje. Ale człowiek pomyśli, że pies nie chce słuchać, że jest oporny! No to SZARP za kolczatkę mocniej!

Ktoś powie "ale ja nie szarpię, to ma tylko sprawiać, żeby nie ciągnął". Psiekstra... Wystarczy założyć sobie kolaczatkę na rękę chociażby, przebiec się, pochodzić, poskakać. Boli? Niewygodnie? No właśnie...

Nie ma innych rozwiązań na żywego psa? Są! Sama słyszałam opowieści wolontariuszy czy odwiedzających. Oczywiście, że też mają takie problemy, ale kochają swoje psy (i nasze, bo nasze też uczą!) i poświęcają im czas, są konsekwentni, współpracują z psimi nauczycielami... Da się...


Jedno napiszę, ostatnie. Każdemu, kto nie chce pozytywnie szkolić psa, kto uważa, że kolczatka to jest jedyne lekarstwo, bo to przecież TYLKO szyja i TYLKO pies i to jego wina...

Wsadźcie sobie te kolczatki w...

- BULBA!

- oj wiem, Hedziu... ...w kieszeń...

środa, 28 maja 2014

Psiomarsz do Bachusa i z powrotem!

W sobotę odbył się psiomarsz. Nasze czworonogi małe i duże i kudłate i długonogie i nie tylko przeszły się ulicami Zielonej Góry! Ja nie mogłam iść, bo miałam pilną robotę do zrobienia...

- coo, nie byłoby komu warczeć spod ławy? i tak byś nie przeszła takiej odległości na tych twoich nibyłapkach hłe hłe...

- właśnie, że miałam dużo roboty! właśnie, że bym przeszła! następnym razem zobaczysz, że pójdę!

I tak wszystko wiem, bo ja kulturalnie potem chodzę i pytam jak było. Początek sama widziałam. Ludzi dużo się pojawiło i czekali pod domkiem wolontariusza. Nasza koordynatorka miała listę psów, które potrafią się po dżentelmeńsku między innymi zachować i zdrowie mają dobre. Bo to kawał trzeba przejść! I wstydu nie można robić na mieście... Każdy psiur został ubrany elegancko, w szelki, żeby mu było wygodniej swojego człowieka ciągnąć (w obroży idzie się zadusić!), dobrali kagańce... Podczas mierzenia to dopiero była obraza! Wam mówię, niektóre psy stały jakby conajmniej im koszulkę "KOCHAM KOTY" założyli! Sierra się zaparła i powiedziała, że ani pół łapy nie ruszy zanim jej tego nie zdejmą z pyska! Nie musiały w nich paradować po mieście, ale każdy musiał mieć. Potem wychodzili na chwilę do lasu, żeby tego no... wiecie... żeby po drodze jeszcze większego wstydu nie narobić... Przed wymarszem to na placu było ponad 20 czworonogów i ze dwa razy więcej dwunogów, robiło wrażenie! Dalej to wiem z opowieści Fidy i Portosa...

Ta szalona dwójka szła na przedzie i utrzymała odpowiednie tempo. Czasami ci z tyłu nie nadążali, ale akurat ta kudłata suczka (powtórzę - suczka, bo ludzie z uporem ją mylą z psem...)...


 ...i ten przystojny gentlepies...


...stwierdzili, że idą na MARSZ a nie jakąś przechadzkę parkiem! Poza tym Portos cały czas się bał, że zacznie padać, bo chmury ciężkie wisiały i tym bardziej gnał, bo im szybciej się dojdzie na miejsce i rozda ulotki, tym szybciej się wróci i nie zmoknie!

Wrócmy jednak do marszu, bo zaraz zapomnę co mi nagadali! Ostatni raz poszłam na wywiad bez notesu...

Ruszyli najpierw w górę, pod Palmiarnię. Tam są fontanny i taka krótka, sztuczna, wybrukowana "rzeczka", gdzie psy się zaczęły taplać. Bozo się położył na środku, inne psy wbiegały i wybiegały, a niektóre piły porządnie - z misek, które wolontariusze na własnych plecach dla nich nieśli. Jak już się wszyscy doczłapali, to po chwili ruszali w dół - na deptak. Tam na środku siedzi na beczce król wina - Bachus się nazywa (wiem, bo historię swojego miasta trzeba znać!). Przy nim znów była zbiórka i ci pierwsi znów czekali na tych ostatnich. Potem każdy dwunożny dostał w rękę kilka ulotek i wszyscy się rozeszli.

Psy się pokazywały z jak najlepszych stron, merdały ogonami, dawały się głaskać, mrugały oczami, trzepotały rzęsami, wszystko żeby tylko ktoś powiedział "Ojej, jaki fajny! kiedy mogę podpisać umowę i zabrać do domu?!"... Nic takiego nie miało miejsca, ale może niedługo jednak ktoś przyjdzie i powie "nie miałem śmiałości podejść, ale był na deptaku taki pies i chciałbym go poznać...".

Sierra czarowała po swojemu:


Dredu pokazał, że potrafi się wyluzować i bez pardonu wlazł do fontanny:


Na koniec powstało pamiątkowe zdjęcie! Nie wszystkie psy są na zdjęciu, bo nie chciały się dogadać kto ma stać pierwszy i kto za kim, a czasu tyle nie było...


 Teraz w kojcach wieczorami się przekrzykują...
- do mnie się uśmiechnęła ta pani w zielonym!
- a mnie tamta karmiła lodami! Na pewno po mnie wróci!
- eeee, mi już obiecali, najpóźniej jutro się zjawią!

...kolejne noce za nami, szczekanie "po mnie na pewno jutro!" nie ustają... tylko jakoś z coraz mniejszym entuzjazmem... To nie był ostatni marsz, może na kolejnym zjawią się ich przyszli właściciele, może się zakochają naprawdę, dotrzymają obietnicy i w biurze usłyszę:
- dzień dobry, wczoraj widziałem na marszu takiego pieska, chciałbym go wziąć na zawsze...

niedziela, 25 maja 2014

Najulubieńsi!

- Buulbaa, wstydź się, tak się wystawiać do Wolontariuszki! Łapy tylko ci w górze majtały i widziałem ten uśmiech na pół pyska! 

- no co! No co! To akurat była moja ulubiona! Poza tym nikt nie widział! 

- jak to ulubiona skoro nie dalej jak dwie godziny wcześniej inny Wolontariusz tak cię drapał i miałaś ten sam maślany wzrok...

- oj, bo też byl ulubiony... Ty też kochasz każdego kto nie każe ci chodzić tylko sam do ciebie przyjdzie!

- ale tylko wtedy kiedy przychodzi podrapać a nie wcisnąć tabletkę... niech ci będzie...

No właśnie. Każdy ma kogoś ulubionego, ale to nie znaczy, że reszty nie lubi! Nasi Wolontariusze, mimo tego, że wychodzą z wieeeeloooma psami, to wiadomo, że zawsze do któregoś z nich idą ciut chętniej a powody są przeróżne! 

Jedna Wolontariuszka uwielbia Świtka. 


 Z daleka go sobie obejrzałam. Nie to, że mnie strach obleciał, ale tak tylko... czasu nie było... Świtek jest wysoki, powiedzmy, że mój nos jest na wysokości jego pięty. Jest z tego rodzaju psów,  ktory chciałby wyjść na spacer już, teraz, NATYCHMIAST, ale jednocześnie robi wszystko, żeby tak szybko nie wyruszyć. Założenie mu szelek to niezła gimnastyka! I nie wiem jakim cudem, ale zupełnie nie zauważa karcącego wzroku tej Wolontariuszki ani nie słyszy przywolań do porządku!  Za co jest więc lubiany? Wierzcie lub nie, ale właśnie za to.  Bo jak ktoś kocha coś takiego, co się nazywa WYZWANIE, to Świtek jest idealny. Spacery z nim też nie są dla każdego, bo taki wielkopies siłę ma, biegać pół dnia może bez problemu, w dodatku jak zobaczy innego czworonoga to mu sie uruchamia tryb "ogłuchnij i ciagnij ile wlezie". Nie myślcie jednak,  że Świtek tylko energię zabiera na spacerze i koniec! Potrafi też pokazać wdzięczność za poświęcony mu czas, radość ze spaceru i tą radością umie zarazić. I może i wracają do Schroniska zmęczeni (znaczy Świtek właściwie prawie wcale), ale oboje szczęśliwi. 

Kolejna Wolontariuszka ma słabość między innymi do Egora.


Już działała w Schronisku jak tego średniego kundelka przywieźli razem z mała, rudą suczką z sąsiedniego miasta. Obydwa czworonogi były wystraszone solidnie i potrzebowały sporo uwagi. Ta Wolontariuszka zdecydowała, że suczka Roza zamieszka u niej w domu, ale nie mogła Egora zostawić "na pastwę losu", więc zaczęła się starać,  żeby psiak przekonał sie do ludzi. Dzięki niej, Egor nabiera zaufania powoli do każdego, ale nie ukrywajmy, że nie tylko on jest jej jednym z najulubieńszych psów, ale też ona dla niego jest kimś najszczególniejszym. Egor mieszka niedaleko biura, wiec sobie czasami rozmawiamy. Poszczekał, że doskonale rozumie, że nie mogą razem zamieszkać, trudno. I że już nie może się doczekać kiedy pójdzie do jakiegoś domu o ktorym ona tak mu opowiada...

Inny Wolontariusz zakochał się w suczce, która do Schroniska trafiła właśnie dzięki niemu. Sierra została znaleziona zamknięta w komórce, bez wody, jedzenia i nawet kawałka okna. Można powiedzieć, że to była miłość od pierwszego zdjętego ogniwa łańcucha, który ściskał sierrową szyję...


Ona też jest wysoooka chyba jak Świtek, ale poza tym - zupełnie inna! Da się zapiąć, z wiaty i Schroniska wychodzi jak dama, chodzi spokojnie, dostojnie, nie zatrzymuje się przy byle zapachu... Jak się już człowiek nabiega za psami cały dzień albo plecy bolą - Sierra jest idealnym kompanem. Nie myślcie sobie tylko, że taka drewniana jest! Ona z każdym też się spoufalać nie będzie! Tak się akurat składa, że jej ulubionym Wolontariuszem jest ta sama osoba, której Sierra jest ulubionym psem... i jak ta dwójka się zejdzie, to dopiero się dzieje! Sierra z damy zmienia się w szczeniaczka i na kolanka wejdzie i na spacerze pobryka i w mchu się wytarza i po kieszeniach będzie grzebać bezczelnie w poszukiwaniu smakołyków... Uważnie przy tym patrzy czy aby nikt nie widzi, żeby się nie rozeszło po Schronisku! Siedzi u nas już dwa lata. Jeszcze jej nikt nie przemówił do łba, żeby się tak nie darła na obcych! Przecież do Wolontariuszy prosząco macha łapami z daleka, oczka puszcza, a obcy jak przechodzi to ta się drze jak na damę nie przystało! Zapomina chyba, że ten jej Wolontariusz osobiście dopilnuje, żeby dom jej się trafił najlepszy z najlepszych...

Natomiast ulubionym psem jednej szalonej Wolontariuszki jest szalony Florenc!


Wiem, na zdjęciu szaleństwa w nim za chrupkę nie ma... ale wtedy jeszcze nie znał naszego życia, myślał, że jak już trafi do kojca to w budzie będzie siedział cały miesiąc! Pewnego dnia jednak wzięła go na spacer jedna z Wolontariuszek i od pierwszego spaceru jest zakochana w tym przeradosnym, poczochranym wariacie. Przy niej Florenc może psocić, skakać i dokazywać więcej niż przy innym Wolontariuszu, nie bojąc się, że od razu usłyszy "uspokój się wreszcie". Jej też nie musi za długo namawiać do zabaw czy wygłupiania się, Ona po prostu ma podobną ilość szaleństwa w sobie. Teraz ten czarny kudłacz na budzie wydrapuje kreski-dni, odlicza do kolejnego weekendu i tylko czeka aż na wiatę wejdzie ta szczególna Wolontariuszka, zaraz popędzą razem do lasu, gdzie będą mogli szaleć, wygłupiać się i wariacić do woli! U nich to dopiero widać uśmiechy na twarzo-pyskach jak wracają do Schroniska!

Bo właśnie o to chodzi w wolontariacie, żeby się spełniać i wychodzić ze Schroniska może i zmęczonym, ale z uśmiechem na twarzy i z satysfakcją ogromną. I czasami pożegnać ulubieńca, z łezką w oku, kiedy ten wychodzi z nowymi właścicielami DO DOMU...

niedziela, 28 kwietnia 2013

SIĘ WYSTAWIAMY


Niedaleko, tuż za miastem, odbyła się wystawa psów nierasowych. Jak się wieść o niej rozniosła po wiatach, po się zrobił straszny hałas. No bo tu siedzą prawie same nierasowe. Czyli – wystawa dla nich. Nie wiemy, czego się te psy obżarły, że nagle wszystkim zachciało się wystawiać! Przecież tutaj co chwilę ktoś przychodzi je oglądać, albo fotografować się z nimi, gwiazdy różne przyjeżdżają, więc wystawianie się na pokaz to dla nich żadna atrakcja. A tu masz! Brylować wśród nierasowców im się zachciało! A swoją drogą…

- Tyson, ty masz obcięte pazury!!
- Nie obcięte, tylko starte. Za długie już były… Nieładne!
- Aaaa… Znaczy, ty na wystawę tak się szykowałeś?
- Jaka tam wystawa! Jeszcze nie zgłupiałem! Ale z długimi pazurami pisać niewygodnie!
- Cooo???
- No co się dziwisz? Jak już musze pisać…
- Tyson, ja ciebie nie poznaję!!
- Dobra, dobra, dyktuj o tej wystawie!...

Ostatecznie na tę wystawę pojechała nieduża gromadka naszych psów. Nie wymieniam z imienia, bo jeszcze o którymś zapomnę i się obrazi. Trzeba jednak przyznać, że prezentowały się psiaki niezgorzej. Wszystkie łby do góry i ogony też. Wyczesane, niektóre przystrojone w chusty! Nierasowe, ale z prezencją. I przynajmniej połowa z nich to SMS-y. Bo stary pies też urok ma! Co z rzadka bo z rzadka, ale jest doceniane.
Bo wyobraźcie sobie, przed samą wystawą dom znalazł sobie Atom! Czarne, niepokaźne, co tu dużo gadać, paskudztwo. Ma już ponad siedem lat, a w schronisku siedzi od pięciu. Grzeczny, wesoły, zakochany w bezogoniastych i powolutku tracący nadzieję, że wreszcie się komuś spodoba.
          


Nasi bezogoniaści robili, co mogli, żeby wreszcie ktoś go adoptował. Jak wszystkie SMS-y miał dostać wyprawkę: legowisko, obróżkę, smycz i zapas karmy, zwrot kosztów leczenia i wizyty u psiego behawiorysty. W dodatku nowy właściciel będzie go mógł na koszt schroniska zaprowadzić do salonu piękności dla psów, a od organizatorów festiwalu „Quest Europe” dostanie wejściówki na finały tej imprezy przez kilka najbliższych lat.
I co?  I nie było chętnych.
Aż wreszcie, gdy nasze psy szykowały się do wystawy, przyjechała z niedalekiej miejscowości młoda bezogoniasta. O wszystkich premiach za adoptowanie Atoma nie miała pojęcia, ale wybrała właśnie tego biedaka. Dlaczego? Nasi zaraz zadali jej to pytanie. A ona odpowiedziała, że pracuje z kalekimi bezogoniastymi, z dorosłymi i dziećmi i wie, co to samotność i odrzucenie. I wie też, że takiemu psu jak Atom należy się, choćby na stare lata, trochę ciepła i domu, by mu choć w części wynagrodzić to, przez co przeszedł w życiu.
Wyprawkę Atoma zapakowano do samochodu, on sam wskoczył na tylne siedzenie i odjechał. Szczeknął parę razy na pożegnanie. A wszystkie psy… Ech, co tu dużo szczekać.

Ale miało być o wystawie. No to odbyła się w sobotę. Nasze psiaki powsiadały do samochodów i pojechały. Sześć godzin to wszystko trwało. Na terenie wystawy nasi bezogoniaści postawili altankę, w której trzymali psie miski, wodę, żarcie, smycze i takie tam rzeczy. A psy chodziły sobie z wolontariuszami, prezentowały się i przyglądały innym psom. A tych innych było z pięćdziesiąt. I loteria fantowa na rzecz schroniska była, i pokazy agality, i ratownictwa psiego, i zabawy dla małych bezogoniastych…

           
A później zaczęły się konkursy dla psów. Musiały pokazywać różne sztuczki, ale takie raczej proste: siad, daj łapę, proś, leż…
No i wyobraźcie sobie, w tych konkursach nasza Sierra dostała dwie nagrody!
          




A Gryzak jedną!
           
No a na sam koniec okazało się, że psią miss wystawy została nasza Unia!
           

