Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nieregularnik kucharski Tuńczykowe szaleństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nieregularnik kucharski Tuńczykowe szaleństwo. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 maja 2013

YORKU, YORKU, WCALE NIE NOWY!



Pojawiłam się w schronisku nagle i niespodziewanie, z niezłym wizgiem, nocą i z nadzieją, że któryś kundel się wystraszy! Gdzie tam!... Trawiły, spały, każdy sobie… Może jeden z drugim tylko ucho podniósł i zawęszył…
Tylko tam, gdzie się zwykle zjawiam – tłok. Laptop leży na podłodze kojca, Tyson siedzi przed nim, a wokół, wianuszkiem, parę psów, największych schroniskowych leserów. Jest Husein,
           


Wik,
                       


Misiek III
                       
…i Hanka (jaki cud wyciągnął ją z budy??)
                      


- Co to za zgromadzenie? – pytam.
- A, Majka, dobrze, że jesteś!... Pisać się uczymy – odszczeknął Tyson.
Zamurowało mnie. Jak karmę wyżreć a dziurki nie zrobić, jak walnąć kupola i uciec przez pola, jak pchły wyłapać i się nie zasapać – to ich zawsze interesowało. Ale pisanie???
- Co z wami nagle się stało? – pytam znów, nieufnie.
- No wiesz – mruczy Husein. – Mało nas tu piszących. A jak poszłaś za Most, to już zupełna tragedia. Ledwo z postami na bloga wyrabiacie, a gdzie cała praca naukowa? Historia sierściuchów leży odłogiem, powieść nie skończona, drugi tom „Pieśni odzyskanych” w proszku. I jeszcze ten album psiej klasyki malarstwa sztalugowego… Ech…
Niby racja. Sama myślę od dłuższego czasu, jak sobie damy radę. Ale że akurat TE psy? I w dodatku Tyson jako nauczyciel?!
- No to pokażcie, jak wam idzie – szczekam.
Tyson odsunął się od laptopa.
- Wiesz, to dopiero początki – zawarczał asekuracyjnie – więc się zaraz nie nabijaj…
No i patrzę. Parę krótkich zdań. Mniej więcej takich:
„Jestem Wik. Ronnie to dópa nie ofczarek.”
„Nazywam sie Misiek Czszy. Koham Persie z pierszej wiaty”.
Zerknęłam pobieżnie na Miśka. Dobra, kastrowany, więc on tylko deklaratywnie tak… Mimo to szczęka mi opadła. Oj, roboty tu będzie do nowego roku! Dalej nie czytałam…
- Słuchajcie, psy. Pisanie to sztuka szlachetna. Na wystukiwanie jakichś bzdur szkoda czasu. Każde z was dzisiejszej nocy napisze swój życiorys. Szczegółowo! Tyson, dopilnujesz, żeby to zrobiły. Już ja znam te psie słomiane zapały. Wpadnę nad ranem i sprawdzę. Teraz wyczyśćcie pazury, bo klawiaturę zapaskudzicie. A ja z Tysonem szybko skrobnę jakiś pościk. Do roboty!

Przez krótką chwilę był w schronisku rasowy york. Małe paskudztwo brudne, zaniedbane, w dodatku ranne. Miał na karku jakieś otarcie, czy może nakłucie, ciężko zgadnąć… Z daleka widzieliśmy, bo zaraz poszedł do zjaw i na szpitalik. Narzekał, lamentował, ale to nic dziwnego. Ledwo z życiem uszedł, bo go nasi ściągnęli z jezdni pod miastem. Dostał na imię Nowik.
           


Ledwo zrobili mu fotkę i zamieścili na stronie, zaraz znalazła się bezogoniasta, która postanowiła wziąć yorka na dom tymczasowy. I godzina nie minęła, jak przyjechała, zabrała i wywiozła.
Czasem dobrze, jak pies jest malutki, kudłaty, wrzaskliwy i nie za mądry…

            A na drugi dzień zaczęły się zabawy z Janką.

                       
            Pojawili się w schronisku bezogoniaści na praktykę. Oboje – ona i on – początkujący treserzy psów. Jej szło całkiem nieźle. A on…
Postanowił zabrać Jankę na spacer do lasu. Zapiął suczce szelki, wziął na smycz i poszli. Mieli ćwiczyć te wszystkie „siad”, „łapa”, „noga”, waruj”…
A po kwadransie Janka biegała bez smyczy i szelek. Jak się wywinęła, tylko ona o tym wie. No i zaczęła się tresura. Ona hyc, w lewo – bezogoniasty też w lewo. Ona kic, w prawo – bezogoniasty tak samo. Ona hej, do przodu – treser identycznie! Szybko łapał, o co chodzi! Potem było gorzej. Ona stanęła to i on stanął. Ale nie wytrzymał długo i powolutku zaczął iść w jej stronę. No to odbiegła i powtórzyła ćwiczenie. I znów nie wytrzymał w bezruchu. Albo nie łapał, o co tym razem chodzi, albo znerwicowany taki… A już „siad” to w ogóle nie chciał zrobić…
Ale Janka się nie poddała: nauczy się bezogoniasty, nauczy… Tylko spokojnie.
Postanowiła zostać za schroniskiem – będzie musiał do niej przyjść. I została – nie dała się uprosić naszym bezogoniastym. Bo tamten treser od razu poszedł sobie (i już nie wrócił, o czym Janka nie wiedziała). Przyszła noc, chłód, głód – Jance mina zrzedła. Lecz była uparta. Chodziła tylko za ogrodzeniem i tęsknie zerkała na swój kojec. Niby blisko – ze dwa metry raptem – ale jak daleko! Przez wysoki płot!...
Na drugi dzień nasi postawili jej przy bramie michę z żarciem. Skorzystała z wdzięcznością, ale do schroniska nie weszła. Czekała na tresera. Nie doczekała się.
I tak minął dzionek. I nasi wpadli na pomysł. Janka kręciła się za płotem w pobliżu trzeciej wiaty, blisko swojego kojca. No to oni jej kojec otwarli i wyjęli jedno przęsło ogrodzenia, a sami zaczaili się. Nadszedł wieczór i Janka powoli weszła na teren schroniska. Tylko na chwilę, żeby sprawdzić, czy w budzie wszystko w porządku, czy ktoś jej nie zajął, albo nie uświnił kocyka i nie zabrał jej zabawek.
A nasi bezogoniaści wtedy po cichutku hyc – zastawili dziurę w płocie i zamknęli kojec z Janką w środku.
Wygląda na to, że dalszej tresury tresera Janka już nie poprowadzi.

Poza tym Kropeczka, ta, która mieszkała z Wikiem w biurze, znalazła sobie własną bezogoniastą i poszła do nowego domu.
           
A jej miejsce zajął Kręciołek.
           

A już na samo zakończenie smakowity dodatek. Szef kuchni poleca sierściuchom!

aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce