Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vifon vel Maks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vifon vel Maks. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 lutego 2014

NIEUSTRASZENI POGROMCY BERNARDYNÓW



Dzisiaj dwie sprawy. I dwa psy. I trochę bezogoniastych w dodatku do tych psów. Tyson zaczął o pierwszym z nich, ale nie skończył. No to wracamy do tematu.

Do schroniska przyszedł list. Przytaczamy fragmenty:

„Psa nabyła małrzonka, a opiekuję się ja z wnuczkiem. (…) Donosy i pomówienia są przez chorego psychicznie na głowę dalszego sąsiada (…) Tam mieszkają jechowi którzy chcieli abyśmy się zapisali na ich wiare, są to starsze kobiety a on sprzyja z nimi. My niechcieliśmy się zapisać do jechowych. Więc jest niezgoda i wrogoś z ich strony. (…) Za to on zaczoł się mścić, pisząc listy i donosy, nieprawdziwe. (…) On opisuje tych którzy mu są nie na rękę. [Jemu] przeszkadza to nawet że pies szczeka. A jak koty pokażą się koło jego domu, to rzucał kamieniami na nie. Tak opowiadał…”

A rzecz miała się tak. Był sobie psiak Vifon. Znaleziono go na jednej z podmiejskich stacji benzynowych. Posiedział w schronisku czas jakiś i został adoptowany.

http://schronisko.avx.pl/psy-do-adopcji/item/2844-maks-vel-vifon
           
Nietrafnie. Bezogoniasta, która go wzięła, popadła w jakieś osobiste kłopoty i dla psa nie miała głowy. Ostatecznie pies to nie chłop! I Vifon wrócił do schroniska. Tylko że to miły i przytulany psiak, chociaż swoje siedem lat już przeżył, więc rozkosznym szczeniakiem nie jest. Trafili się nowi chętni. I Vifon poszedł do starszych bezogoniastych, starej kamienicy w mieście…
Po jakimś czasie sąsiedzi zaczęli dzwonić do schroniska w jego sprawie: że właściciele się nim nie opiekują, że żyje w złych warunkach, że całe noce biega po podwórzu i wyje…
Nasi pojechali. Brama otwarta na oścież, podwórko, a na nim… buda? W zasadzie był to plastikowy dom dla lalek, a w środku pusto. Ani koca, ani słomy… A pies obok. Skwaszony jakiś. Może dlatego, że w tym domku nie było lalki. Miałby przynajmniej czym się pobawić… Właściciel, starszy bezogoniasty twierdził, że pies śpi na korytarzu, ale i tam nie znaleziono żadnego legowiska. …I że jest mu dobrze, i wszyscy go kochają… Fakt, Vifon chudy nie był, ale jakoś do pieszczotek się nie garnął. No to nasi przypomnieli właścicielowi, jakie warunki powinien mieć pies: przede wszystkim normalna buda, a nie zabawka dla dziewczynek, ocieplona, stały dostęp do wody, jedzenia i tak dalej… No i dali mu czas na spełnienie tych podstawowych wymogów.
            Po dwóch tygodniach pojechali znów. Tym razem w budzie była jakaś poduszka, ale nie było psa. Gdzie on? Ano, w szopce, bez okna, zamknięty na kłódkę. Ponoć całymi dniami tam siedzi i narzeka…
I Vifon znowu trafił do schroniska. A w parę dni później przyszedł powyższy list…

- Majka…
- No?
- Ja też tak kiedyś pisałem?
- No.
- O matko suczko!...

            Potem trafiła się sprawa Obelixa. Dwa lata, ponad siedemdziesiąt centymetrów w kłębie, łeb wielkości wiadra. Zębatego! Energia małego pioruna kulistego – różnica taka, że pioruna nie można pogłaskać. Czyli – bernardyn!
http://schronisko.avx.pl/psy-do-adopcji/item/2891-obelix
                       
Miał kiedyś właściciela, ale ten go porzucił. I Obelix biegał sobie po nieodległej miejscowości. Co jakiś czas wyładowywał energię zadzierając tylną łapę, i ział. Ten ziaj powodował w przypadkowych przechodniach szybszą pracę serca i nóg. Żaden nie czuł się na siłach, by spotkać się bezpośrednio z piorunem.
Wezwana na pomoc przez ludność lokalna władza mundurowa przybyła na miejsce, stwierdziła obecność bernardyna i wzięła się za likwidację niebezpieczeństwa. Zadzwoniła do schroniska. No i jeden z naszych pojechał. Znalazł bernardyna i władzę odpoczywających w stosownym oddaleniu. Zapoznał się z psem, założył mu obrożę i smycz, a potem próbował wprowadzić do samochodu. Ale Obelix się zaparł i bernardyńskim tonem wywarczał parę słów. Wtedy władza lokalna przypomniała sobie o obowiązkach: wskoczyli do swojego samochodu – jeden zaczął coś notować w notesie, a drugi musiał wykonać ważny telefon.
A nasz bezogoniasty został bez pomocy. Przywiązał więc Obelixa do drzwi auta i poszedł do szoferki po smakołyki dla zwierzaka.
Wtedy bernardyn uznał za stosowne poszarpać się trochę i powrzeszczeć, a lokalna władza uznała za stosowne szybko zatrzasnąć drzwi swojego samochodu i odjechać, by nieść pomoc innym obywatelom.
A nasz bezogoniasty za pomocą smakołyków (położone w aucie spowodowały, że Obelix wsadził łeb do środka) i prymitywnej siły fizycznej [a) podniesienie i wsadzenie do samochodu przednich łap wraz z klatką piersiową, b) wsadzenie w ten sam sposób łap tylnych z zadem] opanował sytuację. Bez użycia piorunochronu. Później tylko postulował, że na niektóre interwencje nasi bezogoniaści powinni jechać zaopatrzeni w pasy przeciwprzepuklinowe.

- Majka…
- No?
- Szczekałaś już z tym Obelixem?
- No.
- Naprawdę jest taki pioruńsko żywotny?
- No!
- Ja też taki jestem!
- Nooo…