Jak po wystawie wrócili do schroniska i dowiedzieliśmy się wszystkiego, każdy gratulował laureatom (szczerze albo mniej), zwłaszcza Unii. A ona, kiedy już znalazła się we własnym kojcu, zaraz zaczęła kręcić się za ogonem, aż się jej we łbie zakręciło i padła. Zwykle robi tak, gdy się nudzi, albo kiedy jest wściekła. Ale wtedy to z radości tak.
I tak to wyglądało. Szkoda, że niewielu bezogoniasty przyszło na tę wystawę. Może sto pięćdziesiąt, może dwieście osób. Ale to pierwsza taka impreza. Na następnych frekwencja będzie pewnie większa.

            A na drugi dzień było coś, co się nazywa „Sprzątanie Ziemi”. O 11.00 mieli przyjść do schroniska wolontariusze i wszyscy chętni bezogoniaści z naszego miasta,  no i mieli zacząć sprzątać. Zastanawialiśmy się po wiatach, jak to będzie wyglądało: wezmą miotły, węże z wodą i zaczną zmiatać i szorować wszystko dookoła, jak to robią u nas w kojcach? Trochę dużo tego… Na zakończenie miało być ognisko.
No to przyszła wyznaczona pora i trzech wolontariuszy przyszło. Po pół godzinie jeszcze dwóch, potem jeden, znowu troje… I tak było do końca, ktoś przychodził, ktoś odchodził. I chyba sami tylko wolontariusze, bo innych, obcych bezogoniastych nie zauważyliśmy… A ci, co przyszli, brali tylko takie duże worki – i w las. Parę psów, które były w tym czasie na spacerze opowiadało potem, że maszerowali lasem i zbierali – tu papier, tu butelkę, tu torbę foliową…
Takie tam sprzątanie. Trochę nawet szkoda, bo jak pies spaceruje i wiatr uniesie mu sprzed nosa jakiś papier, to można za nim skoczyć – na długość smyczy, oczywiście. A butelkę plastikową można wziąć w paszczę i zgryźć, albo podrzucić i pogonić za nią… Zawsze to jakaś zabawa. A teraz co? Nazbierali tych rzeczy kilka dużych worów i potem je wywalili. Ech, tyle fajnych zabawek przepadło!

środa, 4 lipca 2012


Psy starych bezogoniastych…

Jest sobie w śródmieściu kamienica na bocznej ulicy. Stara, piętrowa, z drewnianymi schodami. A w niej żyje sobie samotna bezogoniasta. Też stara. Z dwoma psami i sierściuchem. Suczka wzięła się nie wiadomo skąd, potem nie wiadomo z kim się oszczeniła. Ma już dziewięć lat i nazywa się Perełka, a jej synalek, ze dwa lata młodszy – Puszek. Oboje tacy terierowaci… Z tego wszystkiego kocur jest najmłodszy, rudzielec, który trafił do bezogoniastej mocno poturbowany. Wykurowała, wykarmiła, został…
Bezogoniasta już nie pracuje. Jak ona wychodzi, to wychodzą i psy. Ona wraca – one też. Smyczy nie znają. Kocur pilnuje domostwa. Brudno tam, biednie, przychodzą różni bezogoniaści i piją coś, od czego ma się krowie oczy… Bezogoniastej też wtedy nieco skapuje…
I pewnego dnia, gdy już wypiła to, co skapnęło, wyszła z mieszkania i spadła ze schodów. Od tego czasu nie wychodzi, ledwo się rusza.  No to i psy nie wychodzą. Jakaś znajoma od czasu do czasu robi im zakupy… Jak akurat nie ma krowich oczu…
Ktoś zawiadomił schronisko i nasi pojechali na interwencję. Bezogoniasta dobrze wiedziała, że ma kłopot z psami i że lepiej będzie im w schronisku, zgodziła się więc je oddać. Tylko kocur jej został. Pewnie, było trochę łez. Ale za to nasi bezogoniaści pogonili urzędników i ta starsza bezogoniasta dostanie pomoc, bo dotąd jakoś nikt się nią nie zainteresował.
A Perełka i Puszek? Z początku przerażone. Najgorsze było to, że nie znały obroży, smyczy, a tym bardziej budy – cały czas siedziały na zewnątrz, pogoda czy niepogoda. Perełka, jako bystrzejsza, pierwsza uznała, że skoro jej kocyk leży w budzie, to i ona powinna. Puszek jednak wciąż ma opory…. Obroże dały sobie jednak założyć. I raz już poszły na wybieg – pełne szczęście! Wreszcie zaczęły ogarniać schronisko. Chyba im się spodoba.
To właśnie te psiaki:


Stary żył, póki żył, na swoim gospodarstwie, a Sierra wraz z nim (wtedy miała inaczej na imię). Ale zmarło mu się, zaś suczka została sama. Gmina biedna, limity przyjęć psów w schronisku miała już przekroczone, a pieniędzy na umieszczenie tam dodatkowego zwierzaka nie było. Jakieś stowarzyszenie obiecało zająć się Sierrą, tylko że obiecanki cacanki. No i gmina zadzwoniła do schroniska…
Nasi pojechali sprawdzić, czy pies może jeszcze zostać, czy trzeba go jednak zabrać. Znaleźli Sierrę w szopce, gdzie mieszkała, przywiązaną łańcuchem okręconym dokoła szyi. Była słaba, wychudzona, w dodatku sąg porąbanego drewna osunął się jakoś, przygniótł łańcuch i zwierzak był prawie całkiem unieruchomiony. Limity nie limity – Sierra trafiła do nas.
                       
Zadomowiła się. Odpasiona, odrobaczona, wysterylizowana nie wygląda na tamtego zabiedzonego zwierzaka. Innych psów, co prawda, nie lubi zbytnio i potrafi na nie warknąć, ale bezogoniastych akceptuje. Zwłaszcza jednego – z nim najchętniej wychodzi na spacery, na wybiegu nie odstępuje go ani na krok, wspina się na niego i obejmuje łapami. Tuli się, kiedy tylko może. Gdy widzi go, jak wchodzi do kojca, zaraz skacze na kraty, macha ogonem, przebiega łapami, stara się polizać, gdy jest obok…

Potem był telefon z administracji osiedla: lokatorzy zawiadamiają, że przed domem leży od wczoraj jakiś pies i nie wstaje. Nasi pojechali – rzeczywiście, na trawniczku przed klatką schodową leżało tłuste, krótkonogie biedactwo, takie trochę spanielowate i ani drgnęło. Zaraz znaleźli się jacyś sąsiedzi, od których nasz bezogoniasty dowiedział się, że suczka nazywa się Kubusia, że ma właściciela, ale on jest kaleką, niedawno owdowiał, siedzi w domu i pije…
Nie było co czekać. Suczce spod ogona wyłaziło jakieś mięso, paskudnie to wyglądało, więc od razu do lecznicy, a tam zjawy orzekły, że to rak, więc konieczna operacja. Ale skoro jest właściciel, potrzebna jego zgoda. Z nim nie dało się dogadać, za to znów odezwali się sąsiedzi: że pomogą, że dopilnują, że bezogoniasty, choć pije i kaleka, to kocha tego psa, tylko jest taki, hm… niezaradny życiowo… Więc oni zobowiązują się, że będą pilotować sprawę, jeśli trzeba, złożą się na operację, tyle że lepiej będzie, jeśli suczka po operacji zostanie na rekonwalescencji w schronisku.
No więc odbyła się operacja, sąsiedzi przychodzili codziennie odwiedzać Kubusię, a ona bardzo szybko wracała do siebie. Pod koniec pobytu w schronisku, a więc po paru dniach, wyglądała jak nowonarodzona. Szkoda, że nie mam jej fotki!
A potem wróciła do swojego bezogoniastego. Wiemy od tych sąsiadów, że wszystko jest dobrze, że pies bierze przepisane leki, że powoli wychodzi na spacery…
Fajni bezogoniaści!

Na wybiegu, obok wiaty huskych, powstała duża dziura. Zrobił ją Gray, kiedy jeszcze mieszkał w schronisku, a inne samce też mu pomogły. Niektóre psy, wiecie, zwłaszcza husky, nie lubią Wędrowców Długogołoogoniastych – gdy czują je, zaczynają kopać!  Ja sama czasem też kopię, bo żarcia szukam, jak mnie przyciśnie, a bezogoniaści dodatkowej porcji nie dadzą, bo mówią, że jestem za tłusta…  No w każdym razie zrobiła się wielka dziura, a na dnie, nie uwierzycie, leżała zakopana karta, już prawie cała zbutwiała. A na niej kolejna pieśń z „Xięgi…” Dawny mieszkaniec schroniska zakopał ją – chwała ci, nieznany psie! 


kliknij obrazek aby powiększyć lub najlepiej otwórz w nowej karcie