Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elisza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elisza. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 stycznia 2017

Może troszkę nas wybrakło... ale nie jesteśmy wybrakowani!

Według encyklopedii każdy ma dwa oczy, dwa uszy, łapy cztery, ogon do tego, a na czubku samym - jeden nos. Czasami albo urodzimy się bez czegoś albo dwunożni muszą coś usunąć, bo nie jest zdrowe i żeby nas ratować. Tak bywa. Ale czy to, że brakuje komuś oka, ogona czy łapy to ma od razu znaczyć, że nie warto dać mu najlepszego domu...? Nie tylko te piękne i z encyklopedycznym wyglądem nadają się do zostania najlepszym przyjacielem...

Daaawno daaawno temuuu przyjechała do schroniska Elisza.


Wygląda na wielką, prawda? Poza tym widać, że dwa uszy są, oczy też w parze, nos na miejscu... Na tym zdjęciu widać więcej:


Od razu wielkość wcale nie taka duża! (weźcie też poprawkę, że z jakiegoś powodu na tą laskę dwunożną mówią "MałaKasia"). Widać też, że oczy cztery, ale ogona... jakaś jedna piąta. HA! Psem jestem i umiem ułamki! Bądźcie dumni! 

Elisza przyjechała z całą paczką czterołapych przyjaciół z miejsca, gdzie nikt nie chciał się nimi zajmować... Jej psiumpelka, Azera, mieszkała w komórce i nawet ani chmurki nie oglądała... One dwie jeszcze zostały niestety i czekają. Elisza jest przefantastyczna! Z nią to ani się pies nie nudzi, ani człowiek! Tylko by biegała, bawiła się, ganiała za zabawkami, aaaleee nie zapomni o kompanie do zabawy. Ona doskonale pamięta, że nie jest sama i co jakiś czas przybiegnie się zameldować i zachęcić do dalszego szaleństwa. Niepozorna jest, ale bystra i inteligentna psiolaska w niej drzemie... Uczyć się lubi, bo to ciekawe dla niej i wreszcie inne zajęcie niż siedzenie w kojcu. Taka dla każdego byłaby idealna! Fakt, że cieszyć się nie ma czym, bo tego merdaka brakuje, ale doskonale sobie radzi z innym okazywaniem radości.

Gałusiowi musieli u nas jedną powiekę na zawsze zaszyć...


Jedno oko było jakieś takie niebardzo zdrowe, wielkie się zrobiło i pewnie bolało. Nie można go było wyleczyć, trzeba było się z nim pożegnać, ale Gałusiowi to tylko na dobre wyszło. Pewnie, że sierściuchowi dwa się przydają do polowania czy wypatrywania zdobyczy, ale akurat te zwierzaki bardziej polegają na tych długich, co mają po obu stronach nosa i uszy też mają bardziej przydatne. Poza tym lepiej żyć z jednym niż z bolącym wiecznie ślipiem. I tyle. Nasi mówią, że Gałuś jest fantastycznym kocurem, bo na ręce wziąć można i pomiziać...


...i sierść wygładzić na wszystkie strony, byle długo, i bezkonfliktowy taki, bo i z psami się dogada, i inne sierściuchy mu nie przeszkadzają wcale a wcale! Idealny taki... A że z jednym gałem...? Nooo iii??

Pikla za to nie ma ich wcale...


I wiecie co? Radzi sobie! Nie ma wyjścia... Używa nosa, uszu i łapek, i na spacery chodzi do lasu, do dwunożnych podchodzi po głaski, posłanko rozpozna, więc wie, gdzie zasadzić zad... Jeśli ona nie robi z tym problemu, to dlaczego ktoś miałby się zamartwiać...? Ślipek brak, to jedno odpada, co by miało zachorować. Że w domu się obije od ściany raz czy dwa, czy pięć? Ojej no, ale za szóstym razem już zapamięta, że trzy kroki od posłanka stoi fotel, na którym czasem siedzi ten najukochańszy i najfantastyczniejszy dwunożny! I że jak pójdzie w lewo trzy kroki, a potem w prawo osiem, to trafi do najpiękniej pachnącego miejsca w całym domu - do kuchni... Tam będą stały jej miseczki pewnie, w których codziennie znajdzie coś smakowitego... I nauczy się, że po wyjściu z domu najlepszy trawnik do sikania jest 20 kroków na lekko-prawo, a inne psy spotka jak przejdzie przez ulicę... Doskonale będzie wiedzieć, że pańcio jej nie da się zgubić już nigdy przenigdy i że zawsze będzie mogła na niego liczyć, kiedy się zakręci i nie będzie wiedzieć, czy do domu to tędy, czy jednak trzeba skręcić. Ona zaufa bezgranicznie, i to zaufanie otworzy jej cały świat... Kto będzie razem z nią przez niego szedł...?

Ostatnio przywieźli też prawdziwego trójnoga! Dali mu na imię Krokus.


Czemu go tak wybrakło? Pojęcia nie mam, bo w sumie tak dziwnie ma. Jak psiowet odcina to tak, żeby żaden kikutek nie wystawał raczej, a on macha takim kawalątkiem... Ani się tym podeprzeć, ani sobie kość przytrzymać... Coś się mu musiało stać niedobrego... Mam nadzieję, że już dawno o tym zapomniał, a wszystko wskazuje na to, że tak. Na spacerach dziarsko maszeruje na trzech, w dodatku widać, że taki terierowaty, więc niuchanie, węszenie, wąchanie i wszystko, co wiązane z nosem jest mu bliskie. Będzie superaśnym psiumplem dla każdego! I nie trzeba mu wcale wymawiać tego, że tylko trzy ślady na piachu zostawia... To wcale nie znaczy, że zajmie mniej miejsca w sercu, że sam w swoim nie pomieści swojej rodziny... 

Czy mają trzy łapki, czy nie mają oczu, czy fafel mają krzywy, ogon za krótki albo merdać nim nie można, ucha pół... Pokochają tak samo. Tak samo liczą na to, że będą mieć ten najlepszy na świecie dom. One nie proszą o specjalne traktowanie, nie oczekują litości, nie potrzebne im jest ubolewanie nad ich losem. One chcą mieć normalne życie, chcą poznawać świat, chcą być czyjeś, chcą móc na kimś polegać i komuś zaufać, chcą czuć ciepło domu i miłość dwunożnego....

Nie mów więc, że tak Ci ich szkoda. Po prostu spraw, że poczują się jak wszystkie inne, kochane, domowe zwierzaki...

-------------------

Przy okazji... Pamiętajcie, że jak się Wam marzy jorczuś, doberman, spaniel, bokser czy inny bez ogona albo jakiś groźniejszy pies z uciętymi uszami... TO NIECH SIĘ WAM ODMARZY. Nie wolno, i tutaj podkreślę i pogrubię - NIE WOLNO  żadnego zwierzaka pozbawiać czegokolwiek tylko dlatego, że Wam się marzy! Sobie obetnijcie ucho, kawałek palca czy zaszyjcie sobie kulkę na czole, jak się Wam podoba. Ale zwierzak po coś się urodził z ogonem i uszami, i wszystkim innym! I nie tylko ja piszę, że nie wolno. Prawo mówi, że nie wolno. Kto nie wierzy, temu znajdę paragraf. A znajdę na pewno. Bo jest. Wiem, że jest.

No.

Właśnie.

niedziela, 8 maja 2016

Sezon strumykowy otwarty!

Dawno nie pisałam, więc dziś JA. Larsi.
Ciepło się robi coraz częściej i co prawda nie wiem, jak będzie rano, ale wczoraj do wieczora pogoda była piękna! Już raz napisaliśmy (chyba Dżokej...) o smażeniu się w słońcu i akurat tego dnia było pochmurno... I wychodzi, że niewiarygodni jesteśmy! ...i wstyd...

Zatem uprzedzam, że mnie natchło na ten wpis, bo było ładnie, pięknie, cudownie i jutro nawet, jak tak nie będzie, to trudno, wczoraj było.

Wracając do tematu, którego jeszcze w sumie nie podałam, ale co-nie-co już widać po tytule - dzisiaj będzie o najsuperowszym miejscu dla niektórych psów schroniskowych i pewnie nie tylko! To miejsce zwykle się odwiedza już pod koniec spaceru, bo tak akurat wychodzi na trasie. To takie miejsce, gdzie można poskakać, przeskakiwać, taplać się, pływać, moczyć brzuchy, łapy, nosy, grzbiety, chlapać! Zgadliście - chodzi o strumyk! Czyste szaleństwo się tam zwykle odbywa, bo wolontariusze dobrze wiedzą, który zwierz lubi zamoczyć łapeczki, a którego tylko spróbuj chlapnąć kropelką, to się spojrzy z odrazą...

Moris zdecydowanie należy do tych szalonych strumyczkolubnych! Właściwie to nie wiem, czego on nie lubi, bo gdzie by się nie pojawił, to wszędzie wszyscy się zaczynają uśmiechać! ...tylko nikt między tymi uśmiechami nie powiedział jeszcze "Zabieram cię na zawsze!"... Może to będzie jutro...? Oto Moris!


Było o nim na blogu nie raz i nie dwa, bo do wielu tematów pasuje. Za patyczkami pogoni, do kurdupsielków się zalicza, złego humoru to chyba nigdy nie miał. Z nim nie można się smucić. Dużo miejsca też w domu nie zajmie, ale serce wypełni w całości! To już jego trzecia wiosna w schronisku... Zdecydowanie za długo już u nas mieszka... I wcale nie widać po nim, że ma osiem lat, może pyszczek siwiutki ma, ale w środku wciąż ma 2 lata, nie więcej. Jak Moris czuje się w strumyczkowym otoczeniu?


Psiantastycznie! Razem z nim jest na filmie Graba, która też czeka nadal na dom...

Kto marzy o owczarku, ale miejsca nie ma tyle? Elisza będzie idealna!


Taka buro-brązowo-owczarkowa, aaaleee sięga nieco powyżej kolana. Czyli nie tak wysoko. Ogonka niestety nie ma, ale taka już do nas przyjechała, musi merdać tym, co ma... Elisza ma energii za pięciu, więc chętnie ją wybieguje i wyszalejuje na wybiegu. Za patykami pogania, pluszaki potarga, czasami na spacerach też pobiega, jak jaki wolontariusz jest biegający. To też będzie trzecia wiosna Eliszy w schronisku, ale już ja wiem, że jest jej lepiej u nas niż tam, skąd przyjechała... Nie oznacza to, że ma tutaj mieszkać do... nooo dooo... do starości! Przecież ma dopiero 5 lat, czyli jest jeszcze właściwie młoda. Ludzi uwielbia wszystkich, każdego polubia właściwie od razu, bo jaki miałaby powód, żeby ich nie lubić? 

Co Elisza lubi w strumyczkach?


Kręcenie zadkiem! Można ogonkiem pomachać i otrzepywać się, co jest całkiem śmieszne!

Dalej mamy Dadka, który bardzo nieśmiało zawitał do nas...


...ale jak widać, już jest lepiej! A przynajmniej na spacerkach. Zadbany się taki błąkał, więc pewnie miał właścicieli, ale gdzieś mu się zgubili. Szkoda, że jeszcze się nie znaleźli, bo Dadek czeka i wypatruje niecierpliwie... Na spacerkach jest całkiem fajny, chociaż może do wielkiej wylewności trochę brakuje. Jeszcze będzie lepiej... Chociaż ja tam osobiście bym wolała, żeby jednak zanim do schroniska przywyknie - znalazł dobry dom...

Dadek ma swój sposób na strumyk:


Taki trochę "Szybko przelecę, to nikt nie zauważy, a potem powiem, że to nie ja robię te ślady, bo mnie przecież nikt nie widział!". Całkiem jest śmieszny, prawda?? ...i nikomu taki pocieszny Dadek nie jest potrzebny...?

Na koniec bonus! Bonus, bo o tej psiolasce było niedawno, więc nie będę za dużo o niej pisać. Chociaż w sumie... Hepi potrzeba domu szybciej niż później...


Hepi jest nieduża, szczuplutka, bo się do niej choróbsko przyplątało... Zwykle wygląda na smutną, ale pcha się dwunożnym pod ręce, aż wstyd! Ja się na przykład nie pcham, ja staję i się przypatruję, kto sam wpadnie na to, żeby głaskać... Ale wtedy to wiecie, sam dwunożny mnie po polikach drapie, jego wybór!

Hepi w strumyku pracuje ciężko...


Widzicie? Za malirorację się wzięła! Ma...melinorację... meeeliooraaacjęęę.... o, tak dobrze. Dba bardzo, żeby zwierzaki mogły też po łokcie się taplać, nie po same nadgarstki. I usuwa wszelkie przeszkody, żeby nikt nie złamał girki. Porządna z niej psiolaska! A to wszystko za jeden psismak!

Jak ktoś chce mieć super psa, któremu smutki niestraszne, bo nawet tego słowa nie zna, to niech przyjedzie do nas poznać któregoś strumyczkoluba, co to ich wyżej opisałam! Zakocha się na pewno, a potem podpisanie umowy to już tylko momencik! ...wszyscy czekamy... niektórzy od dawna...

