Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka bloga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblioteka bloga. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 czerwca 2013

PRAWIE NIC O PSACH… (O KOTACH TEŻ NIC)



- O bobrze już pisaliśmy?
- Tak.
- A o żółwiu?
- Też.
- No to teraz będzie o jeszcze innym zwierzaku. Pisz, sierściuchu!...

Pewna ważna bezogoniasta latała raniutko na swoim osiedlu po krzakach. Albo obok, nie wiem dokładnie. I znalazła w nich dzikie stworzenie. Zawiadomiła, kogo mogła, że coś dzikiego lata po jej krzakach osiedlowych. Więc to coś zabierzcie, ale już, ale zaraz! I dlatego urząd zadzwonił do naszego schroniska – złapcie. Tchórzofretkę chyba! Akurat nie było u nas nikogo wolnego, za to zgłosiła się do wyłapania straż miejska. Pojechali, wyłapali, zawieźli do bezogoniastego, który opiekuje się z rannymi dzikimi zwierzętami.
A jedna z naszych bezogoniastych ma stowarzyszenie, które zajmuje się fretkami – więc jak się dowiedziała, to zadzwoniła, że ona tę fretkę weźmie. Doskonale! Kręciłam się akurat w pobliżu, więc zaraz poleciałam do tej fretki. Siedziała w zamkniętym kartonie, no to  tylko zajrzałam przez szparę i z powrotem do schroniska, bo co mogłam więcej zrobić?
Zaraz po pracy nasza bezogoniasta pojechała do tego bezogoniastego od dzikich zwierząt. On zaprowadził ją tam, gdzie w kartonie zawiązanym sznurkiem czekało żyjątko – nawet go przez tych parę godzin nie rozpakował. No bo skoro ktoś zwierzaka weźmie…
Otworzyli karton – w środku była kuna! Martwa! Stres, może brak powietrza, pokarmu… a możliwe że wszystko na raz.
Nasza bezogoniasta pyta: - Czemu pan nie zajrzał?
A on: - No bo mieliście zabrać…
Nasza bezogoniasta: – No i teraz nie żyje.
A on: - Jak by miało przeżyć, to by przeżyło!...
Filozoficzne, że tak szczeknę, podejście!
No cóż, skoro ten bezogoniasty udziela pomocy rannym dzikim zwierzętom na zasadzie: jak ma żyć, to przeżyje - to może lepiej te pieniądze, które dostaje od urzędów na pomaganie od razu przekazywać bezogoniastym księżom – pomodlą się w intencji zwierzęcia i może przeżyje!

Oho, Tyson biegnie, znikaj! Wiesz, że on was niezbyt tego…

- Cześć, Tyson! Siadaj, piszemy!

Wiosna przyszła, więc zaczęły się szkolenia dla pracowników schroniska i wolontariuszy. Były już takie, ale dobrze sobie przypomnieć podstawowe zasady, odświeżyć, żeby rutyna nie zjadła. No i zaczęło się ABC psa: jak wchodzić do kojca zwierzaka agresywnego, a jak łagodnego, jak odczytywać psie zachowania i tak dalej… Aż się zdziwiliśmy, tylu bezogoniastych zeszło się na to szkolenie.

Za dwa tygodnie kolejne. Bezogoniasty treser ma przygotować jakieś specjalne ćwiczenia.

I było jeszcze jedno szkolenie, ale nie u nas, tylko w mieście. Nazywało się „Psie sztuczki”. Kto chciał, mógł tam przyjść ze swoim psem. Od nas wybrało się dwoje wolontariuszy. Prowadziła to szkolenie bezogoniasta ze stoicy, która przywiozła swojego psa. No i pokazywała z ni te sztuczki. Ale się działo! Pies robił przewroty, skłony, slalomem latał między nogami tej bezogoniastej, albo robił „akwarium”, to znaczy przyklejał się nosem do szyby i stał nieruchomo… I wiele innych takich zabaw.
A potem ci, którzy przyprowadzili swoje psy, próbowali ich uczyć tych sztuczek. No i jednym psom jakoś wychodziło, innym nie za bardzo, a jeszcze inne miały wszystko w nosie!
Cóż, zdrowy pies od takich figli nie zachoruje, ani chory nie wyzdrowieje, ale skoro psu się spodoba taka zabawa, to czemu nie?


           
Nasi popatrzyli, spróbowali… Potem pogadali w schronisku, co widzieli i ustalili, że nas tutaj spróbują nauczyć niektórych z tych sztuczek. To może ułatwić adopcje – bezogoniaści chętniej wezmą psa, który umie się pokazać! Zdaje się, że czeka nas sporo fajnej roboty!

            Są też inni bezogoniaści, co będą kiedyś pracować ze zwierzętami. Chodzą do takiej specjalnej szkoły, a jak ją ukończą, to zostaną technikami weterynarii. No i przyszli do schroniska uczyć się. Zastrzyki robili, krew pobierali, żeby był zapas u zjaw na wypadek, gdyby jakiś psiak schroniskowy krwi potrzebował, bo wypadek… No i oni się trochę nas bali, a trochę my ich, bo igła w ręku młodego bezogoniastego to czasami koniec świata, a w każdym razie boli łapa…
                       
A dorosły zjawa coś tam im tłumaczył, my też tłumaczyliśmy, chórem, więc ci młodzi nie wiedzieli, kogo słuchać, ale machali głowami, że tak, że rozumieją… Hm…

Nie tak dawno nasi bezogoniaści pojechali do pobliskiego miasta w sprawie założenia tam wolontariatu. Bo w tym mieście, a właściwie w okolicznej wiosce, jest punkt czasowego przechowywania zwierząt (zanim trafią do naszego schroniska).
           
I młodzi bezogoniaści z tego miasta chcieliby pomagać psiakom w tamtym punkcie. Tylko że to trzeba zrobić oficjalnie, z umową. No to nasi umówili się z najważniejszą osobą w tym mieście, to znaczy sekretarka tego ważnego podała termin spotkania – i pojechali. Ważnego bezogoniastego nie było. Miał być za pół godziny. Wrócił po trzech. I zaraz miał spotkanie z mieszkańcami swojego miasta. Więc czasu dla naszych nie miał. Ale było mu bardzo przykro. Bo chciał się spotkać, a jakże, tylko nic o spotkaniu nie wiedział! A to sekretarka! Wiedziała, a nie powiedziała!...
Czekając na ważnego bezogoniastego nasi obejrzeli sobie śliczne miasteczko. I psy wiedzieli, pańskie i bezpańskie. A wolontariuszy nie widzieli ze zrozumiałych względów. I syci wrażeń wrócili do schroniska. Przedtem, oczywiście, umówili się raz jeszcze z ważnym bezogoniastym, tym razem osobiście się umówili, bez sekretarki.
No i po paru dniach spotkanie doszło do skutku. Posiedzieli, pogadali, nasi zostawili wzór umowy wolontariackiej – niech zarząd miasta ją sobie obejrzy, przemyśli, wniesie poprawki, jeśli uzna, że trzeba… A jak wszystko dobrze pójdzie, to niedługo w tamtym mieście wolontariusze zaczną działać psom i kotom na pożytek. Przedtem, oczywiście, podszkolą się pod okiem naszych bezogoniastych. Pewnie u nas, w schronisku…

A do biblioteki zawędrowała całościowa wersja „Psichdziejów” – kto chętny, niech skorzysta!

środa, 27 lutego 2013


Otworzyliśmy bibliotekę bloga! Stało się! Ale miałam tremę! Bo wszystkie psie dzieła, które dotąd przedstawialiśmy w odcinkach, teraz w całości znalazły się w jednym miejscu. Z boku jest link i odtąd każdy może sobie do tej biblioteki wejść i pożyczyć te utwory na wieczne nieoddanie. Przegryzłam wstęgę (bo nożyczkami to ja nie za bardzo…), szczeknęłam parę słów (bezogoniaści też tak zwykle robią!), kliknęłam i wlazłam jako pierwsza! I zobaczyłam:





                       
A już wkrótce na półkach staną nowe dzieła!
Zapraszamy do środka i - miłej lektury wszystkim!

A potem to już było jak zawsze, czyli nowe i stare psy i sierściuchy – dzień dobry i do widzenia!

Polazłam do kojca Gandalfa, zobaczyć, co u niego. Trudny pies. Dwuletni owczarek, który próbował zamieszkać na działkach w niedalekim mieście. Bezogoniaści, z którymi wcześniej się stykał, z pewnością nie byli dla niego dobrzy, więc się uprzedził i na działkowców, wśród których zaczął bywać, patrzył wilkiem, a może i warknął czasem. No to ci szybko postarali się, żeby go stamtąd zabrano i Gandalf trafił do nas.
          
Tutaj też się boczył na wszystkich dwułapych. Oj, długo nie mógł się do żadnego przekonać. Ale powoli, powoli… Znaleźli się wreszcie wśród naszych bezogoniastych tacy, z którymi się zaprzyjaźnił. Podchodził, ogonem machał, poczochrać się dawał... A skoro tak – pomyśleli nasi bezogoniaści – to damy cię do kojca Evity, będziesz miał towarzystwo i czegoś się od niej nauczysz. Bo Evita bezogoniastych kocha bez wyboru – bardzo przylepna suczka.
           
I zwierzaki zamieszkały razem. Zaaprobowały się od razu i… powstał problem. Bo Gandalf stał się zazdrosny. Jak nie lubił bezogoniastych, to nie lubił. A jak już polubił, to nie mógł znieść, gdy zajmowali się kimś innym. Wchodzi któryś bezogoniasty do kojca, zaczyna bawić wita się – w porządku. Ale potem zaczyna bawić się z Evitą i wtedy Gandalf stroszy się, zaczyna warczeć, pokazuje kły!... Oj, będę żarł!... Bezogoniasty się odwraca: No co ty, Gandalf, na swojego warczysz? Taki z ciebie pies?... I Gandalf po chwili chowa zęby, ogon zwiesza, kurczy się jakoś i stoi patrząc w podłogę. Wtedy bezogoniasty: No, nie bocz, się, chodź tu!... A Gandalf walczy z sobą dobrą chwilę, wreszcie podnosi łeb, macha ogonem i idzie, i nadstawia kark, żeby go poczochrać. I już jest w porządku… Do następnego razu! Jest jeszcze tych „razów” sporo, ale z czasem będzie ich coraz mniej. Bo Gandalf to niegłupi pies i zaczyna łapać, o co w tym wszystkim chodzi.

Zupełnie nie może się połapać, o co chodzi Fanta. Był telefon do schroniska: po ulicy biega wielki pies!... A jakiej rasy?... Nooo, wielki!... Aha!... Jeden z naszych bezogoniastych wsiadł w samochód, zabrał z sobą bezogoniastą, która akurat była wolna i pojechali. Ano, jest duży pies! Bernardyn! Właściwie bernardynka. Nie mieli z sobą nawet takiego wielkiego kagańca, więc pogadali trochę ze zwierzątkiem i zaprosili do samochodu. Nie bardzo chciała. To zarzucili jej koc na głowę, podnieśli i wsadzili do środka. I przywieźli.  Białobrązowa, niestara, przemiła. A w dodatku stara znajoma! Czyli Fanta właśnie!
           
Coś jest u niej nie tak. Ma własny dom, bezogoniastych, którym nieźle się powodzi i którzy zabierają ją z sobą do swojej firmy. I ona sobie tam biega. A w firmie – wiadomo: bezogoniaści wchodzą na podwórze, wychodzą, brama raz zamknięta, raz otwarta. No więc Fanta raz jest na podwórzu, a raz na ulicy. I zaczyna regulować ruch na chodniku: przed nią i za nią nikogo, za to, gdzie tylko drzwi otwarte – tam tłok. Z tego powodu raz już wylądowała u nas,  po czym jej bezogoniasta przyjechała i zabrała ją. Teraz też nasi zadzwonili do właścicielki Fanty, ale minął dzień, drugi, trzeci – i nikt nie przychodzi…
Ale zaraz!... O, właśnie idzie… No proszę, wyszczekałam! Poczekajcie chwilę…

Poszły. Bezogoniasta i Fanta. Pańcia nawet nie podziękowała, tylko miała pretensje: Czemu zabraliście tego psa? Przecież wiedzieliście, że to moja suczka!... To mieliśmy ją zostawić, żeby przechodniów straszyła, albo – jeszcze gorzej – pod jakiś samochód wpadła?... Ale to nie były argumenty dla pańci. Naprawdę, czasem wolę sobie pogadać z biedronką!

Na zakończenie historia stada. Jak zawsze w naszych filmach – prawdziwa!

aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce