Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 marca 2017

Nie znam cię, idź sobie... ale zostaw pasztet!

Od pasztetu do miłości. Tak to się czasami robi, jak nie ma innego wyjścia! Pies to takie zwierzę, które za pachnącą kulkę zrobi więcej niż czasami mu się wydaje... Potrafi wespiąć się na wyżyny własnych możliwości i mimo strachu, obaw i sobie tylko znanych powodów, żeby normalnie czegoś nie robić - czując smaczka potrafi sam siebie przekonać, że jednak to nie będzie aż tak straszne, żeby nie skorzystać.

I żeby nie było, bo faktycznie trąbimy, że nie wolno dawać niczego poza tymi czerwonawymi smaczkami z dziurką w środku. Nie można, bo jak wszyscy na wiatach są przyzwyczajeni do jednej karmy i jednego smaczka, to wszystkie inne wywołują.... nadzwyczajnie brudną podłogę..... Aaa teee paasztety, o których wspominam, to rozdaje bardzo niektórym psom Tabletkowa razem ze zdrową wkładką w środku. Jakoś te leczące kulki trzeba zjeść, a one same dobre nie są... Większość dostaje w torcikach z puszkowego żarełka dla psów, a bardzo wybrani w tych pasztetach, jak już wyjątkowo są uparte.

Idealnym przykładem, że pasztet potrafi przekonać, jest Bakoma.


Bakoma trafiła do nas razem z całą dzieciarnią. Czwórką chyba... Aż nie wspomnę, co chciał z tymi dzieciuchami zrobić poprzedni właściciel........... Na szczęście zostały uratowane przez dwunożnych w niebieskich wdziankach i trafiły do nas całe i zdrowe razem z psiomatką. Bakoma nie chce się przyznać, jak była traktowana, ale chyba nie musi... Sam widzę, jak reaguje... Na nią jest sposób właśnie pasztetowy. Jak dwunożny wchodzi do niej, to ona się zaraz chowa i ucieka, aaaaleeee wystarczy kucnąć z kulką pasztetu na dłoni i już widać wyściubolony z kryjówki nos Bakomy... Potem jedna łapa, druga, grzbieeeeet wychooodziii...... i potem tuptuptuptup, pasztet delikatnie wyżarty i z powrotem! Można tak w kółko, aż w końcu Bakoma przestaje się chować, tylko czeka. Sprytna jest. Skoro był pasztet trzy razy, to i czwarty być musi. Trochę to zajmie, zanim zaufa... Na razie nie wierzy, że nikt jej nie chce skrzywdzić, na razie jeśli czuje się zagrożona, to potrafi kłapnąć. Nie wie, że nic jej nie grozi. Nie wie, że można inaczej, łagodniej... Inaczej była traktowana...

Od długiego czasu mieszka u nas też Janka.


Psiolaska o niepodważalnej urodzie! Serioserio, to połączenie kremu z czernią jest ekstra! Dom to by znalazła oohoohoooooo jak dawno temu! .....gdyby nie była taka "niezbyt mi potrzebnyś, człowieku"... Jak Janka kogoś nie zna, to ani myśli pomagać w nawiązaniu kontaktu. Można się męczyć, pokazywać smaczki, a ona będzie się czaić i zastanawiać... W końcu jednak daje się zwykle przekonać, a im bardziej kolejny spacer, tym ona krócej daje się namawiać na wyjście. W końcu zaczyna się nawet cieszyć na widok tych dwunożnych, których już widziała nie raz. Potem w lesie jest już łatwiej, bo nawet do tej wyciągniętej ręki ze smaczkiem może podejść i nawet z niej zjeść! Bywa, że i się kapkę rozluźni i można ją pogłaskać.... ale to bardziej dwunożnemu na tym zależy chyba, albo się Janka maskuje wyjątkowo, że jej to może i nie przeszkadza, ale też przesadnie jej nie zachwyca. ...może to jeszcze nie ten czas...

Na koniec niełatwy przypadek... Lechia.


Z Lechią to nie będzie takie proste. Mistrzyni wypełzania z szelek, broniąca się przed kontaktem, a im bardziej ktoś obcy, tym mniej ma chęć na cokolwiek. Podsłyszałem dzisiaj, jak nasz behapsiorysta mówił, że Lechia musi mieć drugiego psa obok siebie zawsze, bo inaczej się pogubi w świecie. Ona jakoś nie rozumie dwunożnych i bez psiumpla będzie jej za ciężko... Baaardzo powoli się przekonuje do kogokolwiek, u niej nawet żaden smaczek niewiele pomoże, chociaż jak się rzuci w jej stronę, to że niby czemu ma nie zjeść?? Bardzo chętnie zszamie! Żeby jednak zjadła z ręki, potrzeba czasu dużo... Żeby na spacer chciała wyjść z kimś, potrzeba jeszcze więcej... Można ją wynieść na rękach, a ona i tak ma jeden cel - własny kojec. Znaczy własny i psiumpla, bo sama nie mieszka. Przy obcych to nawet ten kolega psi nie jest jej w stanie przetłumaczyć, że przecież są razem i nie ma się czego bać... Wolontariusze jednak u nas mają w sobie takie morze cierpliwości, że Lechię umieli do siebie przekonać i niektórzy już potrafią przekonać psiolaskę do spaceru... Trzeba jeszcze jedno Lechii przyznać - mimo tego wielkiego strachu, ani pół raza nie kłapnęła na nikogo paszczą. ...chyba że na smaczka.....

Takie to mamy u nas przypadki..... i one mają szansę na dom, pewnie, że tak! Tylko to takie psiolaski, że nikt ot tak ich nie adoptuje. Nie ma szans, żeby ktoś po prostu przyszedł i powiedział - BIORĘ! ...i tego samego dnia zapakował do samochodu i pojechał. Potem to przecież w takim obcym miejscu i z obcym dwunożnym to stres razy miliard! Lechia kiedyś się wysmyknęła z szelek, wiedziała, gdzie jest jej dom, wróciła do schroniska. Jak się ją wywiezie gdzieś dalekodaleko, a ona nie będzie znać ani dwunożnych, ani okolicy, to jak wróci i gdzie...? Trzeba będzie pokazać nam, ale przede wszystkim tym czworonogom, że jest się wartym ich zaufania, trzeba będzie je zdobyć, wywołać to merdanie ogonka na sam widok, trzeba będzie znaleźć ten błysk w oku, ten zalążek psiej miłości do tego jedynego wkrótce dwunożnego.... Da się, niejedni już to udowadniali przy innych psach. Akurat przypadek chyba, że też w psiolaskach, ale opisywałem historię Lucynki czy Pragi. 

...da się... tylko chcieć trzeba i się nie zniechęcać, i przede wszystkim trzeba mieć na uwadzę tego psa i jego przerażenie i może przykre doświadczenia. Nie ma co przyspieszać, bo tu się nie da nic szybciej. Szybciej to potem można zwiać, kiedy się nie zbudowało porządnie zaufania.

...ale się da... 

...to kiedy przychodzisz z tymi czerwonawymi smakolami okrągłymi z dziurką...?

środa, 4 maja 2016

Są szalone, mówię Wam!

Dzisiaj obalamy mity! Znaczy w naszym schronisku to one są obalane właściwie codziennie, ale kto jeszcze u nas nie był i ogólnie się boi, że wejdzie i natrafi na setki smutnych i zrezygnowanych oczu i nie będzie w stanie zabrać żadnego psa na spacer... to się zaraz przekona, że nie ma się czego obawiać i wręcz TRZEBA do nas przyjść, bo nawet, jeśli nie wyjdzie się ze zwierzakiem na zawsze, to chociaż tę godzinkę (co najmniej!) w tym dniu zwierzak będzie miał inną niż resztę.

Bo o to chodzi w spacerach, żeby radością się dzielić!

Dzisiaj pokażę radość wybiegową. Na wybiegu można hasać bez smyczy, linki i w ogóle bez żadnej krępacji. To jest Mana:


Mana została znaleziona z koleżanką Helfą w miejscowości niedaleko naszej. Leżały w rowie... Może zostały tam wyrzucone i czekały na właściciela...? A może same wyszły na przechadzkę i nie znalazły drogi do domu? Nie wiem, a jak poszedłem się dowiedzieć, to Mana mi tylko pomruczała jakieś dziwne rzeczy przez sen, to już nie chciałem budzić. Obie psiolaski były bardzo ze sobą zżyte, ale Helfa pojechała niedawno do nowego domu. Mana obgryza pazury, bo by chciała bardzo wiedzieć, czy u Helfy wszystko w porządalu... Mam nadzieję, że niedługo coś przyślą, to wydrukuję jej zdjęcia i zaniosę, niech powiesi w budzie i odetchnie. Te jaśniejsze miejsca na Many grzbiecie to chyba ślady po pogryzieniach. Coś tak nasi mówili, że na to to wygląda... Zagoi się i odrośnie pięknie!

Wracając do szaleństwa... Mana jest niezwykle pozytywna i w sumie bym nawet nie powiedział, że ona taka szalona!


Mana jest kochana! BraćBraćBraćBrać do domu!

