Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bidek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bidek. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 grudnia 2015

Do zakochania jeden spacer! ...Bidek miał pisać... ale nie będzie!

- No i masz! Wrócić miał Bidowski i co? Już po niego jechali! Już go wieźli z powrotem po tej operacji! Już byli w naszym mieście! Już zbliżali się do schroniska!

- I co, i co??

- No i skręcili za wcześnie, Bidka wsadzili do windy, powieźli z tym drugim czterołapem na górę... I tyle było z powrotu Bidka.

- Ooooraaany! Porwali?? POLIIICJAAA!!!

- Cicho, durny! Żadna policja... Okazało się, że to taka niespodziewana niespodzianka była, ale żeby Bidek nie wiedział, to nikomu nie powiedzieli, żebyśmy mu nie chlapnęli przypadkiem, jak to wsypaliśmy już o operacji.

- Czyli Pidek w domu! W DOOOMUUU! Ale co ty, Dżokej, nie cieszysz się?

- Oczywiście, że się CIESZĘ, że ten bezuszaty przerośnięty labek drzemie sobie teraz w spokoju świętym w domu! Toż to wydarzenie niemałe!


- To czemu się tak ciskasz i dreptasz w lewo-prawo?

- Post trzeba napisać! Żeby napisać, trzeba mieć pomysł....

- Ja mam! Wiesz co, mnie tak ciągle mówią, żem taki wspaniały i do zakochania, to napiszmy o tych, którzy też tacy są do zakochania, a ich nie widać. Mnie widać, po się szwędam po biurze, ale ci na wiatach nie mogą się sami szwędać...

- Ooo wiidziiisz, przydajesz się! O kim byśmy napisali?

- O Misiuni! Od niedawna u nas mieszka, a jest się kim zachwycić... Futerko ma takie mięciuchne... Nie macałem, ale tak wygląda. 


- Fakt. Też nie macałem, ale tak mówią nasi, że mięciuchne. Nieśmiała jest, chyba niezbyt o nią dbano w jej poprzednim miejscu... Jedna z naszych, co ją miała na spacerze mówiła, że jak ręce do góry podniosła, bo się smycz zaplątała, to Miśka już na ziemi była! Ojjj jakbym dorwał tego z ciężkimi rękami... Na szczeście psiolaska błyskawicznie łapie, że u nas nikt jej nic nie zrobi! Szybko zaczęła ufać i reagować merdaniem puchatego ogona na widok wolontariuszy ze smyczą. Szybko też uczy się, co to jest spacer, bo widać było, że to dla niej nowość. Zdaje się, że schronisko to dla niej lepsze miejsce niż jej poprzedni dom... Do tego, jak przystało na owczarka, inteligentna jest i na pewno będzie super kumpelką swojego przyszłego człowieka! Oby jej nie dał długo na siebie czekać...

- Kogo tam masz jeszcze, Szorti?

- Pader! 

- Pader...? Nie ma nikogo takiego...

- Jest Pader! Kiedyś nieśmiały taki, do tego wygląda groźnie, ale się okazało, że jest całkiem fajny! Jak go nasi poznali to już niejeden wolontariusz się zakochał! Jak możesz go nie znać! Jest średniej wielkości i tak fajnie umaszczony - czarny, ale ma też trochę piałego i prązowego. O, to jest on:


- BADER! Jeżu kolczasty, nie mogę z tą twoją wadą wymowy...

Bader faktycznie wygląda dość groźnie, w kojcu szaleje, jakby chciał całym sobą pokazać, że akurat jego trzeba wybrać, ale jak się już wejdzie, to się uspokaja i całkiem grzecznie stoi i czeka na ubranie w szelki. Bardzo mądrze, bo wtedy przecież szybciej wyjdzie! Na spacerze jak Misiunia - byle bliżej dwunożnego, byle głowę wtulić, na kolana wleźć, to jest przecież takie przyjemne! Znaczy ja nie wiem, bo ja się do tulenia nie pcham, ja tak nie z każdym bym chciał... Ale Bader nie ma tego problemu, on po prostu potrzebuje człowieka i musi wiedzieć, że ten jest cały dla niego i koniec! Po spacerze też trzeba tulenie zaliczyć. Bader siada na budzie i daaawaaj, człowieku! Stój, a ja będę ładował od ciebie baterie! Taki to pies i tak bardzo tęskni...

- Szorti, dawaj trzeciego psa!

- Psiolaskę mam! Nuśkę! Nuśka jest ruda, młoda (dwa lata ma raptem), nos ma wielgachny i szaleństwa w niej za pięciu! Co nie znaczy, że jest jakaś niegrzeczna, czy coś. Przeciwnie!


- Nie mam pojęcia, dlaczego Nuśka nie znalazła jeszcze swoich ludzi. Ma w sobie dużo energii, ale potrafi też usiedzieć spokojnie. Uwielbia smaczki, ale potrafi też grzecznie na nie poczekać. Uwielbia szaleć, ale przybiega na zawołanie. Do tego uczy się chętnie nowych rzeczy, z kolegą z kojca bawi się świetnie... Jakie wady ma? Nie mam pojęcia! Nie za duża, nie za mała, w sam raz. Z Rudą sierścią, rudym nosem i rudymi oczami. Urody nie brak, ogłady też... Nie zrozumiem... Marnuje dziewczyna młodość!

Przyjedź do schroniska, poznaj te zwierzaki, może naprawdę zakochasz się w którymś z nich..? Jeśli nie od pierwszego wejrzenia, to może od pierwszego spaceru? Jak nie od pierwszego, ale czujesz, że to może być to - wyprowadź na drugi spacer, na trzeci... Popatrz, jak te zwierzaki się zmieniają, jak zaczynają Cię poznawać, jak ogon zaczyna merdać mocniej, jak INACZEJ, bo tylko dla Ciebie...

Zobacz w nich to, co one widzą w Tobie od pierwszego spojrzenia - szansę na Szczęście...

środa, 9 grudnia 2015

Ciemno w sierści, głucho u Bidka, co to będzie...?

To ja. Dżokej. Bidek nie pisze chwilowo, zasnął... Niech śpi... Nie będę go budził, jest wystarczająco zestresowany, trochę to moja wina, ale tak mnie błagał, żebym mu powiedział w psiomigowym, o co chodzi... Wcale mnie nie przygniótł swoim cielskiem! Przypadkiem stanął mi na stopie i musiałem powiedzieć...

Co musiałem powiedzieć, o tym zaraz... Na razie jak już wspomniałem, że ciemno w sierści, to przedstawię, kogo to nie można zgubić w nocy, bo inaczej będzie trzeba czekać do rana na znalezienie! Wogóle to się mówi, że czarne zwierzaki mają gorzej. Że niby psy są agresywniejsze czy coś... A koty przynoszą pecha, jak przebiegną drogę. Ech.

Na przykład Nowa. Imię ma śmieszne, bo jak była nowa, to można było mówić, że nowa jest Nowa, ha! Ale teraz jak się ktoś pyta, czy wie, gdzie jest Nowa, to można się kłócić, czy Nowa to imię, czy nowa, bo nowo przyjęta... W każdym razie Nowa nie jest już nowa, ale jest coraz fajniejsza.


Na początku nie była taka fajna, bo się bała, ale teeeraaaz to pies do rany przyłóż! Znaczy ja nie życzę żadnych ran! Ale dwunożni tak mówią, to ja chcę być też taki uczony... Nowa jest całkiem psiejska, bo i na spacer można wziąć i poprzytulać się, i pobawić... Tak po prostu jest do wzięcia i pokochania od zaraz... Poza tym patrzajcie, jak jej się sierść błyszczy! Czy ktoś by powiedział, że ona schroniskowa!?

Albo Moira.


Moira uwielbia siedzieć na kolanach, a jak się na kolanach siedzi, to przecież się nie przebiega drogi nikomu, prawda!? Tak jak Nowa jest psiejska całkiem, tak Moira jest całkiem kociejska! Wie, co to pojemnik ze żwirkiem, wie też, o co chodzi, kiedy pokaże się jej jakąś myszkę ze sznurka czy coś... Musiała kiedyś mieszkać w domu, tak nasi podejrzewają. Szkoda, że nikt się po nią nie zgłasza, czy nowy opiekun, czy ten poprzedni...

A teraz, co chciałem powiedzieć... Znaczy nie chciałem, ale tak mi Bidek przydusił stopę mą zgrabną tym wielkim łapskiem i nie chciał zejść, aż mu musiałem obiecać, że jak mnie puści, to mu powiem, znaczy wymigam, dlaczego nasi tacy zmartwieni i dlaczego Kiero tak jeszcze bardziej smutnieje, kiedy się zamyśla głaszcząc Bidka... Bo Bidziu to jest jego, taki JEGO-JEGO. Wlazł mu w serce i rozepchał się obok jego prywatnego psa i co poradzić! No tak ma!

Jeśli zaś chodzi o tego naszego ośmioletniego szczeniaka... Bidek miał operację... To wiecie... Chyba, że nie wiecie, to może zacznę od początku.

Bidek do nas trafił z jakimś koszmarnym bałaganem w uszach. Takim bardzo koszmarnym. Nasi próbowali różnymi specyfikami się tego pozbyć i się trochę udawało, ale trochę nie. Próbowali z zewnątrz i od środka działać, ale cholipcia, no uparte to było. Psioweci podpowiedzieli, żeby nasi pojechali z Bidkiem do dalekiego miasta, żeby mu porobić kilka zdjęć takich od środka. Tamtejszy psiowet stwierdził, że bidkowe uszka się zatykają i cośtam się w środku zrobiło twarde, a powinno być miękkie, więc konieczna jest operacja, która sprawi, że będzie wszystko cacy i uszka zaczną działać sprawniej, a przede wszystkim uda się pozbyć tego bałaganu na stałe! Duża była szansa...


Operacja się odbyła, wszystko szło jak trzeba, Bidziu zaczął nawet ociupinę słyszeć!

...aaaż tu dnia pewnego nasi podczas codziennego czyszczenia nieco zbledli... Coś nie było jak trzeba. Nie poddawali się, szorowali i szorowali, ale nic nie szło... Wizyta pooperacyjna u psioweta w dalekim mieście była wyznaczona niebawem iiii niestety nie rozwiała obaw. Bidkowi się w uchu wszystko zepsuło i zatkało na amen... Niczyja wina, bo i psiowet, i nasi zrobili wszystko jak trzeba... Się stało tak i juz...

I teraz były dwa wyjścia... Albo zostawić wszystko, czekać... Ale wtedy na pewno by się to dla Bidzia dobrze nie skończyło. Bardzo niedobrze by było za kilka miesięcy. Tak, że nawet nie napiszę jak...

Albo jest szansa - zrobić Bidkowi operację. Operacja jest BARDZO ciężka. Nasi mówili, że BARDZO i że CIĘŻKA. Wszystko dużymi literami. Bidziowi usuną całe uszka... Caluśkie, caluteńkie... Bo ucho to nie tylko to, co na zewnątrz. W środku jest duuużo dużo kanalików, rurek, ponoć są jeszcze bębenki! I to wszystko Bidkowi muszą usunąć...


Czuł Bidek, że coś jest nie tak, że inaczej się na niego patrzą... No i cóż, on nie słyszy, ja słyszę i obaj umiemy psiomigowy... Powiedziałem mu co i jak, że operacja, że uszka, że przecież i tak nie słyszy, że inaczej za kilka miesięcy nie dość, że by nie słyszał, to jeszcze nie widział, nie czuł i wogóle nie żył...

Operacja Bidka w piątek o godzinie 12. Jak duża wskazówka i mała spotkają się u góry. Trzymajcie kciuki za Bidzia... Żeby wszystko się udało i żeby nic niespodziewanego się nie stało...

Pozdrawiam!
Dżokej.

środa, 11 listopada 2015

Różne różności! Tyle dni i tyle wrażeń!

Słuchajcie... znaczyyy czytajcie. Tyle się działo ostatnio, że nie wiedziałem co wybrać. Nie wiedziałem i koniec, tyle się działo. Postanowiłem więc, że moooże będzie trochę miszmaszowato, ale za to opowiem o wszystkim na raz, co chciałem!

Zacznę od piątku. W piąąąteeek małe stadko dwunożnych nazwanych Grupa Drewno zorganizowało śpiewy w Galerii w centrum miasta. Jedna z Drewnianych jest jednocześnie nasza! Puszczali mi, ale moje uszka tylko wyglądają, one nie są do słuchania. Dodają mi uroku, ale poza tym zupełnie nie działają. Może ktoś z czytacieli był, ale jak nie - to proszę bardzo, oto Grupa Drewno:


Dżokej słuchał i mówił, że fajne. On mi przekłada to na język psiomigowy, dużo rzeczy mi przekłada, dlatego dużo rzeczy wiem. I ta Grupa zrobiła ten koncert specjalnie dla nas - zwierzaków ze schroniska.


Prosili wszystkich, żeby wzięli ze sobą różniaste woreczki z jedzonkiem, kocyki, ręczniczki, co się da! Jak ktoś nie miał kiedy kupić czy coś, to stała też puszka na banknotki i monetki. Mam też podsumowanie! Otóż... zebrało się: ponad 360zł, 35kg karmy dla szczekaczy i 8kg karmy dla miałkaczy, do tego 19 miękkich rzeczy do leżenia i inne różności!

Kołderkę testowałem. Bardzo testowałem nawet! Patrzajcie:


Miętkość i wygoda!

-------------

Dalej była sobota, aaa w sooboootę testowałem kogoś na jednego z naszych. Znaczy osoba kandydująca była już schroniskowo-nasza od dawna, ale od soboty jest jeszcze bardziej nasza, bo stowarzyszeniowa! A to znaczy, że może jeździć i walczyć o zwierzaki! I ja robiłem test ostateczny! Wyglądało to tak:


hyhyhy, trochę może i ściemniłem, że trzeba to przejść, ale nie zaszkodzi porządne masowanko i drapanko po klacie! Żeby jednak nie było, że to tylko dla picu, podreptałem do Kiera i mrugnąłem, że wszystko ok, można przyjmować do grona IDeZetowców, a co!

-----------

Kolejna rzecz do opisania też w sobotę się zdarzyła! W naszym mieście jest taki klub, co się nazywa OneLove. Jakiś czas temu adoptowali wirtualnie naszego Dibo, ale nie spoczęli na trawie (czy jak to się tam mówi)! Później przyszli do schroniska, żeby nakręcić film i zachęcić do pomocy. Jak ktoś nigdy u nas nie był, to się przejdzie razem z nimi:


Dwunożni z OneLove wpadli później na to, żeby zorganizować w klubie koncert, a cały dochód ze sprzedaży biletów przeznaczyć na lekarstwa dla nas - zwierzaków! Jak postanowili - tak zrobili, właśnie w sobotę! Ludziska nie zawiedli, bo ponad 3 tysiaki zebrali i 80kg żarełka dla czterołapów! Niemały klub, to i niemało zebrali, psiekstra po prostu!

------------

Iiiii teraz o imprezie dwudniowej! W sobotę i w niedzielę trwało budowanie domków dla sierściuchów miastowych. Czyli tych, no... wolno bytujących. Nie wiem, dlaczego wolno, przecież one całkiem szybkie... W każdym razie - budki zaplanowali budować koordynatorzy szkolni klubu żużlowego Falubaz. Bardzo to znany klub jest i bardzo znany żużel! A jak to i to jest znane, to i stadion ohohohooo jaki znany! Wiecie, że byłem, bo już o tym pisałem w poprzednim poście. Kto nie pamięta, albo co gorsze, nie czytał, ten niech się wstydzi i niechże się cofnie o jeden wpis, na dole jest zdjęcie z rundy honorowej.

Wracając do budowania budek - budowaaaliii aż im materiałów zabrakło! Zakończyli z imponującym wynikiem:


24 budki! Musiałem palce od Dżokeja pożyczyć! Superanckie wyszły, a jeszcze ponoć zostały pomalowane w falubazowe barwy, tylko ja jeszcze nie widziałem... Ale na pewno wyglądają psiekstra!

-------------

Dalej był poniedziałek i też całkiem niezła przygoda. Otóż... trafił do nas pies. Nieduży, niemały, taki w sam raz. O:


Pies miał wszczepioną taką fasolkę pod skórę, się to CZIP nazywa i dzięki temu dowiedzieli się, że zwierz ma na imię Kajtek, ma lat dziesięć, a jego właściciel mieszka 25 kilometrów od schroniska. Numeru telefonu nie było, więc poogłaszali na stronie i poprosili jedną z naszych, która mieszka też 25km od schroniska, w tym samym mieście, żeby zajrzała pod ten adres...

W tak zwanym międzyczasie, między ogłoszeniem a odwiedzinami napisał ktoś, że kojarzy tego psa, że chyba zna właścicieli, że tacy są... niemili... i kilka informacji tam jeszcze było, że ta nasza się nawet trochę zlękła na samą myśl, że tam pojedzie z wieściami o psie. Nasi mieli różne scenariusze - a to, że psiaka specjalnie się ktoś pozbył kilkanaście kilometrów od domu; a to, że nie będą go chcieli z powrotem; a to, że różnie w ogóle może być... Trzeba było się na wszystko przygotować, ale na to, co się stało, nie sposób było nijak i tego scenariusza nie przewidzieli...

Nasza się zebrała w sobie i pojechała... Poszła pod drzwi, zapukała... Otworzył pan. Właściwie można go nazywać bardzo-duży-pan. Wysoki (a że ta nasza niebardzo odrosła od ziemi, to wogóle to był dla niej bardzo-bardzo-duży-pan...) i dość szeroki, ale to też z racji wzrostu... I zapytał się dość grubym głosem "O CO CHODZI??" ...o psa... "NO SŁUCHAM??" ...ma pan psa?... "TAK, ALE się zgubił, właśnie ogłaszam...". No to nasza mówi, że pies się odnalazł i.... nie dokończyła...

Bardzo-duży-pan się rzucił na tą naszą niewysoką! ...do ściskania się rzucił... a kiedy się oderwał, okazało się, że oczy ma mokre, policzki czerwone i mówi, że życie ma uratowane, że jego pieseczek, że tyle się naszukał... CHLIP... Nasza zdjęcie pokazała, czy to na pewno ten pies...?


No tak! I pan znów przytulać zaczął i krzyczeć, że jego Kajtuś, że przecież on 10-letni, że to cały świat jego jest, że w lesie byli i pies się zapodział... Ta nasza już też poczuła, że zaraz się rozklei z tego wszystkiego, chyba tylko szok jej na to nie pozwalał! Takiego czegoś nie przewidzieli! Szybko wytłumaczyła, gdzie trzeba jechać, co trzeba mieć ze sobą...

...i dalej się działo w schronisku. Pan przyjechał, porozmawiał w biurze i kiedy wszystko było załatwione, poszli po psa na wiaty... I tym razem z kolei ta nasza biurowa o mało co się nie rozbeczała, bo ten bardzo-duży-pan wynosił swojego Kajtka na rękach, a łzy jak grochy po polikach mu ciekły...

...i nie mogłoby tak być z każdym znalezionym gdzieś przy drodze zwierzem...?

-------------

Uffff, i tak doszliśmy do wtorku! Czyli do wczoraj, bo to noc już. Wczoraj to się dopieeeero dziaaało! Miałem operację! Poważną bardzo! Ale po kolei...

Najpierw to się wybrałem do miasta ohohoooo jak daleko od naszego schroniska! O, tutaj robimy sobie słitfocię w samochodzie:


...jak dojechaliśmy na miejsce, zażądałem chwili relaksu... Należał mi się przecież po długiej podróży:


...a potem przyszedł ktoś i mi poczarował, poczarował, zrobił KUJ i jakoś potem zupełnie przypadkiem zrobiło się seeennnieeeee........


...potem było długo, długo nic, ale słyszałem po wszystkim, że naprawiali mi uszy. Nie wiem, czy będę słyszał, ale głównie chodziło o to, że mam cośtam w środku skostniałe i coś się przytyka, i coś się tam dzieje takiego, że bakterie założyły w moich uszach całą kolonię i już nawet wynajdują koło i zaczynają toczyć wojny między plemionami... I dzięki tej operacji może wreszcie uda się wysiedlić te żyjątka raz na zawsze i będzie mi lżej o wiele!

W każdym razie, po dłuższym czasie wreszcie wylazłem... Przypominając bardziej lampę niż Bidka...


...łapki mi się trochę rozjeżdżały, ale jechałem z dwoma dwunożnymi, więc nie mieli problemu, żeby mnie wtarabanić do samochodu...


...uffff, męcząca to była przygoda... Wieczorem znów byłem na swoim posłanku, na kołderce, przy kaloryferku i kumplu-piesku pluszowym... i w abażurze...


---------------

A teraz, na zakończenie: PODZIĘKOWANIA.

DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM, którzy przyczynili się do tylu pozytywnych spraw w te kilka dni! Dziękuję Grupie Drewno i Galerii U Jadźki, gdzie odbyły się śpiewy, dziękuję ludziom, którzy przynieśli wszystkie dary... Dziękuję klubowi OneLove za organizację koncertu, dziękuję zespołom grającym i maaaaasie luuudzi, którzy przyłożyli się do wyników zbiórki! Dziękuję wszystkim, którzy budowali z Falubazem budki dla sierściuchów... Dziękuję właścicielowi Kajtka za pokazanie, że miłości do zwierzaka nie należy się wstydzić w żadnej sytuacji! Dziękuję panu psiowetowi, który naprawił moje uszka i naszym, którzy mnie zawieźli tyle kilometrów!

I wiecie, co jeszcze...? Ja mam opiekunów wirtualnych... Dużo ich mam, bo są nimi uczniowie z klasy 5 ze szkoły podstawowej w naszym mieście... I wiecie co... Oni jak się dowiedzieli, że muszę mieć operację, to uzbierali specjalnie dla mnie baaaaardzo dużo złotówek.... Uzbierali tyle, że właściwie starczyło prawie całkiem na opłacenie jej, a to naprawdę było baaaaaardzo drogie! Takie złote dzieciaki... Wzruszyć się tylko... chlip... Ogromniaście jestem wdzięczny, że pomyśleli tak o mnie...

DZIĘKUJĘ!

Wasz Bidek, Jego Łyse Uszy i... Klosz...


niedziela, 4 października 2015

Idą przymrozki, a nie wszyscy mają cieplejsze okrycia

Dreptam sobie dziarsko i pewnie do biura, żeby się zabrać za pisanie, bo przecież jutro wszyscy będą zaglądać, mijam na placu stróża, który idzie na obchód, mówi mi "Dobry wieczór, Tysiak, jak się masz", ja mu odszczekuję, że dobry, że gwieździste niebo dziś mamy, oglądam się jeszcze za siebie, patrzę, czy stróż już zniknął za wiatami... zniknął, to ja HYC, do biura! Wskakuję z gracją trzy stopnie i...

- CHRRRRRRR mmmmśmietniczku otwórz się, pokaż co masz tam... CHRRRRR.... mmmmooooo papierek, a cóż to w papierku... ćlamćlamćlamćlam... 

Myślałem, że ze schodów spadnę! Co to za bestia charczy! Pożre mnie niechybnie! I stałem tak z wielkimi ślipiami usiłując dojrzeć jaskinię jakąś, ale na szczęście Dżokej pojawił się w drzwiach kuchni.

- Wchodź, wchooodź, Tysiak, to Bidek tak chrapie...

- CHRRRRR.... mmmmaaaa cóż to za woreczek w rogu stoi... CHRRRRR....

- ...Bidek zamieszkał w biurze, jest całkiem w porządku...

- CHRRRR.... mmmmm karma... bezpańska zupełnie... ćlamćlamćlamćlam...

- ...pół dnia spędza na sprawdzaniu, co się w biurze da zjeść, nasi co jakiś czas wyciągają listę i sprawdzają, czy zszywacz, dziurkacz, notatka ważna, ołówek, taśma klejąca jest  dalej na miejscu, czy już może rozćlamkana gdzieś leży. Ostatnio pół worka kociej karmy zniknęło w jego żołądku, a jak go nakryli, on tylko zrobił to, na co zawsze się nabierają - uruchomił ogon, wywalił jęzor, oczy nabłyszczył i wziął ich na "och, człowieki, jesteście taaakie szuper i ja was kocham, i uwielbiam miłościom niemierzalnom!".... Bidek jest zupełnie niegroźny, zobacz, leży tutaj:


- O Bidku pisała Sonia TUTAJ. Był już raz adoptowany, ale cóż... już bez komentarza... Czeka labciowaty chłopak. Może w biurze mu się poszczęści, ktoś go zauważy...

Przejdę jednak do pisania, bo czas leci!

Tak już się ten świat stworzył, że każdy jest inny. U czworonogów, zwłaszcza psich, to już wogóle takie urozmaicenie jest, że czasami jak się naszym wydaje, że już widzieli wszystkie rodzaje, to znów trafia się takie cudo, że w życiu nikt by sam nie wymyślił! Dzisiaj nie będę jednak opisywać tych najbardziej wymieszanych mieszańców (chociaż temat to godny rozważenia!), napiszę za to o tych egzemplarzach, którym wyrasta dość cienkie ubranko... A już powoli zbliżają się przymrozki i zadki będą się częściej grzały w budach zakopane w sianko... Mogłyby w domach jednak...

Mamy dużo takich krótkosierściastych, ale noc jednak ma określoną ilość godzin, nie mogę tak o każdym napisać, więc kilka przedstawicieli:

Pierwszeństwo ma psiolaska Eris. Nieduża, tak śmiesznie umaszczona, jakby była brązowa, ale ktoś chciał ją przemalować na czarno, ale wyszło mu to niedokładnie.


Eris koczowała na działkach z małymi erisiątkami. Cała gromadka trafiła do nas. Ależ śmieszne były te maluchy - jeden z dłuższymi kudełkami, drugi z białym czółkiem, trzeci brązowy, czwarty czarny, a rozrabiaaałyyy tak, że strach! Się zastanawiałem, skąd Eris tyle cierpliwości bierze... Erisiątka się rozjechały do domów, Eris została i czeka. Czeka razem z Guciem drzemiąc sobie od czasu do czasu:


Ta psica uwielbia ludzi, spacery, szaleństwa, las, skakanie, bieganie, wszystko uwielbia i pokazuje to, jak tylko ma szansę! Ludziom pcha się na kolana, na ręce kiedy tylko może, baardzo chętnie by się do nich przykleiła na zawsze... Tylko kiedy będzie miała szansę przytulać się częściej niż tylko na spacerach z wolontariuszami albo podczas sprzątania kojca, kiedy pracownicy mają małą chwilkę, żeby pogłaskać psiaki grzbietach...? Szukasz niedużej, zwariowanej, superpozytywynej psiolaski, lubiących młodszych i starszych, mniejszych i większych dwunożnych, która pokocha tak, że będzie można w tej psiej miłości pływać? Poznaj Eris, daj szansę, należy jej się to.

Kolejna psiolaska, ale ma imię na G, a G jest po E, więc jest druga - Garga. Garga jest psem w typie, czyli głównie ma w sobie mieszankę rasową. Nie wiadomo, czy jest tam jeszcze mieszanka jakiegoś innego rasowca czy też najzwyklejszego kundelka (chociaż wiadomo, że kundelki NIE SĄ zwykłe). Wracając do Gargi, bo się rozgadałem... Garga jest w typie posokowca bawarskiego.


Jest częściowym przeciwieństwem Eris. Częściowym, bo jeśli chodzi o miłość do ludzi, uwielbia wszystkich bez wyjątku, ani wiek się nie liczy, ani płeć, najważniejsze, że można się przytulić. Bo Garga bardzo chętnie korzysta, kiedy ktoś chce ją pogłaskać, chociaż ona nie z tych, co by się wciskać na siłę, nasi mówią, że nie jest malona... yyy... naloma... eee... namolna! O, tak to było. Psiolaska jest więc dla każdego, kto jednak nie zapomni, że posokowce są psami myśliwskimi, więc w lesie mogą ogłuchnąć nagle i poleeecieeeeć za własnym nosem. Trzeba ją solidnie przyzwyczaić do przychodzenia przed puszczaniem samopas. Adoptując Gargę zyska się oddaną i zakochaną w ludziach psiolaskę, z głową przyprószoną siwizną, ale za to jaką ładną...

Pora na psiego faceta - przed Wami Sorto.


Czarrrrny jest i nieduży, i ma śmieszne uszy, i krzywe łapki. Jest do tego energiczny i pocieszny, jak Eris! Tylko nie ładuje się tak na kolana, ciągle mu szaleństwa mało i na spacerach woli energię rozładowywać. Za to w kojcu, jak ktoś przechodzi, to zaraz na budę wskakuje i zaciesza, żeby tylko ktoś wszedł i podrapał za uchem. Szybko się też uczy, więc jak trzeba "siad" zrobić, czy łapę podać, to umie, taki pojętny jest! Do tego wolontariusze zauważyli, że jak coś wyniucha interesującego, to też by pooszeeeedł koniecznie sprawdzać, co jest na drugim końcu ścieżki zapachowej. Sorto byłby idealny do niedużego mieszkanka, ale pod warunkiem, że w tym mieszkanku mieszka ktoś, kto lubi długaśne spacery, bo w tych małych łapkach drzemie niezła wytrzymałość. Albo do domku z ogródkiem, gdzie mógłby szaleć między spacerami. No i komu zapakować Sorta w szelki? Kto z nim pójdzie w dal z metą we własnym domu?

A teraz zagadka:
Futra wcale mało nie ma
Ale zadek lubi grzać
W lecie nawet pieca trzeba
Żeby sobie smacznie spał

Kto zgadł? Oczywiście, że chodzi o sierściucha! Słyszałem opowieści, że kaloryfer może być tak rozgrzany, że dotknąć go nie idzie, a czasami ledwo można stać blisko, taki ukrop z niego bije, a kicur leeeży sobie na nim w pozycji "na bochenka" i piętki odparza. Jakieś zepsute mają mruczki termostaty może, jakaś wada genetyczna, czy co...

Szczególnie grzać się lubi Kaszmir.


Ulubiona miejscówka Kaszmira to parapet, zwłaszcza, kiedy słońce tam przysmaża. Nie jest to jednak dla niego pełnia szczęścia, bo jednak od czasu do czasu kota wypada przegłaskać od prawa do lewa albo od lewa do prawa, zależy, w którą stronę kłaczki rosną. I dopiero, kiedy słońce przygrzewa grzbiecik, kaloryfer grzeje w parapet, który grzeje w piętki, a ręka jakaś mizia pod brodą czy w kuperek, na przedogoniu, to dopiero Kaszmir może zamruczeć kocurzaście!

Nie ma co ściemniać. Jesień idzie. Znaczy przyszła. Noce jeszcze niektóre ciepłe, ale tutaj też PsiAmeryki nie odkryję, jeśli napiszę, że niebawem skończy się sielanka, na wiatach psy mocniej zadki zwiną, bardziej łapeczki podkurczą, solidniej się w słomę zakopią. Niektóre tylko do spacerów wychodzić będą, a poza tym jednym okiem tylko łypną. Koty też bardziej się będą w ogon zawijać, chociaż one akurat wszystkie mają miejscówki ogrzewane. Wieczorami będą marzyć o ciepłych domach, nocami będą śnić o własnych posłankach w tych domach... A rano budzić się będą, nosy powychylają, wciągną zimne powietrze... Znów ten sam ziąb ich powita...

No to uwaga - APEL:
Rozgrzej zwierzaka w swoim domu, rozgrzej dom zwierzakiem!
Dziękuję, koniec. Ale jakże treściwie!

Wasz Tyś.

środa, 23 września 2015

Ach, te fotografy! Muszą pstrykać, kiedy nie trzeba!

Pstrykają i tylko czekają na takie momenty! A potem pokazują jeden drugiemu, chichrają się przy monitorach, tylko ubaw mają... Litościwie potem nie udostępniają tych zdjęć, chociaż nie każdy ma to szczęście...

Mnie też pstryknęli jak akurat przygryzłem sobie fafel!


I cały romantyzm poszedł się... ganiać... Mogli powiedzieć, widocznie nie poczułem, ale nie, po co! Mają szczęście, że zrobili też inne i na nich wyglądam zdecydowanie lepiej, o:


Bidek też miał sesję. I taaak, zgadliście, akurat mlaskał, czy ziewał, czy też jednocześnie łbem ruszył i o...


A tak naprawdę Bidek jest całkiem przystojny, o:


Całkiem przystojny kawał prawie-labradora i ciągle czeka na dobry dom... Na dobry, bo już jeden kiepski się po niego zgłosił, tylko dobrze się krył za zapewnieniami, że Bidek będzie miał dobrze. Przywieźli Bidka do domu, weszli do mieszkania i stwierdzili, że Bidek jednak jest za stary, łapy mu się trzęsą... Psisko wróciło do schroniska chyba jeszcze zanim zdążył łapą dotknąć posłanka... A to przecież taki dobry pies! Charakter ma taki labciowaty i wygląd właściwie też! Że starszy już jest... i co z tego? Zostało mu jeszcze kilka lat maszerowania po świecie i dlaczego takie marsze mają się kończyć w schronisku? Ech... Ucha mu też ciągle dokuczają, ale może w domu udałoby się je doprowadzić do porządku, bo u nas to i stres, i przewieje częściej, to jak tu uszy wyleczyć...

Mam też kocie przykłady! Na przykład kocur Gustaw. U nas nazywany Guciem. Patrzcie, jaki dostojny, jaki kocurowaty, taki w szerz i biały, i w ogóle… Takiego to widzę, jak leży na kolanach u jakiegoś mafioza!


A patrzcie, jakie zdjęcie mu ta nasza fotografka machnęła!



No wiecie! I zamiast skasować, żeby nie psuć reputacji kicurowi, to pokazuje wszystkim… Dobrze, że Gucio nie z tych przejmujących się. Tak przy okazji - jego historia wcale nie jest tak przyjemna, jak sam sierściuch. To już drugie odwiedziny Gustawa u nas i tym razem na pewno do właścicielki nie wróci… Jak trafił za pierwszym razem, to był chuudyyy, choooryyy, żal patrzeć! Nasi zaczęli od razu leczyć, a jak znalazła się właścicielka, to obiecała kouty… kotyn… k o n t y n u o w a ć  terapię. Nasi nawet sprawdzali i dobrze wszystko szło! Aż pewnego dnia trafił do nas chuuudyyy, choooryyy biały kot… Gustaw! Z uszami tak zaświerzbionymi, że od samego patrzenia nasi się bali, że się zarażą! Ale wiadomo, zaraz rękawiczki na łapki pozakładali i leczyć zaczęli od nowa. Właścicielka się będzie długo tłumaczyć… Gucio jest super kocurem, jak słyszę od naszych, taki nakolannikowy, mruczasty i ogólnie do kochania! Mógłby wymaszerować do domu, ale prawo mamy takie, że tylko na razie na umowę tymczasową, a dopiero jak się pozbawi właścicielkę właścicielstwa, może już być umowa stała.

Wracając do psów, to mam jeszcze tutaj do pokazania Twixa. Psiak to śmieszny jest tak ogólnie, bo miny potrafi robić nieziemskie i tak poza tym jest też super pocieszny, ale fotę mu zrobili taką…


No widzicie? Jak jakiś dwułapy, płaski zwierz z ogonem wyrastającym z głowy! I ta łapka na bok… Padłem, jak zobaczyłem! A potrafi się zupełnie normalnie prezentować, o:


Twix też szczęścia nie ma jakoś. Raz był adoptowany, ale okazało się, że może to psiak nieduży, ale ma siły za trzech! I starsza pani sobie nie mogła dać rady z psiurem, który po miesiącach schroniskowych chciał się wyszaleć na spacerach. To normalne, że nawet staruszki ciągną przez pierwsze tygodnie w nowych domach, bo są przyzwyczajone, że przecież następny spacer za kilka dni! Dopiero, kiedy zrozumieją, że spacerki są regularne, trzy albo i więcej, to się uspokajają i maszerują już spokojniej, dokładnie i niespiesznie penetrując okolice. Poszła też plotka, że Twix nie lubi samotności i dość głośno dopomina się o towarzystwo, kiedy zostanie sam… Da się nad tym pracować, a Twix niegłupi jest, ale to trzeba chcieć i się nie bać…

Ostatniego na dziś zaprezentuję Kolika! Kolik to owczarkowate psisko, inteligentne i mądre, patrzcie, jaki super owczar!


…chociaż jak się spojrzy na to zdjęcie…


….troszkę tej kolikowej inteligencji ubywa… A może i nawąchał się jakiegoś majeranku czy kocimiętki przed sesją, ja nie wiem, nie wnikam! Słyszałem, że wolontariusze go chwalą, że taki spokojny i zwór... zór... z r ó w n o w a ż o n y  jest, że grzeczny na spacerach i w ogóle jak ktoś chce mieć takiego owczara-przyjaciela do połażenia po lesie, to Kolik w sam raz! I też niewidzialny, jak masa spokojnych owczarów, które u nas mieszkają...

Może i nie powinienem pokazywać tych zdjęć, ale jak to ma sprawić, że ktoś stwierdzi "HA! Jaki śmieszny zwierz! Adoptuję go, nie będzie mi smutno!", to właśnie, że będę publikować!

Tak czy siak dziękuję wszystkim, którzy poświęcają czas, aparaty i SIĘ, żeby nas focić, przecież gdyby nie wszystkie te osoby, to byśmy nie mogli się reklamować w tym całym internecie i nasze podobizny nie wisiałyby w sklepach, na słupach, przystankach i gdzie się da... A to wszystko przecież zwiększa nasze szanse na adopcje! I co rusz któryś zwierz ma robioną sesję, czy po przyjęciu zaraz, czy później, do akut... krua... a k t u a l i z a c j i... Niełatwe to jest, bo jeden łbem ruszy, drugi tylko tyłem na ochotę stać, ale nasi wiedzą, że warto i cierpliwi są... Albo bywa, że same takie śmieszne miny wychodzą, ale tak czy siak wdzięczni jesteśmy za cały ten trud Wasz! A że czasem ufajdamy to czarne kółko z szybką w środku... Oj tam, oj tam... Pomruczycie coś pod nosem, co ciężko zrozumieć, ale i tak robicie swoją robotę, DOBRĄ! Dziękujemy!

środa, 11 marca 2015

O właścicielach, którzy tak lekko mówią "już go nie chcę, niech wraca do was"...

Wciąż jeszcze są ludzie, dla których własny podpis nic nie znaczy. No tak! Bo przecież podpisują się pod umową adopcyjną, a potem się okazuje, że to było dla nich ot takie nabazgrolenie... Chyba nie zdają sobie sprawy z tego, ile dla zwierzaka znaczy wymaszerowanie z zimnego kojca do domu. Ile znaczy dla niego to, że ktoś go zechciał, że nie jest taki nijaki, że jednak się wyróżnia, że jednak ktoś go jest gotów pokochać i on wreszcie też pokocha tych jedynych na świecie ludzi!

Kiedy futrzak wraca znów za bramę schroniska, znów do tego samego kojca, mając w pamięci ciepły dom, posłanie, spacer i powrót... Jego serce rozpada się na miliard kawałków i każdy, kto koło niego przechodzi, jest tak samo popękany w środku...

Wiem, o czym piszę. Ostatnio było kilka takich pięknych rozstań i koszmarnych powrotów. Już ja bym zatopiła zęby w tych właścicielach! A sięgnę paszczą wysoko!

Sabcia przeżyła taki powrót. To było nawet szybkie...


Nieduża suczka, niemała, taka akurat. Jej poprzedni właściciel zmarł, dlatego psina do nas trafiła... Pocieszna, miła, przyjazna, ludzi lubi, czego chcieć więcej?? Na smyczy może nie chodziła idealnie, ale jak nikt jej wcześniej nie uczył, to skąd miała wiedzieć? Szybko to nadrabiała, u nas przecież spacer to stały element schroniskowego życia!

Sabcia została adoptowana, miała mieszkać przy domu, w kojcu, ale jednak "u siebie", to najważniejsze... Nasi trąbią przy podpisywaniu umowy, że psiak się musi przyzwyczaić, że na początku może nie być łatwo... cóż... i tutaj się okazało, że Sabcia ma zapędy kocie - przełazi przez płot kojca. Nie ma na to rady? Oczywiście, że jest! Można dach w kojcu zamontować, to i od słońca ochroni, od deszczu, a może być nawet z siatki, byle, żeby pies nie przełaził.

Tylko, że to trzeba chcieć... A nowa-sabciowa pani nie chciała... Ona psa oddaje i koniec. Bo przełazi przez płot, bo pani nie będzie z tym nic robić, bo nie. No przecież miał być pies niepotrafiący chodzic po siatce! A trafił się jednak zbyt zwinny!

Sabcia wróciła... Czeka dalej...


Bidek też niedawno miał taką przykrą przygodę... Labrador w kolorze biszkopta, ostatnio ich u nas sporo. Ośmioletni, zaniedbany się kręcił po mieście. 


To taki pies, o którym mówią, że jest "dobry". Poczciwy, kochany, grzeczny. Takiego wyjątkowo szkoda, kiedy siedzi za kratami. 

Zgłosili się państwo, którzy zechcieli go adoptować. Wspaniale! Mieli powiedziane, że to nie jest już młody pies, że problemy zdrowotne mogą się pojawić, wiadomo, nikt młodszy się nie robi! Tak czy siak się zdecydowali, Bidek wyjechał...

Później telefon... "Bo weterynarz powiedział, że on już nie jest młody, że zdrowie może szwankować, a poza tym jak wchodził po schodach do mieszkania, to zaczęły mu się łapy trząść!"... 

"Bo przecież jakby adoptować dziecko i ono okazałoby się chore, niepełnosprawie, to co, też człowiek jest na nie skazany??"...

"Bo my chcieliśmy tylko tego psa na próbę, ale że nie dajecie na próbę, to stwierdziliśmy, że a-co-tam, i tak weźmiemy, a potem najwyżej oddamy, to oddajemy!"...

...jak to usłyszeliśmy wszyscy, to tylko nam szczęki opadły do samej podłogi...

Bidek wrócił, czeka dalej...


Jeszcze jedną mam historię. Dotyczy Hupcia, też labradora, też biszkoptowego, ale jego przygoda była zupełnie inna! Chociaż skończyła się tak samo...



Pewnego dnia do schroniska przyszła para. Hupcio im się spodobał, zabrali na spacer, wszystko super! No to psiekstra, bo przecież ten psiur siedział już trochę w schronisku, a labradory wychodzą dość szybko... Ten jednak miał energii za pięciu i się chyba ludzie obawiali. Para jednak zdecydowała, że właśnie tego chcą i z nim wyjeżdżają.

Jeśli myślicie, że jednak im rozniósł dom albo uciekał, to jesteście w błędzie. Hupcio po adopcji, w domu, stał się leniwym kanapowcem! Na dworze owszem, szalał, ale w domu zachować się umiał. 

Co się więc takiego stało? Trochę to pogmatwane, ale się jakoś postaram po kolei... Para się rozstała. Smutna rzecz... Wcześniej mieszkali oboje u niej, więc on się musiał wyprowadzić. Sam nie miał warunków na psa, więc Hupcio miał zostać u niej, problem jednak był taki, że jej właściwie na psie nie zależało... Tak to jakoś rozwiązali, że umowa została przepisana na niego, psiak miał póki co mieszkać u niej, ale on miał przychodzić i go wyprowadzać. Po jakimś czasie jednak on zrozumiał, że pies w tym domu wcale tak dobrze nie ma... Nie był bity, nic takiego! Jedzenie miał, posłanie miał. Tylko co to za życie, kiedy wyraźnie było czuć, że on tam jest może wśród ludzi, ale zupełnie sam...

Nie było innego rozwiązania... Hupcio wrócił i czeka...


Tak to się czasami dzieje... Dla człowieka to takie proste - nie sprawdziła się - oddaję. Nie jest taki młody, chociaż o tym wiedzieliśmy, ale co tam - oddamy. Chłopak, o którym pisałam w hubciowej historii nie był zły. Chciał się zajmować psem, nie jego wina, że tam, gdzie pies mieszkał, nie chciano go pokochać...

Tylko psiaki nie pojmują, dlaczego pięknie rozpoczęta przygoda miała tak smutny koniec... Ich serca rozpadają się na miliard kawałków... Pracownicy i wolontariusze stają na głowie, żeby je posklejać na nowo, żeby szybko wymiotły z siebie wspomnienia o tamtych ludziach. To dwunożni nie byli ich warci, nie odwrotnie. To ludzie nie zasługiwali na tych czworonożnych przyjaciół...

Jeszcze się odnajdą ci najwspanialsi dwunożni z naszymi zwierzakami... Jeszcze zapomną o tym wszystkim...

Już niedługo... Na pewno...