Oczami Bezdomnego Psa

środa, 2 grudnia 2015

Bywa, że w smutku jednak się cieszymy...

Tak się narobiło w listopadzie, że mieliśmy kilka pożegnań... Zwykle są rozłożone w czasie, ale w listopadzie się wszystko uwzięło...

Odszedł Płotek...


Jego stan był już tak poważny, już tak go wszystko bolało, że chyba kazdego bolało, kto się na niego tylko spojrzał... Nie widzieliście nigdy tak smutnych, tak przerażająco smutnych oczu... Nasi wezwali psioweta, wiedzieli, że tak będzie lepiej... Już nigdy mu nie dokuczy żadna kosteczka i żadne płucko...

Odszedł Cakar...


U niego też nie było coraz lepiej. Tak się coś u niego w środku uwzięło, że co jakiś czas zawieszało Cakarka. Co to było? Nie wiem, nasi się dowiadywali, ale chyba nikt nie powiedział, że to na sto procent to i koniec. Aż w końcu tak się zwiesił, że szybko nasi pojechali do psiowetów... ale już wiadomo było, że jest kiepsko bardzo... Miał całkiem fajnie, mieszkał sobie w kuchni, biegał po placu, kiedy chciał, wciąż pachniało mu gotowanym kurczaczkiem, pewnie nie raz coś przypadkiem spadało z blatu...

Odszedł Zyro...


Nigdy o nim nikt nic nie napisał, tak jakoś wyszło... Byłoby co! Na przykład, że jest niełatwy, bo ma swój świat i swoje zdanie, i lubi się kłócić, że jego na wierzchu. Co jeszcze? Że niestety też choroby się go trzymają i nasi się starają, jak mogą, żeby go leczyć, chociaż czasami muszą mieć refleks, żeby Zyro nie udziabał... Niespecjalnie na pewno! Tylko tak jakoś samo by wyszło. Takie rzeczy można by napisać, ale już nie napiszemy... Znów choroba zwyciężyła... Jaki ten Zyro by nie był - nasi i tak by dbali, żeby miał dobrze i żeby był jak najzdrowszy, i tak czy siak smutno im było bardzo, kiedy przyszedł czas pożegnania... Tak jednak znów było lepiej...

Co potęguje przykrość w takich chwilach? To, że nie doczekały się czterołapy domu... że mimo wypełnienia psich serc pracownikami i wolontariuszami - nie było w nich tego jedynego człowieka czy tej rodziny, której częścią by były. To, że mimo posiadania posłanka, kocyka, miseczki, pomieszczenia, to jednak nie jest tak naprawdę ICH miejsce, miseczka jest przechodnia, kocyk też, a pokój dzisiaj jest ich, a jutro może go dostać inny zwierz, a oni sami też się przeprowadzą...

Dlatego, kiedy nasi się dowiadują o takich wieściach, o których za chwilę - smucą się, pewnie! Łza też poleci na samo wspomnienie, ale jednak na końcu jest westchnienie ulgi - bo udało się zmienić ostatnie wspomnienia.

Rita została adoptowana chyyybaaa po 9 latach mieszkania w schronisku! Bulba pisała o tym TUTAJ.  Kto nie czytał wtedy, albo nie pamięta - może się zapoznać albo przypomnieć. Warto.

Dostawaliśmy bardzo dobre wieści od ritowego stada, że jest super, że Rita na spacerach jest szczeniakiem, a w domu taką poważną wciąż psiolaską, ale jest naprawdę dobrze! ...aż kilka tygodni temu nasi dostali malia... emalia.. ee.. maila. Że jest źle. Bardzo źle. Rita nie słyszy, w głowie jej się zagnieździł znów ten przebrzydły ze szczypcami... I jest przesmutno... Bo Rita miała być jeszcze długo... a za chwilę nie będzie jej wcale... Krótki czas potem napisali, że to była najgorsza, najboleśniejsza, najtrudniejsza decyzja w ich życiu... Ale nie mogli podjąć innej, jeśli nie chcieli, żeby Rita cierpiała... Przysłali nam jeszcze tylko zdjęcie ze wspólnych wakacji ostatnich...


...czy można mieć piękniejsze wspomnienia...?

Gosika miała pecha. Ogromniastego. Raz, że trafiła do rodziny, która potem ją zgubiła. Może i Gosika się sama zgubiła, ale jakoś mnie to śmierdzi, więc uważam, że ją zgubiono. Trafiła do schroniska z ogromniastym guzem pod spodem i z pazurami w kółka wyrośniętymi. Już sam ten guz nie zrobił się w trzy dni, więc jej "opiekunowie" musieli go widzieć! Ale udawali, że nie. Potem miała u nas kilka operacji i.... ale co ja tam będę po Tysiaku powtarzał, sami przeczytajcie - TUTAJ. Najpierw o Tytusie jest, a potem o Gosice.

Gosika wiele razy miała kryzys. Wiele razy już widziała Majkę czuwającą za oknem, jednak doskonale wiedziała, że to jeszcze nie czas, że jeszcze nie opowiedziała wszystkiego, nie podziękowała należycie... Wiecznie z uśmiechem na pysku, a uśmiechała się pięknie! Miała do kogo... Najwspanialsze stado, niemałe! I czworo- i dwunożni, była jego baaardzo ważną częścią... Była wypełniona miłością do granic i sama oblewała nią swoich współstadnych. Jeszcze zdążyli zrobić sobie sesję, taką prawdziwą sesję rodzinną, taką fiufiufiu...


...czy można czuć się bardziej kochaną...? I najbardziej tęskni ten czterołap, którego ona odganiała niby... On teraz nie je, wypatruje, na spacerach biega za jasnymi psami, w domu czeka przy drzwiach... Dwunożny sobie wytłumaczy, a jak wytłumaczyć psu, że już nigdy żadna Gosika nawet jednej łapy nie postawi na progu mieszkania...?

Sierra była schroniskową wizytówką. Machała do każdego, kogo lubiła, a lubiła zdecydowaną większość dwunożnych! Przy pierwszym spotkaniu mogła zdrowo obszczekać, ale przy kolejnym widać było już z daleka, jak macha łapą, mruży oko... Cwana była, wiedziała, że trudno jej odmówić spaceru!


...była ulubienicą wielu, bo i nie lubić się jej nie dało... Też kilka lat czekała na dom, aż w końcu się udało! Zyskała rodzinę i czworonożnego kumpla, było tak dobrze! ...znów nasi dostali wieści - w psiolasce coś wyrosło niedobrego, zaraz operacja, trzymajcie kciuki! Nasi trzymali dobrze i psioweci byli wprawni - zabieg się udał na tyle, na ile mógł, bo niestety nie wszystko można było wyciąć...

...i kilka dni temu znów wieści - z Sierrą jest źle. Nie je, wątrobianka nie domaga zupełnie, operacja niemożliwa... I znów dylemat, znów najtrudniejsza decyzja, ale na pierwszym miejscu była Sierra. Miała wokół siebie swoich ludzi, pojechał też specjalnie do niej ktoś, dla kogo była najważniejszym psem schroniskowym, i w kogo ona się wtulała zawsze najmocniej, kiedy przychodził do jej kojca... Miała przy sobie wszystkich, którzy kochali ją i których kochała ona...

...czy można być bardziej pewnym, że jest się najważniejszym na świecie...?

Wszystkim za każdym razem robi się smutno. Można znać, można nie znać, można być dziabniętym czy obwarczanym, można nie być nigdy na spacerze, ale mimo wszystko żal. I jak bardzo zmienia się ten smutek, kiedy wiemy, że zwierz zmienił wspomnienia, zmienił nastawienie do życia, zmienił się cały jego świat... Rita może nigdy w domu nie szczeniakowała, ale to, co wyczyniała na spacerach świadczy o tym, że otworzyła się tak bardzo, jak tylko była w stanie po takim czasie schroniskowania i to znaczy, że jej dwunożni zrobili najpiękniejszą rzecz, jaką mogli zrobić. Gosika może rzadko mogła odetchnąć od kolejnych guzów czy innych dolegliwości, ale miała najlepszą, najukochańszą rodzinę, która wymazała wszystkie przedschroniskowe i schroniskowe wspomnienia. Sierra może nie pomieszkała w nowym domu zbyt długo, ale dbano o nią jak o wieloletniego towarzysza, mogła poczuć się częścią rodziny, była kochana i nie musiała się już wdzięczyć przez kraty do każdego przechodzącego...

...zmienione wspomnienia, zmieniony świat może bardziej zmienić nasz smutek po pożegnaniu, niż nam się wydaje... I chcielibyśmy wszyscy za każdym razem móc wzdychać, że zwierzak niestety odleciał z Majką za Tęczowy Most, ale w głowach, w sercach, przed oczami wciąż ma te najpiękniejsze obrazy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz