Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 września 2015

Pociągi stały się Hanki koszmarem. Pociągiem przyjechało do Hani szczęście.

...ciemna noc. Pod łapami coś chrzęści. Robi dwa kroki w przód - potyka się o coś twardego. Dwa kroki w tył - coś szarpie za szyję. Siada więc na kawałku drewna. Cicho, ciemno, chłodno. Czeka...

...słychać szum. Ona uszy nadstawia, nos wyciąga. Nic nie czuć, ale słychać. Coraz głośniej. Coraz głośniej stuka, puka, STuka PUka, czuć coś strasznego, STUKa, PUKa, czuć coś, czego nie da się nazwać... STUKA, PUKA, i ten wiatr... STUKAPUKASTUKAPUKA... K O S Z M A R R R R R R r r r r....

...szyja boli od wyrywania się, pazury zdarte, serce chce wyskoczyć gardłem, oczy ledwo trzymają się powiek... NIE MA ucieczki...

...powoli się przejaśnia, już coś widać. Jakiś mur, jakieś drzewa, jakieś dłuuuuuugieeee, brązowo-szare coś od jednego horyzontu po drugi się ciągnie. To o to się potykała w nocy....

...znów ten szum... ooooo nieeeee, już to przeżyła w nocy, nie chce drugi raz, nie chce, NIE CHCE. Szyja boli, łapy ranią się o żwir, a szum coraz głośniejszy... i znów ten dziwny zapach... znów to samo, znów stuka, puka, STUKa, PUKa, STUKA, PUKA, STUKAPUKASTUKAPUKA... K O S Z M A R R R R R R r r r r....

Ile razy się to powtórzyło? Nie wiadomo. Ktoś w końcu czterołape, przerażone nieszczęście przywiózł do nas, do schroniska. Brodziate to! Dorodny pies z piękną brodą! Nazwiemy go Rumcajs (to taki dwunożny z solidnym zarostem, z bajki)! Ale się nasi przyjrzeli... eee... psiolaska...! No to będzie bajkowa żona Rumcajsa - Hanka. 

To jest właśnie Hania:


Nie wiemy, czy do skorupki zamknęło ją tylko to uwiązanie przy torach, czy może coś działo się wcześniej. Hania w schronisku nie mogła się przekonać do ludzi... Nasi się starali jak mogli, ale Hania przez 4 lata leeedwo, leeeeeedwo brodę ze skorupki wyciągnęła... Tak jej coś w serce wlazło...


Jak szukać domu dla psa, który tylko czasami nos wyściuboli z budy? I to na widok tych najbardziej znajomych dwunożnych, bo ci, którzy przychodzili pierwszy raz, to tylko przypadkiem mogli koniec ogona zobaczyć, reszta zaraz znikała w budzie.

Wolontariusze jednak ogłaszali Hanię w tej, no... SIECI. Uda się, czy nie, ale przynajmniej nie będzie można sobie potem powiedzieć, że się nie próbowało. I do tej naszej, która brodziatą psiolaskę ogłosiła odezwała się jedna dwunożna... Zapytała o wzrost, o charakter, zapytała, czy ta historia to prawdziwa... Właśnie, że o wiek nie spytała! Popisała z tą naszą, porozmawiała potem... i zdecydowała się przyjechać.


Ta pani wcale nie miała blisko! W dodatku chyba nie ma własnego jeździdełka, bo przyjechała... wielkim, sapiącym, jeżdżącym po szynach, robiącym STUKUPUKUSTUKUPUKU pociągiem... Trzy godziny jazdy do naszej Hanki!

Dwunożna weszła na wiatę, podeszła do kojca i właściwie broda jej tylko mignęła, nie wspominając o reszcie. Ta nasza wolontariuszka, co wie, jak skorupki strachowe rozbijać, przekonała Hanię do spaceru i wszystkie psio- i nie psio- laski wymaszerowały do lasu.


W lesie Hanka zachowywała się jak zawsze - wzorowo! Spokojna, grzeczna i łagodna. Dwunożna-z-pociągu podumała w tym lesie, porozmawiała jeszcze z naszą i zdecydowała: Hania będzie moja. Przecież nikt jej nie weźmie! Kto ma jej pomóc, jak nie ja?

Szybko się to rozeszło, ale wiecie, sami baliśmy się o tym myśleć i tylko cicho trzymaliśmy kciuki... Różnie to bywa, może się coś rozwiać, różne rzeczy już nasi widzieli... Ale jednak zakiełkowała u każdego myśl, że może jednak... Może jednak Hance się uda... Oj, jak byłoby dobrze!

...tymczasem pani, która do Hanki przyjechała raz, ani myślała przestać! Upał, nie upał, pociągiem czy też z kimś samochodem, ale przyjeżdżała wytrwale, spędzała z Hanką czas jakiś i jechała znów szmat drogi do domu.

Na spacerach tłumaczyła cierpliwie Hani kim jest, skąd, gdzie zamieszkają, rysowała Hani na piasku, gdzie będzie leżało jej posłanko, że będzie fajnie, że smacznie, że nie ma się co bać, że razem dadzą radę...


W przekonywaniu pomagały przywożone smaczki:


...i wiecie co... ten dzień nadszedł! Niech mnie Tyson obszczeka, ale nadszedł ten dzień! Wiadomo było, że nadejdzie, więc nasza brodziata psiolaska pojechała do psiego SPA, została wykąpana i trochę wymodelowana, przy okazji przestała być brodziata... na pewno jej odrosną kudełki hyhyhy...

Dzień po wykąpaniu, przystrzyżeniu i wypachnieniu przyjechała Haniowa Pańcia. Samochodem tym razem. Umowa w biurze podpisana, Hanka przeprowadzona po lesie w celu wiadomym, potem zapakowana do samochodu!


W domu Hania sama wybrała sobie miejsce, akurat w mieszkanku jest malutkie pomieszczenie, w którym idealnie zmieściło się posłanko. Na pewno można się tam poczuć bezpiecznie, taka trochę buda, tylko z wysokim sufitem. 


Hanka na początku nie wychodziła za bardzo ze swojego legowiska, chyba, że na jedzonko. Na pewno będzie się to zmieniać, bo Haniowa Pańcia ma w sobie całe pokłady cierpliwości! Poznaje Hanię każdego dnia, widzi, czego się psiolaska boi, kiedy czuje się mniej bezpiecznie, czego nie lubi, ale też - co lubi! Wiadomo, że luuubi spacerki i na widok smyczy bardzo chętnie wychodzi z posłanka. Wiadomo też, że lubi głaskanie, tylko jeszcze sama jest zbyt nieśmiała, żeby po nie przychodzić... Wszystko przed nią! Z taką pańcią wszystko się uda!

Przy mieszkanku jest też malutki ogródek. Właściwie to bardzo dobrze, że mały, nie przytłacza, a jednak na świeżym powietrzu można swobodnie poleżeć, pogapić się na niebo, posłuchać ptaszorów...


CUDOWNIE, że Hani się udało, CUDOWNIE, że trafiła na taką dwunożną i że ta dwunożna zdecydowała twardo, że Hania wyjdzie ze schroniska i to wyjedzie Z NIĄ, i koniec! I okazuje się po raz kolejny, że SIĘ DA! Tak jak z Małą-Lucynką, o której Sonia pisała TUTAJ, tak jak z Pragą, o której pisała TUTAJ... Można pokonać odległość, można się poświęcić, można potem specjalnie dla czworonoga wziąć urlop, żeby pomóc przetrwać ten pierwszy czas w nowym miejscu... Wszystko można, kiedy się chce!

...jedni dwunożni żegnają zwierzaka, bo ten warknie RAZ na kota, drudzy oddają, bo starszemu psu nogi zadrżały po wejściu na trzecie piętro, trzeci - bo pies nie spodobał się komuś z rodziny, który nawet nie mieszka w tym samym miejscu... a inni witają zwierzaka we własnym domu, chociaż na początku dzieliła ponad-stu-pięćdziesięcio-kilometrowa odległość i gruba skorupka strachu...


Będziemy czekać na wieści o pierwszym merdnięciu ogonem, o pierwszym radosnym powitaniu po powrocie z pracy, o pierwszym podejściu w celu głaskowym... W schronisku się nie udało, ale w spokojnym domu, z cierpliwą, wspaniałą dwunożną wszystko się uda!

Trzymamy kciuki!

-----------------------

Z całej hankowej historii płynie ogromne, DOBRE przesłanie. Bardzo dobre. Ale ja mam jeszcze jedno.

Kilka miesięcy temu, zaraz przede mną, pisała bloga Sonia. Sonia PędzącaKluska. W schronisku mieszkała 10 lat. Okropniaście dużo, ja nawet tyle nie mam! Chyba... Co się mówi o szansach na dom, jeśli pies ma lat kilkanaście i zdecydowaną większość z tego mieszka w schroniskowym kojcu? Wiadomo... że właściwie ich nie ma. W przypadku Soni to był moment, błysk, dwa kliknięcia. Pstryk pierwszy - zdjęcie Soni pojawia się na jednej stronie. Pstryk drugi - na tej samej stronie pojawia się pewna dwunożna. Wkrótce potem jest w schronisku, tego samego dnia Sonia odjeżdża, a wszyscy nasi chodzą z wysuszonymi zębami przez szczerzenie się w uśmiechach jeszcze kilka dni, a JA, Tyś, zaczynam pisać bloga.

Jakby kto był ciekawy, to u Soni i SoniowejPańci - jest wszystko w porzo!


Ufff... Sonia nic nie robi sobie z wieku, nadrabia i wreszcie przechodzi spokojne, beztroskie, szczenięce czasy... Rozbraja pluszaki, kopie dziury, wierzga kopytkami na leśnych ścieżkach, jest tak, jak Soni to wymarzyliśmy...





środa, 5 czerwca 2013

NIECHBY SIĘ WRESZCIE GDZIEŚ ZADOMOWIŁA!



A w schronisku kolejne szkolenie dla pracowników i wolontariuszy. Bezogoniaści nazywają je szkoleniem na posłuszeństwo – że niby psy mają być po nim posłuszne!...
No więc różne takie siad, waruj, przyjdź na zawołanie, spaceruj na luźnej smyczy przy nodze… Niektórym bezogoniastym się przyda.
Zerkałam od czasu do czasu z braku czegoś lepszego do roboty, ale raczej siedziałam z Tysonem w jego kojcu. On nie ćwiczył, bo od dawna to wszystko umie. A ćwiczyć bezogoniastych już mu się nie chce.
Potem się rozpadało. Bezogoniaści i psy mokli, ale pracowali. Aż wreszcie deszcz przeszedł w ulewę i wszyscy zwiali pod dach, do wiat. O ile wcześniej psy czasem robiły jedno, a bezogoniaści drugie, o tyle teraz, przyznać trzeba – wiali zgodnie.
Wróciłam do Tysona, który w międzyczasie przygotował nasz warsztat pracy i wzięliśmy się do roboty.

            Przed drogą suczka poszła jeszcze na spacerek, żeby się załatwić, bo czekała ją długa jazda samochodem do odległej wsi. A potem szybko się pożegnała ze schroniskiem i w drogę. W czasie podróży położyła się bezogoniastemu na kolanach i leżała praktycznie bez ruchu. A na miejscu czekała już na nią nowa bezogoniasta z córeczką, małym włochatym psiakiem i sierściuchem. Pierwsze kontakty nie były najserdeczniejsze. Ale powoli, powoli… Oswajali się z sobą. Suczka penetrowała nowe mieszkanie, nowe legowisko, tarmosiła trochę stare zabawki, które zabrała ze schroniska, zerkała na kota, który zaczaił się na szafce i kombinował, czy ta nowa będzie groźna… Ale cały czas zerkała na naszych bezogoniastych i gdy ci w końcu wymknęli się cichaczem, przywarowała pod drzwiami i czekała, aż wrócą….
Nie wrócili. Trudno. Przykleiła się więc do nowej pani i nie odstępowała jej na krok.
Tak Kropeczka trafiła do kolejnego domu. Tym razem chyba na dobre, bo już czas najwyższy, żeby się gdzieś zadomowiła!
Teraz jest jej tak:
                       

A w międzyczasie Hanka wymęczyła swoją autobiografię. Co by nie szczekać, Miśkowi szybciej poszło. No, ale Hanka to specyficzny pies. Odkąd jej były bezogoniasty porzucił ją i bestialsko przywiązał do słupka tuż przy torach kolejowych, coś się z nią porobiło… Ale co się dziwić. Siedziała tam całe godziny, a pociągi co rusz mijały ją dosłownie o centymetry. Cud, że nie zwariowała ze strachu… W schronisku adoptowała się z trudem. Dopiero gdy zaprzyjaźniła się z Innukiem, odtajała nieco. Ale potrwa jeszcze, zanim całkiem wróci do normy i zaufa bezogoniastym…

Streściłam wam tu początek jej życiorysu, więc opuszczam połowę jej dzieła i przytaczam to, co dotyczy chwili obecnej:

„…a do bezogoniastych wolę się zbytnio nie zbliżać. Wszyscy mi tu szczekają, że nasi bezogoniaści są dobrzy i krzywdy mi nie zrobią, ale czy to można wiedzieć na pewno? Siedzę sobie w małej wiacie, w kojcu obok Innuka, wokół mieszkają inne husky i tak jest mi całkiem dobrze. Wypuszczają nas wszystkie razem na wybieg i wtedy ganiam z nimi, z Aresem, Karmą, Rondą, Zorro… I z Innukiem, oczywiście.
Na spacery mniej lubię chodzić, bo tam nie ma moich znajomych psów, tylko bezogoniasty jakiś, który ze mną idzie. Z budy, co prawda, trzeba mnie wciąż jeszcze wyciągać. Bezogoniaści ściągają z niej dach, wpinają mi smycz, ciągną lekko, no i wtedy wychodzę. Ale jak już idę, no to idę, kłopotów mnie sprawiam…
I co tu dużo gadać, rozszczekałam się wreszcie. Jak jestem z innymi psami, szczekam tak jak one. Ale jak bezogoniaści przychodzą, milknę i chowam się w budzie.
I co jeszcze? Bezogoniaści czasem wołają na mnie „baba z brodą”, bo rzeczywiście, broda rośnie mi coraz dłuższa. Ale co się dziwić? Jestem kundlem, lecz wśród moich przodków był również brodacz monachijski…”

Ślicznie suczka napisała. A ja ślicznie poprawiłam. Wiecie, co znaczy słowo „bzegonociaśni”? Albo „psacery”?... Też się musiałam chwilę zastanowić!

Jogi poszedł czas jakiś temu ze schroniska do nowego domu. Pod miastem. I hmm… uciekał. A może po prostu włóczył się po ulicach, bo wypuszczano go bez opieki. Pańcia odbierała go ze schroniska i za jakiś czas sytuacja się powtarzała. Niedawno przywieziono go do nas ponownie. Ale tym razem nikt się nie kwapił, żeby go odebrać.
          


No to poszedł do nowego domu. I koniec. I kropka.

A właśnie! Tak sobie jeszcze pomyślałam o Kropeczce. W sadełku jej urok, ale gdyby trochę zjechała w kierunku przecinka nie byłoby chyba źle. Może więc warto dawać jej w formie przysmaków takie ciasteczka… Innym tłuściochom zresztą też!

            aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce

środa, 15 maja 2013

YORKU, YORKU, WCALE NIE NOWY!



Pojawiłam się w schronisku nagle i niespodziewanie, z niezłym wizgiem, nocą i z nadzieją, że któryś kundel się wystraszy! Gdzie tam!... Trawiły, spały, każdy sobie… Może jeden z drugim tylko ucho podniósł i zawęszył…
Tylko tam, gdzie się zwykle zjawiam – tłok. Laptop leży na podłodze kojca, Tyson siedzi przed nim, a wokół, wianuszkiem, parę psów, największych schroniskowych leserów. Jest Husein,
           


Wik,
                       


Misiek III
                       
…i Hanka (jaki cud wyciągnął ją z budy??)
                      


- Co to za zgromadzenie? – pytam.
- A, Majka, dobrze, że jesteś!... Pisać się uczymy – odszczeknął Tyson.
Zamurowało mnie. Jak karmę wyżreć a dziurki nie zrobić, jak walnąć kupola i uciec przez pola, jak pchły wyłapać i się nie zasapać – to ich zawsze interesowało. Ale pisanie???
- Co z wami nagle się stało? – pytam znów, nieufnie.
- No wiesz – mruczy Husein. – Mało nas tu piszących. A jak poszłaś za Most, to już zupełna tragedia. Ledwo z postami na bloga wyrabiacie, a gdzie cała praca naukowa? Historia sierściuchów leży odłogiem, powieść nie skończona, drugi tom „Pieśni odzyskanych” w proszku. I jeszcze ten album psiej klasyki malarstwa sztalugowego… Ech…
Niby racja. Sama myślę od dłuższego czasu, jak sobie damy radę. Ale że akurat TE psy? I w dodatku Tyson jako nauczyciel?!
- No to pokażcie, jak wam idzie – szczekam.
Tyson odsunął się od laptopa.
- Wiesz, to dopiero początki – zawarczał asekuracyjnie – więc się zaraz nie nabijaj…
No i patrzę. Parę krótkich zdań. Mniej więcej takich:
„Jestem Wik. Ronnie to dópa nie ofczarek.”
„Nazywam sie Misiek Czszy. Koham Persie z pierszej wiaty”.
Zerknęłam pobieżnie na Miśka. Dobra, kastrowany, więc on tylko deklaratywnie tak… Mimo to szczęka mi opadła. Oj, roboty tu będzie do nowego roku! Dalej nie czytałam…
- Słuchajcie, psy. Pisanie to sztuka szlachetna. Na wystukiwanie jakichś bzdur szkoda czasu. Każde z was dzisiejszej nocy napisze swój życiorys. Szczegółowo! Tyson, dopilnujesz, żeby to zrobiły. Już ja znam te psie słomiane zapały. Wpadnę nad ranem i sprawdzę. Teraz wyczyśćcie pazury, bo klawiaturę zapaskudzicie. A ja z Tysonem szybko skrobnę jakiś pościk. Do roboty!

Przez krótką chwilę był w schronisku rasowy york. Małe paskudztwo brudne, zaniedbane, w dodatku ranne. Miał na karku jakieś otarcie, czy może nakłucie, ciężko zgadnąć… Z daleka widzieliśmy, bo zaraz poszedł do zjaw i na szpitalik. Narzekał, lamentował, ale to nic dziwnego. Ledwo z życiem uszedł, bo go nasi ściągnęli z jezdni pod miastem. Dostał na imię Nowik.
           


Ledwo zrobili mu fotkę i zamieścili na stronie, zaraz znalazła się bezogoniasta, która postanowiła wziąć yorka na dom tymczasowy. I godzina nie minęła, jak przyjechała, zabrała i wywiozła.
Czasem dobrze, jak pies jest malutki, kudłaty, wrzaskliwy i nie za mądry…

            A na drugi dzień zaczęły się zabawy z Janką.

                       
            Pojawili się w schronisku bezogoniaści na praktykę. Oboje – ona i on – początkujący treserzy psów. Jej szło całkiem nieźle. A on…
Postanowił zabrać Jankę na spacer do lasu. Zapiął suczce szelki, wziął na smycz i poszli. Mieli ćwiczyć te wszystkie „siad”, „łapa”, „noga”, waruj”…
A po kwadransie Janka biegała bez smyczy i szelek. Jak się wywinęła, tylko ona o tym wie. No i zaczęła się tresura. Ona hyc, w lewo – bezogoniasty też w lewo. Ona kic, w prawo – bezogoniasty tak samo. Ona hej, do przodu – treser identycznie! Szybko łapał, o co chodzi! Potem było gorzej. Ona stanęła to i on stanął. Ale nie wytrzymał długo i powolutku zaczął iść w jej stronę. No to odbiegła i powtórzyła ćwiczenie. I znów nie wytrzymał w bezruchu. Albo nie łapał, o co tym razem chodzi, albo znerwicowany taki… A już „siad” to w ogóle nie chciał zrobić…
Ale Janka się nie poddała: nauczy się bezogoniasty, nauczy… Tylko spokojnie.
Postanowiła zostać za schroniskiem – będzie musiał do niej przyjść. I została – nie dała się uprosić naszym bezogoniastym. Bo tamten treser od razu poszedł sobie (i już nie wrócił, o czym Janka nie wiedziała). Przyszła noc, chłód, głód – Jance mina zrzedła. Lecz była uparta. Chodziła tylko za ogrodzeniem i tęsknie zerkała na swój kojec. Niby blisko – ze dwa metry raptem – ale jak daleko! Przez wysoki płot!...
Na drugi dzień nasi postawili jej przy bramie michę z żarciem. Skorzystała z wdzięcznością, ale do schroniska nie weszła. Czekała na tresera. Nie doczekała się.
I tak minął dzionek. I nasi wpadli na pomysł. Janka kręciła się za płotem w pobliżu trzeciej wiaty, blisko swojego kojca. No to oni jej kojec otwarli i wyjęli jedno przęsło ogrodzenia, a sami zaczaili się. Nadszedł wieczór i Janka powoli weszła na teren schroniska. Tylko na chwilę, żeby sprawdzić, czy w budzie wszystko w porządku, czy ktoś jej nie zajął, albo nie uświnił kocyka i nie zabrał jej zabawek.
A nasi bezogoniaści wtedy po cichutku hyc – zastawili dziurę w płocie i zamknęli kojec z Janką w środku.
Wygląda na to, że dalszej tresury tresera Janka już nie poprowadzi.

Poza tym Kropeczka, ta, która mieszkała z Wikiem w biurze, znalazła sobie własną bezogoniastą i poszła do nowego domu.
           
A jej miejsce zajął Kręciołek.
           

A już na samo zakończenie smakowity dodatek. Szef kuchni poleca sierściuchom!

aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce