Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Misiek III. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Misiek III. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 sierpnia 2013

W TYMCZASOWYCH DOMACH



Domy zastępcze (albo tymczasowe) to takie miejsca, do których trafiają zwierzaki ze schroniska, te najbardziej potrzebujące pomocy, te, które w schronisku mogłyby nie przetrwać. Na pewien czas trafiają…
Póki nie znajdą dla siebie prawdziwych domów.
Albo póki nie wrócą do schroniska.
Ale zdarza się, że taki dom tymczasowy staje się w końcu tym prawdziwym domem.
Różnie bywa…

Była sobie skarpa. Taka zwyczajna, ziemna, porośnięta trawą. A pod tą skarpą ciągnęły się rury, takie grubaśne, w których płynie zwykle ciepła woda. I albo wstrząsy – bo skarpa ciągnęła się wzdłuż ruchliwej drogi wylotowej z miasta – albo deszcze, albo wreszcie brakoróbstwo spowodowało, że część skarpy się troszkę zapadła i zrobiła się dziura. Taka jamka. I w tej jamce zamieszkał sierściuch, młodziutka, niewielka, bezdomna kotka. W pobliżu jest sporo firm, magazynów, więc kręci się zawsze sporo bezogoniastych. Widzieli kotkę, więc ktoś jej podrzucił coś do żarcia, ktoś postawił spodek z wodą – i żyła sobie. Jedna z naszych bezogoniastych też ją dostrzegła i zaczęła dokarmiać codziennie, kiedy wychodziła wieczorem ze swoimi psami na spacer.
Aż pewnego dnia coś się zepsuło. Albo zestarzało. Albo ktoś musiał zarobić trochę tego, co nie śmierdzi. I przyszli bezogoniaści z maszynami, i rozkopali kawał jezdni, i tę skarpę też. I zniszczyli sierściuchowi mieszkanie. No to siedziało biedactwo wieczorem przy wykopie i zastanawiało się, co z sobą zrobić. Nasza bezogoniasta szła akurat na codzienny spacer i widząc, co się stało, odprowadziła swoje psy do domu i wróciła po kotkę. Ta nie próbowała wiać, bo w ogóle to do bezogoniastych ciągnie jak opiłki do magnesu.
Bezogoniasta wzięła ją do siebie, do domu; do schroniska nie zaniosła, bo sierściuch jest mały i słaby. Za to śliczny i może być ozdobą niejednego mieszkania. Bo tu, gdzie jest teraz, zostać nie może. Tu już mieszkają trzy psy i cztery koty. I starzy lokatorzy stwierdzili jednogłośnie: dodatkowe cztery łapy w domu powodują zbyt duże zagęszczenie. Jedno zwierzę depcze drugiemu po odciskach. I miski już się nie mieszczą na podłodze. Więc apelują do bezogoniastych, którzy odczuwają potrzebę sierściucha w domu – zabierajcie tę małą! Jest już odrobaczona, odpchlona i wysterylizowana też! Poza tym jest maleńka, czarna z  brązowo-beżowymi plamkami nieregularnie rozrzuconymi na sierści. I ślepka ma otoczone jasną obwódką…

Nasza bezogoniasta nazwała ją Elektra. Starzy domownicy zazdrościli jej początkowo, że dostała takie szlachetne, greckie imię. Ale potem im minęło, bo dowiedzieli się, że ono nie z mitologii pochodzi, ale od miejsca znalezienia sierściucha, to znaczy od pobliskiej elektrociepłowni.

W tymczasowym domu znalazł się też Misiek III.
          


Śliczne, wielkie psisko, które nigdy tak naprawdę własnego domu nie miało. Długo żył na klatce schodowej w niedalekim mieście. Jakaś litościwa dusza położyła mu tam kawałek koca, dawała jeść, ale do mieszkania nie zaprosiła. Misiek latami mieszkał więc w korytarzu razem ze swoim kumplem. Byli nierozłączni. Ale pozmieniało się. Lokatorom tego domu psy zaczęły przeszkadzać. Bo pachną nie tak… I straż miejska wzięła oba psy, i odwiozła do schroniska.
Stąd kolega Miśka szybko poszedł na swoje śmieci, a Misiek został sam. I żył sobie w kojcu z coraz to innymi psami. Szczególnie z Maleństwem się zaprzyjaźnił. Wszyscy go tu lubili, i zwierzęta, i bezogoniaści, bo był przytulny, misiowaty i dobroduszny jak rzadko. Tylko do domu nikt go wziąć nie chciał.
No to powoli tracił nadzieję i robił się coraz bardziej osowiały. I podupadł na zdrowiu. Okazało się, że ma chore serce. Bezogoniaści zaczęli go leczyć. Ale niewiele to pomagało. Zrobiono mu dokładne badania, takie od A do Z. I wtedy wyszło, że ma w dodatku białaczkę. A to prawie wyrok… Będzie brać chemię, siedem razy, raz na tydzień…
Inna nasza bezogoniasta postanowiła go wziąć na dom tymczasowy. Pojechał. Trafił do domu, gdzie już były dwa inne psy, mniejsze. A na podwórzu mieszkały jeszcze trzy. No więc tłok. Ale Misiek w nowych warunkach odżył. Dogadał się z tamtymi psami, z bezogoniastymi również. Przypomniał sobie, że był kiedyś wesołym zwierzakiem. Znów zaczął szczekać. W mieszkaniu prawie natychmiast poczuł się jak u siebie. Zawłaszczył kanapę i trzeba było trochę zachodu, żeby mu wytłumaczyć, że to jednak nie jego miejsce. No to szuka tego swojego: raz pośpi w jednym pokoju, raz w innym, czasem, bo gorąco, zlegnie na dywaniku na ganku… A najlepiej się czuje wieczorem w pokoju, gdzie stoi telewizor i zasiada cała rodzina bezogoniastych. Uwala się wtedy na podłodze, pod oknem i drzemie na jedno oko. A drugim zerka, do kogo by tu się przysunąć po należną porcję głasków.
Inna nasza bezogoniasta ze schroniska przyszła go odwiedzić. Przywitał się, a jakże, bo w schronisku lubił ją. Ale odprowadzić do bramy już nie chciał. Może obawiał się, że go zabierze z tego nowego-tymczasowego domu?
Pierwszy zabieg chemii zniósł doskonale, nie miał biegunki, nie wymiotował. Jakby te wszystkie paskudztwa, którymi go zjawy nafaszerowały, spłynęły po nim.
Może mu się uda…

niedziela, 19 maja 2013

INKA I MISIEK



Inka, dziesięcioletnia może suczka, biegała po śródmieściu co chwilę plącząc się w smyczy. Była przerażona. Złapała ją w końcu jedna młoda bezogoniasta, która mieszkała parę ulic dalej. Zaraz się zorientowała, że suczka jest kaleka, tym bardziej, że znała psinę z widzenia.
           
Zaprowadziła ją do schroniska, poinformowała o znalezieniu i od razu zabrała do siebie na domek tymczasowy. I zaczęła szukać właściciela Inki, ze skutkiem połowicznym. Właściciel zniknął. Sąsiedzi opowiadali, że dostał eksmisję i przepadł gdzieś…
I minął miesiąc. Nasi bezogoniaści rozmawiali z tą bezogoniastą telefonicznie raz i drugi i wyglądało na to, że Inka zostanie u niej na stałe. Ale…
Pewnego dnia bezogoniasta, markotna i osowiała, przyszła z Inką do schroniska. Musi ją oddać, bo… Długo rozmawiała w biurze z naszą główną bezogoniastą i ostatecznie wzięła suczkę z powrotem. Dalej na tymczas. I ona, i nasi zaczęli w Internecie zamieszczać takie ogłoszenia, skierowane do bezogoniastych z sercem:

            „Relacja z domu tymczasowego:
Od kiedy Inka jest u mnie, mogę napisać o niej same superlatywy. Pomimo jej podeszłego wieku sunia jest żywym psiakiem. Jest BARDZO grzeczna, w zasadzie pies ideał. W domu nie odczuwa się jej towarzystwa, bo w większość czasu spędzonego w domu przesypia zwinięta. Na początku odniosłam wrażenie że Inka nigdy nie miała swojej miski, bo po jedzenie przychodziła tylko w momencie kiedy inni domownicy jedli, tzn żebrała.
Czyściutka, załatwia się na dworze, a pozostawiona sama w domu po prostu śpi - nie ma mowy o podgryzaniu mebli czy kabli. Gdy się nudzi, chętnie zajmuje się dentastixem[1].
Z radością wychodzi na spacery i nie ma problemu z chodzeniem na smyczy.
Jest niewidoma na jedno oko, drugim też ledwo widzi. Przypuszczam, że jest też przygłuchawa. Jak się oddalę o parę metrów, już mnie nie widzi a gdy ją wołam, to mam wrażenie, że nie słyszy mojego głosu. Rozgląda się tylko nerwowo i widać, że jest zdezorientowana. Zwracamy uwagę przechodniów, kiedy zaczynam skakać, machać rękoma i głośno mówić do suczki, żeby ją przywołać, podczas gdy ona stoi parę metrów ode mnie. Z tego sama czasami mam ubaw.
W każdym razie...
Piesek absolutnie dla wszystkich! I dla tych aktywniejszych, i dla tych, którzy nie lubią długich spacerów. Jedynym problem może być nagła konfrontacja z bardziej pobudzonymi dziećmi. Może wtedy uszczypnąć, bo jest zaskoczona i przestraszona. Próbowałam też konfrontacji z kotami. Widać że lubi sobie za nimi poganiać, ale tylko wtedy, gdy te przed nią uciekają. Nie wiem, być może dłuższy pobyt w jednym mieszkaniu z kotem oswoiłby ją z ich widokiem i uspokoił. Za to jak najbardziej może mieszkać z innymi psami - z tym nie ma absolutnie żadnego problemu.
Jest na prawdę kochana i między nami mówiąc to jeszcze liczę na to, że ktoś mi bliski w końcu sam się przed sobą przyzna, że to fajna psina jest i szkoda ją oddawać...”

Zwróćcie uwagę na ostatni akapit, bo charakterystyczny. I częsty, niestety!
Może takie apele poskutkują…

A teraz coś, co mnie zamurowało! Nie spodziewałam się, a tu proszę: Misiek III napisał swój życiorys! Dał radę! Zaraz go poczytacie. Poprawiłam, oczywiście, bo od błędów się roiło, no ale pierwsze koty za płoty! Będą psy z tego psa! Początek obcięłam, bo jak i kiedy Misiek dostał się do schroniska, to już opisałam wcześniej w którymś poście. Teraz więc tylko ten fragment, który dotyczy jego pobytu w schronisku.

           
„No to mam te osiem lat i jestem wielgachnym kundlem. Jak mojego kumpla Pikusia wzięli do nowego domu, to zostałem sam i było mi niedobrze. Bo ja towarzyski jestem. Nasi bezogoniaści wpadli na pomysł i zaczęli mnie wyprowadzać na taki niby wybieg z tyłu, za biurowcem, gdzie siedzą dwa malce: Atena i Maleństwo. I kupę czasu tam spędzam z nimi.
         



Wygląda to tak, że najpierw sprawdzam cały wybieg, czy coś się tam nie zmieniło. Bo może leży coś, o co one mogłyby się pokaleczyć. Obok jest wejście do kotłowni, to i tam zaglądam zawsze, żeby dopilnować, czy się pali i czy będzie ciepła woda. A potem to już zajmuję się tymi maluchami. Wpierw się mnie bały, ale szybko im minęło. I teraz Atena bezczelnie wyżera mi chrupki z miski, nawet wtedy, gdy sam jem. A Maleństwo włazi na mnie i zjeżdża mi po łbie i nosie, jak ze ślizgawki. Taką wtedy ma radochę, że sobie czasem popuszcza i muszę się długo myć, aż jęzor boli!...
W ogóle lubię psy. I bezogoniastych lubię. Zwłaszcza jak głaszczą. Mnie. Bo jak inne zwierzaki, to już nie. Wtedy się wpycham, a że wielki jestem, to nie ma problemów.
I spacery też lubię. Tylko nie po ścieżkach, a po krzakach, między drzewami, wtedy jest weselej. A jak idą ze mną inne psy, to najlepiej, jak jest Kusia.
                       
To sobie maszerujemy łapa w łapę i ona mnie szczypnie, i ja ją, i tak się szczypiemy całą drogę. Fajnie od kumpeli szczypa dostać!
Tak sobie myślę, że najlepiej, gdyby mnie stąd wzięli tacy bezogoniaści, którzy mają duży dom z ogrodem. I żeby rodzina była duża, żeby zawsze miał mnie kto czochrać. Nie zniszczę im ogrodu, bo kopać nie lubię. A z potrzebami też potrafię się wstrzymać aż do spaceru. Byle pamiętali, że trzeba ze mną wyjść dwa razy dziennie…
Tu w schronisku nasi bezogoniaści gadają, że jestem pies-ideał. Gdzie tam! Ja jestem pies-kundel i wystarczy. I gadają, że takiego jak ja, to ze świecą szukać… Bzdury. I bez światła można mnie znaleźć, taki duży jestem.
Ale ci bezogoniaści zawsze coś dziwacznego wymyślają…”



[1] Jak ktoś nie wie: dentastix to takie śmieszne kostki dla psów. Nawet smaczne, a przy okazji oczyszczają zęby z kamienia!

środa, 15 maja 2013

YORKU, YORKU, WCALE NIE NOWY!



Pojawiłam się w schronisku nagle i niespodziewanie, z niezłym wizgiem, nocą i z nadzieją, że któryś kundel się wystraszy! Gdzie tam!... Trawiły, spały, każdy sobie… Może jeden z drugim tylko ucho podniósł i zawęszył…
Tylko tam, gdzie się zwykle zjawiam – tłok. Laptop leży na podłodze kojca, Tyson siedzi przed nim, a wokół, wianuszkiem, parę psów, największych schroniskowych leserów. Jest Husein,
           


Wik,
                       


Misiek III
                       
…i Hanka (jaki cud wyciągnął ją z budy??)
                      


- Co to za zgromadzenie? – pytam.
- A, Majka, dobrze, że jesteś!... Pisać się uczymy – odszczeknął Tyson.
Zamurowało mnie. Jak karmę wyżreć a dziurki nie zrobić, jak walnąć kupola i uciec przez pola, jak pchły wyłapać i się nie zasapać – to ich zawsze interesowało. Ale pisanie???
- Co z wami nagle się stało? – pytam znów, nieufnie.
- No wiesz – mruczy Husein. – Mało nas tu piszących. A jak poszłaś za Most, to już zupełna tragedia. Ledwo z postami na bloga wyrabiacie, a gdzie cała praca naukowa? Historia sierściuchów leży odłogiem, powieść nie skończona, drugi tom „Pieśni odzyskanych” w proszku. I jeszcze ten album psiej klasyki malarstwa sztalugowego… Ech…
Niby racja. Sama myślę od dłuższego czasu, jak sobie damy radę. Ale że akurat TE psy? I w dodatku Tyson jako nauczyciel?!
- No to pokażcie, jak wam idzie – szczekam.
Tyson odsunął się od laptopa.
- Wiesz, to dopiero początki – zawarczał asekuracyjnie – więc się zaraz nie nabijaj…
No i patrzę. Parę krótkich zdań. Mniej więcej takich:
„Jestem Wik. Ronnie to dópa nie ofczarek.”
„Nazywam sie Misiek Czszy. Koham Persie z pierszej wiaty”.
Zerknęłam pobieżnie na Miśka. Dobra, kastrowany, więc on tylko deklaratywnie tak… Mimo to szczęka mi opadła. Oj, roboty tu będzie do nowego roku! Dalej nie czytałam…
- Słuchajcie, psy. Pisanie to sztuka szlachetna. Na wystukiwanie jakichś bzdur szkoda czasu. Każde z was dzisiejszej nocy napisze swój życiorys. Szczegółowo! Tyson, dopilnujesz, żeby to zrobiły. Już ja znam te psie słomiane zapały. Wpadnę nad ranem i sprawdzę. Teraz wyczyśćcie pazury, bo klawiaturę zapaskudzicie. A ja z Tysonem szybko skrobnę jakiś pościk. Do roboty!

Przez krótką chwilę był w schronisku rasowy york. Małe paskudztwo brudne, zaniedbane, w dodatku ranne. Miał na karku jakieś otarcie, czy może nakłucie, ciężko zgadnąć… Z daleka widzieliśmy, bo zaraz poszedł do zjaw i na szpitalik. Narzekał, lamentował, ale to nic dziwnego. Ledwo z życiem uszedł, bo go nasi ściągnęli z jezdni pod miastem. Dostał na imię Nowik.
           


Ledwo zrobili mu fotkę i zamieścili na stronie, zaraz znalazła się bezogoniasta, która postanowiła wziąć yorka na dom tymczasowy. I godzina nie minęła, jak przyjechała, zabrała i wywiozła.
Czasem dobrze, jak pies jest malutki, kudłaty, wrzaskliwy i nie za mądry…

            A na drugi dzień zaczęły się zabawy z Janką.

                       
            Pojawili się w schronisku bezogoniaści na praktykę. Oboje – ona i on – początkujący treserzy psów. Jej szło całkiem nieźle. A on…
Postanowił zabrać Jankę na spacer do lasu. Zapiął suczce szelki, wziął na smycz i poszli. Mieli ćwiczyć te wszystkie „siad”, „łapa”, „noga”, waruj”…
A po kwadransie Janka biegała bez smyczy i szelek. Jak się wywinęła, tylko ona o tym wie. No i zaczęła się tresura. Ona hyc, w lewo – bezogoniasty też w lewo. Ona kic, w prawo – bezogoniasty tak samo. Ona hej, do przodu – treser identycznie! Szybko łapał, o co chodzi! Potem było gorzej. Ona stanęła to i on stanął. Ale nie wytrzymał długo i powolutku zaczął iść w jej stronę. No to odbiegła i powtórzyła ćwiczenie. I znów nie wytrzymał w bezruchu. Albo nie łapał, o co tym razem chodzi, albo znerwicowany taki… A już „siad” to w ogóle nie chciał zrobić…
Ale Janka się nie poddała: nauczy się bezogoniasty, nauczy… Tylko spokojnie.
Postanowiła zostać za schroniskiem – będzie musiał do niej przyjść. I została – nie dała się uprosić naszym bezogoniastym. Bo tamten treser od razu poszedł sobie (i już nie wrócił, o czym Janka nie wiedziała). Przyszła noc, chłód, głód – Jance mina zrzedła. Lecz była uparta. Chodziła tylko za ogrodzeniem i tęsknie zerkała na swój kojec. Niby blisko – ze dwa metry raptem – ale jak daleko! Przez wysoki płot!...
Na drugi dzień nasi postawili jej przy bramie michę z żarciem. Skorzystała z wdzięcznością, ale do schroniska nie weszła. Czekała na tresera. Nie doczekała się.
I tak minął dzionek. I nasi wpadli na pomysł. Janka kręciła się za płotem w pobliżu trzeciej wiaty, blisko swojego kojca. No to oni jej kojec otwarli i wyjęli jedno przęsło ogrodzenia, a sami zaczaili się. Nadszedł wieczór i Janka powoli weszła na teren schroniska. Tylko na chwilę, żeby sprawdzić, czy w budzie wszystko w porządku, czy ktoś jej nie zajął, albo nie uświnił kocyka i nie zabrał jej zabawek.
A nasi bezogoniaści wtedy po cichutku hyc – zastawili dziurę w płocie i zamknęli kojec z Janką w środku.
Wygląda na to, że dalszej tresury tresera Janka już nie poprowadzi.

Poza tym Kropeczka, ta, która mieszkała z Wikiem w biurze, znalazła sobie własną bezogoniastą i poszła do nowego domu.
           
A jej miejsce zajął Kręciołek.
           

A już na samo zakończenie smakowity dodatek. Szef kuchni poleca sierściuchom!

aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce




środa, 13 marca 2013

Idzie wiosna! Najwyższy czas!


Idzie wiosna! Najwyższy czas!
A jak wiosna, to u nas w schronisku nasilają się roboty remontowe. W tym roku też.
Przy wejściu do schroniska, zaraz po lewej, stała taka duża, ruderowata wiatka na dwa psy. Żył w niej Mamut i Tyciuś, czyli nasze schroniskowe olbrzymy. Gdy one poszły do nowych domów, bezogoniaści postanowili naprawić ją, zabudować porządnie i zrobić tam miejsce pod dachem, w czterech ścianach, dla psów szczególnie potrzebujących. Takich, wiecie, starych, słabych, albo takich, co to są krótkowłose i szybko marzną… No i zbudowali. W środku jest miejsce dla czterech zwierzaków, zaciszne, ciepłe, z małym własnym wybiegiem z tyłu. Patrzę na tę nową wiatę i podoba mi się – żeby i inne tak wyglądały! Jak się ociepli jeszcze bardziej, to nasi otynkują ją, także i  z zewnątrz.


Poza tym wreszcie ruszył remont drugiej części pierwszej wiaty – dotąd zrobiona była tylko połowa. Ten bezogoniasty, który to robi, najpierw przywiózł wszystkie potrzebne materiały. Potem stał i patrzył, ale samo się nie chciało zrobić. A potem był weekend, więc odpoczywał. Ale później wziął się ostro do roboty i są wyniki – aż miło spojrzeć. Teraz już tylko dach został. Ale ciągle nie ma na niego pieniędzy, bo drogi będzie. No to nasi zbierają…
           

            Tak więc przybywa nowości w schronisku i nowych psów też przybywa. Zaprzyjaźniłam się już z Tatarem, owczarkopodobnym, dużym psem. Młody jest, ma ze dwa lata i to takie nienajlepsze chyba. Nie chce szczekać o przeszłości, otrząsa się tylko, gdy o niej wspominam.
                      
Znaleziono go, jak leżał pod bramą pewnej wiejskiej posiadłości. Miał otwarte rany na tylnych łapach, sierść mu tam pozłaziła i żywe mięso było widać, paskudnie… Oczywiście, zaraz poszedł do zjaw, a potem szpitalik… Widuję go rzadko, ale zawsze, gdy się spotykamy, ma uśmiechniętą gębę. Kocha głaskanie. Ale robi wtedy taką głupią minę, że boki zrywać. Zwróciłam mu uwagę, żeby panował nad sobą, bo z taką niemądrą paszczą żaden bezogoniasty go nie weźmie! Obiecał pracować nad sobą. I pracował, póki go znów któryś bezogoniasty nie pogłaskał… Ech, mało miał tego głaskania w życiu, ale jeszcze się nauczy: bezogoniasty głaszcze a pies łaskawie wyciąga się na boczku i zamyka ślepia. Albo patrzy sobie na ptaszki… A co, łaskę robią, że głaszczą?

W największe tegoroczne mrozy przybyła do nas Bura, młoda kotka rasy dachowcowej.
           
Z daleka ją przywieźli i w złej formie. Ktoś ją znalazł na polu. Ledwo łaziła, bo miała mocno poranione tylne łapy i odmrożony ogon. Wyglądało na to, że trzeba będzie jej go amputować, ale skończyło się na strachu. Teraz sierściuch siedzi sobie spokojnie w kociarni, pokumał się z innymi mieszkańcami kocińca i czeka, aż ją ktoś przygarnie. A mruczeć potrafi. Wiele mlekopijów słyszałam, ale takiego warkotu chyba jeszcze nie!

No i wreszcie Pikuś i Misiek III (bo trzeci tego imienia w schronisku). Żyły sobie w niedalekim mieście w domu, w którym na dole były biura, a na górze mieszkania pracowników. Najpierw Misiek, wiele lat, a później dołączył do niego Pikuś.


Polubiły się bardzo. Jeden bezogoniasty położył pod swoimi drzwiami materac i na nim sobie zgodnie mieszkały. Karmiły go obce bezogoniaste, mieszkające po sąsiedzku. Jakoś było. Ale ten bezogoniasty nie sprzątał i w korytarzach zaczęło, co tu dużo gadać, podśmierdywać. I zrobił się problem. Bo urzędnicy z dołu nie chcieli pracować w smrodku. Klienci biura też pociągali nosami z niesmakiem.
Zawiadomiono straż miejską, ta przyjechała, pogadała z bezogoniastym: weź te psy do swojego mieszkania; będziesz dostawał od miasta żywność i darmową opiekę lekarską dla zwierząt… A on że nie, że dał materac i resztę ma w…
No i psy wylądowały w schronisku.
Tu też zamieszkały razem. Ale niedługo, bo Misiek poszedł na operację: miał paskudnego, rozlanego guza, który z karku sięgał mu aż pod szyję. A po zabiegu poszedł do szpitalika. Pikuś tęsknił, ale wiedział, że niedługo znowu będą razem mieszkali[1]. I może znajdzie się ktoś…
Na razie tamte bezogoniaste, co dokarmiały ich, gdy jeszcze mieszkali pod drzwiami na materacu, dowiedziały się, że zwierzaki są w schronisku. Dzwonią często i pytają o ich samopoczucie. A jedna z nich spotkała się z bezogoniastym, który nie chciał ich przyjąć do domu i ponoć nastrzelała mu po twarzy… Hm… Należało się?

A teraz ślicznie skończymy drugi sezon naszego serialu telewizyjnego w scenariuszach pt. „Zdarzyło się psu”. Prezentujemy ostatni odcinek. Miłego czytania prawdziwej, jak zawsze, historii!





[1] Już mieszkają.



aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce