Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psiedzieje szczek czternasty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psiedzieje szczek czternasty. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 kwietnia 2013

KRWAWE DNI…



Kropeczka wytoczyła się z biura, żeby: a) odszczapluszczyć się; b) odkasztanić się; c) porozglądać się; d) porobić coś, bo nuuuudrno! Ileż można w biurze patrzeć na bezogoniastych biurowych, którzy gadają ze sobą, z telefonami, z interesantami, z komputerami, a dla biurowego psa ani chwili czasu nie mają? No więc wylazła, zrobiła, co miała i przykolegowała się do jednej bezogoniastej, która szła akurat uzupełniać psom wodę w miskach. Woda w miskach chlup chlup, tłuszcz w Kropeczce analogicznie i tak od kojca do kojca. Aż tu w jednym siedzi ktoś – nowy! Kropeczka zerknęła, a ten nowy wydał głos, cytuję: Hau!
Słonina w zasadzie latać nie potrafi, ale ta w Kropeczce jak najbardziej!...
I tak Kropeczka po raz pierwszy – i ostatni, jak na razie – spotkała się z Muchomorkiem. To taki biały w czarną łatą, w kwiecie wieku bulterier. W schronisku znalazł się niedawno, przywieziony z jednego z pobliskich przytulisk dla psów.
                        

Dostał w życiu za nieswoje. Jest cały obolały, w strupach, ma grzybicę skóry i zwyrodnienie stawów. A przecież ma dopiero pięć lat! Jakieś nagniotki czy odciski paskudne ma na kolanach – musiał bardzo długo leżeć na gołym betonie. No i albo uciekł komuś, albo został wyrzucony. Jeśli to pierwsze, to wcale się nie dziwimy. Jeśli drugie – to ten, kto go wywalił, zrobił mu przysługę. Nawet w schronisku będzie mu chyba lepiej niż u dawnych właścicieli.
Muchomorek bezogoniastych akceptuje, choć ostrożnie. Natomiast z innymi psami nie chce mieć nic do czynienia, przynajmniej na razie. Robi minę: nie podchodź, bo krew się poleje! Stąd niezbyt miłe przywitanie Kropeczki. Dobra, niech odtaje. Potem się zobaczy, czy wciąż będzie taki nietowarzyski.
           
Całkiem inna jest za to Tolka. Trzylatka w typie owczarka, choć jak się jej dobrze przyjrzeć, to ma w sobie coś z dzikiego wilka. Błąkała się po jednym z miejskich parkingów i tam ją nasi zwinęli.
                       
Ludzi się nie boi, od psów nie stroni. Chce dobrze żyć i z jednymi, i z drugimi. Za przysmaki połowę sierści by oddała! Za czochrania i głaskanie również. Ale ma mankament. Obroży i smyczy nie zna i nie znosi. Nasz bezogoniasty chciał jej zrobić zdjęcia, więc próbował wyprowadzić ją w kojca. Ani się obejrzała, już miała założoną obróżkę, ale gdy tylko wpiął jej smycz, padła i nie chciała się ruszyć z miejsca. Złapała smycz w paszczę i zaczęła wściekle gryźć i powarkiwać.
Nie kijem go, to pałką! Bezogoniasty spróbował suczkę wynieść na zewnątrz. No to ona go chap! I krew się polała! Bezogoniasty przez chwilę przypominał Kropeczkę po spotkaniu z Muchomorkiem, ale szybko się opamiętał i wrócił. A Tolce zrobiło się głupio i zaczęła przepraszać.
Ostatecznie ma zdjęcia, ale zrobione w kojcu.
A teraz czeka ją nauka obrożowania i smyczowania. Ciekawe, jak długo potrwa.

A propos fotografowania. Nasze psy miały się fotografować z Budką Suflera. Ponoć bardzo sławną. No to wszyscy byliśmy ciekawi, co to będzie za budka i jaki jest ten Sufler. Chyba jakiś malec, skoro nie ma budy, tylko budkę. Ostatecznie na tę sesję zdjęciową pojechali tylko Arni i Spajdi. Ale żadnego Suflera nie zobaczyli, budki też nie, tylko zwykłych bezogoniastych. O, takich:

           

Ale to tak na marginesie. Są ważniejsze sprawy. Na przykład ta z Tofinem. Dawno nic już o nim nie było na tym blogu. A on, niestety, ciągle sprawia problemy, chociaż tyle lat już tutaj siedzi. Od zawsze unikał bezogoniastych. Gdy przychodzili, by posprzątać, albo przynosili jedzenie, Tofin chował się do budy. Podobnie jak jego towarzyszka z kojca, Melisa.
           


O obroży i smyczy – zapomnij. I jedno, i drugie czując , że się im to zakłada, natychmiast robiły mustanga, to znaczy wierzgały to przednimi, to tylnymi łapami, albo wszystkimi na raz, tarzały się po ziemi i wydawały końskie wrzaski: I-hauhau! I-hauhau! I zęby szły w ruch. W efekcie – zero spacerów.
Znalazła się jednak pewna wolontariuszka, która uparła się, że je oswoi. Razem z nasza główną bezogoniastą spędzały z Tofinem i Melisą wiele czasu. I powolutku szło ku lepszemu. Po pary tygodniach oba psy poszły wreszcie na wybieg. To był szok. Melisa lepiej zniosła swobodę. Tofina zamurowało. Gdy suczka podeszła do niego w pewnej chwili, próbował się w niej schować! Musiała wiać. No, ale pierwsze kroki zostały zrobione.
Tyle, że ta wolontariuszka, której Tofin zaufał, przestała przychodzić. A Melisa znalazła sobie dom i odeszła ze schroniska.
I zaczął się regres. Tofin znowu zagresywniał i stał się nieufny.
Aż ostatnio nasza główna bezogoniasta straciła cierpliwość. Wzięła się za Tofina. Z jeszcze jedną bezogoniastą ubrały kundla w szelki, przypięły smycz, narzuciły na zwierzaka koc i wyniosły na wybieg. Tofin darł się, szamotał, aż został wypuszczony na łąkę, na trawę, na swobodę… Spędził na wybiegu pół dnia.
Kiedy przyszła pora powrotu do kojca, procedura się powtórzyła: tylko bez koca, z samą tylko smyczą. Oczywiście znów zaczęła się corrida. Bezogoniaste złapały Tofina z przodu i z tyłu – i do góry! Podniosły, ale tym razem pies się wywinął – i haps! I krew się polała. Dostało się naszej głównej bezogoniastej. Ale nie wypuściła Tofina! On ją żarł, ona niosła.
Takie operacje wynoszenia na wybieg – póki Tofin nie zaakceptuje smyczy -  mają się odbywać częściej – i do skutku. Zobaczymy, jak to pójdzie. Tu u nas jest sporo bezogoniastych do pogryzienia!

No, tośmy sobie dzisiaj popisali. Biedny Tyson! To jeszcze tylko kolejny odcinek „Psichdziejów” i fajrant!


 aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce