Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Herbi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Herbi. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 września 2016

Najgorsza ta pierwsza...

Ostatnio pisał ktoś na blogu, że nie obchodzimy rocznic. Nikt z nas nie pamięta, kiedy się urodził i nikt nie ma tego wpisanego w papiery. Nie błąkamy się z metryką, a czasami tam, skąd przychodzimy, nikt nie chce pamiętać o nas, a co dopiero o dniu, w którym przyszliśmy na świat...

My, bezdomniaki, nie obchodzimy urodzin. Nie wiemy, kiedy. My, bezdomniaki, "rodzimy się" na nowo, kiedy nasza nowa rodzina podpisuje umowę adopcyjną i zabiera nas do domu na zawsze-zawsze. Wtedy najczęściej oni pamiętają o tej najważniejszej dla nas dacie - dacie naszych nowych, najprawdziwszych i najszczęśliwszych "urodzin".

Teraz nie wiemy, kiedy one nastąpią, a jedyną datą, jaką znamy, jest data przyjazdu tutaj.

Większość z Was przeczyta to rano, znaczy w niedzielę, znaczy 11 września 2016 roku. Właśnie tego dnia rocznicę obchodzą dwa psy, a za kilka dni kolejne dwa. ...i żeby to jeszcze była pierwsza rocznica... Chociaż pierwsza jest chyba najgorsza.

Drapek obchodzi drugą rocznicę. Dokładnie dwa lata temu do nas przybył.


Miał przerwy w tak zwanym międzyczasie, kiedy próbował życia w innych miejscach, ale o pierwszej przygodzie nawet nie wspomnę, a druga... cóż... niech będzie, że dwunożni pokochali Drapka bardzo, a on ich, ale jego natura była silniejsza od niego i jednak pod tym względem się nie zgrali... Potem był płacz i lament, ale Drapek wrócił. Psiur z niego niewielki, ale energii ma za całe stado! Przebiec kilkanaście kilometrów to dla niego tyle, co zjeść chrupka, po prostu go roznosi! Musi mieć co robić i trzeba codziennie pamiętać, żeby go solidnie wymęczyć... To naprawdę fajny zwierz, tylko potrzebuje kogoś naprawdę aktywnego i niebojącego się wyzwań.

Tego samego dnia przybył do nas Hagi.


Widocznie ten dzień był spod znaku aktywnych, bo Hagi też jest stworzony do biegania! Właściwie to tego jedenastego września, dwa lata temu, Hagiemu zmieniło się życie na lepsze. Przybył do nas z dość niefajnego miejsca, gdzie niezbyt miał dobre warunki... U nas jednak przyjemniej z pełną michą, spacerami i posprzątanym kojcem. Taki z niego zwierz, że nie z każdym się zaprzyjaźni od razu. Owszem, smakołyk chętnie, ale z przytulaniem trzeba poczekać, nie tak na pierwszej przechadzce! Zgrywa takiego niedostępnego i trzeba po prostu dać się poznać z najlepszej strony, aż sam się przekona i zechce bliższego kontaktu. Nie ma co zmuszać! Jak już kogoś jednak dobrze pozna, to jest coraz śmielszy i coraz bardziej przekonany, a jak ktoś go pokocha, to żadne przyjazdy częstsze na zapoznania nie będą straszne!

Za kilka dni, bo w ponn...wto.. tak, we wtorek, będzie rocznicował Herbi... To będzie jego trzecia jesień w kojcu...


Trzy lata temu Herbi był zdrowszy i bardziej widzący niż teraz. Dzisiaj ma tylko słuch i węch oraz łapki, które go niosą między wiatami, przez schroniskowy plac do lasu, który dobrze przez trzy lata poznał. O nim było niedawno, więc się powtarzać nie będę, bo jeszcze uznacie, że nudny jestem.... O Herbim poczytacie więcej TUTAJ.

Za kolejne kilka dni, dokładnie za tydzień, Nusiek będzie obchodził tę najsmutniejszą chyba, pierwszą rocznicę...


Dlaczego najsmutniejsza? Bo pierwszy miesiąc się myśli, że przecież to tylko chwila i zaraz się wymaszeruje do domu. Drugi to właściwie prawie jak pierwszy, w trzecim, czwartym i piątym zaczyna się już na dobre kumać, o co w tym wszystkim chodzi, w kolejnych poznaje się kolejnych psiumpli, wybiegi i kolejnych wolontariuszy, a potem nagle uświadamiasz sobie, że stuknął cały ROK... A przecież jeszcze niedawno był raptem miesiąc i przecież ktoś miał się zjawić... a tu nic. 

Wracając do Nuśka - przyjechał do nas z psiumplem Orkanem i psiumpelką Luką. Oni już wyjechali do domów... Czemu nie Nusiek? Nie wiem! Jest spory, ale do tego tak uroczy i z gracją, że doprawdy nie rozumiem! Mieszka z Boryskiem i obaj są szaleni w tym niezwykle pozytywnym znaczeniu. Prawda, lubi sobie pobiegać, poszaleć, pobawić się, ale przecież to same zalety! Z innymi psami się dogaduje, wszyscy dwunożni też są dla niego psiekstra kompanami, Nusiek to jeden z tych psidealnych psów!

Jest jeszcze szansa, żeby Nuśkowi oszczędzić tej pierwszorocznej, przykrej rocznicy. Jest szansa, żeby też innych zwierzakom jej oszczędzić, zresztą nie tylko tej pierwszej, bo każda jest niefajna. To właśnie z Tobą mogą obchodzić swoje pierwsze, prawdziwe urodziny! Takie najlepsze, najradośniejsze, które zmienią w ich życiu wszystko...

Nie będą oczekiwać ani tortu, ani prezentów. Wystarczy im ta pewność, że już zawsze, na zawsze będziecie je obchodzić razem...

środa, 17 sierpnia 2016

HAŁAS, przerażenie, HAŁAS, dezorientacja...ciemność i... HAŁAS!

- Merry! Chodźże tu!

.....

- No Merry! Nie wygłupiaj sie, siadaj i pisz, takie fajne teksty mi zapodajesz....

.....

- Dlaczego nie chcesz pisać?? ....przestań gadać głupoty, właśnie, że będziesz długo żyć! .....ja Ci mówię, że będziesz! Pewnie już tam dla Ciebie się szykuje dom, ale kilka postów napisać możesz, no chodź!

.....

- Merry nie chce przyjść. Powiedziała, że dyktować będzie, ale sama pisać to nie.

Nie będę zmuszać...

Tytuł już wymyśliła. Dobry ten tytuł jest.

Wyobraźcie sobie... Ktoś zawiązuje Wam oczy i zaprowadza GDZIEŚ. Nie wiecie gdzie. Wiecie, że jest tam bardzo dużo dwunożnych, pełno różnych zapachów, wszyscy krzyczą różne rzeczy, gdzieś coś stuka, puka, szura, szumi... Ktoś Was prowadzi to na lewo, to na prawo, po schodach w górę, w dół, ktoś Was podnosi, potem opuszcza... Nie wiecie nawet, czy kiedykolwiek wrócicie do domu, nic nie wiecie... Jedna wielka niewiadoma, pustka w głowie na przemian z poplątaniem, bo na około pełno szumu, stuku, krzyków... A Wy nie wiecie i nie widzicie zupełnie NIC...

Mijają dni, nikt po Was nie przychodzi, wciąż nic nie rozumiecie, wciąż jest głośno... Próbujecie się dowiedzieć, co to za miejsce, ale tylko obijacie się od ścian, krat, wpadacie na miseczki. Znajdujecie kocyk, więc postanawiacie się przespać, ale kiedy się budzicie... wciąż to samo... Hałas i ciemność. Chociaż nie cały czas, pewnie, że są chwile spokoju, w nocy też wszyscy śpią. Codziennie wychodzicie na spacer, ktoś do Was przychodzi, ale potem i tak lądujecie w tym samym pomieszczeniu z miseczką i kocykiem. Wciąż nie wiecie, jak to długo jeszcze potrwa, czy ktoś Was zabierze, czy to się wszystko skończy. Nie wiecie i nie widzicie nic...

Jakkolwiek to zabrzmi, ale Herbi miał szczęście.


Herbi trafił do nas, kiedy jeszcze widział całkiem dobrze. Poznał schroniskowe życie, wie, gdzie mieszka, zna spacerowe ścieżki na pamięć. Nie będę się o nim rozpisywać, bo już było nie raz i nie dwa... Chociaż, jak widać, za mało, skoro Herbi wciąż czeka na dom. Ten biszkopt zna swój kojec, zna drogę przez wiaty, wszystko wie. Dlatego, kiedy stracił wzrok, to nie było dla niego specjalnej tragedii. Przecież kiedy przyjdzie do niego ten jeden, jedyny człowiek, doskonale go wyczuje... Wtedy nie będzie ważne, jaki kolor mają jego włosy, czy ściany domu. Będzie się liczyć TO COŚ, co można tylko poczuć.

Całkiem niedawno trafił do nas Tygrys.


Nieee, nie pomyliłem zdjęć. Tak wygląda Tygrys. Będę się upierał. Tylko paski mu się zlały w jedną plamę. Ale uszy stojące, cztery łapy są, kły na pewno też ma. Tygrys! Ten nieduży psiak miał kiedyś opiekunkę, ale ona postanowiła wyjechać... sama... Po prostu wyszli oboje, ale do samochodu wsiadła tylko ona, on został pod domem. Co miał robić - błąkał się... Oczy ma białe, więc marne szanse, że cokolwiek widzi. Musiał zmierzyć się z całym miasteczkiem po ciemku... Może dlatego kiedy do nas trafił, nauczył się błyskawicznie tego, co gdzie stoi w kojcu? Pamięć wyćwiczył jak mistrzu jakiś. Czym jest miejscówka 2x2m w porównaniu z kilkunastoma ulicami, chodnikami, kilkuset domami...? Pikuś! Tygrys jest całkiem grzeczny i przyjazny. Na ręce można wziąć, na kolanka chętnie wlezie, na spacerki pójdzie zaraz obok dwunożnego zadowolony, że nie wędruje sam... Niestraszne dla niego nowe miejsca, niejedno już przeszedł w ciemności... W przenośni i dosłownie...

Szperałem, żeby zobaczyć, kiedy ostatnio było o Górniku iiiii nie było ani razu!! To dziwne... Oto Górnik:


Górnik ma ze 135 lat, Chociaż nasi twierdzą, że 10. Kiedy jednak się na niego spojrzy, to na prawdę miałoby się ochotę zapytać, czy kumplował się z dinozaurami... Ten nieduży psiak przyjechał do nas w kiepściutkim stanie... Baaardzo kiepskim wręcz... Coś ze skórą miał nieciekawego, więc nasi w rękawiczkach do niego chodzili, ale to właściwie nie był jakiś specjalny problem. Nasi zauważyli, że jak Górnik powietrze wciąga w płuca, to mu to kiepsko idzie. Jakby mu coś do nosa wlazło i przeszkadzało odetchnąć piersią pełna. Wezwali więc psiowetów, ale pies ma nos długi, nie można było ot tak zajrzeć... Powieźli więc Górnika na takie specjalne badanie, co to się do nosa taki patyk z kamerą wsadza i wyszło, że coś w środku siedzi, ale to nie jest tak do końca obce ciało, tylko jednak górnikowe... Guz mu tam bezczelnie się zalągł... Narośl jakaś przebrzydła! Nie miała gdzie?! Nie mogła na wierzchu gdzieś?! Lekutko by się tylko skórę nacięło, by się wyłuskało, co nie ma być, i by się zaszyło, i koniec?? Psioweci zrobili jeszcze jedno badanko takie, które niestety jeszcze bardziej załamało... W dodatku Górnik podsłyszał, o co chodzi...... Bo ta narośl w nosie, co mu już zniekształciła tam środek, to nie da się usunąć... Musi zostać w Górniku... Pewnie będzie rosła... Psiak mieszka teraz razem z Żarkiem, całkiem sporym psiumplem, w pomieszczeniu ogrzewanym z wybiegiem. Dobrze, że mieszkają razem, bo Żarek go pewnie zabawia rozmowami i nie pozwala mu myśleć o głupotach. Przede wszystkim też go kieruje, gdzie ma iść, gdzie miska, ostrzega go przed siatką, żeby nosem nie wlazł. Złoty chłopak, ten Żarek...

Górnikowi zostało tyle czasu, ile narośl pozwoli powietrza nabrać...

...cały czas mi tutaj Merry pomaga, ale zasiąść nie chce. A ona dużo mówi, a ja nie nadążam pisać! Ufff...

W przypadku Pikli nie ma co się zastanawiać, czy widzi, czy nie...


...Pikla trafiła do nas z tak strasznymi oczami... znaczy w tak strasznym stanie były... że psioweci musieli je po prostu usunąć, dla jej dobra, dla tego, żeby jej nie bolało, żeby się nie babrały... I tak nie widziała... Pikielka jest kokerką. Znaczy koker spanielką. Tak z wyglądu, bo z charakteru to na szczęście nie do końca. Znaczy ja znałem kilka kokerów i naprawdę były takie w dechę! ...ale znałem i znam też takie, co to lepiej nie podchodzić znienacka albo lepiej nie próbować się kłócić czy coś, bo jak nie przekonają po dobroci, to znajdą inny sposób. Pikla jest z tych bardziej fantastycznych! Dwunożnych uwielbia i bardzo ich potrzebuje. Pikla musi wiedzieć, że nie jest sama, że ktoś jej pilnuje, że nie da jej się zgubić. Bardzo się obawia, że znów gdzieś nagle się znajdzie w obcym miejscu i nie będzie wiedziała, dokąd iść. Zresztą u nas też nie do końca się odnajduje... Ściany nagle przed nią wyrastają, głośno wszędzie, szumi, a ona nie widzi i nie zobaczy chociażby kawałka światła w otwartych drzwiach... 

- Merry! Dawaj! Lecimy zakończenie! Nie śpij jeszcze, bo sam nie napiszę... Dyktuj!

Te zwierzaki może nigdy już nie zobaczą słońca, ale chciałyby poczuć trawę pod pleckami, kiedy będą się tarzały w świetnym humorze... Spokojne i szczęśliwe, bo będą miały WAS. Część z nich nie będzie nawet wiedziała, czy jest noc, ale docenią CISZĘ, jaka wtedy panuje i będą się wsłuchiwać w Wasz spokojny oddech... Poranki poznają dzięki Waszemu powitaniu, dzięki harmiderowi, zapachowi kawy... Każde brzdęknięcie obroży będzie je podrywać z posłanka, bo oto będą iść na pasjonujący, pełen zapachów spacer! 

Herbiego nie weźmiesz może na ręce (skubany duży wyrósł!), ale on doskonale będzie wiedział, gdzie może je znaleźć, żeby się w nie wtulić... 

Tygrys tak szybko nauczy się układu mieszkania, że będzie biegł do kuchni zanim jeszcze nabierzesz ochoty, żeby zrobić sobie coś do jedzenia...

Górnik może nie wywoła zachwytu u wszystkich sąsiadów, ale za to wieczorami, wtulony w Ciebie, będzie opowiadał, jak to ryby wychodziły na ląd i zmieniały się w płazy na kolejnym etapie ewolucji... Będzie mógł w spokoju zasnąć wiedząc, że czuwasz nad jego oddechem...

Nigdy nie spojrzysz w oczy Pikli, ona też nigdy nie wlepi ich w Ciebie, ale zobaczysz wyciąganie nosa w Twoją stronę, napawanie się Twoim zapachem... Zobaczysz to odetchnięcie z ulgą na sam niuch wyczuwający właśnie CIEBIE...

Widzieliście kiedyś niewidomego psa, który stoi niepewnie, bo nie wie, co się dzieje, gdzie jest i nie może wyczuć, czy ktoś jest z nimi? Dotknęliście go kiedyś choćby palcem? Widzieliście tę ogromną radość? Widzieliście, jak ogon idzie w ruch, łapki tańczą, a ozorek wywala się na wierzch w uśmiechu?? Jak z ulgą wciąga i wyciąga dużo powietrza w płucka...? Z taką ogromną ULGĄ, bo ktoś go znalazł, bo nie jest sam...?

....to piękny widok... przekonajcie się...

środa, 13 kwietnia 2016

Portrecili!

Ostatnio znów sesje były. Bo jak pogoda ładna i czasu trochę jest, to przychodzą tacy dwunożni, co to mają i oko, i sprzęt, i czasu trochę, i focą... Potem wychodzą takie portrety, że ach! I te oczy, jak szklane kulki... Co będę tak pisał na sucho, podeprę się zdjęciami!

Na początek Rozik.


Rozik w metryce ma dwie cyferki, w oczach ma ciemność, w sercu ogrom miłości i nie ma pojęcia zielonego, co to jest agresja. Jak któryś zwierz na niego szczeknie, to ten się odsuwa, jak tabletkę trzeba zjeść, to bez grymaszenia, a jak głaszczą, to wlazłby na kolana, na ręce, na głowę, byle być bliżej dwunożnego...

Teraz Bleyk. Kiedyś był Blejk, przez J, to ten jest przez Y, tak po burżujsku bardziej...


Na początku Bleyk nie wyglądał tak ładnie, właściciel nie chciał o niego dbać, jak trzeba... Teraz za to jest pięknym owczarkiem (rzekłbym, że może nawet niemieckim!), inteligentnym i skrywającym na pewno jeszcze niejedną zaletę! Ależ dziś jestem poetycki... Bleyk nie jest agresywny, ale też nie od razu się rzuca z miłością. Trzeba go do siebie przekonać, ale poooteeem to już na pewno sielanka!

Teraz biszkoptowy Milk.


Milk to jeszcze dzieciuch. Znaczy niech mu będzie - prawie dorosły jest. Jeszcze ma pstro w głowie, bawić się chce, szaleć i biegać! Całe życie przed nim, masa zasad do wklepania do głowy, ale też i masa piłeczek pogonionych, tysiące kilometrów do przebiegnięcia! ...tylko z kim...?

Dana jest super psiolaską!



Smukła, lśniąca, przyjacielska, bystra, inteligentna, piękna... ach, mógłbym wymieniać jeszcze, ale przed nami kilka psów, a noc z gumy nie jest. Dana jest taką prawdziwą psiumpelką i jest po prostu psiekstra! Będzie super towarzyszeniem na wycieczki i leżenie na kanapie... Ona może na swoim posłanku, żaden problem, na pewno zrozumie! Dana bardzo chętnie pozna zasady panujące w Twoim domu...

Dalej mamy Herbiego. Ten to wyszedł pociesznie!


Herbiemu też już oczy nie do końca działają. Poza tym odkąd Miła pojechała do domu, to on już żadnego psa ani żadnej psiolaski nie polubił... Jak poznał Miłkę, to był świeżo przyjęty i jeszcze w tym całym szoku ją zaakceptował, a teraz to już woli być sam. Dla dwunożnych za to przekochany jest! Przytulać się lubi i w centrum uwagi też lubi być, a że jest całkiem spory, to nietrudne. Długo już czeka na dom... Znajdzie go wreszcie...? Musi!

I żeby było po równo i tyle samo jasnych, co ciemnych, to teraz Fila.


...zupełnie nie wiem, dlaczego mi się przypomniał Hedziu. może to ucho klapnięte, może uśmiech podobny? Też jest całkiem spokojna, inne psy akceptuje prawie bez problemu, na spacerki wychodzi chętnie... Młoda jest jeszcze, bo co to są dwa lata! Idealna do przygarnięcia, pokochania i wprowadzenie jej w życie rodzinne!

Piękne portrety, prawda? Kamvisowe portrety. Już kiedyś pisała o nich Bulba. Oni, czyli Kamila i Tadziu to dwoje super ekstra dwunożnych, którzy przybywają do nas, kiedy mają trochę czasu i focą, pstrykają i zdjęciują, a potem w domu wycinają, wybierają i wysyłają naszym te najsuperowsze... Wielkie, OGROMNIASTE DZIĘĘĘĘKI za to!!!

Co do zwierzaków - wcale nie musisz zakończyć poznawanie na portrecie! Przyjdź, poznaj osobiście, na spacer zabierz, pogadaj z psiurem, może się dogadacie i razem wrócicie...? To byłoby cudowne! ...i prócz portretu na ścianę, miałbyś całkiem żywy obraz całego psa, całej psiolaski... I Fila, Dana, Milk, czy inny zwierz, podziwiałby codziennie najpiękniejszy widok. Ciebie...

środa, 18 listopada 2015

Czyżby zaginione bliżniaki? Niezła zagwozdka!

Bywa czasami zabawnie! Stoją wolontariusze na placu, odpoczywają między spacerami, między nimi psy przechodzą i słychać...
- Ten Herbi to sympatyczny, nie?
- Co ty gadasz, to Paryż jest! Widzisz, że nie ma Miłej, znaczy Paryż! A tam leci Orkan z dwunożnymi!
- Nieee, pomerdało ci się, to Kirbi, jest o pół tonu ciemniejsza! A tam? To Roxia czy Briko??
- Yyy... czekaj, stanie bokiem, to zobaczymy...

Dobrze, że JA jestem taki niepowtarzalny, mnie nikt z żadnym innym psem nie pomyli. Ale czasem jest wesoło i dla niektórych to może być niezła zagwozdka!

Na przykład to jest Herbi:


Dołączę jeszcze to zdjęcie, lepiej widać...


 Aaa teeerazz, proszę bardzo:


I co, i co?? Herbi, prawda? Aa guzik! Bo na trzecim zdjęciu jest Paryż!

Paryż przybył do schroniska niedawno. Na początku był nieśmiały i ciutkę zamknięty w sobie, ale później, jak już zobaczył, że u nas jest właściwie całkiem fajnie, jest dużo głasków, spacerów i miłości, to zmienił się w całkiem fajnego psa! Poznali już się na nim wszyscy i często kiedy przychodzi taki dwunożny, co nie jest wolontariuszem, to też prosi o Paryża,żeby go wyspacerować!

Herbi natomiast czeka na dobry dom już dwa lata... Też jest całkiem przyjacielski i jak już wyjdzie ze schroniska do lasu i przewącha dwie pierwsze proste, to już potem robi się całkiem miziasty! Sam się dopomina o kontakt, a maślane oczy robić umie... Mieszka z Miłą i całkiem się dobrze dogadują. Z innymi psami nie jest tak różowo... No i z oczami ma Herbi problem, bardzo za szybko zaczęły mi bieleć, ale co robić... W kochaniu ludzi to jednak nie przeszkadza!

Albo tutaj patrzajcie:


...i tu:


I co, no jeden pies! Tylko o dwóch imionach. Na górze ma na imię Orkan, a na dole Kirbi. To ci heca!

Kirbi jest u nas prawie rok. Nie było z nią łatwo, zresztą dalej nie jest. Kto jej nie zna, ten widzi przestraszoną psiolaskę, która co prawda nie kłapie zębiskami, ale kulturalnie daje do zrozumienia, że nie ma ochoty na zawieranie znajomości... Trzeba ją przekonywać do siebie, ale jak już Kirbi dobrze pozna wolontariusza, to zmienia się w przekochaną kudłatą psią dziewuszkę, łagodną, oddaną i radosną! Szczeniaczkowa wersja Kirbi jest tylko dla wybranych! Ale zapewniam, że jest druga strona, nie tylko ta, którą widać na wiatach... Się sam przekonaj najlepiej!

Orkan zaś jest w schronisku kilka miesięcy. Też na początku był wycofany, ale on szybciej dał się przekonać do wyjścia ze skorupki. Teraz jak któryś z wolontariuszy do niego wejdzie, żeby zapiąć w szelki, to ten już do nóg się klei i tylko miziaj! Skubaniec wie, że jak już dwunożny do niego wszedł ze smyczą pod pachą, to murowane, że na spacer wyjdzie, więc przedłuża ten czas miziania ile tylko może! Wychodzi na spacerki nawet z nie-wolontariuszami, z całymi rodzinami, a to znaczy, że jest już uznany za całkiem fajnego psa. I już!

Tutaj pewnie będzie się trudniej nabrać, bo jedno zdjęcie mam w słońcu...


...a drugie w cieniu...


Ale Wam mówię, że jak się zobaczy ni z tego, ni z owego w lesie, czy na placu, to jak bum-cyk-cyk to niektórzy muszą długo rozmyślać, cóż to człapie.

Tymczasem na pierwszym zdjęciu jest Birko - pies taki, co to musi mieć solidnego opiekuna. Musi być solidny pod każdym względem! Briko musi wiedzieć, kto w domu rządzi. Nawet, jak jest drugi pies, to też trzeba pilnować, żeby całkiem go nie zdominował, taki to Briko jest... Mógłby być jednak jedynym psem w domu, mógłby codziennie biegać ze swoimi dwunożnymi kilka kilometrów, mógłby potem wracać na swoje legowisko i zasypiać wzdychając z zadowoleniem... Takie to życie jego mogłoby być...

A Roxia? Roxia też idealna na dłuuuugie spacery, aż się rwie do biegania! Czasami jej się zdarzy pociągnąć na spacerze, ale nie ma się co dziwić, przecież wychodzenie do lasu raz na kilka dni nie wystarczy, żeby być tak całkiem grzecznym i chodzić na luźnej smyczy... Radości też w niej tyle, że wszystkie smutki będą zwiewać, gdzie kocimiętka rośnie, kiedy Roxia będzie w pobliżu! Kto zechce się przekonać?

Widzicie? I nic dziwnego, że odwiedzający często pytają o rasy. Jak im mówić, że to wszystko kudelki, skoro bywa, że mieszka kilka podobnych czterołapów? A jeszcze jak się okazuje, że charaktery podobne...

------

P.S...... Pamiętacie, że miałem operację, prawda...? Nie chcę zapeszać, ale tak po cichutku napiszę na samym końcu, malutkimi literkami, że... chyba coś zaczynam słyszeć... Ale na razie ćśśśś... bo sam nie jestem pewien, czy mi się zdaje, czy faktycznie coś czasem szczeknie, a czasami ktoś zawoła "BIDEK, zostawże ten KOSZ na ŚMIECI!"............

niedziela, 1 czerwca 2014

Ulewa, przeprowadzki i... Ropuch(a)

Laaało tego dnia solidnie... Lało tak, że i sierściucha by się z domu nie wygoniło! Hedar wyjrzał za okno i się drze...

- Buulbaa! rodzina przyjechała!

- jaka rodzina?? co ci do łba strzeliło??

- no takie niskie jak ty i oczy wyłupiaste...

ech, poszłam zobaczyć (trudno, leje czy słońce grzeje - służba nie drużba!) i zaraz miałam ochotę wrócić i nagadać temu Hedarzyskowi! Na placu stała pani Ropucha. Może to i pan Ropuch był, ale nie szło poznać a nie chciałam zaglądać... wiecie...


Wcale nie był mojego wzrostu! i oczy to ja mam ładniejsze! I nie mam takich parchów! Jak przystało jednak na porządnego stróża - musiałam zagadać. Kiepsko było się dogadać, coś tam skrzeczał(a), że u nas tu jakieś baseny czy zalewy powstają i chciał(a)by się dowiedzieć czy znajdzie się miejsce jakieś, czy już są wykupione. Że też ja na szaleńców muszę trafiać! Drugi raz mnie ochota naszła na zbesztanie Hedara za takie wkopanie mnie w dziwne odwiedziny... Udało mi się jakoś wyperfrs... wypewrsa.... w y p e r s w a d o w a ć (O!) temu parchatemu płazowi, że u nas to tylko sierściaści są przyjmowani. Zresztą u nas obroże obowiązują a jak założyć cokolwiek komuś kto ma głowę mniejszą od szyi... No i polazł(a) na szczęście.

Ja natomiast podreptałam czem prędzej zorientować się o czym to skrzeczało... i niech to Tyson ściśnie! Wiaty w wodzie! Psy po kostki stoją w kałużach! Na szczęście nie wszystkie, bo nie byłoby gdzie przenieść, ale kilka musiało się przeprowadzić na jakiś czas.

Herbi przeprowadzał się ostatnio dwa razy. Kiedyś mieszkał blisko wyjścia, ale dla urozmaicenia zmienił lokum na "centrum" wiaty. Szybko się okazało, że to był koszmarny pomysł, bo Herbi za dużo się chwali i na krytykę jest oporny... Za każdym razem jak miał wyjść na spacer to szczekał, że "zaaaraaaz wychooodziii a iiinniii nieeeee", inne psy się denerwowały, bo wiadomo, że każdy chce wyjść! I potem one na niego ujadały, że jest okropny, bo jak można się tak przechwalać a on im odszczekiwał, że "właśnie, że będzie krzyczał i nikt mu bronił nie będzie!".


Jak tylko zwolniła się kwatera na początku wiaty, to Herbi przeprowadził się znów. Zamieszkał obok Sierry a jej takie przechwałki spacerowe nie wzruszają, damy się nie denerwują, wiadomo... No i pech był, że zaczęło padać, lać, podtapiać i zalewać. Ten biszkoptowy, wielkonosiasty pies musiał się przenieść w suchsze miejsce.

Razem z nim apartament musiała zmienić Miła, jego współpsialokatorka. Tak prywatnie to ją uwielbiam! Co by się nie działo, to Miła jest zawsze przemiła, przeuśmiechnięta, przezadowolona i właściwie to nigdy ogon jej nie przestaje merdać.


Nic jej nie przeszkadza, właściwie to i w kałużach jej dobrze było, ale tarzanie jest mało komfortowe... Bo Miła zawsze w rubryce "hobby" wpisuje "tarzanko". Wiele jej nie trzeba. Może być piasek, mech, chodnik, trawa. Każda powierzchnia jest dobra do tego, żeby się rzucić na grzbiet i machać łapami na wszystkie strony i ogonem szorować! Zabawnie to wygląda, bo ta suczka jest dosyć w sobie, taki pocieszny, pluszowy wałeczek dreptający na zgrabnych kończynkach. Miła ma dystans do siebie i do świata, nie obraża się za byle co. No nie lubić jej się nie da!

Przeprowadzić musiały się też psy, które świeżo przyszły do Schroniska! Taki Buber na przykład.


Niby zadowolony na zdjęciu, ale trzeba było zobaczyć jak wyglądał w podtopionym kojcu! On też nie z tych długonogich, jak ja, to go nawet rozumiem... Nam szybciej woda do nosa podejdzie! Co tu dużo gadać, przystooojny jest... i taki długi... i sierść lśniąca... Gdybym była młodsza... No w każdym razie Buber jeszcze niezbyt przekonany jest do swojego nowego "mieszkanka". Jak każdy... Nie mogłam z nim pogadać, bo akurat nie zdążyłam dobiec, więc nie wiem co robił przed wylądowaniem u nas. Może miał ciepły kąt w fajnym mieszkanku z fajnymi ludźmi, ciężko się w takim przypadku przestawić na schroniskowe warunki. Trudno tak od razu się uśmiechać do każdego i zawsze. Przywyknie... a może zanim będzie musiał przywyknąć to ktoś go weźmie do fajnego mieszkanka, gdzie będzie miał własny kąt...

Jak już sobie pooglądałam zalane kojce i zanotowałam który pies gdzie się przeniósł, polazłam wreszcie do biura rozmówić się z Hedarzyskiem, za tego Ropucha! Czy tę Ropuchę... No w każdym razie tak się nie robi!

Jednak jak wlazłam do biura i Hedar mnie zobaczył, upapraną w błocie po pachy i całą ociekającą deszczówką, tak rozpaczliwie próbował się wcisnąć pod koc...

- Hedziu, no doobraaaa, nie gniewam się... Ale myślisz... myślisz, że naprawdę przyjdzie po mnie rodzina jakaś...? Po nas, myślisz, że przyjdzie...?

środa, 9 października 2013

JEDNA NIEZWYCZAJNA BEZOGONIASTA


- Tyson, czemu bezogoniaści tak się kłócą?
- Nie kłócą się, tylko dyskutują – mruknął Tyson z godnością i spróbował się ugryźć w ogon.
- Jak zwał, tak zwał! O co im chodzi?
- Jakiegoś maila dostali – warknął i znów spróbował się ugryźć, tym razem wykręcając się w drugą stronę.
- A bo to mało maili przychodzi do schroniska? Co w tym akurat było takiego szczególnego?
- Nie wiem – i tu wykonał kolejną próbę odgryzienia sobie ogona.
- Przestań się wiercić, amstafie! Rzep ci się przyczepił?
- Nie. To gimnastyka. Dawno nie byłem na spacerze i zastałem się.
- No dobrze, ale na chwilę przestań i szczekaj jak pies, szczegółowo. Naprawdę nie wiesz, o co w tym mailu chodziło?
- Ano, nie wiem. Ktoś chce pomagać, a nasi nie chcą przyjąć tej pomocy… Jakoś tak, zdaje się.
- Coooo? Pomocy nie chcą przyjąć? Nie przesłyszałeś się?
- Oj, Majka, dałabyś spokój. Leć sama do biura i posłuchaj, zamiast przeszkadzać. Tobie już kondycja niepotrzebna, ale mnie tak.
Odwrócił się i wskoczył na budę. Potem zeskoczył. I wskoczył. I zeskoczył. I…
Przeniosłam się do biura. A tam bezogoniaści dyskutowali. I jedni byli oburzeni, a drudzy się śmiali. A jeszcze inni kręcili głowami. Zanim zdążyłam się zorientować, o co chodzi, nasz bezogoniasty, ten od komputerów, zdenerwował się i krzyknął, żeby wreszcie ustalić, co ma odpowiedzieć na tego maila. No to inni jeszcze trochę pogadali i ustalili, że trzeba bezogoniastej, co napisała maila, podziękować i pomocy nie przyjąć, bo to byłoby nieetyczne. I zaproponować jej, żeby raczej zgłosiła się do wolontariatu, bo psy przede wszystkim potrzebują kontaktu z człowiekiem, a schronisko cierpi na brak wolontariuszy. Albo niech jakieś zwierzę adoptuje wirtualnie. Albo niech wpłaci pieniądze na którąś z naszych akcji, na przykład na „Zbiórkę na Burka”…
No i nasz bezogoniasty pisał, a ja zerkałam na ekran i kawałki tego dyskusyjnego maila udało mi się przeczytać. Taki był:

Witam serdecznie :)
Chciałabym dać WAM, zwierzakom... coś od siebie. Wiem, największym szczęściem jest nowy, dobry dom, ale ja go dać niestety nie mogę. Wynajmuję tutaj mieszkanie, sama jestem "znajdą" z daleka, ale pokochałam Zieloną Górę, a zwierzęta kocham i szanuję od zawsze...
[…] jestem bardzo sercem z WAMI. Z tym, co robicie dla zwierząt, bo czasem, bo... często zwierzę jest bliższe niż człowiek.
[…]
Taki mam pomysł, aby każdy z odwiedzających mnie klientów przyniósł ze sobą karmę, albo koce, albo choćby stare ręczniki. Może smycze z obrożami… Wszystko to na rzecz schroniska w Zielonej Górze. […] Tutaj dobre chęci się liczą!! Nie będę szacować  wartości przekazanych „darów” – KAŻDY, kto przyniesie cokolwiek dla zwierząt - z poniższej listy - zostanie obdarowany RABATEM (30zł) na usługi w moim wykonaniu.
- co najmniej puszka karmy dla psów lub kotów;
- materiały: stara pościel, ręczniki, koce
- Akcesoria: smycze, obroże, kagańce, szelki dla psów lub kotów.
[…]
Mam nadzieję, że poprzecie mą inicjatywę. Jeśli tak, to pomożecie i mnie... poczuć się może troszkę lepszym człowiekiem...
[…]

Było tam jeszcze więcej, ale albo nie zdążyłam przeczytać, albo nie zrozumiałam… I w ogóle nie rozumiałam, o co chodzi. Bezogoniasta chce pomagać. Jak jej klient przyniesie coś dla psów, dostanie rabat. Co to rabat, to akurat wiem: nasi, jak coś dla nas kupują w sklepach czy hurtowniach, to wszędzie starają się o rabaty… A ta bezogoniasta? Jak daje rabaty, to chyba też ma sklep jakiś… No to czemu nie przyjąć pomocy od właścicielki sklepu?
Przeniosłam się między wiaty poszczekać z innymi psami. Przekazałam im treść maila i pytam, co one na to. Gorm, który w schronisku jest od niedawna, zaskoczył mnie przenikliwością.
           
Pomyślał, ogonem machnął i warknął:
- Wiesz, Majka, jak ta bezogoniasta chce dawać rabaty na swoje USŁUGI, to ona nie ma sklepu. Raczej jakiś zakład usługowy. Może jest zjawą, tak jak ci nasi i robi usługi medyczne… Albo ma psi salon piękności i strzyże psy… albo bezogoniastych. Albo coś podobnego, rozumiesz…
- Chyba masz rację, Gorm. Ona jest właścicielką zakładu usługowego. Ale dlaczego przyjmowanie pomocy od właścicielki jakiegoś zakładu miałoby być nieetyczne?
- A nie napisała w tym mailu, kim właściwie jest? – wtrącił się Herbi. (Ciekawy psiak, później o nim napiszę.)
           
- Niby napisała, ale nie zrozumiałam… To było coś… jakieś… proste…
- Proste, a ty nie zrozumiałaś? – zdziwił się Gorm.
- Nie, było trudne, tylko w nazwie było coś prostego… Zaraz, niech sobie przypomnę… Prosta tu… prosty tam… Niech to kleszcze, nie pamiętam…
- Nieważne – zaszczekał Tyson ze swojego kojca. – Jak bezogoniaści stwierdzili, że nie przyjmą od niej pomocy, to nie. Oni wiedzą, co robią.
           
- Ale z drugiej strony, kim by tam ona nie była, wszystko jedno. Nam przecież obojętne, kto nam pomaga dobrze zjeść, lepiej mieszkać czy się leczyć, nie? – wtrącił swoje trzy grosze Pajk.
          


No i rozszczekało się schronisko. Jedne psy uważały, że pomoc trzeba było przyjąć, inne – że przeciwnie… Nawet sierściuchy z kociarni wymiaukiwały własne zdanie. Podzieliły się zwierzaki na dwa tak samo liczne obozy…
A ja słuchałam i cały czas zastanawiałam się, kim właściwie jest ta bezogoniasta. Można by spytać pana stróża, on by wyjaśnił, ale akurat był na chorobowym. A ten, co go zastępuje, z nami nie rozmawia…
No i sama nie wiem. Pomóżcie…


niedziela, 29 września 2013

DZIWNOŚCI, SZCZEKAM WAM!



 Gdy nasi dostali wiadomość, że pod niedalekim miastem leży w przy drodze pies i nie rusza się, Tyson bardzo się przejął. Zaraz zaczął mnie męczyć, żebym tam poleciała. Bo to może ostatnie chwile tego psa, może on już zdychać chce, bo znikąd pomocy i zanim nasi dojadą – to przecież kawałek drogi – to ten psiak weźmie i zdechnie całkiem!
No to poleciałam. Patrzę – rzeczywiście leży. W kwiecie wieku pies, jasnobrązowy. Leży na boku, w rowie, pod wielką reklamą, łapy wyciągnięte, ogon podkulony… Trzy ćwierci do śmierci.
Zagaduję, trzymaj się, zaraz po ciebie przyjadą, pomogą… A co ci właściwie jest? Samochód potrącił? Głód cię zmógł?... No, szczekaj, pies! A on tylko coś pomrukuje, ślepiami przewraca i ani be, ani me… Oj, niedobrze, myślę.
Nasi w końcu przyjechali. Bezogoniasty wyskoczył z samochodu i do psa. Na ręce wziął, a ten mu leci z tych rąk, bezwładny jak szmata do zmywania kojców… Bezogoniasty zaniósł go ostrożnie do samochodu i w drogę. Ja też. Jeszcze dobrze nie ruszyli, jak byłam w schronisku i uspokoiłam Tysona.
A wieczorem siedliśmy do pisania. Było o czym.

Ten zdychający pies przywieziony spod niedalekiego miasta dostał na imię Herbi. Nasi położyli go w kojcu tymczasowym, w jednym z tych przy wejściu do schroniska. Przy okazji obejrzeli go dokładnie. Żadnych ran, złamań, na chorego też nie wyglądał. Jeśli już, to na skrajnie wyczerpanego. No to dali mu w michę porządnego żarcia, drugą michę wody, a on jakoś doczołgał się do karmy, stanął na drżących łapach i zaczął zajadać. Skoro je – to wyżyje. I nasi poszli do swoich zajęć.
                       
A Herbi żarł, żarł, żarł, wody łyknął, obszedł kojec dokoła, wrócił do miski, żeby sprawdzić, czy jeszcze coś nie zostało, szczeknął sobie i zległ. I wsłuchiwał się, jak mu się żarcie w żołądku układa.
Po godzinie wstał i stwierdził, że pora na niego. I hyc z kojca! Górą, nad ogrodzeniem. I do bramy. Była, oczywiście, zamknięta, więc zaczął szukać miejsca, w którym najwygodniej mu będzie przeskoczyć przez płot. Wtedy zauważyli go nasi, podeszli, pogadali, wzięli na smycz i zaprowadzili do innego kojca, wyższego. Z niego – na razie przynajmniej – nie próbuje wyskoczyć.

Takich skoczków było już paru w schronisku. Jeden to jeszcze jest. Też niedawno przyjechał. Bezogoniaści nazwali go Drapek, bo z każdego kojca potrafi drapnąć. Ma też inne imię – Spiderman. Z tego samego względu. Młody jeszcze kundel, średniego wzrostu, nawet odrobinę do Herbiego podobny.
                       
Miły, spokojny, jak widzi bezogoniastych. Ale jak na dłuższą chwilę znikną mu z oczu, zaczyna kombinować, jak tu wyleźć na swobodę. Po siatce wspina się jak sierściuch po drzewie. I przeciska się szparą pod dachem. Zabrali go więc do kojca z wyższym ogrodzeniem – i też zwiał. Wreszcie zamknęli go w takim, gdzie szpary pod dachem prawie nie było. No to był spokój. Parę dni. A potem znowu trzeba było ganiać Drapka po schronisku.
Ostatnio się uspokoił. Chyba stwierdził, że wiać nie ma sensu. Bezogoniaści zaczęli uważać na niego szczególnie. Zresztą, tutaj pies i nażarty, i bezpieczny, można wytrzymać.
Ale pewności nie ma, co mu jeszcze do łba wpadnie.

            Od niedawna w schronisku jest też Dynamo, czyli sierściuch-mechanik.
                       
Kręcił się po osiedlu wieżowców niedaleko schroniska i nikomu nie wpadał w oko, młodziutki, dwumiesięczny, szaro-biały… Do czasu. Upodobał sobie siadanie pod parkującymi przy ulicy samochodami. Wiele kotów tak robi. Ale temu akurat to nie wystarczało. Postanowił poszperać głębiej. Znalazł sobie jakąś dziurę w podwoziu i wlazł do środka, w same bebechy auta. I zaczął buszować między silnikami, gazikami, rurami i kabelkami…
Akurat właściciel tego samochodu chciał gdzieś jechać. Podszedł do wozu i widzi, że stoi nieruchomo, jak zwykle, tylko coś w nim chroboce i jakby pomiaukuje cichutko. Zaraz podniósł klapę, no bo to może jakaś awaria i widzi, że jego silnik ma ogon! Próbował złapać, ale silnik ogon podwinął pod siebie i prychnął… Bezogoniasty próbował wsunąć tam łapę, ale się nie zmieściła, więc znalazł jakiegoś patyka i zaczął nim ostrożnie dźgać silnik od spodu. Wtedy silnik rozmiauczał się na całego. Dziwny jakiś silnik!...
Bezogoniasty spróbował dźgnąć jeszcze raz, a wtedy spod silnika wysunęła się pazurzasta łapka i próbowała złapać patyk…
No i trwało to jakiś czas.
Bezogoniasty zadzwonił wreszcie po straż pożarną i do schroniska. I zaczęły się obrady, co robić. Strażacy sugerowali, żeby zaciągnąć samochód do warsztatu i wymontować silnik, ale właściciel wozu nie bardzo chciał się na to zgodzić. Wiadomo – koszty. No to może odpalić silnik – jak zacznie pracować i hałasować, to sierściuch się zlęknie i wylezie. Spróbowali: silnik warczał, sierściuch miauczał – i zostało po staremu.
Pozostawało czekać, aż zwierzak sam wylezie. Nasi postawili przy wozie trochę kocich rarytasów – może się złakomi. Wiadomo – smary mniej smaczne od whiskasa. I złakomił się, chociaż nie od razu.
A wtedy nasi go cap i do schroniska.
I teraz siedzi, i czeka, aż go ktoś adoptuje. Ktoś taki, kto ma samochód, albo jeszcze lepiej dwa!