Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szeryf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szeryf. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 października 2016

...tak cudownie.... nie mów głośno, bo czar pryśnie....

Tego posta nie czytajcie głośno. Nawet w głowie nie szepczcie. Po cichutku trzeba... najlepiej jeszcze schowajcie się pod kocem, kto czyta w domu, albo w pracy zachowajcie kamienną twarz, że niby pracujecie nadal pilnie.

To, co napiszę, to nie jest tajemnica. To nie jest też jakaś zakazana rzecz. Tylko tyle dobra się wylało, że ja bym chciał, żeby ta rzeka płynęła i płynęła... a nie tak CHLUST i juz, i tyle, i koniec.

Zacznę może... 

Daawno, daaawno temu pewien pan znalazł psa. Przywiązał go, a właściwie ją na krótkim łańcuchu, dał do osłony przed deszczem kilka postawionych blisko siebie pustaków przykrytych byle czym. Tę historię już opisałem TUTAJ. Kto nie czytał o Szeryfie i Kejsi, niechże nadrabia!

Piękna Kejsi...


I młodociany Szeryf mający całe życie przed sobą.


Nasi się martwili... Bo spotkanie z psiędzią będzie dopiero nie wiadomo kiedy... Więc do żadnego domu tak na stałą umowę nie mogli iść... Ale wcale nie muszą przecież czekać w schronisku a wyrok! A kto zechce psa, który nie ma wygulerowanej sytuacji? Ech... 

.....tymczasem.... 

....tylko cicho....

....ale wiecie, że się udało....???? TAAAK!! Opsiamatko, tak mi się wymskło głośno... Ktoś się zakochał w jednym czworonogu i postanowił, że nie można ich rozdzielać!! Zwłaszcza, że Szeryf był bardzo związany ze swoją psiomamą. Szeryf i Kejsi zamieszkali w prawdziwym domu! Gdzie nikt na nie ręki nie podniesie, gdzie dwunożni będą się martwić, czy jest im ciepło, najedzono i przyjemnie... 

Przejdę dalej! 

...jego ktoś znalazł w rowie. Czekał na... na takiego czarnego psa ze skrzydłami i w kapturze... Już nad nim krążył... Ale Dobrzy Dwunożni byli szybsi. Nie chciał jechać. Miał dość bólu, samotności, przerażenia. Wolał, żeby to wszystko się skończyło... Ale go zabrali i koniec. Nie tylko dlatego, że nie rozumieli po psiejsku, ale nawet gdyby - i tak by mieli w nosie takie teksty. Od razu go powieźli do psioweta!


Dziwną miał sierść, prawda? Taka czerwonawa.... Ktoś miał taki długi kijek, z którego się strzela... A że nudno strzelać do czegoś, co się nie rusza... To Seniora "zatrudnili" do tego... Nie wiadomo kto. Może i dobrze. Dla tego kogoś. Bo jakbym znalazł..........

Senior długo dochodził do siebie. Wiek mu nie pomagał, jest już dwucyfrowy od dawna. Jak wyzdrowiał, cóż... nie przyciągał urodą...


Prawda?? No był uroczy, ale tego, no... Większość dwunożnych nie szuka uroczego czworonoga, o którym niewiele więcej można powiedzieć. Jak określić psa, żeby nie było mu przykro? Uroczy i oryginalny. Super... 

...i wyobraźcie sobie... że pewnego dnia do schroniska weszła jedna dwunożna, którą nasi znają trochę, bo ona działa na rzecz zwierzaków i zawsze takie właśnie dwucyfrowe wiekiem do domów zabiera... I akurat te, którymi ona się zajmuje w tamtym mieście nie są takie staruszkowe, więc przyjechała do nas. Powiedziała, że chce najmniej adopcyjnego psa! Przecież to o Seniorze było!!

Ach... Seniora do schroniska wnieśli z dziurami w skórze i sercu... a kilka dni temu wynieśli Seniora kopytkami do góry! I chociaż skóra już dawno była posklejana, to serce dopiero się zrośnie...

...bajki nie koniec...

O tym chudzielcu wspominałem nie raz i nie dwa. 


Nie miał miseczek, nie miał wody, ani pół kulki do zjedzenia, nie miał wyjścia na spacery, nie miał szczepień, nie miał serca rozgrzanego miłością dwunożnych. Nie miał nic. Znaczy w sumie to źle napisałem...


..miał wystające żeberka, miał właściwie wszystkie kosteczki wystające, miał zawijające się pazurki, miał zanik mięśni, miał ogromne, czarne ślipia wpatrujące się z nadzieją i oczekiwaniem.

Pimpek w schronisku powoooli, powolutku odzyskiwał kilogramy. Kilka razy miał kryzys, ostatnio nawet do lecznicy musiał jechać na jakiś czas, ale udało się i psiak znów był z nami. Znaczy konkretniej to z Derlikiem, bo razem mieszkają na apartamencie. Mieszkali...

...pewnego dnia do Pimpka przyszła pewna dwunożna... Nasza dwunożna. Nieśmiało do niego zawitała, pogadali chwilkę... Ona pytała swojego serca, czy to już, czy można... Pimpek za to sprawdzał, czy da się zjeść jej palce. On już tak ma. Co się zbliża coś do pyska, to trzeba dotknąć zębem, bo może akurat zjadliwe. Lata głodu...

Dumała ta nasza. Dumała i rozmyślała, i rozważała... Wracała do domu, a w głowie Pimpek... W końcu decyzja zapadła męska! I jej i JEJ dwunożnego. Bo w domu wszyscy muszą się zgadzać na zwierzaka. Zresztą tam już ich kilka jest... Kolejna do zgody była psina, która mieszkała z nimi przed Pimpkiem. Właściwie to ona miała do powiedzenia najwięcej. Okazało się, że uprzejmości może wymienić, ale poza tym ona w lewo idzie, Pimpek w prawo. Czyli idealnie! Klamka zapadła, jak to dwunożni mówią!

Pimpek nie miał nic. Teraz ma WSZYSTKO. Posłanie, kocyki, miseczki, kulki do jedzonka, koleżankę psią, koleżanki kocie... Ma całe metry podłóg do dreptania (a drepta dużo), ma OGRÓD! Po którym też może dreptać do woli. A drepta naprawdę duuuużooo. Ma gdzie. Ma cel. No tego może nie ma, ale jakby chciał, to by mógł mieć. Teraz może wszystko.


Może łapki moczyć w trawie, Pańcia wytrze. Może po deszczu chodzić i moknąć. Pańcia sweterek zmieni i znów pozwoli wyjść. Ubranko przecież przeschnie, łapki wytrze się osiemnasty raz... Może chodzić do woli, do upadłego. Dosłownie, bo jak go sen zmorzy akurat na środku przedpokoju, to pańcia zaniesie na posłanko. Może w nocy i tak uparcie z posłanka wychodzić na podłogę, bo za ciepło, bo za miękko... Teraz może wszystko.

Rzeko dobra, płyń...

Niech nigdy im się nawet nie przyśnią poprzedni dwunożni, którzy stanęli na ich drodze. Niech nigdy nawet na chwilę nie wlecą do ich wspomnień. Niech zwierzaki budzą się co rano z merdającym ogonkiem i zasypiają co wieczór z westchnieniem, że tak jest dobrze... Niech nigdy już nie przestraszą się podniesionej ręki i pustej miseczki, niech mają odwagę pomyśleć "oni naprawdę mnie kochają i CHCĄ, żebym z nimi mieszkał. Jestem naprawdę ich, a oni są cali MOI i nikt mi ich nie zabierze...". 

Rzeko dobra, płyń...

środa, 22 czerwca 2016

Taka ładna, że niech ma szczeniaki!

Mało jest psów na świecie? Może mało ładnych? Zapytałbym właściciela bohaterów dzisiejszej opowieści, ale nie mam jak. Może to i dobrze...

Będzie dzisiaj o jednej takiej psiolasce, co to trafiła do nas ostatnio. Kejsi ma na imię.


Całkiem, całkiem ładna, prawda? Ktoś ją wypatrzył, jak była przypięta krótkim łańcuchem do budy, a obok wałęsał się szczeniak. Zgłosili to naszym i nasi pojechali zobaczyć, o co chodzi i dlaczego nie jest dobrze. Się okazało na miejscu, że faktycznie - budy żadnej (bo to, co było to nawet nigdy budy porządnej nie widziało)...


Łańcuch się cały splątał, wody brak...

Szczeniak miał budę chyba dla kotów. Wielkość może i była dobra, ale wejście tak małe, że musiał się wczołgiwać!


Ech, no takie rzeczy!? Właściciel wolał mieć na kolejne butelki z zepsutym sokiem (kto zdrowy takie siarkowe pija?!), niż zadbać o zwierzaki... Obydwa były chude, z pasażerami na gapę, a że było ciepło, to i pewnie języki im się do podniebienia przyklejały...

Wiadomo było, że nic się nie zmieni... Nasi działali, żeby tę dwójkę odebrać i zaglądali często do nich też, żeby mieć ich na oku. Wody nie było ani razu... A słońce prażyło solidnie. Najważniejsze, że właściciel miał co pić, ale to, co do kieliszków nalewał, dla psów się nie nadawało.

Już nie napiszę, jak to wyglądało od strony papierkowej (za dużo na moją biedną głowę...), ale najważniejsze, że Kejsi i Szeryf przyjechały do nas i wreszcie mają pełne brzuchy i mogą pić, kiedy chcą! ...nikt ich też tutaj nie bije.... Nie mogły uwierzyć, kiedy powiedziałem, że u nas naprawdę nikt na nikogo tutaj ręki nie podnosi... Szeryf był zdziwiony, że tak też można żyć...

A jeśli chodzi o tytuł posta... Właściciel powiedział, że Kejsi jest tak ładna, że on by jej znalazł równie czarnego i równie kudłatego kawalera i byłyby z tego piękne szczeniaki! Tyle psów w schroniskach, a ten będzie nowe produkował! Już pominę, że rodzinka by sobie żyła bez budy, bez wody i na łańcuchu... Przecież Szeryf też jest od Kejsi. Przecież dziury w płocie tam takie były, że słoń by się przecisnął, a co dopiero pies, któremu się założenie rodziny marzy... Dlatego też w "budzie" psiolatki co jakiś czas zjawiały się nowe kluski z łapkami, uszkami i ogonkami... Co się z nimi potem działo...? Lepiej się nie zastanawiać.

Kejsi ma raptem 3 lata, uwielbia się bawić, chodzić na spacery, a człowiek to jest dla niej najlepszy kumpel!


Zje, co podadzą, wybredna nie jest. Z innymi psami też się zakumpluje, a co tam. A jaka piękna będzie jej sierść, kiedy zostanie wykąpana, wyczesana porządnie i kiedy zacznie dostawać wreszcie wartościową karmę!

Szeryf był wycofany, ale kiedy zapomina, że "trzeba" się bać, to się zamienia w całkiem normalnego szczeniora!



Ma dopiero kilka miesięcy, jeszcze zapomni na dobre, że ktoś go krzywdził kiedyś... Oby szybko znalazł się ktoś, kto będzie chciał go przygarnąć i pokaże mu, jakie mogło być jego życie od początku...

Potrzebne są dla nich domy. Może być nawet jeden! Ale pewnie Szeryf ma większe szanse. Chociaż Kejsi z tymi czarnymi kudełkami to też zachwyci niejednego! Muszą zapomnieć te wcześniejsze miesiące czy lata. Muszą nowe wspomnienia załadować, stare wymazać, muszą zrozumieć, że są warte najlepszych domów, że nie wszędzie ręce są takie ciężkie i że czworo-dwunożne stada są psiekstra!

...i żeby ten ich poprzedni "opiekun" nie próbował nawet kolejnego psa przygarniać! Bo będzie miał ze mną do czynienia, a ja też umiem postraszyć! Albo zaprowadzę do Mimasa, o:


niedziela, 24 kwietnia 2016

Jak się zabiera, to trzeba potem oddać....

...ale nie u nas! Na Doga, adoptować zwierzaka, a potem przyprowadzić z powrotem?? Barbarzyństwo jakieś... I to po takim czasie czasami, że aż serce pęka, jak się spojrzy na nieszczęśnika...

Zaczniemy jednak sierściuchowo.

Kicura jest czarna jak sadza i nazywa się... Sadza! Ha! Ale Was zaskoczyłem!


 Kociolaska była już w schronisku raz, potem została adoptowana i miała super dom. Niestety tam u tych dwunożnych się tak pokomplikowało, że nie mogli dłużej z sierściuchą mieszkać... Co się podziało - nie wiem, akurat mnie nie było, jak opowiadali, ale najważniejsze, że Sadza musiała wrócić... Ci dwunożni to bardzo przeżyli, że musieli się rozstać, bardzo się przywiązali do niej. Tak się tylko u nich potoczyło nieciekawie... Sadza trochę u nas mieszkała iiii znów pojechała do domu! Się wszyscy cieszyli, bo wiadomo, że po powrocie do schroniska, taka adopcja cieszy bardzo! Wieści nawet dostaliśmy za jakiś czas, że jest nieźle, że z drugą kotką się Sadza dogaduje nawet i ogólnie można było odetchnąć.

...niestety nie na długo nasi odetchli. Pewnego dnia do biura wkroczył pan z sierściuchowym pudłem z dziurami, pudło postawił na biurku... Się okazało, że puste nie było, w środku coś czarnego gapiło się przerażonymi oczami... I cóż... Dwunożna, która adoptowała Sadzę, wyjechała nagle, koty trafiły pod opiekę tego kogoś, co to kilka zdań wcześniej do biura wpadł... O ile ta poprzednia kotka polubiła pana, o tyle Sadza już niebardzo. Pokazała kły, pazurami zamachała... Wpakował ją więc do tego plastikowego pudła i powiózł tam, gdzie już dwa razy wcześniej trafiła... Ech...

Sadza po raz kolejny zamknęła się w sobie... Przykro bardzo na to patrzeć. Siedzi w kącie, okiem łypie, gadać nie chce... Znajdzie wreszcie swój dom...? Taki na zawsze-zawsze-zawsze...?

Noska też zmieniała dom już 3 razy, chociaż ma dopiero kilka miesięcy...  Trafiła do nas jako mała kluska. Szybko znalazła dom. Nawet wieści były i zdjęcia, jak leży na swoim posłanku...


Wkrótce nasi dostali telefon od kogoś, kto blisko Noski mieszka z pytaniem, czy to prawda, że nasi odebrali psa, bo się umowa skończyła... Tak, dobrze czytacie, chociaż ja też miałem taką dziwną minę, jak to usłyszałem... Wiadomo było, że trzeba tam szybko pojechać, ale zanim nasi pojechali - pojawiła się w schronisku "opiekunka" szczeniora... Nasi spojrzeli na brzuch i już się domyślali, że skoro ktoś tam zamieszkał, to pies musi pewnie zniknąć... Ta dwunożna przyszła z inną, żeby umowę przepisać, bo Noska się przeprowadza. Skoro tak, to niech będzie...

Zanim jednak nasi pojechali do tego nowego domu, bo też im coś nie pachniało dobrze, to.... ten nowy opiekun pojawił się w schronisku trzymając Noskę pod pachą! Bo w nocy szczeka.... I Noska, jako kilkumiesięczny już podrostek, wróciła jednak do schroniska...


Fajna psianienka już się z niej zrobiła! Na szczęście pomieszkała tylko kilka dni, bo zgłosili się po nią kolejni dwunożni. Do trzech razy sztuka, jak to nasi mówią... Oby tym razem na zawsze to było, bo pójdę z Larsi i naszczekamy jednemu i drugiemu! Przecież wiadomo, że szczeniak musi się nauczyć, a sam się nie domyśli co wolno, a co nie...

Przygodę domową, która okazała się dość przykra miał też... Nietek. 


Nietek to taki psiak, że się mu daje lat 120 za sam wygląd. Koślawy trochę, siwy na faflach... Ale przy tym milusi i chętny do drapania po grzbiecie. Dłuższy czas już u nas pomieszkiwał, aż w końcu zgłosił się ktoś, kto miał w domu już jednego czterołapa, ale chętnie Nietka przygarnie! Nawet jeden z wolontariuszy go zawiózł i jeszcze sprawdzali, czy się dogadają z tym pierwszym mieszkańcem. Wszystko było w porządku! ...do czasu... Pewnego dnia Nietek stanął w drzwiach biura, zaraz obok opiekuna, który powiedział, że Nietek w nocy piszczy i raz się pokłócił z kolegą, z którym miał mieszkać....

Ech, a bo to raz u nas się pokłócimy? Wiadomo, że czasami trzeba się poustawiać trochę! ...a że piszczy w nocy.. A może coś go boli, a może na spacer chciał, bo za wcześnie był wieczorem, a kto to wie, skoro dwunożny odpowiedzi nie szukał... Wrócił koślawy, siwy Nietek i dalej będzie patrzył śmiesznymi oczkami na odwiedzających... Musi znaleźć się ktoś, kto tego przeuroczego psiaka adoptuje...On tak bardzo potrzebuje człowieka...


...a już całkiem słów nie ma na to, co stało się z Szeryfem. Jak można...? I jak zimne trzeba mieć serce... Mowa o nim:


Szeryf do schroniska przyjechał trzy lata temu. To dawno. Jak na psa - bardzo dawno. Był wtedy kluską, jak Noska, był młodziutki i właściwie wszystkie schroniskowe wspomnienia się mu z głowy wymazały zanim dojechał do domu. Miał pewnie swoje posłanie... Swoje miseczki... Najważniejsze, że miał swoje stado, pewnie było mu dobrze... Aż pewnego dnia dwunożna, JEGO dwunożna, zapakowała go samochodu iiiiii zaraz potem zatrzymała się przed bramą schroniska. Wkroczyła do biura i powiedziała, że Szeryfa zostawia. Bo tak. Bo dziecko udziabał. Podobno... Nikogo z nas tam nie było, a Szeryf, jak tylko przekroczył bramę, to tak się zaczął jąkać ze strachu i trząść, że słowa pełnego wydusić nie mógł.

Podsumujmy jednak... Trzy lata spędził w tym domu... Od małego. Czyli kto go wychował? No jego dwunożne stado! Kto go uczył, co wolno, a co nie? Też oni! ...to dziecko to też wychowane przez nich... Bo umówmy się, że dzieci też są różne. I wcale mi nie chodzi o to, że jedno niższe, drugie wyższe, jedno ma pędzelki na głowie, a drugie ma uszy odstające. Wcale nie. Bo jedno dziecko jest uczone od małego, że czterołap tez czuje, też go może coś boleć, też może się bać, też może mieć zły dzień, a drugie dziecko nie jest uczone i potem jest, jak jest... Jak tam było - nie wiem i się szybko nie dowiem, ale do jasnej Psianielki! Jak się jednak mieszka ze zwierzem tyle czasu, to chyba się człowiek przywiązuje, nie...? Bo zwierz to się przywiązuje na pewno. I po takim czasie to jednak żal oddać, prawda...? A w przypadku Szeryfa to nie było w tych dwunożnych nic... Żadnego żalu, żadnego smutku... Szeryf ma zostać i zostaje, i koniec... Odwrócili się i wyszli. Szeryf został...

Szeryf jest domowy, nie wchodzi do budy, nie wie, co to... Siedzi w kącie i telepie się cały, od uszu do ogona... Nawet "dzień dobry" nie wyszczeka, nie jest w stanie... Na zdjęciach jakoś wyszedł, bo jak tylko dwunożnego ma na horyzoncie, który chce z nim pogadać, to on podchodzi i trzęsąc się włazi na kolana i pcha się do policzków, co by ucałować soczyście... Taki to agresor...

Przykro patrzeć. Wierzcie, lub nie. Serce rozpada się na małe kawałeczki, kiedy po kilku dniach, tygodniach, miesiącach, latach w bezpiecznym domu zwierz ląduje w schronisku. I nie tylko rozpada się u tego, który przyjedzie, ale też u wszystkich, którzy patrzą na tego czworonoga... Na jego strach, niepewność, niedowierzanie... Na to, jak szuka kogoś znajomego, jak próbuje wzrokiem przebić się przez ściany, bo może nie na tej ścieżce, ale na kolejnej jest ten znajomy człowiek, który na pewno się pomylił, na pewno żałuje, na pewno kocha i zaraz znów będą razem...

...ale nikt taki nie przychodzi...

...a oczy gasną...

środa, 16 marca 2016

Nie oceniaj psa po... imieniu

Taka zabawna sytuacja się zdarzyła ostatnio, że aż napiszę i przy okazji o innych. Znaczy mi się to nie przytrafiło, ale jeden z naszych wolontariuszy ostatnio w biurze opowiadał i merdaliśmy ogonami ze śmiechu!

Zacznę od tego, że imię wymyślić czasem jest łatwo, ale najcześciej jednak jest to trudne... W miesiącu przyjeżdża do schroniska ze sześćdziesiąt psów i może kotów tyle nie, ale też sporo. Wymyślić dla każdego oryginalne imię, jeszcze żeby nie powtarzało się zarówno między psami jak i sierściuchami i między sobą też nie... I żeby nie było takiego samego też wcześniej, bo potem bywa, że ciężko zgadnąć, o którym zwierzu mowa... To naprawdę niełatwe! Czytałem na fejsie, czasem dwunożni tam piszą, że głupie imię ma ten czy tamten... Zapraszamy! Niech siędą w kąciku i niech nadają imiona a my będziemy tylko mówić "BYŁO" albo "eeee, BRZYDKIE". Czasami naprawdę głowy parują...

Ja, Dżokej, mam takie imię, bo byłem znaleziony blisko stadniny koni. Ładne mam imię, czemu nie. Poza tym mam sylwetkę konia... z kłapciatymi uszami może, bez grzywy i długich włosów na ogonie, ale poza tym gracja prawdziwie kopytna!

Cóż to była za historia, która podsunęła pomysł na wpis?

Pewnego dnia pewien wolontariusz stanął przed tablicą i myślał, którego tu zwierzaka wyprowadzić. Na tablicy są imiona i daty ostatnich spacerów z podziałem na wiaty, żeby każdy wiedział, gdzie mniej więcej szukać psa i którego brać. Wiadomo, że pierszeństwo mają te, które były najdawniej.

Wolontariusz wypatrzył, że dawno nie był Szeryf. Imię takie... Przed wyruszeniem na wiaty poszukał więc linki długiej, co by Szeryf porządnie się wybiegał, bo wiadomo, że im pies większy, tym mniej kroków robi, więc czasem większy dystans przejść musi, a na lince to wygodniej. Poszedł dwunożny na wiaty. Przeszedł się raz. Potem drugi raz... Nie ma żadnego Szeryfa! Znaczy nic, co by przypominało Szeryfa... Zaczął więc dwunożny uważnie czytać kartki na kojcach. W końcu jest!! Napisane, że Szeryf, no to pokaż się...  Wolontariusz rosły jest. Wysoki znaczy. Tak wysoki, że ledwo dojrzał to czarne, co tam do połowy łydki mu sięgało... O, bardzo proszę, oto Szeryf:


To czarne, na czym się opiera, to nogi innego wolontariusze. Widzicie więc, że łapeczki to ma chude, ciałko też niezbyt rozrosłe na boki. Czemu Szeryf? Pojęcia nie mam! Może przez te wystające dolne ząbki tak groźniej wyglądał? Groźny jednak nie jest, całkiem pocieszy z niego zwierz. Na kolana się zmieści, a jak kto nie wierzy, to się wepcha i udowodni, że jednak. Na spacerach grzeczny, głaskać się lubi, za smaczkami przepada... Same zalety! Już dłuższy czas w schronisku mieszka, przybył po ostatnich wakacjach. Coś go właściciel znaleźć nie może...

Mam też przykład odwrotny. Nie wiem, czy ktoś się naciął, ale mógłby. Wystarczy przeczytać na tablicy, że na spacer czeka Felek. Feluś. Felunio. Bierze się szeleczki, szuka się małego Felka, a tu czeka...


Felinio! Feluch! Felcisko! Przyznać mu trzeba, urodę ma jak mało kto... Białe plamy na rudej sierści, postawa dumnie wyprostowana, bujna kita na końcu pleców... ale te oczy, to już jakby mu dwa kawałki nieba wsadzili w oczodoły! Psiolaski wzdychają za nim... Aż dziwne, że kolejki się pod jego kojcem nie ustawiają! Większość życia spędził w kojcu przy domu swojego właściciela, ale właściciel odszedł tam, skąd się nie wraca... więc Felek przyjechał do nas. Nie sam, bo z przyjaciółką, do której jest bardzo przywiązany. Cóż, idealny wspólny dom byłby, ale sami wiecie... Na koniec ostatnie zdjęcie, do podziwiania, a co! Może więcej osób odwiedzi dzięki temu?


O Zoni następnym razem napiszę, bo dzisiaj to nie temat dla niej. Teraz będzie o Ciapku. Ktoś może pomyśleć, że Ciapek w ciapki jest. HA! Nic bardziej mylnego! Może Ciapek był ciapowaty, dlatego takie imię dostał... Mowa o nim:


Tak wyglądał, jak do nas przyjechał. Żal patrzeć, prawda? Już chyba nawet niedawno o nim było, jak była ta afera z wywózką do innego schroniska... Na szczęście się okazało, że Ciapek i cała reszta zostają! Ciapek walczy z chorobą skóry, a jeszcze wycięcie guza jest przed nim. Od tego pierwszego zdjęcia minęło trochę. I właściwie to jak go widziałem jakiś czas temu, to jeszcze tak wyglądał... Niedawno nasza fotopsiografka porobiła kilka nowych zdjęć i aż paszczę rozdziawiłem! Myślałem, że to jakiś nowy pies, ale ona się tylko na mnie spojrzała i powiedziała, żebym się tak nie dziwił, bo to Ciapek! O, patrzcie, nie do poznania:


Prawda, że wypiękniał?? Teraz ma o wiele większe szanse, chociaż ze względu na zdrowie i tak nie ma chętnych... A może ze względu na coś innego? Nie mam pojęcia! Ciapek jest bardzo fajny, a jak zamieszka w normalnym domu, to dopiero prędko dojdzie do siebie i wypięknieje!

Wszystkim, którzy mają za zadanie wymyślać kilkadziesiąt różnych imion w miesiącu życzę, aby zawsze mieli jakąś podpowiedź oryginalną, co pomoże w wymyśleniu. Na przykład sunia znaleziona na Modrzejewskiej dostała na imię Helcia (ponoć się to jakoś wiąże...), Lotnik był znaleziony na Lotniczej, Paryż był znaleziony na Francuskiej (chociaż co ma wspólnego Paryż z Francją... Kiedyś pies tam znaleziony dostał na imię Francuz, to akurat rozumiem).

Tak naprawdę jednak nie patrzcie na te imiona i zaglądajcie zwierzakom w serca. Poza tym - kiedyś ktoś ładnie napisał - odpowiem na każde imię... tylko zawołaj...