Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spajdi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spajdi. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 sierpnia 2014

Duże posłanko też można kupić, położyć w domu, a na nim psa

- Ale miałam sen! Śnił mi się niedźwiedź!

- ale jak to niedźwiedź? Nie szczekałaś przez sen, łapki też ci się nie ruszały, to chyba nie było strasznie?

- nie było! Mieliśmy całkiem fajną pogawędkę!

- ale z niedźwiedziem???

- oj... taki nie całkiem niedźwiedź. Kiedyś był u nas w schronisku. Pisałam o nim. Przybył do nas mamrocząc o jakichś białych myszkach i różowych jednorożcach. Właściciel go tak załatwił, żeby nie wiedział, jak do domu wrócić.

- Maaszeek! Faktycznie niedźwiedź... Nie wszyscy chcieli z nim wychodzić, a przecież był łagodny. Tylko taki posturzasty był i jak wskakiwał na budę i patrzył z góry... noo, można było mieć gęsią skórkę!

- No właśnie! I śniło mi się....





- noo i wtedy opowiedziałam mu o Alexie. Trafił do nas po kilku latach pilnowania firmy. Firma się zamknęła, ale nikt nie pomyślał, żeby przygarnąć psa... Piękny, długowłosy owczarek...


Ten łysy placek na grzbiecie to długo nieleczone zapalenie skóry. Nie widać, ale takie placki ma też na brzuchu i łapach... U nas psisko dojdzie do siebie, ale czy znajdzie się ktoś, kto stróża na emeryturze przygarnie? Kto mu ciepłe posłanie zapewni w domu?

A Gogol?


Nie da się nikogo oszukać, że jest młody. Futerko ma, jakie ma... Mały nie jest, ale i serce ma ogromne i na ludzi patrzy się wielkimi, mądrymi, psiskowymi oczami! Nie wiem, czy wie, co to jest miękki kocyk we własnym domu, ale przecież co szkodzi, żeby poznał? Psy naprawdę mają funkcję przystosowywania się do nowych warunków!

Jeszcze jest Krati. Co mam napisać o największym w schronisku psie, żeby ktoś zechciał mu kupić największe dostępne na rynku posłanko? Nie do schroniska, ale żeby leżało gdzieś w domu, a na nim nasz szorstkowłosy, długołapy wielkopies...


Krati został znaleziony w studni. Przyjechał do nas jeszcze na lekach, musiał przecież najpierw odwiedzić weterynarza. Łapy mu się plątały i człapał śmiesznie, powoli, ospale... Kiedy doszedł do siebie okazało się, że jest takim poczciwym, spokojnym olbrzymopsem! Wędruje po lesie powoli, dostojnie, spokojnie, łapa za łapą. Po wypadku niestety jeszcze kuleje. I niektórzy nie muszą się schylać, żeby go pogłaskać!

- he he, za to po podrapaniu ciebie po grzbiecie, można się już nie wyprostować, po takim pełnym skłonie!

- Dobra dobra! Ty może jesteś wielki, ale i tak każdy się musi kłaniać, żeby ciebie dotknąć! Mało kto cię ogląda w innej formie niż leżącej!

Ale no właśnie... Hedar...

- co ja??

- Hedziu, o Tobie też trzeba napisać! Należy Ci się wielkie posłanie w ciepłym domu, bez schodów.


Tak wygląda Hedar, kiedy stoi, rzadki widok!

- Bardzo śmieszne... Kilka wypadków miałem, wiesz przecież... Mam uraz nadgarstka i niełatwo mi się chodzi. Nie byłbym problemem w domu... Nie jestem absorbujący... Właściwie nie muszę mieć nawet dużego kocyka, ja się kładę na każdym!

- Oczywiście, masz rację!

Poopowiadałam Maszkowi o psach, którym należy się ciepły kąt. Nie mówimy, że mieszkanie w kojcu jest całkiem złe, przecież jak mogą się porządnie wybiegać, wygłaskać i wymiziać przez cały dzień, to super... Duży pies nie oznacza jednak zawsze "dobry tylko do kojca, do stróżowania".



...i sen się skończył... Zwierzaki jednak dalej będą śnić. O ciepłym posłanku, o głaskających je rękach, o spacerach u boku tych jedynych ludzi, którzy nigdy ich nie opuszczą...

środa, 11 czerwca 2014

Historia jak warkoczyk przeplatana


Taaaaka historia, a ja nic! Aż wstyd, że tak nic nie pisałam o tym! Przypomniało mi się, kiedy takie ulewy były. Oglądałam sobie przez okno jak leje i aż Hedara wołałam (ale ten leń się nie chciał ruszyć), bo Moskwa siedziała na deszczu i ani myślała schować się pod dach! Lubi i koniec...

I zaczęłam opowiadać od końca... Jeden początek historii taki był:

Daaaawno daaaawno teeeemuuu... Do Schroniska trafiły dwa psy. Nic nadzwyczajnego... Jeden prawie cały czarny, druga (bo to suczka) biało-łaciato-piegowata. Po pewnym czasie zamieszkały razem a po kilku latach dostały apartament za biurem. Tam jest kilka bud i wybieg i wieczorami można z sarnami pogadać, bo przychodzą pod samo ogrodzenie.

I teraz drugi początek tej historyjki:

Pewneeegoo dniaaa na jednej z ulic leżał sobie niedźwiedź. Znaczy psisko wielkie. Kiedy go przywieźli to bełkotał coś o białych myszkach i kolorowych mazgołkach... Chyba go tak urządził jego były "właściciel". Na trzeźwo by pewnie szukał, biegał, jeszcze nie daj Dogu - znalazłby swojego "opiekuna", a tak... No i trafił ten misiopies do nas. Dostał imię Maszek.


Wielki, poważny, stateczny... chociaż dla wybranych pocieszny, malutki szczeniaczek uwielbiający drapanko pod lewą pachą! No i stało się tak, że Maszek spodobał się pewnemu Państwu, którzy szukali dla siebie takiego szczeniaczko-niedźwiadka i nasz misiopies pojechał do domu. Do dyspozycji ma mieszkanko, ogród i wycieczki, bo właściciel Maszka pracuje w lesie.

Lećmy z historyjką dalej... Teraz znów z innej strony:

Całkiem niedawno przyszła taka pani, która rozumie psią i kocią mowę (serio! muszę uważać co ja przy niej szczekam...). Się nazywa taka osoba zoopsiokocipsycholog... tak, chyba tak... No w każdym razie ta psiokociopsycholożka zapowiedziała, że zabiera łaciato-piegowatą suczkę na małą wycieczkę, ma plan... Patrzyłam przez okno jak Spajdi (bo o niej mowa) jedzie na randkę życia...

(to zalotne spojrzenie, prawda?)

Miło się patrzyło na Spajdi, ale... jej kolega z sąsiedniej budy miał minę nietęgą. Przecież zawsze wychodzili razem! I on wtedy stał przy furtce taki gotów do wycieczki! "Przecież ja też mogę na wycieczkę jechać, ja też! umiem się zachować!"... 


Jak wyjechali, to mu przez okno krzyknęłam na pocieszenie, że Spajdi żadnego przyzwoity nie potrzebuje, że ja też przecież nie jadę... Jakoś może zrozumiał....

Po jakimś czasie panna z randki wróciła. Poczekałam, aż Arni zaśnie, i polazłam się dopytać jak tam... Spajdi cała w skowronkach! Że taki szarmancki kawaler, że stateczny, że ma własny dom z ogrodem, że się uzupełniają, bo ona szalona, a on właśnie taki niby poważny, ale widziała te iskierki w oczach.... A na imię mu... Maszek!

Nie minęło dni kilka, a w drzwiach biura stanęła Maszkowa Pani i powiedziała zdanie, które zaaawsze jakoś oczy zwilża: "Dzień Dobry, ja po Spajdi". Imię może być dowolne i słowa mogą być inne. Sensu jednak nie można nie zrozumieć! Wielki to dzień był, ta łaciato-piegowata suczka siedziała w Schronisku dobre kilka lat! Nie poszłam tam jednak... mimo całej mojej Bulbowatości i warczenia spod ławy i darcia się z drugiej strony szatni, nie byłam w stanie patrzeć na Arniego... Potem w biurze była z jednej strony radość wielka, bo Spajdi nie mogła lepiej trafić, ale z drugiej strony każdy wiedział, że Arni... jak zobaczył co się dzieje, to aż usiadł i łapy mu się wyprostować nie chciały... Poczołgał się jakoś do budy, ale nie wyszedł z niej przez najbliższe kilka dni... Nie wiem czy w całym Schronisku znalazłby się smutniejszy pies, nie wiem czy w całym mieście ktokolwiek był bardziej samotny niż Staruszek Arni...

"Nasi" jednak natychmiast zaczęli szukać jakiejś spokojnej suczki dla niego. Znalazła się idealna. Co prawda o głowę wyższa i dużo młodsza, ale za to pozytywnie postrzelona! Nooo i w takiej mordce nie można się nie zakochać...


Dzięki Moskwie (bo to jej paszczo-nochalo-jęzor na zdjęciu), Arni znów znalazł powody do radości, nawet za piłką biega, chociaż stawy mu skrzypią aż w biurze słychać! Powiedzcie jednak takiemu podrygującemu Staruszkowi uśmiechniętemu od ucha do ucha "nie biegaj, nie wypada, spocisz się!". No właśnie... Tak się na razie kończy historia Arniego, przy Moskwie. Mamy jednak nadzieję, że to nie jest jego ostatni rozdział...

Maszek i Spajdi natomiast...


Niech spacerują długo i szczęśliwie!

niedziela, 2 lutego 2014

KTO UMIE LATAĆ



- Tyson, kto umie latać?
- Mucha.
- Kto jeszcze?
- … Druga mucha.
- No dobra, ale poza nimi?
- Trzec…
- Tyson!!
Spuścił łeb i gapił się na mnie ciężkim wzrokiem.
- A ty co się znowu do mnie przyczepiłaś? – warknął ponuro. – Znów się będziesz chwalić, jaka to ty jesteś oblatana, a jaki ja jestem ciemny amstaf z kojca?
- To wcale nie tak, Tyson. Wiesz doskonale. Po prostu sądzę, że trochę nowej wiedzy ci się przyda. Jak każdemu. Uczyć się, Tyson, uczyć się!...
Westchnął, rozpłaszczył się na podłodze, przednie łapy wyciągnął, łeb położył między nimi i zamknął ślepia.
- Dobra, chwal się… - mruknął cierpiętniczym głosem.
- No więc lata nietoperz. Wiesz, co to?
- Pewnie, przecież tu też latają. To taka skrzydlata mysza z wielkimi uszami, nie?
- Nooo… z grubsza. Poza tym wiewiórki polatuchy. W naszym lesie ich nie ma. I żaby latające. Ich też pewnie nigdy w życiu nie zobaczysz. Dalej – lotopałanki…
- Co to?
- Co?... No, właściwie nie wiem… Widzisz? Też czegoś nie wiem!... Ale wiem, że latają. Z torbami.
Tyson otworzył ślepia i zmarszczył nos z namysłem.
- Bezogoniaści po schronisku też czasem latają z torbami. To oni?...
- Nie, gdzie tam! Oni w torbach różne dary dla nas przynoszą. Jak by latali z torbami, to by nie latali z darami. A te lotopałanki noszą w torbach swoje małe.
- Bezogoniaści czasem w torbach też małe szczeniaki i kociaki przynoszą. To oni?
- Nie! Żadni bezogoniaści! Mmmm… Zgubiłam wątek… Aha! No i ryby latają. Ptaszorowate. I ptaki, oczywiście.
- I psy – stwierdził Tyson z satysfakcją.  
- A tobie się mózg we łbie poluzował i lata! Gdzieś ty widział latającego psa?
- A tutaj, u nas! Latają takie różne… Majki. I im podobne.
- Ja to co innego. Ja jestem duch!... A o jakich innych szczekasz?
- Spajdi też lata. Nie wiesz?
- Skąd! Opowiadaj!

Spajdi przyszła do schroniska jako szczeniak. Teraz ma osiem lat i dalej tu siedzi. Nikt jej nie chce, chociaż taka śliczna. Nie ma szczęścia, suczka…
        
http://schronisko.avx.pl/akcja-sms/item/55-spajdi


Bezogoniaści nazwali ją Spajdi, bo podobnie się nazywał jakiś bezogoniasty-pająk. No a ona też, jak była młodsza, to wspinała się po ścianach kojca - z desek, z prętów, wszystko jedno. Wędrowała pod dach, a tam jest szpara, i tą szparą wydostawała się z kojca. Aż go w końcu musieli zabudować szczelnie, do samej góry. Wtedy się uspokoiła. Ale ostatnio robiła się coraz mniej ruchliwa i radosna. Tylko na wybiegu odżywała. I na spacerach. Stale brakowało jej ruchu, a to bardzo aktywna suczka… No to nasi pogłówkowali i przenieśli ją ze zwykłego kojca do tyłu, za budynek biurowy. Tam jest sporo odgrodzonego miejsca, taki podłużny placyk. Z jednej strony zamknięty budynkiem biurowym, z drugiej – wolierą dla kotów, z trzeciej – tą nową wiatą dla starych psów. A z czwartej jest ogrodzenie schroniska – siatkowy płot. Trochę tam starych palet leżało, zniszczone budy… Nasi to posprzątali, wstawili nowe budy i umieszczali tam psy, które potrzebowały spokoju albo więcej przestrzeni. Akurat żaden pies tam nie mieszkał, no więc wsadzili tam Spajdi, a do towarzystwa dali jej Arniego.
          
http://schronisko.avx.pl/akcja-sms/item/97-arni


Arni to również SMS, tak jak Spajdi, dorosły, ośmioletni, spokojny, też długoletni mieszkaniec schroniska. I też bez szczęścia do bezogoniastych… Pisaliśmy już o nim nie raz.
No i dwa psiaki sobie siedziały zgodnie, pogodnie, Spajdi była szczęśliwa, Arni zgodliwy i ślicznie. Ale Spajdi co jakiś czas siadała na zadzie i tęsknie popatrywała na las. Tak bliski i tak daleki – za siatką. Aż pewnego dnia przypomniała sobie to, co jej kiedyś nieźle wychodziło. Wzięła mały rozbieg i hyc – przefrunęła nad siatką. Arni kłapnął szczęką ze zdumienia i zaczął hałasować, bo suczka pognała przed siebie, jakby się paliło.
Szczekające psy w schronisku to rzecz tak samo niezwykła jak woda w rzece, więc żaden bezogoniasty nie zwrócił uwagi na alarm Arniego. Zorientowali się dopiero wtedy, gdy Spajdi znudziło się samodzielne zwiedzanie lasu. Podbiegła wtedy do bramy, siadła i ogłosiła, że kto ją złapie, tego dopuści do własnej miski – ale tylko raz! Ogłoszenie nie przeszło bez echa i nasi bezogoniaści, jak już trochę ochłonęli ze zdumienia, polecieli za nią. Przegnała ich ze dwa razy wokół schroniska, stwierdziła, że nie dogonią, więc pod bramą dała się złapać i odprowadzić do kojca. A tam, nie czekając, aż ją opieprzą, uchachana wlazła do budy uciąć sobie drzemkę.
Na drugi dzień jeden z naszych bezogoniastych szedł do pracy. Rano raniutko, ptaszki śpiewają na drzewach a Spajdi szczeka na dachu. Tej małej wiatki dla staruszków. Dobre dwa i pół metra nad ziemią! Bezogoniasty zaczął do niej przemawiać, tłumaczyć, żeby zeszła, Arni się włączył, psy z tej wiatki też… Rozwrzeszczało się towarzystwo, a bezogoniasty zaczął się rozglądać za drabiną, bo do bezskrzydłowych lotów na dach nie był wzwyczajony. Ostatecznie bezogoniasty to nie Spajdi. Jak już hałas się zrobił nie do wytrzymania, to Spajdi hops – i lotem ślizgowym przemieściła się między drzewa.
Kolejna gonitwa za latającym po lesie psem skończyła się tak, jak pierwsza.

            Mniej szczęścia w lataniu miał za to jeden łabędź. Pewien bezogoniasty znalazł go w swoim ogrodzie. Ptak był ranny. I syczał, jak się do niego podchodziło. Bezogoniasty porozmawiał z lokalnym zjawą, ale ten widocznie też nie lubił syków. No więc znalazca łabędzia zadzwonił do schroniska. A mieszkał, oj, daleko! Jak by nasz samochód pojechał, to pewnie wróciłby dopiero wieczorem. No więc nasi podzwonili tu i tam i okazało się, że jedna z naszych bezogoniastych wraca z jakiegoś egzaminu w odległym mieście. Obiecała, że zboczy z trasy i zajedzie po ptaka.
                      


Zajechała. Zabrała. Łabędź miał dużą ranę na wierzchniej części skrzydła. Mocno się już wykrwawił… Nie wiadomo, co mu się stało. Zwykle – tak potem mówiły zjawy – łabędzie uszkadzają sobie wewnętrzne części skrzydeł… Może jakiś drapieżnik spadł na niego z góry…
Bezogoniasta spieszyła się, jak mogła, ale co jakiś czas stawała i zaglądała, co z ptakiem.
Gdzieś tak od połowy drogi nie musiała się już spieszyć.


środa, 5 grudnia 2012


Z samego rana polazłam za naszą główną bezogoniastą. Robiłyśmy obchód schroniska. Ona gadała z psami, które szczekały jej o tym i owym, a ja słuchałam jednym uchem. Wiecie, w schronisku gada się zazwyczaj o tym samym, a ileż można słuchać takich, na przykład:
ARNI: Spacer! Spacer! ONA: No, dziś ktoś z tobą pójdzie, bo już trzy dni nie wychodziłeś!
ONA: Ooo, a co tu widzimy? XXX: To, co widzisz, to  nie rozwolnienie… ONA: Hoho, przyjacielu, dieta! XXX: Wiedziałem, wiedziałem, że tak będzie!...
JAKIŚ NOWY: Czy my głupki, by żreć chrupki?! ONA: No, do miski, bracie! Chrupki dobre! Inni jedzą i nie narzekają!
ONA (zaglądając do budy): Oj, chyba ci trzeba słomy dołożyć, bo już zdążyłeś rozwłóczyć! HUSEIN: No właśnie! Zimno się robi!...
MAMUT: Daj polizać! Daj polizać!... ONA: Gdzie z tym pyskiem, Mamut, wielkopsie! Odsuń się natychmiast!...
I tak dalej, i tak dalej…

Chciałyśmy właśnie przejść do pierwszej wiaty, gdy przypadkiem zerknęłam w bok i aż warknęłam. Głowna bezogoniasta zerknęła też. A tu przy samej bramie, już na terenie schroniska, stoi jedna z naszych bezogoniastych. I gapi się na psa siedzącego obok. Nie nasz, nowy jakiś. Młodziutki, z osiem miesięcy najwyżej. Śliczny, długowłosy, łeb do niej zadziera, ogonem wali w ziemię…
No to my do nich, prawie biegiem. Co się tu dzieje?
A bezogoniasta mówi, że jakaś starsza kobieta psa za bramę wpuściła, a sama zwiała do lasu! Tylko co za drzewami zniknęła!
Nasza główna bezogoniasta hyc, za bramę i w las! Ja za nią, ale tamta druga łaps mnie za obrożę i nie puściła, chociaż się wyrywałam. No i resztę znam z opowieści.
Nasza bezogoniasta goni i myśli: skoro tamta zwiała w las, to pewnie okrąży schronisko, wyjdzie na drogę a stamtąd do miasta i tyle będziemy ją widzieli; no to ja na skróty! I boczkiem, boczkiem, przy ogrodzeniu, krzaczorami… Dopadła Porzucicielkę Psów! Stój! – woła. Tamta jeszcze trochę leciała, ale się zorientowała, że nie da rady, więc stanęła. I w bek!
Nasza bezogoniasta zaprosiła ją do biura. I tam pogadały. Że pani kocha psa, ale nie ma pieniędzy na jego utrzymanie. Właśnie gaz jej odcięli, a wcześniej prąd. I pokazuje jakieś pisma…
Rozmowy trwały trochę i skończyło się na tym, że Porzucicielka wzięła psa z powrotem do domu. Ze schroniska dostała worek karmy i zapewnienie, że dostanie więcej, gdy będzie trzeba. Dostała też skierowanie na bezpłatne szczepienie psiaka. Potem zwierzak został sfotografowany i jego fotka trafiła na naszą stronę internetową. I zaczęło się szukanie dla niego nowego domu.
No, zobaczymy, co będzie dalej!... Mam nadzieję, że mimo wszystko nie trafi do schroniska….

Tak jak, na przykład, trafiła Spajdi. Przyszła tu gdzieś w połowie 2007 roku, już dobrze nie pamiętam. Jeszcze szczeniakiem była. To taka pomieszana husky, jasna w ciemne łaty. Niebrzydka i teraz już w sile wieku, ma gdzieś pięć czy sześć lat.

No i jak to husky, kocha bieganie. Byłaby dobrym psem dla jakiegoś sportowca. Na spacerach aż rwie do przodu i z początku trzeba ją mocno trzymać. Ale po jakimś czasie się uspokaja i dalej maszeruje już bez pośpiechu. No i czyścioszka jak rzadko – błoto i kałuże omija szerokim łukiem. Aż się dziwię – takiej przyjemności sobie odmawiać? Ale o upodobaniach się nie dyskutuje…
No i siedzi z nami. I ile jeszcze posiedzi?...

Tymczasem, choć jesień pełną gębą i pogoda nie zawsze dopisuje, robota w schronisku nie ustaje. Przychodzą do nas tacy bezogoniaści, co to albo będą pracować społecznie, albo pójdą do takiego schroniska dla bezogoniastych posiedzieć. Jedni krócej, inni dłużej. Jakoś wolą pracować, niż siedzieć, robotni tacy – no więc przychodzą. I robią, co który umie.
Jeden potrafi kłaść bruki. No to dostał zadanie: skończyć ścieżkę wzdłuż pierwszej wiaty. I jest ścieżka! Elegancka, ze spadem, żeby się woda nie lała do kojców. Wszystko jak należy!

Inny ma talent do stolarki. No to ten wziął się za naprawianie bud. Gdy nasi bezogoniaści zaczęli rządzić w schronisku, wymienili od razu wszystkie budy na nowe. Ale zostały te starsze. Niektóre jeszcze całkiem, całkiem. Jak było trzeba dać budę jakiemuś biednemu psu ze wsi, to się taką remontowało i zawoziło. A teraz ten bezogoniasty naprawia hurtowo. Z dziesięć już chyba zrobił tak, że wyglądają jak nowe.

Zaraz się je zresztą przenosi w inne miejsce. Bo tam, gdzie stały dotychczas, pod wiatą przy śmietniku, trzeba zrobić miejsce na suszarnię. Pisałam już, że nasze koce suszyły się dotąd na płocie. Ale ponoć wyglądało to paskudnie, więc nasi bezogoniaści wymyślili, żeby tym dochodzącym robotnikom dać nowe zadanie: przygotować miejsce na suszarnię…
Porobili, ponosili – i jest! Niby nic wielkiego, ale zawsze…


            A teraz pora na kolejny odcinek naszego serialu „Zdarzyło się psu”. Będzie o Tyciusiu.