Teraz będzie o kolejnej psiolasce. Psiolaska to taka, że woli chyba towarzystwo psiumpli niż dwunożnych... Dwunożni ją onieśmielają, czy jak... Jest o wiele lepiej niż kiedyś, ale coś mi się zdaje, że musiałaby znaleźć dom, w którym byłby drugi pies, którego polubi i to on będzie jej pokazywać świat. Oto Janka:



Bardzo ładna jest. Bardzo ładna i bardzo nieśmiała niestety... Inaczej już by dawno dom znalazła! Trzeba do niej właśnie tak boczkiem-boczkiem i najlepiej jakiś kawałek boczku mieć w ręku, chociaż i to nie gwarantuje, że Janka się przekona. Kto ją dłużej zna, temu na pewno łatwiej, ale i tak do wylewności daleko...


...za to na wybiegu... o tym zaraz. Najpierw przedstawimy psiumpla Janki. Oto Połomek:


Taki śmieszny trochę jest. Chociaż, jak się go pozna, to całkiem śmieszny się robi, nie tylko trochę! Bo z jednej strony to on taki ułożony jest, że komendy zna. I usiądzie, i łapę poda, nawet się położy, jak dwunożny wie, jak poprosić! Czarny jest, elegancki taki, pod krawatem... Wzrok ma maślany taki, ludzi przeuwielbia wręcz! Zgubił się komuś pewnie... Kolorową, ładną obróżkę miał... Od przedświąt czeka u nas na swoich... Nie przyjeżdżają... Szkoda Połomka.

Pisałem, że Połomek z jednej strony taki ułożony. I że Janka taka nieśmiała psiolaska... Bardzo proszę, a tak się dzieje, kiedy jedno z drugim na wybieg trafi!


Całkiem zwariowane i niczym nieskrępowane szaleństwo! 

Okazuje się, że Jance właśnie taki Połomek potrzebny, a i Połomkowi potrzebna taka Janka. Bo on jest baaardzo biegolubny, a ona zapomina, że czegokolwiek się boi. Czy to by nie była idealna para do wzięcia? Ona sama to pewnie jeszcze długo, długo będzie przekonywać się do ludzi... Zwłaszcza w schronisku to jeszcze potrwa, bo do tego dom potrzebny... A jakby miała takiego Połomka obok, to brałaby przykład.

Widzicie? W schronisku też jest dzika radość i szalone gonitwy! ...ale bez Was ich nie będzie... Kto nas wyprowadzi na wybieg? Kto pójdzie z nami do lasu? Same się nie przejdziemy, nie założymy sobie szelek, nie przypniemy smyczki... Do szczęścia potrzebujemy właśnie Ciebie. 

Nawet, jeśli to szczęście potrwa tylko godzinę, czy dwie, czy pół. Lepiej jednak mieć co wspominać dobrego przed snem i mieć nadzieję na dobre jutro, czy myśleć tylko o tym, że nawet odwiedzić nikt nas nie chce...?

No właśnie!

środa, 15 maja 2013

YORKU, YORKU, WCALE NIE NOWY!



Pojawiłam się w schronisku nagle i niespodziewanie, z niezłym wizgiem, nocą i z nadzieją, że któryś kundel się wystraszy! Gdzie tam!... Trawiły, spały, każdy sobie… Może jeden z drugim tylko ucho podniósł i zawęszył…
Tylko tam, gdzie się zwykle zjawiam – tłok. Laptop leży na podłodze kojca, Tyson siedzi przed nim, a wokół, wianuszkiem, parę psów, największych schroniskowych leserów. Jest Husein,
           


Wik,
                       


Misiek III
                       
…i Hanka (jaki cud wyciągnął ją z budy??)
                      


- Co to za zgromadzenie? – pytam.
- A, Majka, dobrze, że jesteś!... Pisać się uczymy – odszczeknął Tyson.
Zamurowało mnie. Jak karmę wyżreć a dziurki nie zrobić, jak walnąć kupola i uciec przez pola, jak pchły wyłapać i się nie zasapać – to ich zawsze interesowało. Ale pisanie???
- Co z wami nagle się stało? – pytam znów, nieufnie.
- No wiesz – mruczy Husein. – Mało nas tu piszących. A jak poszłaś za Most, to już zupełna tragedia. Ledwo z postami na bloga wyrabiacie, a gdzie cała praca naukowa? Historia sierściuchów leży odłogiem, powieść nie skończona, drugi tom „Pieśni odzyskanych” w proszku. I jeszcze ten album psiej klasyki malarstwa sztalugowego… Ech…
Niby racja. Sama myślę od dłuższego czasu, jak sobie damy radę. Ale że akurat TE psy? I w dodatku Tyson jako nauczyciel?!
- No to pokażcie, jak wam idzie – szczekam.
Tyson odsunął się od laptopa.
- Wiesz, to dopiero początki – zawarczał asekuracyjnie – więc się zaraz nie nabijaj…
No i patrzę. Parę krótkich zdań. Mniej więcej takich:
„Jestem Wik. Ronnie to dópa nie ofczarek.”
„Nazywam sie Misiek Czszy. Koham Persie z pierszej wiaty”.
Zerknęłam pobieżnie na Miśka. Dobra, kastrowany, więc on tylko deklaratywnie tak… Mimo to szczęka mi opadła. Oj, roboty tu będzie do nowego roku! Dalej nie czytałam…
- Słuchajcie, psy. Pisanie to sztuka szlachetna. Na wystukiwanie jakichś bzdur szkoda czasu. Każde z was dzisiejszej nocy napisze swój życiorys. Szczegółowo! Tyson, dopilnujesz, żeby to zrobiły. Już ja znam te psie słomiane zapały. Wpadnę nad ranem i sprawdzę. Teraz wyczyśćcie pazury, bo klawiaturę zapaskudzicie. A ja z Tysonem szybko skrobnę jakiś pościk. Do roboty!

Przez krótką chwilę był w schronisku rasowy york. Małe paskudztwo brudne, zaniedbane, w dodatku ranne. Miał na karku jakieś otarcie, czy może nakłucie, ciężko zgadnąć… Z daleka widzieliśmy, bo zaraz poszedł do zjaw i na szpitalik. Narzekał, lamentował, ale to nic dziwnego. Ledwo z życiem uszedł, bo go nasi ściągnęli z jezdni pod miastem. Dostał na imię Nowik.
           


Ledwo zrobili mu fotkę i zamieścili na stronie, zaraz znalazła się bezogoniasta, która postanowiła wziąć yorka na dom tymczasowy. I godzina nie minęła, jak przyjechała, zabrała i wywiozła.
Czasem dobrze, jak pies jest malutki, kudłaty, wrzaskliwy i nie za mądry…

            A na drugi dzień zaczęły się zabawy z Janką.

                       
            Pojawili się w schronisku bezogoniaści na praktykę. Oboje – ona i on – początkujący treserzy psów. Jej szło całkiem nieźle. A on…
Postanowił zabrać Jankę na spacer do lasu. Zapiął suczce szelki, wziął na smycz i poszli. Mieli ćwiczyć te wszystkie „siad”, „łapa”, „noga”, waruj”…
A po kwadransie Janka biegała bez smyczy i szelek. Jak się wywinęła, tylko ona o tym wie. No i zaczęła się tresura. Ona hyc, w lewo – bezogoniasty też w lewo. Ona kic, w prawo – bezogoniasty tak samo. Ona hej, do przodu – treser identycznie! Szybko łapał, o co chodzi! Potem było gorzej. Ona stanęła to i on stanął. Ale nie wytrzymał długo i powolutku zaczął iść w jej stronę. No to odbiegła i powtórzyła ćwiczenie. I znów nie wytrzymał w bezruchu. Albo nie łapał, o co tym razem chodzi, albo znerwicowany taki… A już „siad” to w ogóle nie chciał zrobić…
Ale Janka się nie poddała: nauczy się bezogoniasty, nauczy… Tylko spokojnie.
Postanowiła zostać za schroniskiem – będzie musiał do niej przyjść. I została – nie dała się uprosić naszym bezogoniastym. Bo tamten treser od razu poszedł sobie (i już nie wrócił, o czym Janka nie wiedziała). Przyszła noc, chłód, głód – Jance mina zrzedła. Lecz była uparta. Chodziła tylko za ogrodzeniem i tęsknie zerkała na swój kojec. Niby blisko – ze dwa metry raptem – ale jak daleko! Przez wysoki płot!...
Na drugi dzień nasi postawili jej przy bramie michę z żarciem. Skorzystała z wdzięcznością, ale do schroniska nie weszła. Czekała na tresera. Nie doczekała się.
I tak minął dzionek. I nasi wpadli na pomysł. Janka kręciła się za płotem w pobliżu trzeciej wiaty, blisko swojego kojca. No to oni jej kojec otwarli i wyjęli jedno przęsło ogrodzenia, a sami zaczaili się. Nadszedł wieczór i Janka powoli weszła na teren schroniska. Tylko na chwilę, żeby sprawdzić, czy w budzie wszystko w porządku, czy ktoś jej nie zajął, albo nie uświnił kocyka i nie zabrał jej zabawek.
A nasi bezogoniaści wtedy po cichutku hyc – zastawili dziurę w płocie i zamknęli kojec z Janką w środku.
Wygląda na to, że dalszej tresury tresera Janka już nie poprowadzi.

Poza tym Kropeczka, ta, która mieszkała z Wikiem w biurze, znalazła sobie własną bezogoniastą i poszła do nowego domu.
           
A jej miejsce zajął Kręciołek.
           

A już na samo zakończenie smakowity dodatek. Szef kuchni poleca sierściuchom!

aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce