Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agia. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 października 2013

NASI SIĘ KSZTAŁCĄ


Dzisiaj o zwierzakach będzie trochę mniej niż zwykle. A więcej o naszych bezogoniastych.
Tak już jest, że jak się bezogoniaści zajmują czworonogami, to uczą się tego najlepiej w kontaktach z nami. To ciekawa nauka – i oni, i my mamy dobre chęci; z drugiej strony oni mają niekiedy za mało doświadczenia, a my za to mamy zęby… I to się jakoś uzupełnia w procesie kształcenia.
Ale sama praktyka to jedno, a teoria (proszę, jaka jestem wykształcona!) to drugie! No to nasi biorą się i za teorię. I kończą różne szkoły i kursy.
A stowarzyszenie, do którego należą, za to wszystko płaci! I nie żałuje grosza.
Siedziałam z Tysonem w jego kojcu i próbowaliśmy sobie przypomnieć, jak to się nasi szkolili. Pewnie nie wszystko sobie przypomnieliśmy, ale i tak wygląda to imponująco.

Była w schronisku młoda bezogoniasta, która pracowała na wiatach opiekując się psami. Jeździła parę lat do innego miasta i tam uczyła się w szkole, która nazywa się technikum weterynaryjne, czy jakoś podobnie. Jak skończyła już tę szkołę, to jeszcze trochę z nami popracowała, ale potem odeszła do jednej lecznicy. Za to teraz, gdy zwierzaki od nas trafiają tam do zjaw, to ona się nami szczególnie opiekuje.

Druga bezogoniasta, starsza trochę, też uczy się w takim technikum, ale już w naszym mieście. I niedługo je skończy. Jeszcze tylko jakieś praktyki jej zostały… Na razie, bo już sporo wie, zajmuje się współpracą ze zjawami, które przychodzą do schroniska i dba, żebyśmy w czasie choroby dostawali odpowiednie leki w odpowiednim czasie.

A jeszcze inna uczyła się takiego czegoś, co się nazywa groomerstwo i teraz się stara, żebyśmy wyglądali wszyscy jak z obrazka.

Wcześniej dwaj nasi bezogoniaści pojechali daleko na kurs, żeby się nauczyć, jak interweniować. To znaczy, nie jak łapać bezpańskie psy, bo to już umieli, ale jak robić to w zgodzie z prawem. Zwłaszcza tam, gdzie trzeba zabrać psa jego pożal się Dogu, właścicielom.

Kolejny szkolił się mocno, jak zdobywać to, co nie śmierdzi, od różnych sponsorów. Z kim gadać, jak gadać i jak to robić, kiedy się jest wolontariuszem…

Ostatnio znów nasi wysłali jednego bezogoniastego na szkolenie, ale tym razem długie. Będzie jeździł wiele razy i uczył się nowoczesnej tresury i czegoś, co się nazywa zoopsychologia. Jak z pierwszego zjazdu wrócił to miał oczy jak talerze i stwierdził, że dopiero teraz zaczyna rozumieć psy.

No i jeszcze nasza główna bezogoniasta i ten bezogoniasty, który prowadzi stowarzyszenie naszych bezogoniastych. Też się szkolą. Uczą się o tych papierkach, które trzeba zapełniać cyferkami… No, znaczy księgowości jakiejś, jakichś funduszy unijnych, cokolwiek to znaczy… I jeszcze o tym, jak powinno funkcjonować schronisko…

I wszyscy z tą nową wiedzą rzucają się na nas! O matko suczko!

No to psy patrzą i różne myśli im do głowy przychodzą.
Twix na te nowości zareagował miną: „No co wy??!!”
        



Agia: „Chyba czegoś nie rozumiem…”
           



Drapek: „Poważnie??”
           



Raj: „Ha ha ha… hau hau hau!”
           

            Miło pomyśleć, że nie tylko nas się uczy, ale i nasi się uczą.


niedziela, 17 marca 2013

Zabawki



Jak patrzę na te wszystkie kółeczka, pierścienie, piłeczki, świnki, myszki, kostki – a wszystko z gumy, albo z plastiku – to niedobrze mi się robi! Ani to pożywne, ani smaczne, ani w ogóle do zeżarcia – a czasem to tylko zwierzaka robi w konia! Idziesz, patrzysz – kość!... No to ją w paszczę!... I co? Tfu, lateks i w ogóle madeinchina…[1]

Ale większość psów, zwłaszcza te młodsze, lubi takie paskudztwa. A już ta, co teraz ze mną mieszka w biurze, ta Agia, to szczególnie. Ma na razie cztery takie zabawki i wszystkie piszczą, jak się je ugryzie albo nadusi: gruszkę, golonkę, kość i prosiaka.
                       
Te zabaweczki to jej skarb – nikomu ich nie pozwala dotknąć, chyba tylko naszej głównej bezogoniastej. Bo się razem bawią tymi głupotami: siedzą na podłodze, bezogoniasta palcami naciska, Agia nosem i toto piszczy tak, że normalny pies bierze ogon pod siebie i zwiewa na podwórze.

Aż tu pewnego dnia trafiła do nas Piratka, malutka suczka, kundelka, ze zwichniętym biodrem. Ktoś ją znalazł przy ruchliwej drodze i przywiózł. Najpierw wylądowała u zjaw, którzy nastawili jej tę łapkę, a jak już trochę wydobrzała – to do schroniska. I tu chwilowo – bo biedna, słaba i kulawa – zamieszkała w biurze. Siedzę, łbem kręcę i myślę, że jak tak dalej pójdzie, to niedługo w biurze będą mieszkać same zwierzaki, a bezogoniaści pójdą do wiat. A ja sobie pod płotem jakąś norę wygrzebię, albo co…
                       
Ale nie o tym chciałam… Piratka na dzień dobry dostała zabawkę – pluszowego tygryska. Niestety – piszczącego! Ledwo ten pisk usłyszała Agia, zaczęło się! Co piszczące to moje! Oddawaj!... I łomot! Zanim się bezogoniaści obejrzeli. No więc hałas, rozdzielanie, fochy, dąsy… Ale uspokoiło się. Tygrysek wylądował pod jakąś szafą chyba… bo go nie widać… Na razie…

Niektóre starsze psy też przepadają za zabawkami. Draka, na przykład – choć może nie jest stara, bo ma góra trzy lata (już ją widzieliście na tym blogu) – to przecież duża, silna i w sumie poważna amstafka.
           
Siedziała sobie spokojnie w kojcu, aż tu widzi, że po sąsiedzku wprowadza się Bonzai, troszkę starszy, nie za duży kundelek, którego kiedyś ktoś się pozbył, wyrzucając z samochodu.
           
 Bezogoniaści przenieśli mu budę, miski, posłanie i zabaweczkę, której – mądry pies! – nie używał. Agia za to ją zobaczyła i zamarła. Zwykle, jak się coś dzieje w pobliżu, to  ona po kojcu wprost lata, a tutaj – żona Lota! Daaaaajcie!...
Nasza bezogoniasta zobaczyła jej spojrzenie i dała jej tę zabawkę. No i Draka zapomniała o całym świecie… Ale tylko na parę dni, bo potem zaczęło się dziać!
Przyszła do schroniska bezogoniasta, która wypatrzyła sobie Drakę na stronie internetowej. Kiedyś miała amstafa, więc sentyment i te rzeczy… Rzecz jednak w tym, że teraz mieszkał sobie z nią – prócz własnego bezogoniastego – jeszcze mały własny pekińczyk. No i czy psy się pogodzą? Nasi zasugerowali, żeby tego pekińczyka do nas sprowadzić – niech się zwierzęta poznają.
No i odbył się pierwszy spacer: bezogoniasta prowadziła pekińczyka, a jej bezogoniasty – Drakę. Mały kudłacz oczywiście od razu rozdarł się na Drakę, a ona, wiadomo, na inne psy potrafi być cięta, więc w tyle nie została. Więcej było szczekania niż spacerowania. Drugi spacer po paru dniach wyglądał identycznie.
Myśleliśmy tu wszyscy, że bezogoniaści z pekińczykiem dadzą sobie spokój. Ale nie – pojawili się po raz trzeci. A Draka zrozumiała, w czym rzecz. Żadnych wrzasków, żadnej piany z pyska, przeciwnie: Oooo, jaka mała miła psunia! Śliczności! Daj, pyszczek ci wyliżę! I resztę też… Pekińczyka zamurowało, stał sztywny ze ślepiami w słup, a Draka go ze smakiem wylizywała. Siedziałam z boku i zerkałam. Obrzydliwa jest, myślałam sobie, wpierw wymyje - zeżre potem. Pekińczyk chyba myślał podobnie, ale bał się poruszyć. Jego bezogoniaści natomiast uznali, że lody zostały przełamane. Zdecydowali, że będzie dobrze. I adoptowali Drakę. Szła z nimi zadowolona: ma teraz żywą zabaweczkę, nie plastikową!...
A my od paru dni nerwowo przeglądamy wszelkie ogłoszenia. Czy ktoś przypadkiem nie szuka nowego pekińczyka.

Tyle o zabawkach. No, może nie całkiem. Zjawy narzekają, że dostajemy te piszczące, gumowe i plastikowe, że nie powinno ich być. Bo pies siedzi w kojcu i często się nudzi. I z tych nudów zabawkę rozpracowuje na kawałeczki. I te kawałeczki łyka. I one niekiedy nie opuszczają psich organizmów normalną drogą, tylko tkwią w żołądku i jest problem. Operacyjny, że tak szczeknę. No i uzgodnili z naszymi bezogoniastymi, że jeśli się mamy bawić, to różnymi takimi dużymi węzłami z naturalnych sznurów, albo prawdziwymi kośćmi, albo kijkami brzozowymi… A guma i plastik – do kosza!
Ja tam nie narzekam!




[1] Tu do końca nie wiem, o co chodzi… Bezogoniaści tak mówią, jak im się coś nie podoba, albo jak się psuje, albo rozlatuje w rękach. A ostatnio jeden nasz bezogoniasty mówił tak, bo kupił coś i to się zepsuło, i teraz ten bezogoniasty będzie chyba miał małe bezogoniaste… No nie rozumiem…

środa, 20 lutego 2013


Pisałam już o Agii. To ta, co teraz mieszka ze mną w biurze. No to sobie popatrzcie!
                       
No i jak stara suka ma się czuć komfortowo? Widzicie? Leży sobie, niewiniątko, a zobaczcie, gdzie zerka tymi swoimi ślepiami, zwłaszcza lewym! Prosto w michę! Moją!!
Robię, co mogę, żeby sobie poszła, żeby ktoś ją wziął i adoptował. Jak tylko w biurze pojawi się jakiś bezogoniasty, co chce tu znaleźć sobie towarzysza, to ja zaraz do niego. Wiecie, lizu-lizu, machu-machu, żeby zwrócił uwagę i zaraz gonię do Agii. Wącham ją, oblizuję, ślepia do góry wznoszę, że niby ona taka smacz… tfu, dobra, znaczy się, że nie ma psa lepszego na świecie! Bezogoniasty patrzy, a ta ciemniaczka myśli, że ja ją tak kocham, więc też ślepia mruży, popiskuje, na grzbiet się wywala (blisko miski!) i też na bezogoniastego zerka. A ten głową kiwa, uśmiecha się, podchodzi, poczochra nas i wyłazi! Nie łapie, o co chodzi!!
Jeden zatrzymał się na dłużej, przykucnął i patrzy. Uff, omal tej małej zarazie futra do gołej skóry nie wylizałam (plułam potem pół dnia!), ale co tam, byleby tylko się zdecydował! No i słyszę, jak gada: „Śliczna ta Agia!...” (Hurra, myślę sobie…) A on dalej: „Ale ona tak się z Majką kocha, że nie mam serca ich rozdzielać!...”  I poszedł. Łapy mi opadły…

Ale to nie wszystko, nie myślcie sobie! Patrzcie dalej:

                       
Ten stwór to fretka. Jakoś tam też ma na imię, ale nie zapamiętałam. Należy do jednej naszej bezogoniastej. I raz przyszła do nas w odwiedziny. Przyszła, no to przyszła, niech sobie siedzi gdzieś pod biurkiem, albo nawet na – nie obchodzi mnie. I rzeczywiście, tak było na początku. Ale kwadrans nie minął, a widzę, że to paskudztwo wyłazi z biura na korytarz i prosto do mnie! Nie boi się, że zeżrę??? Ano, nie boi się…. Oooo, łotrzyca! Skoczyłam do miski, jak widzicie, bo sporo w niej było chrupek, moich ulubionych i dawaj zajadać. Ale ile pies może pożreć na chybcika? Nawet ja?... No i zostało sporo. I co? I żarła! A ja nic, tylko wyszłam na podwórze. Przecież gościowi się nie odmawia… Bo gość w dom, Dog w dom!... Lubicie gości?...
Od razu za drzwiami padłam jak długa, oczy w słup, ogon pod siebie i leżę – obraz nędzy i rozpaczy. Aż jedna wolontariuszka się nade mną zlitowała i wzięła mnie na spacer. Tyle dobrego…
No i tupu-tupu idę sobie, aż po pewnym czasie słyszę z tyłu znajome ujadanie. Oglądam się, no pewnie – Tyson! Znacie go już. Nasza główna bezogoniasta razem z nim.
           
Ten to ma energię. I nie musi się obawiać, że ktoś mu się dobierze do jego miski. Wystarczy, że popatrzy na jego paszczę. A on właśnie miał ochotę sobie tę paszczę potrenować. Minął mnie pędem, bezogoniasta uwieszona na smyczy tylko mi mignęła w oczach, taka czerwona jakaś cała na twarzy i wpadli między drzewa. A tam jedno zwalone leżało. I Tyson dorwał się do którejś gałęzi. W paszczy by mi się taka nie zmieściła. A on ją cap – i gryzie. Zacisnął szczęki, zacisnął mocniej… jeszcze mocniej… i gałąź trrrach! No to zaraz złapał drugą… Ciarki mi przeszły po grzbiecie, a Tyson zerknął przez ramię i warknął: „Jeszcze ze dwie i gonię dalej!...” I chrup, chrup, prawie w całkowitej ciszy, bo las zamarł, chmury się zatrzymały, ptak zamilkł w pół ćwierku, a lód na strumyku zebrał się w sobie i nie pękł… Tylko bezogoniasta uwieszona smyczy Tysona ziała chrapliwie…
Po chwili Tyson szczeknął, skoczył, bezogoniasta jęknęła, przyroda ożyła, mi się skończyły ciarki i potupaliśmy dalej…

Jak wróciłam z wolontariuszką do schroniska, Tysona jeszcze nie było. Ale i fretki nie było, chwalić Doga! Był za to nowy pies. A właściwie suczka. Takie czarne coś średniego wzrostu. Kundel najrasowszy.
           
Pokręciłam się trochę przy bezogoniastych, żeby się czegoś o niej dowiedzieć. No, nieciekawie to wyglądało. Podczas gdy ja spacerowałam, ją tymczasem przyprowadziła do schroniska pewna stara już bezogoniasta. Ma dwóch synów: jeden pije, a drugi ma suczkę. Tylko że właśnie zamknęli go do takiego schroniska dla bezogoniastych, z którego się wychodzi po paru latach… A bezogoniasta już sił nie ma, by się zwierzakiem opiekować… I co? Schronisko!
Ot, psia dola…

Po spacerze głodna się zrobiłam, więc podrałowałam do miski, żeby sprawdzić, czy coś w niej po wizycie tej fretki zostało. Zostało!
No to ja paszczę w chrupki i zajadam, aż się cała micha trzęsie.
I słyszę, jak któryś bezogoniasty woła: „Micha! Micha!”
Podniosłam łeb. Co jest? Jaka micha?... Może moja?... I dopiero po chwili zorientowałam się, że bezogoniasty woła po imieniu do tej nowej suczki!


niedziela, 10 lutego 2013


Myślicie, że jak Mikrus poszedł do domu tymczasowego, to moje kłopoty się skończyły?... Hau!!... Czekajcie chwilę, zaraz będę pisać dalej, tylko muszę wpierw skoczyć w jakieś spokojne miejsce i wyszczekać się z wściekłości!... Wy sobie w tym czasie zróbcie jakąś herbatę, albo coś…

            No dobra! Wróciłam… Zacznę od początku.
Sierściuchy, pod względem warunków przebywania, mają u nas trochę lepiej niż psy. Czy raczej – cieplej, bo mieszkają w murowanych pomieszczeniach. Kociarnia jest w budynku tuż obok kuchni, ich szpitalik – w biurowcu. Dopiero, gdy się ociepli, wychodzą sobie na dwór, do woliery.
No i zawsze jest ich mniej niż nas, psów.

Tak się ostatnio składało, że nasz psi szpitalik był mocno obłożony. I zdarzyło się, że bezogoniaści zaprowadzili do kociarni jednego psiego rekonwalescenta – Sopelka. Pisałam już o nim, to ten, co ma takie kłopoty z poruszaniem się. Zamieszkał więc z kotami i nic złego się nie stało. One przywykły do niego, on do nich. Pełna harmonia.
          
Gorzej ze zdrowiem Sopelka. Nie polepszało mu się. Poszedł więc na kolejne badania – tym razem zrobiono mu prześwietlenie. I okazało się, że ma w ciele pełno śrucin! Jeszcze jeden psiak, który jakimś bezogoniastym służył za tarczę strzelniczą! I to pewno te śruciny, które drażnią mu nerwy, powodują, że Sopelek ledwo chodzi. Każdy ruch musi sprawiać mu ból. Trzeba byłoby go operować, ale to już starusieńki pies i prawdopodobnie nie przeżyłby narkozy! Ot, problem! Pozostają tylko środki przeciwbólowe…
Przepraszam, ale znowu muszę wyskoczyć i powarczeć!...

Dobra, jedziemy dalej. Kolejnym psem, który dołączył do kotów w ich pomieszczeniach, była Agia. Też już Wam znana z mojego bloga (pisałam o niej pod koniec ubiegłego roku). Powłóczy tylnymi łapami i jęzor tak jej śmiesznie zwisa z pyszczka…. Dzisiaj już wiemy, że powód tego jest wcale nieśmieszny: miała wypadek a w efekcie -  wylew. Nie leczony. Stąd ten niedowład i wypadanie jęzora z pyska.
           
Siedziała w szpitaliku dość długo, ale wreszcie trzeba było zrobić w nim miejsce dla innych, bardziej poszkodowanych psów. I nasi bezogoniaści dali Agię na „złote klatki”, czyli do szpitalika dla kotów. Sierściuchy siedzą sobie w nich i dochodzą do zdrowia. A który z nich lepiej się czuje, to jest wypuszczany z klatki i spaceruje sobie po całym pomieszczeniu. No ale trafiła tam Agia i wszystkie mlekopije nastroszyły się jak szczotki do butelek. No bo Agia z tym wywieszonym językiem wyglądała tak, jakby się oblizywała na ich widok…
Przez dwa czy trzy dni trwała wojna nerwów między sierściuchami a Agią. Gdy koty spacerowały, Agię trzeba było wyprowadzać. Wreszcie nasi bezogoniaści postanowili zaryzykować i wypuścili jednego kocurka, gdy Agia była w pomieszczeniu. I nic się nie stało! Agii wystarczały chrupki. Kociną dokarmiać się nie zamierzała. No to później koty spokojnie łaziły sobie tuż przed jej nosem.
Ale to nie mogło trwać wiecznie, bo mimo wszystko niektóre sierściuchy, gdy wypuszczano je na spacer, nie wychodziły, tylko wciskały się w kąt klatek i prychały po swojemu. Bały się.
No i Agia opuściła koci szpitalik, te mlekopije tchórzliwe odzyskały spokój a ja – przeciwnie! Bo Agia, oczywiście, trafiła do biura! Czyli zamieszkała tuż obok mojej miski!!!...
Nieee, ja chyba zejdę na zawał! Idę powarczeć… (bo miska akurat pusta).

Jest malutka nadzieja, że Agia wróci do swojego domu. Ale taka zupełnie malutka. Była w schronisku jedna bezogoniasta. Przypadkiem zobaczyła Agię i poznała ją. To ona właśnie opowiedziała nam o wypadku suczki. I o tym, że jej właściciel mieszka gdzieś w jej sąsiedztwie, niedaleko. Ale nie potrafiła powiedzieć, gdzie dokładnie. No i nasi zaczęli szukać tego właściciela. Na razie bez skutku. Zresztą, to podobno bardzo nieciekawy właściciel. Nie leczył suczki po wypadku, nawet nie zainteresował się jej losem, gdy trafiła do schroniska… Czy więc warto oddawać mu Agię, nawet gdy uda się go znaleźć? Chyba lepiej, jak mała trafi do nowego bezogoniastego.
Ale póki to się nie stanie – ja dalej nie będę miała chwili spokoju.

Oj, dzieje się, dzieje…. No to teraz „Psiedzieje w piętnastu szczekach” – kolejny odcinek.
           
aby powiększyć kliknij na obrazek lub najlepiej otwórz w nowej zakładce  



środa, 12 grudnia 2012


Znowu częściej łażę do szpitalika, żeby dodawać ducha tym, co tam siedzą ze swoimi problemami. Do środka mnie, oczywiście, nie wpuszczają, ale chociaż przez drzwi mogę z tamtymi zwierzakami poszczekać. Długo, co prawda, przy nich nie siedzę, bo i zimno, i miski pilnować muszę, bo ta mała znajda… Ale nie o tym chciałam pisać. Jeszcze zdążę. Oj, zdążę. Bo ona chyba szybko się z biura nie wyprowadzi… Teraz o innych psach, tych ze szpitalika właśnie.

Siedzi tam Sten, niewielki, czarny kundelek. Niestary jeszcze. Nawet nie wiem, kiedy go przywieźli bezogoniaści.
                     
Po prostu pewnego dnia patrzę, a ze szpitala wychodzi jedna z naszych bezogoniastych i niesie go. Potem ostrożnie stawia na ziemi i powolutku, krok po kroku, idą sobie po trawniku… Koniec trawnika – koniec spaceru. Na chodni pies nie wchodzi…
Podeszłam i widzę, że on  nie widzi. Poczuł mnie, przystanął, poszczekaliśmy trochę, to znaczy ja szczekałam, a on słuchał… A potem bezogoniasta go zabrała.
Dowiedziałam się z rozmów, że Sten w swojej klateczce w szpitaliku nie wstaje, tylko leży. I ma dziwne drgawki: nogami wierzga i pyszczkiem tak jakoś kłapie… I tak prawie cały czas. Gdy ktoś z nim siedzi, głaszcze dłuższy czas, to psiak się trochę rozluźnia, uspokaja… Ale gdy tylko bezogoniaści wychodzą z klatki – drgawki wracają. Mówią, że ma jakiś uraz neurologiczny. Nawet do miski nie podchodził, nawet jak mu ją podstawiano pod sam nos, nie jadł. Tylko z ręki skubnął co nieco.  No i wynosić go trzeba było na dwór, na trawnik sadzać, bo po chodniku w ogóle nie chciał chodzić… Jeszcze czegoś takiego nie widziałam!
Teraz jest z nim lepiej. Zaczął jeść z miski, wstaje i sam wychodzi za potrzebą, nie trzeba go nosić. Ale słabiutki jeszcze jest i szybko się męczy…

Po sąsiedzku z nim siedzi i kuruje się Mikser, taki malec trzyletni po wypadku, który miał pod miastem.
                       
Przyjechał do nas ze zgniecioną miednicą. Poleżał u zjaw, a teraz dobrzeje w schronisku. Coś mu się jednak porobiło w środku, bo ma kłopoty z sikaniem. Oj, męczy się, zanim parę kropel wyciśnie. Ale zjawy mówią, że powinno mu się poprawić z czasem… Oby rzeczywiście. Na razie kuśtyka sobie na krótkich spacerach i nie traci humoru. Fajny psiak!

No i jest Baton. Starszy, sympatyczny rudzielec. Niestety, też nie widzący. Od dawna już chyba, bo ślepota niezbyt mu przeszkadza. Przyzwyczaił się. Pewnie miał dom, ale ślepego psa w nim nie chciano. I poszedł na ulicę.
                      
Odpoczywał sobie na jakiejś posesji w mieście, gdy nasi go znaleźli. Od razu zauważyli dużego krwiaka w oku. No a po chwili zorientowali się, że baton ich nie widzi…
Miał na szyi mocno zapętloną żyłkę, na jaką bezogoniaści łowią ryby. Ledwo ją w schronisku przecięli. Rzadko go widuję, ale polubiłam go już bardzo. Inne psy zresztą również. Za wiele szczęścia to on chyba w życiu nie miał, ale może teraz się odmieni… Przynajmniej on tak szczeka…

Agia też nie traci nadziei. Niepoprawna optymistka mimo swoich dziesięciu lat! Rudobrązowa, nierasowa, potrącona, powłócząca tylnymi nogami a mimo to radosna!
                       
Jak ją zobaczyłam po raz pierwszy to pomyślałam, ze musiała się nieźle zganiać, bo język jej wisiał z pyszczka. Ale potem okazało się, że to tak cały czas. Jakoś dziwnie ma ten pyszczek zbudowany. I w dodatku brak jej z jednej strony paru zębów, więc ten język jej wypada… Wygląda to nawet pociesznie, a jej jakoś nie przeszkadza.
Kolejny pies do pokochania natychmiast!

A całkiem niedawno przywieziono do szpitalika Tatara. Taki młody, czarny, pomieszany owczarek belgijski a może szkocki. Był u zjaw na oględzinach, a teraz jest u nas. Ma pękniętą, albo nawet złamaną miednicę, więc chyba po jakimś wypadku. Ale ma też paskudnie poranione tylne łapy. Wygląda to na mocne pogryzienie. Póki z nim nie pogadam, nie będę wiedzieć, co się właściwie stało. Może napadł go silniejszy pies i gryzł uciekającego Tatara? A on wpadł pod samochód? A może było odwrotnie: wpierw miał wypadek, a potem jakiś wredny pies go pogryzł, a on nie mógł się bronić?...
                       
Poczekamy, zobaczymy. Wszystko wskazuje na to, że Tatar dojdzie do siebie. Tylko żeby jak najszybciej. Śliczny jest, a bezogoniaści mówią, że w dodatku bardzo mądry i cierpliwy.