Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obelix. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obelix. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 marca 2014

SŁUSZNE DECYZJE



Obelix, trzymaj się!
                      
http://schronisko.avx.pl/znalazy-dom/item/2891-obelix


Tamtam, trzymaj się!
                      
http://schronisko.avx.pl/znalazy-dom/item/1695-tamtam


Elektra, trzymaj się!
http://schronisko.avx.pl/znalazy-dom/item/2243-elektra
                       
Mroczek, trzymaj się!
http://schronisko.avx.pl/znalazy-dom/item/2843-mroczek
                       
I smycze wam na drogę! Do własnych domów!
Kilkoro bezogoniastych jednego i tego samego dnia podjęło słuszne decyzje: adoptujemy psa! Przyszli, obejrzeli, zapoznali się… A w jakiś czas potem – umowy adopcyjne i psiaki powędrowały na własne śmieci! Odwiedzę je przy okazji.

Ale bezogoniaści podejmują czasem decyzje odwrotne. I – też słuszne.
Tyson, opowiadaj, byłeś przy tym.

Ano, byłem.
Jednego dnia zadzwoniła do schroniska pewna bezogoniasta. Powiedziała, że ma dwa psy, berneńczyki. Żyją sobie w kojcu, ale samiczka, Erna, musi siedzieć na łańcuchu, bo ucieka.
          
http://schronisko.avx.pl/psy-do-adopcji/item/2903-erna


Wydostaje się z kojca, a ta bezogoniasta nie może sobie poradzić. Samiutka jest, bez rodziny. I stareńka… Znikąd pomocy… No więc postanowiła, że odda psy do schroniska. Oba rasowe, niestare, pewnie znajdą się chętni, by je adoptować… Bezogoniastej niełatwo szło mówienie, a nas tutaj wcale to nie dziwiło.
Nasi pojechali do niej natychmiast. Daleko, na wieś, pod odległe miasto. Znaleźli czteroletnią Ernę i jej starszego o rok towarzysza, Berta.
http://schronisko.avx.pl/znalazy-dom/item/2902-bert
           
Ona spokojna, on trochę wrzaskliwy. Z tych, co się lubią popisywać. Zresztą, pewnie stawał też w obronie suczki, straszył, gdy nasi brali ją na smycz. Bezogoniasta szybko schowała się w domu, gdy oba psy maszerowały do samochodu…
Ale słusznie postąpiła. Skoro już nie można było zapewnić psom należytej opieki, trzeba szukać innego rozwiązania. A berneńczyk nigdy długo w schronisku nie posiedzi.
I rzeczywiście – Bert jest już w nowym domu, a Erna też chyba niezadługo pójdzie na swoje. Na razie siedzi u jednego z naszych bezogoniastych na tymczasie…

            A bywa, że w sprawie jednego psa decyzje niesłuszne mieszają się ze słusznymi. Skomplikowane historie.

            Żyła sobie niedaleko pewna starsza bezogoniasta. Miała pieska, pinczerkowatego Tigera. Takiego o:
http://schronisko.avx.pl/znalazy-dom/item/2916-tiger-ii
                       
            Aż pewnego dnia trafiła do szpitala.
            Zaraz pojawiła się jej córka z daleka i zaczęła pomagać mamie. Od razu zadzwoniła do schroniska: zabierzcie Tigera, mama nie może, ja nie mogę, nikt nie może. Kropka! Na nic tłumaczenie, wyjaśnianie, że pies dziesięcioletni, wiec może trochę cierpliwości, że dom tymczasowy, może nowy właściciel… Nic z tego. Córka się wyłączyła…
            No i minęło parę godzin. Pod wieczór, gdy już w schronisku była druga zmiana, przyszedł bezogoniasty z bezogoniastą i przynieśli pieska. Pinczerkowatego dziesięciolatka. Znalezionego w sąsiedniej gminie, gdzie ów bezogoniasty pracował. I znalazł. I przyniósł… No i psiak trafił do kojca…
            Następnego dnia nasi pogłówkowali. Skojarzyli pieska z kojca z pieskiem, o którym była mowa w telefonicznej rozmowie z bezogoniastą. I zadzwonili do bezogoniastego „znalazcy”. Trochę z nim pogadali, potłumaczyli, siły nie użyli, a bezogoniasty się przyznał. Nie znalazł psa, tylko zrobił przysługę znajomej…
Ha!
No to nasi dzwonią do bezogoniastej. Ona, oczywiście, nie ma czasu na rozmowę: później, później… A później to jej się chyba telefon popsuł.
Ale oto następna część historii. Kolejny telefon: dzwoni druga córka chorej bezogoniastej. Siostra tej, co się Tigera pozbyła. I płacze. I mówi, że dopiero się dowiedziała, co siostra zrobiła Tigerowi. I mamie. I że przyjdzie, i psa odbierze…
Przyszła. Opowiedziała, że wiedziała o tym, jak ciężko jest mamie. I dlatego zabierała od niej Tigera na weekendy, kiedy była w domu. Częściej nie mogła, bo dzieci, bo praca, bo obowiązki… No, ale w tej sytuacji bierze psa do domu. Jak się trafi ktoś, kto zechce go adoptować, to proszę bardzo. Ale jeśli nie, to ona Tigera zatrzyma. Nie można przecież pozwolić, żeby stary psiak siedział w schronisku… I wzięła malucha.

Były dwie siostry…

środa, 19 lutego 2014

NIEUSTRASZENI POGROMCY BERNARDYNÓW



Dzisiaj dwie sprawy. I dwa psy. I trochę bezogoniastych w dodatku do tych psów. Tyson zaczął o pierwszym z nich, ale nie skończył. No to wracamy do tematu.

Do schroniska przyszedł list. Przytaczamy fragmenty:

„Psa nabyła małrzonka, a opiekuję się ja z wnuczkiem. (…) Donosy i pomówienia są przez chorego psychicznie na głowę dalszego sąsiada (…) Tam mieszkają jechowi którzy chcieli abyśmy się zapisali na ich wiare, są to starsze kobiety a on sprzyja z nimi. My niechcieliśmy się zapisać do jechowych. Więc jest niezgoda i wrogoś z ich strony. (…) Za to on zaczoł się mścić, pisząc listy i donosy, nieprawdziwe. (…) On opisuje tych którzy mu są nie na rękę. [Jemu] przeszkadza to nawet że pies szczeka. A jak koty pokażą się koło jego domu, to rzucał kamieniami na nie. Tak opowiadał…”

A rzecz miała się tak. Był sobie psiak Vifon. Znaleziono go na jednej z podmiejskich stacji benzynowych. Posiedział w schronisku czas jakiś i został adoptowany.

http://schronisko.avx.pl/psy-do-adopcji/item/2844-maks-vel-vifon
           
Nietrafnie. Bezogoniasta, która go wzięła, popadła w jakieś osobiste kłopoty i dla psa nie miała głowy. Ostatecznie pies to nie chłop! I Vifon wrócił do schroniska. Tylko że to miły i przytulany psiak, chociaż swoje siedem lat już przeżył, więc rozkosznym szczeniakiem nie jest. Trafili się nowi chętni. I Vifon poszedł do starszych bezogoniastych, starej kamienicy w mieście…
Po jakimś czasie sąsiedzi zaczęli dzwonić do schroniska w jego sprawie: że właściciele się nim nie opiekują, że żyje w złych warunkach, że całe noce biega po podwórzu i wyje…
Nasi pojechali. Brama otwarta na oścież, podwórko, a na nim… buda? W zasadzie był to plastikowy dom dla lalek, a w środku pusto. Ani koca, ani słomy… A pies obok. Skwaszony jakiś. Może dlatego, że w tym domku nie było lalki. Miałby przynajmniej czym się pobawić… Właściciel, starszy bezogoniasty twierdził, że pies śpi na korytarzu, ale i tam nie znaleziono żadnego legowiska. …I że jest mu dobrze, i wszyscy go kochają… Fakt, Vifon chudy nie był, ale jakoś do pieszczotek się nie garnął. No to nasi przypomnieli właścicielowi, jakie warunki powinien mieć pies: przede wszystkim normalna buda, a nie zabawka dla dziewczynek, ocieplona, stały dostęp do wody, jedzenia i tak dalej… No i dali mu czas na spełnienie tych podstawowych wymogów.
            Po dwóch tygodniach pojechali znów. Tym razem w budzie była jakaś poduszka, ale nie było psa. Gdzie on? Ano, w szopce, bez okna, zamknięty na kłódkę. Ponoć całymi dniami tam siedzi i narzeka…
I Vifon znowu trafił do schroniska. A w parę dni później przyszedł powyższy list…

- Majka…
- No?
- Ja też tak kiedyś pisałem?
- No.
- O matko suczko!...

            Potem trafiła się sprawa Obelixa. Dwa lata, ponad siedemdziesiąt centymetrów w kłębie, łeb wielkości wiadra. Zębatego! Energia małego pioruna kulistego – różnica taka, że pioruna nie można pogłaskać. Czyli – bernardyn!
http://schronisko.avx.pl/psy-do-adopcji/item/2891-obelix
                       
Miał kiedyś właściciela, ale ten go porzucił. I Obelix biegał sobie po nieodległej miejscowości. Co jakiś czas wyładowywał energię zadzierając tylną łapę, i ział. Ten ziaj powodował w przypadkowych przechodniach szybszą pracę serca i nóg. Żaden nie czuł się na siłach, by spotkać się bezpośrednio z piorunem.
Wezwana na pomoc przez ludność lokalna władza mundurowa przybyła na miejsce, stwierdziła obecność bernardyna i wzięła się za likwidację niebezpieczeństwa. Zadzwoniła do schroniska. No i jeden z naszych pojechał. Znalazł bernardyna i władzę odpoczywających w stosownym oddaleniu. Zapoznał się z psem, założył mu obrożę i smycz, a potem próbował wprowadzić do samochodu. Ale Obelix się zaparł i bernardyńskim tonem wywarczał parę słów. Wtedy władza lokalna przypomniała sobie o obowiązkach: wskoczyli do swojego samochodu – jeden zaczął coś notować w notesie, a drugi musiał wykonać ważny telefon.
A nasz bezogoniasty został bez pomocy. Przywiązał więc Obelixa do drzwi auta i poszedł do szoferki po smakołyki dla zwierzaka.
Wtedy bernardyn uznał za stosowne poszarpać się trochę i powrzeszczeć, a lokalna władza uznała za stosowne szybko zatrzasnąć drzwi swojego samochodu i odjechać, by nieść pomoc innym obywatelom.
A nasz bezogoniasty za pomocą smakołyków (położone w aucie spowodowały, że Obelix wsadził łeb do środka) i prymitywnej siły fizycznej [a) podniesienie i wsadzenie do samochodu przednich łap wraz z klatką piersiową, b) wsadzenie w ten sam sposób łap tylnych z zadem] opanował sytuację. Bez użycia piorunochronu. Później tylko postulował, że na niektóre interwencje nasi bezogoniaści powinni jechać zaopatrzeni w pasy przeciwprzepuklinowe.

- Majka…
- No?
- Szczekałaś już z tym Obelixem?
- No.
- Naprawdę jest taki pioruńsko żywotny?
- No!
- Ja też taki jestem!
- Nooo…