środa, 10 grudnia 2014

Psiolaski górą! Żeby tylko w przenośni...

- Psiolaski? Górą? Szczyty będziecie zdobywać czy przez płot skakać? Hyhyhy

- Żebyś się nie zdziwił... Śmiać się nie ma co, bo prawie zgadłeś i z własnej woli to nie było...

- Ojej... to przepraszam, ja niechcący... Ale co się właściwie stało? 

- Widzisz, ktoś nam taką właśnie psiejską dziewuszkę za płot przerzucił. 

Śmiesznaaaa, jak nie wiem co! Średnia, biała, kudłata, co kudełek, to innej długości, nos różowy, cudo! Na swój sposób cudo... Dla mnie akurat bardzo, ja bym chciała taką sierść zapuścić ale jakoś wyrosnąć nie chce...

Ja tu piszu-piszu, a tu pokazać wypada:


Psiolaska została przerzucona przez płot z kartką, na której było napisane "znalazłem, ma na imię Diana". Ekhem... trochę dziwne, prawda? Zwłaszcza, że na to imię psica reaguje. Szkoda, że nie było dopisku "ostatnie szczepienie trzy miesiące temu, lubi dzieci, nie lubi panów w czapkach", na przykład... 

Na szczęście Diana od razu stwierdziła, że nie ma co się depresjować, życie jest po to, żeby się nim cieszyć. Co człowieka widzi to się cieeeszyyy tak, że aż tańczy jej zadek, paszczę otwiera, zalotnie kudełkami macha, pocieszna, jak nie wiem co! 

Szczęście się do niej uśmiechnęło szybko, została zabrana do domu, na razie tymczasowego. Może znajdzie się ktoś,  kto zechce ją przygarnąć na stałe, a nawet, jak nie, to ten dom tymczasowy zmieni się na stały.

Poszczęściło się też psiolasce, o której już kiedyś pisała Majka. To suczka, która została przywieziona z koszmarnych warunków z innymi czworonogami. Wtedy była wystraszona, jak prawie cała reszta grupy. Teeeeraz jest niezwykle sympatyczna i zaraża radością! Mowa o Eliszy:


Nie za duża, nie za mała, naprawdę psiolaska w dechę! Jak jej się poszczęściło? Niestety do domu nie poszła, ale za to dorwała jednego z większych przystojniaków w schronisku!

Wyszłam sobie na obchód, dreptam sobie dziarsko do kuchni, spoglądam w stronę wybiegu a taam WZIUUUUuuu na lewo... eee chyba mi się zdawało... za chwilę WZIUUUuuu na prawo... Psia stopa! Nie zdawało mi się! Podchodzę bliżej... i znów jak nie śmignie coś brązowego, a za nim coś szarego! W końcu zatrzymali się przy furtce, nie wiem, które było bardziej zadowolone z tego wybieganego szaleństwa. Dogadali się, nie było wątpliwości! Spytali mnie tylko, czy widzę gdzieś idącego dwunożnego. Nie widziałam nikogo na horyzoncie. Jedna przez drugiego tylko wrzasnęli, że "ooo to psiekstra! Teraz ty gonisz!". I tyle ich widziałam. Będą mieszkać razem w kojcu, będzie im raźniej!

Najbardziej jednak wszyscy jesteśmy uradowani z powodu Alaski! To taka smutno-wesoła historia... Kiedyś pisałam o tej psiolasce - Alasce. Odebrana właścicielowi, który ją za mało karmił i nie leczył, chociaż pod brzuchem wisiał guz, wielki prawie jak ja! U nas przeszła jeszcze kilka operacji, stała się piękna, puchata, wykarmiona i w ogóle kiedy szła, to się wszyscy oglądali!


Alaska sobie mieszkała w schronisku, chodziła na spacery, cieszyła się z obecności ludzi. Aż pewnego dnia... Poszarzało, posmutniało... Wyrok: Alaska ma trzy duże guzy, nieoperacyjne. Zostało niewiele czasu... Nasi zaraz założyli na "fejsie" wydarzenie, zaraz były ogłoszenia, gdzie się dało! "Kto weźmie Alaskę do domu, do końca jej dni!?". Czekaliśmy, czekała nasza kudłata, piękna psiolaska...

Wyobraźcie sobie, żeeee, udało się! Zgłosiła się rodzina! Mają już suczkę podobną do husky, łagodną. Chętnie będą rodziną dla naszej, co to się pech od niej nie chce odkleić... Mieli przyjechać, umówione wszystko, przyjadą, zapoznają się, jak wszystko będzie super, to Alaska odjedzie do domu!

I pewnego dnia już prawie cały plan legł w gruzach, bo się nasza Aluśka pochorowała... Tak solidnie... Mówią na to "kryzys". Było kiepsko...

...ohohohoho, nie dała się jednak nasza Piękna! Po raz kolejny udało jej się wygrać! Zaraz potem Pracownik schroniska, który Alusię (tak pięknie o niej mówi...) kocha baardzo, pojechał po panią i przyszłą koleżankę naszej psiolaski, żeby się zapoznały porządnie....

...iiii ohohohoho, psiolaski się zapoznały i wszystko wyszło super!!! Potem ten sam alusiowy Pracownik odwiózł wszystkie dwu i czworonogi do dooomuuu! Niesamowicie się u nas wszyscy cieszą, że się tak udało, że Alaska będzie mieć najprawdziwszy dom i najprawdziwszą rodzinę! Zobaczcie, przecież pasują do siebie idealnie:



Teraz trzymamy kciuki (a psom nie jest łatwo...), za wszystkie nasze psiolaski!
...za Dianę III - niech jak najszybciej zostanie podpisana stała umowa!
...za Eliszę - niech znajdzie się rodzina, która weźmie tę pełną energii suczkę (może w tym domu byłoby jeszcze miejsce dla Hrabiego?)!
...za Alaskę - niech jeszcze wieeele miesięcy cieszy się DOMEM i niech zapomni o wszystkim, co złe było, i niech będzie jak najlepiej, jak najdłużej!

...i za inne nasze schroniskowe laski - za Sonię, Sarę, Zandi, Dinę, Sabę/Azę, Sawę, Gosikę, Kinię, Azerę i wieeeleee wieeeleee innnyyyych!

poniedziałek, 18 listopada 2013

NIEDAWNO TEMU, NA DZIKIM ZACHODZIE…



Chcecie bajki?... Się zaczyna:
Była sobie pewna gmina…

A w tej gminie mieszkał gospodarz, by tak szczeknąć… zaniedbany. Miał gospodarstwo – podobnie zaniedbane. I miał psy… Trzeba kończyć?
A właśnie, że trzeba! „Zaniedbane” to niewystarczające określenie. Te psy warunki miały parszywe.
I oto gmina zrobiła coś, co nam się tu, w schronisku, bardzo spodobało. Nie czekając na nic wytoczyła gospodarzowi sprawę za okrutne obchodzenie się ze zwierzętami. A z naszymi bezogoniastymi uzgodniła, że odebrane złemu panu psiaki trafią do schroniska.
No to nasi pojechali. We dwoje, dwoma samochodami. Na miejscu spotkali się z przedstawicielem gminnego urzędu i – na wszelki wypadek – z policjantami, bo gospodarz ani myślał oddawać zwierzęta i zachowywał się agresywnie.
Popatrzyli nasi: kiedyś musiało tu być dostatnio. Na podwórzu stał kombajn, traktor i inne maszyny rolnicze, ale wszystkie podniszczone i chyba niesprawne… Obejście też spore… Ale coś się musiało stać i gospodarstwo popadło w ruinę. Co – nie wiadomo. To zresztą nie była sprawa naszych bezogoniastych. Rozejrzeli się za psami.
Jednego, a właściwie jedną,  znaleźli w kojcu. Nasz bezogoniasty wszedł tam i od razu zapadł się po kostki w czymś, co pies musi zrobić, gdy już strawi. A zwierzak miał humor swojego pana. Nie szło z nim po dobroci. Po paru próbach wywabienia go z kojca trzeba się było uciec do poskromu. Nie było łatwo! Trwało, zanim nasz bezogoniasty doprowadził suczkę do samochodu.
http://schronisko.avx.pl/psy-do-adopcji/item/2634-korka


Tam już czekała nasza bezogoniasta, otworzyła drzwi i wtedy urwała się linka w poskromie. Suka skoczyła w jedną stronę, naszego bezogoniastego rzuciło w drugą i drążkiem poskromu rąbnął naszą bezogoniastą. Wpierw w rękę, potem w czoło. Ona zaraz oparła się o samochód a oczy jej latały dokolutka, jakby od razu chciała zobaczyć to, co jest w dole, w górze, przed nią i za nią też… A jak się jej te oczy uspokoiły, to zaraz zaczął jej rosnąć guz na czole i siniak na ręce… A nasz bezogoniasty, gdy się już przekonał z ulgą, że jego towarzyszka przeżyje, wziął drugi poskrom.
Tymczasem suka podbiegła do swojego właściciela i schowała się za nim. Nasz bezogoniasty poprosił gospodarza, by mu pomógł z opornym zwierzęciem, ale ten tylko warknął parę słów takich, których dobrze wychowane zwierzę nie rozumie. I zagnał swoją żonę do domu, sam też wszedł i zabarykadowali drzwi. Szczęście, że gminny urzędnik był zorientowany w terenie.
Następnego psiaka, też sukę, nasi znaleźli w czymś, co było chyba metalową przyczepą z wiekiem. Siedziała tam, a przez niewielki otwór z przodu tego czegoś mogła wystawić na świat kawał pyska, ale wyjść już nie mogła. Miała tam w środku trochę słomy i obtłuczoną michę, a w niej chyba buraki. Jak długo tam siedziała – nie wiadomo. Gdy ją nasi wypuścili, straciła równowagę, ale zaraz doszła do siebie i zachowywała się przyjaźnie. Bez problemu weszła do samochodu.
          
http://schronisko.avx.pl/psy-do-adopcji/item/2632-azera


Potem trzeba było przejść ze sto metrów w pole. Pasły się tam kozy. A pilnowała ich trzecia suczka.
           
http://schronisko.avx.pl/psy-do-adopcji/item/2633-boksa


Pod samym lasem miała zbudowany z gałęzi taki ażurowy niby szałas. I w nim mieszkała razem z piątką szczeniaków. Latem było tam pewnie przyjemnie, przewiewnie. A jesienią, gdy słoty? No cóż, jaki problem? Może sobie suczka norę wykopać, nie? Byle kret to potrafi, to dlaczego pies nie mógłby, prawda? No, chyba że głupszy od kreta!
Malce ganiały swobodnie, ale ich matka nie. Między drzewami, wysoko, przeciągnięty był drut, może dwudziestometrowy, a od niego odchodził w dół łańcuch. I do tego łańcucha przykuta była suczka. Mogła sobie biegać w jedną i drugą stronę, jak po linii, bo łańcuch był krótki. Pewnie, jak leżała, to łbem ledwo sięgała ziemi… A w misce, oczywiście, buraki…
I ona dała się bez problemu zaprowadzić do samochodu, a szczeniaczki podrałowały za nią.
          


Potem nasi złapali jeszcze czwartą suczkę. Nie było trudno – ciężko wiać przed bezogoniastymi, gdy się siedzi przy budzie, która właściwie jest beczką po smarach. I ma się na szyi łańcuch długości pół metra. 
           
http://schronisko.avx.pl/psy-do-adopcji/item/2635-elisza


(A do żarcia suczka miała to czerwone i warzywne, jak wyżej…)
Było i dziesiąte zwierzę, ale tak się schowało, że nie można go było znaleźć. Może zresztą ten brakujący pies siedział w domu z gospodarzami. Nie dało się sprawdzić, bo nie chcieli otworzyć drzwi, a policja bez nakazu też nie chciała włamywać się do środka…

Teraz cała gromadka siedzi w schronisku i próbuje odparować po szoku, jakim była nagła przeprowadzka. Nieufne są jeszcze trochę i wielkimi oczami patrzą na to, co je otacza. Tylu psów w jednym miejscu jeszcze nie widziały. I tego, co w michach, chyba też nie. W każdym razie mają problem, czy to coś się tylko ogląda i wącha, czy też można to od razu zeżreć…
No nic, przyzwyczają się.

Nasz pan stróż, jak się nudzi, to lubi oglądać sobie filmy, zwłaszcza te no… westerny. A jakby jeździł na interwencje, to by oglądać nie musiał. Miałby western na żywo. No bo popatrzcie: były szerokie przestrzenie, była farma i farmer, i dobrzy bezogoniaści, i źli bezogoniaści, i szeryfowie, i poskramianie dzikich zwierząt, i rzucanie lassem, i awantury… I na końcu dobro zwycięża!
Brakowało, co prawda, trzasku wystrzałów, bo tylko jedno trzaśnięcie było – drzwiami, kiedy gospodarz barykadował się w domu. No i żaden bezogoniasty nie zakochał się w bezogoniastej. Ale nie można wymagać za wiele…