Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Drapek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Drapek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 września 2016

Najgorsza ta pierwsza...

Ostatnio pisał ktoś na blogu, że nie obchodzimy rocznic. Nikt z nas nie pamięta, kiedy się urodził i nikt nie ma tego wpisanego w papiery. Nie błąkamy się z metryką, a czasami tam, skąd przychodzimy, nikt nie chce pamiętać o nas, a co dopiero o dniu, w którym przyszliśmy na świat...

My, bezdomniaki, nie obchodzimy urodzin. Nie wiemy, kiedy. My, bezdomniaki, "rodzimy się" na nowo, kiedy nasza nowa rodzina podpisuje umowę adopcyjną i zabiera nas do domu na zawsze-zawsze. Wtedy najczęściej oni pamiętają o tej najważniejszej dla nas dacie - dacie naszych nowych, najprawdziwszych i najszczęśliwszych "urodzin".

Teraz nie wiemy, kiedy one nastąpią, a jedyną datą, jaką znamy, jest data przyjazdu tutaj.

Większość z Was przeczyta to rano, znaczy w niedzielę, znaczy 11 września 2016 roku. Właśnie tego dnia rocznicę obchodzą dwa psy, a za kilka dni kolejne dwa. ...i żeby to jeszcze była pierwsza rocznica... Chociaż pierwsza jest chyba najgorsza.

Drapek obchodzi drugą rocznicę. Dokładnie dwa lata temu do nas przybył.


Miał przerwy w tak zwanym międzyczasie, kiedy próbował życia w innych miejscach, ale o pierwszej przygodzie nawet nie wspomnę, a druga... cóż... niech będzie, że dwunożni pokochali Drapka bardzo, a on ich, ale jego natura była silniejsza od niego i jednak pod tym względem się nie zgrali... Potem był płacz i lament, ale Drapek wrócił. Psiur z niego niewielki, ale energii ma za całe stado! Przebiec kilkanaście kilometrów to dla niego tyle, co zjeść chrupka, po prostu go roznosi! Musi mieć co robić i trzeba codziennie pamiętać, żeby go solidnie wymęczyć... To naprawdę fajny zwierz, tylko potrzebuje kogoś naprawdę aktywnego i niebojącego się wyzwań.

Tego samego dnia przybył do nas Hagi.


Widocznie ten dzień był spod znaku aktywnych, bo Hagi też jest stworzony do biegania! Właściwie to tego jedenastego września, dwa lata temu, Hagiemu zmieniło się życie na lepsze. Przybył do nas z dość niefajnego miejsca, gdzie niezbyt miał dobre warunki... U nas jednak przyjemniej z pełną michą, spacerami i posprzątanym kojcem. Taki z niego zwierz, że nie z każdym się zaprzyjaźni od razu. Owszem, smakołyk chętnie, ale z przytulaniem trzeba poczekać, nie tak na pierwszej przechadzce! Zgrywa takiego niedostępnego i trzeba po prostu dać się poznać z najlepszej strony, aż sam się przekona i zechce bliższego kontaktu. Nie ma co zmuszać! Jak już kogoś jednak dobrze pozna, to jest coraz śmielszy i coraz bardziej przekonany, a jak ktoś go pokocha, to żadne przyjazdy częstsze na zapoznania nie będą straszne!

Za kilka dni, bo w ponn...wto.. tak, we wtorek, będzie rocznicował Herbi... To będzie jego trzecia jesień w kojcu...


Trzy lata temu Herbi był zdrowszy i bardziej widzący niż teraz. Dzisiaj ma tylko słuch i węch oraz łapki, które go niosą między wiatami, przez schroniskowy plac do lasu, który dobrze przez trzy lata poznał. O nim było niedawno, więc się powtarzać nie będę, bo jeszcze uznacie, że nudny jestem.... O Herbim poczytacie więcej TUTAJ.

Za kolejne kilka dni, dokładnie za tydzień, Nusiek będzie obchodził tę najsmutniejszą chyba, pierwszą rocznicę...


Dlaczego najsmutniejsza? Bo pierwszy miesiąc się myśli, że przecież to tylko chwila i zaraz się wymaszeruje do domu. Drugi to właściwie prawie jak pierwszy, w trzecim, czwartym i piątym zaczyna się już na dobre kumać, o co w tym wszystkim chodzi, w kolejnych poznaje się kolejnych psiumpli, wybiegi i kolejnych wolontariuszy, a potem nagle uświadamiasz sobie, że stuknął cały ROK... A przecież jeszcze niedawno był raptem miesiąc i przecież ktoś miał się zjawić... a tu nic. 

Wracając do Nuśka - przyjechał do nas z psiumplem Orkanem i psiumpelką Luką. Oni już wyjechali do domów... Czemu nie Nusiek? Nie wiem! Jest spory, ale do tego tak uroczy i z gracją, że doprawdy nie rozumiem! Mieszka z Boryskiem i obaj są szaleni w tym niezwykle pozytywnym znaczeniu. Prawda, lubi sobie pobiegać, poszaleć, pobawić się, ale przecież to same zalety! Z innymi psami się dogaduje, wszyscy dwunożni też są dla niego psiekstra kompanami, Nusiek to jeden z tych psidealnych psów!

Jest jeszcze szansa, żeby Nuśkowi oszczędzić tej pierwszorocznej, przykrej rocznicy. Jest szansa, żeby też innych zwierzakom jej oszczędzić, zresztą nie tylko tej pierwszej, bo każda jest niefajna. To właśnie z Tobą mogą obchodzić swoje pierwsze, prawdziwe urodziny! Takie najlepsze, najradośniejsze, które zmienią w ich życiu wszystko...

Nie będą oczekiwać ani tortu, ani prezentów. Wystarczy im ta pewność, że już zawsze, na zawsze będziecie je obchodzić razem...

niedziela, 31 stycznia 2016

Genetyka, czyli co mamy zakodowane, a co dopiero się zakoduje!

- Larsi, jesteś pewna...?

- Czemu?

- Taki tytuł... Nie odstraszy...?

- Dżokej, oczywiście, że nie! Wręcz przyciągnie, bo się każdy zdziwi, że pies może o tym pisać!

- ...ale ja nic nie rozumiem...

- Ojej, a od czego masz mnie? Ja wszystko wyjaśnię. Jestem uczoną psiolaską, a czego nie wiem, to sobie wygogluję i się dowiem, i już będę wiedzieć! Jestem też uprzejmna... uprzejma i się dzielę wiedzą. 

- ...Larsi, wszystko super, ale wiesz... to zawsze był blog o psach, o sierściuchach... wiesz, nie mamy cyklu takiego naukowego... Może wciśniemy cię tak między postami, co...? Nie dziś...

- Zaufaj mi. Będzie o psach. O naszych, na pewno. Będzie jak zawsze.

- ...nic nie rozumiem...

- Siadaj i słuchaj.

Całkiem niedawno zadzwonili jedni dwunożni, co adoptowali od nas psa. Nasi już kiedyś słyszeli od innych na temat innego zwierzaka, że pies nie był przystosowany do adopcji, ale tego, co teraz im powiedziano, to jeszcze nie. Otóż wyszło, że pies miał jakieś skrzywienia genere... getyn... g e n e t y c z n e. Bo gryzł dzieci. Bo sikał w domu. Pies przygarnięty jako szczeniak, teraz już ma ładne kilka miesięcy, a może jeszcze więcej...?

Hmm... No nie. To nie sprawa genów! Ale czekajcie... Co to takiego te geny? Geny to takie małe, maciupkie, maciupenieczkie kosteczki. Jest ich koooszmaaarnieee duuuużooooo i na kosteczkach jest zapisane wszystko na temat zwierzaka, człowieka czy wszystkiego, co żyje. Znaczy w jednym zwierzaku jest jeden zestaw kosteczek, w drugim jest drugi zestaw i wszystko właściwie ma swój własny zestaw. Tu już zaczynam się zbyt zagłębiać, więc żeby nie było, że ja sama czegoś nie wiem... na tym zakończymy... Powiem jeszcze tylko, ze każda kosteczka to jest jedna informacja typu "oko będzie niebieskie", "łapy długie", "będzie lubił piłki", "zachoruje na stawy". Nie wszystko jest zapisane i nie wszystko da się przewidzieć, ale napraaawdęę spooroo jest.

Na przykład... Tadzia ma między innymi geny chudych girek, niskiego wzrostu, cienkiego ogonka i tego oczywiście, że jest psiolaską.



Jest jeszcze całkiem młoda, więc szanse na dom ma spore. Jest też nieśmiała, ale wiecie, to taka nieśmiałość, którą zwalcza się z mig jakimś smakołykiem. Potem już się ma Tadzię na kolanach!

Zenir natomiast ma bardzo dużo genów takich jak koker spaniele. 


Ma miękkie kudełki, spore uszy, zarasta jak owca iiiii ma charakterek. U takiego psa, jak Zenir można przewidzieć, że sierść będzie musiała być przycinana i że może (chociaż nie musi) pokazywać, że ma swoje zdanie, bo jeśli chodzi o sierść, to to stała cecha u kokerów (takie geny się przenoszą od rodziców!), a charakterek... też bywa przenoszony, chociaż... o tym na końcu...

Geny owczarkowe ma Ares.


Geny owczarkowo-niemieckie, czyli czarny grzbiet, jasne łapy i pysk ooraaaz stojące ucha. Co jeszcze mają zakodowane owczarki? Uwielbiają pracę z człowiekiem, są pojętne, oddane, lojalne, inteligentne, lubią się uczyć i doskonale wiedzą, że ich najlepszym przyjacielem będzie dwunożny! Czyli Ares! Do tego doskonały węch i stuprocentowa trafność w szukaniu kanapek... 

Czyli nie tylko wygląd jest zakodowany, ale zachowanie, częściowo, też. Taki Drapek na przykład ma geny średnich łap, śmiesznych uszu... ale też ma gen niekończącej się energii i wytrwałości na spacerach.



 Tego się już nie zmieni w Drapku. Musi chodzic na długie, porządne spacery, nie dla niego całodzienne leżenie na kanapie. Taki jest i koniec. Z takich klocuszków się składa, z takich genów. Nikt na to nic nie poradzi, po prostu trzeba być tego świadomym i też trzeba uwielbiać ruch. 

Te wszystkie przykłady i wzmianka o charakterku Zenira jest po coś. Bo można mieć w genach długą sierść, różowy nos, wytrwałość czy potrzebę zajęcia. Ale jeśli psu się ujawnia chęć podgryzania czy wciąż sika w domu, chociaż jest już duży i powinno mu być zwyczajnie wstyd... Toooo już, Drodzy Dwunożni, jest Wasza wina.... Do Zenira już nikt nie ma pretensji. Trafił do nas w słusznym wieku, nasi wiedzą, że starszyzna ma już swoje przyzwyczajenia i swoje prawa. Ale mieć psa od szczeniaka i uważać, że ma złe geny, bo "się" nie wychował...? No wiecie?! A gdzie byli właściciele? Gdzie była nauka siurania na dworze? Gdzie było nagradzanie i tańce szczęścia przy każdym zostawieniu prezentu na trawniku? Jak dawali znać psu, kiedy zęby wyciągał, że to jest niemile widziane...?

Ciekawe, czy odpowiedzialność jest zakodowana, czy nabyta, bo tego w guglu nie znalazłam...

-----------------------

P.S. Chciałam powiedzieć nieśmiało, że mamy pobite DWA blogowe rekordy! 
Pierwszy - MÓJ - napisałam wpis taki jeden ciężki..... I on ma ponad 1500 wyświetleń... (do tej pory maksymalnie było około tysiąca...) Smutny post, ale w tym smutku jednak pojawia się taka myśl, że dobrze, że to się aż tak roznosi.... Kto nie czytał, to jest ten o marznięciu serc... Można go przeczytać TUTAJ.
Drugi rekord - w sumie dzięki MNIE, bo gdyby nie ten post, co napisałam wyżej... Nasz blog w styczniu miał ponad 8 000 wejść!!!! Mam nadzieję, że Czytaciele będą wracać do nas!

Wasza Larsi.

środa, 14 stycznia 2015

Kocha ludzi, psów nie lubi. Czy aby na pewno?

I wcale nie mam na myśli, że może być odwrotnie! Chodzi o to, że może się okazać, że właściwie przy bliższym poznaniu to te pozostałe psiury takie złe nie są! A jeden z drugim czworonogiem często się poznać nie chcą, bo na pewno ten drugi to jest zupełnie niewart poznania, za to idealnie się na niego szczeka!

- Buulbka... jakby ci tutaj powiedzieć... Nijak nie mogę się rozeznać, o czym ty w ogóle chcesz napisać...

- Ekhem... no coś mi dzisiaj chyba nie idzie...

W takim razie przejdźmy od razu do przykładu!

Dawno temu... jakieś 550 poranków wcześniej, po ulicach błąkał się biszkoptowy, smukły przystojniak. Ktoś z naszych pojechał po niego i przywiózł takie cudne nieszczęście:


Na imię dostał Żożo. Ciężko z nim było na początku. Na smyczy nie umiał chodzić wcale! Kładł się, zrywał nagle, znów się kładł... Zupełnie nie wiedział, po co ten kawałek sznurka, który to go zatrzymuje, to ciągnie! Wolontariusze jednak cierpliwości mają duuużo i nauczyli Żożo pięknie chodzić na smyczy. Tylko Żożo widocznie lubił na coś narzekać, a skoro na smycz już nie mógł... to zaczął się uskarżać na wszystkie psy, jakie w schronisku mieszkają. Nie można było z nim przejść przez wiatę, bo przecież się darł i wyrywał tak, że strach! W dodatku kiedy tam się już nakręcał na psy, a nie mógł ich dostać, to zaczynał smycz targać,żeby rozładować to swoje zdenerwowanie.

Pisałam kiedyś o tym, że wolontariusze swoich ulubieńców mają. W Żożo też się zakochała jedna wolontariuszka! Nie dziwne w sumie...


Tak się zakochała ta wolontariuszka, że zaczęła myśleć... i myśleć... nie mogła uwierzyć, że Żożo tak całkiem tych psów nienawidzi... Bo miała ona swojego jednego i drugi psiur, w dodatku taki zadeklarowany nienawidziciel psów, to wiecie... Nie poddała się jednak, poprosiła jednego z pracowników, co psy dogadać umie i z psami się dogadać umie, i w ogóle w każdą stronę, i wiecie co - poznali te psy. I się okazało, że Żożo to właściwie może się dogadać! Był chyba tak zdziwiony, że ten drugi pies nic od niego nie chce, że właściwie zapomniał, że trzeba się na niego wydrzeć!

Minęło jeszcze kilka tygodni, kilka spacerów też minęło i nadszedł ten wielki dzień. Żożo pojechał do domu! W dodatku widziałam "na fejsie" (wiecie, światowa jestem i wiem, gdzie wleźć, żeby sobie popatrzeć!) filmik, na którym Żożo spaceruje w towarzystwie całej chmary czworonogów i dwunogów! I nic! Ani warknie! Wręcz czasami ogon pod siebie i się cofa. Nic nie zostało z tego wiatowego agresora! Ech, trzeba umieć, ale przede wszystkim trzeba CHCIEĆ odmienić życie takiego psa...

Mamy w schronisku jeszcze kilka takich psów. Na przykład Topek.


Pojętnyyy, że aż miło uczyć! Radosny, świetny pies! Tylko skubaniec, kiedy idzie przez wiatę to się tak drze i wygraża, że uszy więdną... Nie może się przekonać do psów i koniec. Za to ludzi lubi, uwielbia wręcz! Czas spędzony z nimi i zabawę, i szaleństwo, wszystko super! Tylko żeby jeszcze na te czworonogi tak nie reagował... Musi znaleźć ludzi, którzy będą z nim szaleć, Topek lubi się porządnie zmęczyć, bo chociaż nieduży z niego psiak, to energii ma za pięciu.

Kolejny taki ananas - Drapek.


Pies ledwie sięgający kolana. Za to z ilością energii, która starczyłaby dla połowy schroniska! Powinien ją rozdawać na prawo i lewo, byłoby mu łatwiej. Drapek potrafi skakać po ścianach, potrafi wspinać się po płotach, potrafi przebiec kilkanaście kilometrów i dalej w kojcu biegać w te i we wte. Nie będę już wspominać, że jak zobaczy psa, to mało gardła nie wypluje, tak ujada... Dałoby się nad tym pracować... tylko niech się ktoś znajdzie, to będzie chciał... Drapek był adoptowany dwa razy. Cóż, potrzebuje kogoś, kto naprawdę go wymęczy codziennie, kto poświęci mu tyle czasu, żeby w domu spokojnie spał...

Ech, niech tylko znajdą się osoby, które będą chciały odmienić ich świat!

-------------

I chociaż się smucimy, chociaż łza się w oku kręci, to z jednego oka ze szczęścia, z drugiego z radości...

Alaska. Aluśka. Alusieńka. Uratowana z koszmarnych warunków. Przeszła kilka operacji.


Przytyła, zrobiła się piękna, puchata...


Pisałam o niej kilka tygodni temu. Okazało się pewnego dnia, że kolejne guzy w Alusi rosną. Takie, których już nie można się pozbyć.

Nasi szukali domu. Na już, na wczoraj. Skakałam z radości, kiedy się okazało, że jest wspaniały dom, gotowy zmienić całe alusiowe wspomnienia na najlepsze z najlepszych. Zmieniali...


Bardzo zmieniali... Nikt NIGDY tak się dla niej nie poświęcał...


...aż pewnego dnia dostaliśmy wiadomość...

"Alaski nie ma już z nami... Odeszła dzisiaj w nocy... Dzisiejszy dzień był znacznie gorszy od poprzednich i weterynarz zdecydował, że jedyne co można zrobić to zakończyć jej cierpienie  ... Zasnęła na zawsze "...

...szkoda, że tak krótko, ale jakie szczęście, że w ogóle poznała inny świat... Mogła nie mieć tej szansy, ale trafiła na cudowne psioludzkie serca...

DZIĘKUJEMY.


środa, 2 października 2013

NASI SIĘ KSZTAŁCĄ


Dzisiaj o zwierzakach będzie trochę mniej niż zwykle. A więcej o naszych bezogoniastych.
Tak już jest, że jak się bezogoniaści zajmują czworonogami, to uczą się tego najlepiej w kontaktach z nami. To ciekawa nauka – i oni, i my mamy dobre chęci; z drugiej strony oni mają niekiedy za mało doświadczenia, a my za to mamy zęby… I to się jakoś uzupełnia w procesie kształcenia.
Ale sama praktyka to jedno, a teoria (proszę, jaka jestem wykształcona!) to drugie! No to nasi biorą się i za teorię. I kończą różne szkoły i kursy.
A stowarzyszenie, do którego należą, za to wszystko płaci! I nie żałuje grosza.
Siedziałam z Tysonem w jego kojcu i próbowaliśmy sobie przypomnieć, jak to się nasi szkolili. Pewnie nie wszystko sobie przypomnieliśmy, ale i tak wygląda to imponująco.

Była w schronisku młoda bezogoniasta, która pracowała na wiatach opiekując się psami. Jeździła parę lat do innego miasta i tam uczyła się w szkole, która nazywa się technikum weterynaryjne, czy jakoś podobnie. Jak skończyła już tę szkołę, to jeszcze trochę z nami popracowała, ale potem odeszła do jednej lecznicy. Za to teraz, gdy zwierzaki od nas trafiają tam do zjaw, to ona się nami szczególnie opiekuje.

Druga bezogoniasta, starsza trochę, też uczy się w takim technikum, ale już w naszym mieście. I niedługo je skończy. Jeszcze tylko jakieś praktyki jej zostały… Na razie, bo już sporo wie, zajmuje się współpracą ze zjawami, które przychodzą do schroniska i dba, żebyśmy w czasie choroby dostawali odpowiednie leki w odpowiednim czasie.

A jeszcze inna uczyła się takiego czegoś, co się nazywa groomerstwo i teraz się stara, żebyśmy wyglądali wszyscy jak z obrazka.

Wcześniej dwaj nasi bezogoniaści pojechali daleko na kurs, żeby się nauczyć, jak interweniować. To znaczy, nie jak łapać bezpańskie psy, bo to już umieli, ale jak robić to w zgodzie z prawem. Zwłaszcza tam, gdzie trzeba zabrać psa jego pożal się Dogu, właścicielom.

Kolejny szkolił się mocno, jak zdobywać to, co nie śmierdzi, od różnych sponsorów. Z kim gadać, jak gadać i jak to robić, kiedy się jest wolontariuszem…

Ostatnio znów nasi wysłali jednego bezogoniastego na szkolenie, ale tym razem długie. Będzie jeździł wiele razy i uczył się nowoczesnej tresury i czegoś, co się nazywa zoopsychologia. Jak z pierwszego zjazdu wrócił to miał oczy jak talerze i stwierdził, że dopiero teraz zaczyna rozumieć psy.

No i jeszcze nasza główna bezogoniasta i ten bezogoniasty, który prowadzi stowarzyszenie naszych bezogoniastych. Też się szkolą. Uczą się o tych papierkach, które trzeba zapełniać cyferkami… No, znaczy księgowości jakiejś, jakichś funduszy unijnych, cokolwiek to znaczy… I jeszcze o tym, jak powinno funkcjonować schronisko…

I wszyscy z tą nową wiedzą rzucają się na nas! O matko suczko!

No to psy patrzą i różne myśli im do głowy przychodzą.
Twix na te nowości zareagował miną: „No co wy??!!”
        



Agia: „Chyba czegoś nie rozumiem…”
           



Drapek: „Poważnie??”
           



Raj: „Ha ha ha… hau hau hau!”
           

            Miło pomyśleć, że nie tylko nas się uczy, ale i nasi się uczą.


niedziela, 29 września 2013

DZIWNOŚCI, SZCZEKAM WAM!



 Gdy nasi dostali wiadomość, że pod niedalekim miastem leży w przy drodze pies i nie rusza się, Tyson bardzo się przejął. Zaraz zaczął mnie męczyć, żebym tam poleciała. Bo to może ostatnie chwile tego psa, może on już zdychać chce, bo znikąd pomocy i zanim nasi dojadą – to przecież kawałek drogi – to ten psiak weźmie i zdechnie całkiem!
No to poleciałam. Patrzę – rzeczywiście leży. W kwiecie wieku pies, jasnobrązowy. Leży na boku, w rowie, pod wielką reklamą, łapy wyciągnięte, ogon podkulony… Trzy ćwierci do śmierci.
Zagaduję, trzymaj się, zaraz po ciebie przyjadą, pomogą… A co ci właściwie jest? Samochód potrącił? Głód cię zmógł?... No, szczekaj, pies! A on tylko coś pomrukuje, ślepiami przewraca i ani be, ani me… Oj, niedobrze, myślę.
Nasi w końcu przyjechali. Bezogoniasty wyskoczył z samochodu i do psa. Na ręce wziął, a ten mu leci z tych rąk, bezwładny jak szmata do zmywania kojców… Bezogoniasty zaniósł go ostrożnie do samochodu i w drogę. Ja też. Jeszcze dobrze nie ruszyli, jak byłam w schronisku i uspokoiłam Tysona.
A wieczorem siedliśmy do pisania. Było o czym.

Ten zdychający pies przywieziony spod niedalekiego miasta dostał na imię Herbi. Nasi położyli go w kojcu tymczasowym, w jednym z tych przy wejściu do schroniska. Przy okazji obejrzeli go dokładnie. Żadnych ran, złamań, na chorego też nie wyglądał. Jeśli już, to na skrajnie wyczerpanego. No to dali mu w michę porządnego żarcia, drugą michę wody, a on jakoś doczołgał się do karmy, stanął na drżących łapach i zaczął zajadać. Skoro je – to wyżyje. I nasi poszli do swoich zajęć.
                       
A Herbi żarł, żarł, żarł, wody łyknął, obszedł kojec dokoła, wrócił do miski, żeby sprawdzić, czy jeszcze coś nie zostało, szczeknął sobie i zległ. I wsłuchiwał się, jak mu się żarcie w żołądku układa.
Po godzinie wstał i stwierdził, że pora na niego. I hyc z kojca! Górą, nad ogrodzeniem. I do bramy. Była, oczywiście, zamknięta, więc zaczął szukać miejsca, w którym najwygodniej mu będzie przeskoczyć przez płot. Wtedy zauważyli go nasi, podeszli, pogadali, wzięli na smycz i zaprowadzili do innego kojca, wyższego. Z niego – na razie przynajmniej – nie próbuje wyskoczyć.

Takich skoczków było już paru w schronisku. Jeden to jeszcze jest. Też niedawno przyjechał. Bezogoniaści nazwali go Drapek, bo z każdego kojca potrafi drapnąć. Ma też inne imię – Spiderman. Z tego samego względu. Młody jeszcze kundel, średniego wzrostu, nawet odrobinę do Herbiego podobny.
                       
Miły, spokojny, jak widzi bezogoniastych. Ale jak na dłuższą chwilę znikną mu z oczu, zaczyna kombinować, jak tu wyleźć na swobodę. Po siatce wspina się jak sierściuch po drzewie. I przeciska się szparą pod dachem. Zabrali go więc do kojca z wyższym ogrodzeniem – i też zwiał. Wreszcie zamknęli go w takim, gdzie szpary pod dachem prawie nie było. No to był spokój. Parę dni. A potem znowu trzeba było ganiać Drapka po schronisku.
Ostatnio się uspokoił. Chyba stwierdził, że wiać nie ma sensu. Bezogoniaści zaczęli uważać na niego szczególnie. Zresztą, tutaj pies i nażarty, i bezpieczny, można wytrzymać.
Ale pewności nie ma, co mu jeszcze do łba wpadnie.

            Od niedawna w schronisku jest też Dynamo, czyli sierściuch-mechanik.
                       
Kręcił się po osiedlu wieżowców niedaleko schroniska i nikomu nie wpadał w oko, młodziutki, dwumiesięczny, szaro-biały… Do czasu. Upodobał sobie siadanie pod parkującymi przy ulicy samochodami. Wiele kotów tak robi. Ale temu akurat to nie wystarczało. Postanowił poszperać głębiej. Znalazł sobie jakąś dziurę w podwoziu i wlazł do środka, w same bebechy auta. I zaczął buszować między silnikami, gazikami, rurami i kabelkami…
Akurat właściciel tego samochodu chciał gdzieś jechać. Podszedł do wozu i widzi, że stoi nieruchomo, jak zwykle, tylko coś w nim chroboce i jakby pomiaukuje cichutko. Zaraz podniósł klapę, no bo to może jakaś awaria i widzi, że jego silnik ma ogon! Próbował złapać, ale silnik ogon podwinął pod siebie i prychnął… Bezogoniasty próbował wsunąć tam łapę, ale się nie zmieściła, więc znalazł jakiegoś patyka i zaczął nim ostrożnie dźgać silnik od spodu. Wtedy silnik rozmiauczał się na całego. Dziwny jakiś silnik!...
Bezogoniasty spróbował dźgnąć jeszcze raz, a wtedy spod silnika wysunęła się pazurzasta łapka i próbowała złapać patyk…
No i trwało to jakiś czas.
Bezogoniasty zadzwonił wreszcie po straż pożarną i do schroniska. I zaczęły się obrady, co robić. Strażacy sugerowali, żeby zaciągnąć samochód do warsztatu i wymontować silnik, ale właściciel wozu nie bardzo chciał się na to zgodzić. Wiadomo – koszty. No to może odpalić silnik – jak zacznie pracować i hałasować, to sierściuch się zlęknie i wylezie. Spróbowali: silnik warczał, sierściuch miauczał – i zostało po staremu.
Pozostawało czekać, aż zwierzak sam wylezie. Nasi postawili przy wozie trochę kocich rarytasów – może się złakomi. Wiadomo – smary mniej smaczne od whiskasa. I złakomił się, chociaż nie od razu.
A wtedy nasi go cap i do schroniska.
I teraz siedzi, i czeka, aż go ktoś adoptuje. Ktoś taki, kto ma samochód, albo jeszcze lepiej dwa!