Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sara. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 grudnia 2015

Sara z gracją i Albinosem w kropki walczyła o punkty!

- Aaalee ci, Larsi, wyszedł tytuł... Jak Albinos może być w kropki!

- HA! A ten był! Chodzą ploty, że jak się urodził, to był biały, ale jakbyś go teraz zobaczył, to w życiu byś nie uwierzył, tyle kropek ma teraz!

- Coś pleciesz, Larsi... Może nie pisz tego posta dzisiaj jednak... Ja napiszę, a ty sobie odpocznij...

- Nie plotę! I oczywiście, że nie ja będę pisać, tylko ty, bo masz przed tym zadanie. Pójdziesz do Sary na wywiad. Sara była w niedzielę na takim dłuuugim, specjalnym spacerze, co to go nasi organizowali do później nocy drukując, tnąc i wypisując różne rzeczy na karteluszkach. 

- Do Sa..Sary...? Mo..może jednak ty?

- Ona psiolasek nie lubi, a ty się nie jąkaj, bo i tak siatka będzie między wami, więc nawet, jak cię obwarczy na początku, to potem już rozmowna będzie. Tylko nie pokazuj, żeś takie ciepłe kluchy!

- Ja nie ciepłe kluchy! Tylko Sara taka misiasta i omnieśmielająca... Ale dobra. Dziennikarstwo wymaga poświęceń. Idę.

(dreptu dreptu dreptu do kojca Sary i Tobiego...)

- Saaaraaaa! Chodź, poopowiadasz mi! Nie boję się ciebie wcaaa...wcaaale a wcale!

- Wrr... aa to ty, Dżokej. Co ci się tak łapy telepią? Zimno pewnie? Co poopowiadać?

- Larsi mówiła, że byłaś na jakimś spacerze specjalnym. Plotła też jakieś niestworzone historie o albinosie w kropki....

- Byłam! Pewnie, że byłam! I uważaj, bo Albinos w kropki istnieje! I to nie żadne ploty, ale on naprawdę był biały! Tak jakby... zardzewiał... Teraz słuchaj i oglądaj...

Nasi co jakiś czas organizują takie zawody, że dwunożny zabiera psa, swojego albo ze schroniska, dostają mapkę z kółkami i wyruszają w miasto szukać tych kółek. Znaczy w mieście nie ma kółek, ale takie miejsca, w których dwunożni coś majstrują i potem idziemy dalej. Pies do tego też potrzebny! Bez psa się idzie zdecydowanie wolniej, a są też takie punkty, gdzie właśnie musi coś zrobić czterołap! Czyli nie ma szans, żeby to przejść tak samemu. 

Najpierw zaczęło się od tego, że przyjechali po mnie nasi. Ostatnio często mnie odwiedzają, akurat ci konkretni... Nawet szeleczki mi nowe całkiem założyli! Jeszcze metkę odgryzali przy mnie!

Potem się przywitałam z Albinosem, zrobiłam co trzeba w lesie i nas zapakowali do samochodu. O:


...właśnie, że Albinos miał dużo miejsca! Sam powiedział, że mogę zająć tyle siedzenia, ile chcę!

Na miejscu jeszcze rozkładali najważniejszą rzecz - START i METĘ. Bez tego przecież byśmy nie ruszyli...


O, czekałam ja...


...i Albinos też! Chyba smaczki wtedy rozdawali... Ta nadzieja w oczach!

 

Jak już był METOSTART nadmuchany, wszyscy dostali numerki, dwunożni sobie przykleili na kurtki, pochowali smaczki do kieszeni, psy się napiły porządnie (tyle terenu do oznaczenia!!); mapy zostały rozdane, zasady objaśnione... i można było ruszyć w miasto! 

Tutaj Albinos ze swoją pańcią, ale tak naprawdę to JA z nią szłam:


  Od razu zadbałam o odpowiednie tempo. Ze mną dyskusji nie ma, jak zawody, to zawody! Niby mówili, że czas się nie liczy, ale kto ich tam wiedział!


Po kilku punktach miastowych nadszedł czas na uzupełnienie baku. Mieliśmy nawet taką sprytną szmacianą michę! Magia - szmaciana, a woda nie wylewała się dołem... 


Albinos niewzruszony był, ale ja z szoku wyjść nie mogłam! W schronisku tylko metalowe są...


Później z gracją weszliśmy w las.


...w lesie drzew dużo, a wiadomo, na każdym są arcyciekawe informacje! Wszystkie drzewa mam w okolicy schroniska przeczytane, a na tych były całkiem nowe plotki!


Po kilku punktach leśnych był kolejny odpoczynek. Tym razem były jeszcze smaczki, nie tylko zaczarowana, szmaciana micha z wodą! O, tutaj albinosowy pańciu otwiera cały worek zdrowych psich ciastek (nie mogę niezdrowych, więc nasi wzięli takie specjalne specjalnie dla mnie...), a ja pilnuję, żeby nic nie wypadło...



My, schroniskowce doskonale wiemy, że zanim dostaniemy smaka, to trzeba zad posadzić. Prawie wszystkie zwierzaki się tego uczą! Znaczy sierściuchy nie... Przysiadłam więc i była nagroda!


Albinos wtedy się zrobił w balona, bo kiedy JA doskonale wiedziałam, że postój równa się mizianie i torebka ze smaczkami, to Albinos szpanował, że jest w stanie przytargać kawał drzewa...


Niestety ostatecznie się zorientował i też przybiegł na żebry... musiałam się podzielić...


Potem jeszcze tylko magiczna szmaciana micha...


...i w drogę! Te zawody to nie tylko chodzenie po lesie, wąchanie drzew, szamanie smaków i chłeptanie wody. Trzeba było szukać miejsc oznaczonych na mapie, jak wspomniałam. Trzeba było czasami być odważnym, żeby nie bać się przy takich podejrzanych miejscach, jak tutaj:


...czasami trzeba było się solidnie rozglądać...


...ale co cztery psie i cztery człowiekowe oczy to nie dwa, więc udawało się wypatrzeć większość pomarańczowych namiotków, o:


Widzicie? Tam między nami ciut wyżej jest taki punkcik. To ten namiotek, przy którym było specjalne urządzonko do robienia dziur na specjalnej kartce. Żeby potem nikt nie zarzucił, że nas tam nie było!

Dobrą orientację w terenie trzeba było mieć i dobrze pilnować, żeby się nie zgubić...


Było też kilka zadań dodatkowych. Na przykład, w związku z niedawnymi odwiedzinami starszego gościa z białą brodą, w czerwonych spodniach i kubraku, były miejsca, w których trzeba było szukać Mikołajów. Pomagałam! Na przykład tutaj. Widzicie? Wytropiłam idealnie i nawet żadnego nie pożarłam, chociaż były czekoladowe... Nie wolno mi, ech... Na tym zdjęciu Mikołaj jest na środku u góry. To duże, czarne, to JA.


Nasi mieli też na kartce kilka zdjęć i musieli szukać w mieście i parkach tego, co na zdjęciach było. O, tutaj albinosowy pańciu znalazł takie miejsce i też musiał uwiecznić to na fotencji, żeby dostać dodatkowe punkty. Widzicie dumę na brodziatej twarzy?? Też byłam dumna, bo taka zgrana ekipa była z nas!


Potem już mogliśmy wracać... O, tutaj wracam JA z albinosową pańcią (ale wolała iść ze mną! HA!)


...a tutaj pełen gracji (ode mnie się nauczył!) wraca albinosowy pańcio z Albinosem:


Tak było! Tylko ten cały spacer nie trwał tyle, ile ja to dzisiaj opowiadam. Spacer był dłuuuuugiiiiiii, ale każdy mógł iść na tyle, na ile miał siły. Ja na przykład byłam pierwszy raz, więc się nasi przyglądali mi uważnie, czy daję radę, bo jakbym nie dawała, to by się wrócili ze mną i wcale nie mieliby za złe! 

Nie ma na zdjęciach tych psich konkurencji, byłam zajęta wtedy zadaniem i nie myślałam o zdjęciach. Poszły mi za to całkiem dobrze! Przez taki specjalny tunel przelazłam, przez płotek przeskoczyłam z gracją (a jakże!), ale w obręcz wcisnąć się nie dałam. Jakoś się obawiałam, czy nie utknę, a iść z tym całą drogę nie byłoby wygodne... Potem na komendach też idealnie zrobiłam siad, kłaść się nie chciałam, ta ziemia taka zimna... Za to slalom między kijkami zrobiłam (a mówią niby, żem czołg jest! Czołg nie jest tak zwrotny!) i obkręciłam się wokół siebie. Może i z pomocą, ale nikt nie widział, że wspomaganie było...

Takie zawody są fajne! Słyszałam, że nawet, jak ktoś wrócił zmęczony i wiedział, że i tak nie wygra, to wystarczyło, że spojrzał na wyszczerzone w uśmiechu zębiska psa i już wiedział, po co szedł taki kawał! Czy zwierz był szkolony, czy własny, czy pożyczony schroniskowy, czy był kolejny raz, czy pierwszy, to było widać, że ten czas spędzony na dworze, kiedy mógł iść przed siebie łapa w nogę z dwunożnym był najlepiej wykorzystanym czasem! A wiecie jak się potem dobrze śpi??

Wam mówię, rozglądajcie się za kolejnymi zawodami i przybywajcie! Tu się wygrana nie liczy, ale ta radość na naszych pyskach, krew płynąca w łapach, mokre nosy i czujne oczy!

Ja, jak wróciłam do schroniska, to tylko powiedziałam Tobiemu, że wszystko było super i poszłam w kimę... 

Zasypiając zastanawiałam się, czy ci nasi przyjdą jeszcze do mnie z Albinosem w kropki... Tak często ostatnio przychodzą... Do mnie specjalnie... To nie może być przypadek... 

niedziela, 22 listopada 2015

Ty tutaj żyj, a ja sobie pójdę w lepsze miejsce

Nasi mieli ostatnio takie dwie interwencje. Interwencji mają więcej i jeżdżą napraaawdęęę w różne miejsca, ale dzisiaj napiszę o takich dwóch... Wszystkie czterołapy, które tam zastali już mieszkają u nas i oddychają ŚWIEŻYM powietrzem. W schronisku fiołkami nie pachnie, muszę przyznać. Dziwić się nie ma co. Nasi sprzątają kilka razy dziennie, ale bywa, że umyją kojec, a akurat się któremu zachce... no i co ma zrobić... Ale to naprawdę są psiliard razy lepsze warunki niż te, z których przyjechały.

Naszym zgłosił ktoś, że starsza pani trzyma dwa psy w komórce na krótkich łańcuchach. Nasi pojechali i dopiero na miejscu dowiedzieli się, jak to wygląda od drugiej strony... 

Pewna rodzina miała psa. Jednego, później dwa. Wkrótce jednak znudziło im się życie w kraju, psa przecież ze sobą nie wezmą (kto by brał taki balast!), ale że przecież na miejscu zostaje babcia - postanowili zostawić zwierzaki właśnie jej. 

Co z tego, że starsza pani nie ma pieniędzy na jedzenie dla psów, że ma problemy z chodzeniem... Co z tego, że psy są energiczne i nowa opiekunka nigdy nie wyjdzie z nimi na spacer, że będą żyć przypięte do łańcuchów. Co z tego, że komórka, w której miały żyć nie jest dostosowana do tego, żeby było tam minimum wygody. Przecież to takie proste - przypiąć i wyjechać kilka granic dalej... A że w międzyczasie łańcuchy się poskręcały, poplątały i w końcu psy musiały żyć na tym, co same nabrudziły, bo już nie było ani kawałka czystego miejsca...? To nic, przecież za granicami żyje się lepiej, a stamtąd nie widać ciemnej komórki, w której psy tęsknią za człowiekiem, powietrzem i słońcem...

W niedużej komórce żyła sobie Sara...


  ...i Riko....


Sara miała aż 2 metry łańcucha, to dużo w porównaniu do Riko. On miał mniej, bo kiedyś tak niefortunnie przeskoczył przez siatkę, że został po jednej stronie z metrem połączonych ogniwek. Kiedy to było? Nie wiadomo. Wiadomo, że minęły mniej więcej dwa lata odkąd rodzina wyjechała w siną dal zostawiając swoje kochane pieseczki pod opieką starszej pani... Kilkanaście miesięcy Sara nie wychodziła na zewnątrz. Riko mógł przednie łapy do słońca wystawiać. Pewnie wtedy opowiadał koleżance, jak wygląda kawalątek świata, który widział za komórką...

Do spania Sara miała kawalątek kołderki, brudnej już i wilgodnej, do której mogła się dostać przeskakując wysokie ogrodzenie. Riko też miał taki kawalątek kołderki i też mógł tam przeskoczyć... kiedyś, jak łańcuch nie był zaplątany w siatkę... Czyli właściwie miał tyle do życia, ile widać na zdjęciu, nigdzie więcej nie sięgał. Wieczorem się kładł gdzie stał, a rano wstawał tam, gdzie leżał...

Zwierzaki zostały zabrane jeszcze tego samego dnia. Nasi nie mogą znieść, że nie mogą pozdrowić byłych właścicieli, ale babcia nie ma ani numeru telefonu ani adresu... Nie można jednak zostawić było psów ani jednego dnia dłużej. 

Sara i Riko już mieszkają u nas. Sara okazała się niezwykle inteligentną suczką! ...i ŁADNĄ...

Ma 8 lat, zna komendy, nic nie zapomniała przez ten czas w zamknięciu. Ma w sobie sporo energii, gdzieś w genach pewnie ma psa rodzaju husky, bo to oko błękitne ma pięęękne.... Przylepa jest przy tym też! Tylko by się kleiła do nóg, do rąk, wszystko jedno, byle bliżej człowieka! Stęskniła się psiolaska i teraz by najchętniej nadrabiała cały ten czas z odwiedzinami człowieka co kilkanaście godzin.

Riko jest młodszy, ma 2-3 lata. Na początku mieszkał w domu, ale pewnie już tego nie pamięta...


Nie pamięta już spacerów, właściwie trzeba będzie go wszystkiego nauczyć. Wie za to na szczęście, że ludzie są dobrzy, że nie trzeba się ich bać, że człowiek to dobre słowo i podrapanie za uchem. Już go nasi nauczą wszystkiego, powyprowadzają na spacery, przyzwyczają do smyczy, pewnie chłopak nie raz i nie dwa pobiega sobie na lince. Jest jeszcze młody, wygląd ma szczeniaka, może mu się poszczęści i znajdzie szybko dom z cierpliwymi dwunożnymi, którzy mu przypomną mieszkanie w domu...

Inna historia - oj... naszym dłuuugo same nosy się zatykały na samo wspomnienie... Długo obracali się wokół siebie i czuli (chociaż czuć nie było), że jednak może jeszcze raz wypiorą ubrania...

Ktoś zgłosił, że w pewnym mieszkaniu mieszkają cztery psy, które nie wychodzą na zewnątrz i że widać, że takie są szczupłe bardzo i tylko szukają wzrokiem czegoś do jedzenia. Nasi pojechali. Znaleźli budynek, znaleźli mieszkanie, weszli do środka... Podłogi nie było widać. Była zawalona w większości puszkami, szmatkami wszelkiej maści, gdzieś leżał materac, gdzieś stał rower, gdzieś kanapa... Czeego tam nie było! Znaczy wiem czego - porządku nie było! Wspomniałem, że w większości podłoga była zawalona tym i owym. Co było tam, gdzie nie było śmieci? No jakby to napisać... No to, co zostaje kiedy coś zjemy. Znaczy kiedy zjemy, to się przetrawi i... no tego... I to było właściwie nie tylko na podłodze, bo jak pies wdepnął, a potem przeszedł się po kanapie, to tam też to rozniósł... I tego nie ubywało, bo nikt nie sprzątał, wręcz przeciwnie... A że mieszkanie prawie nieotwierane, okna właściwie wcale... to się tak kisiło wszystko.


I w tym wszystkim cztery psy. Jedno trzeba przyznać - miały czystą wodę! Ciężko uwierzyć, ale jednak! Za to jeść nie było co, bo czasami tylko kawałek suchego chleba czy trochę kaszy, czasami coś się zawieruszyło, więc psy też dokładnie badały podłogę, żeby znaleźć coś jeszcze do zszamania...


...a wiecie, że psi węch jest psiliard razy lepszy niż ludzki? Potraficie sobie wyobrazić, co czuł pies, jeśli dwunożny nie mógł tego znieść??

Nasi przywieźli ze sobą karmę, na wszelki wypadek, bo nie wiedzieli, co zastaną. Czterołapy próbowały się do niej dobrać przez zamknięte worki, takie były głodne i spragnione czegokolwiek, co PACHNIE tak przyjemnie! Jak się worek otworzył to jeden przez drugiego łeb wsadzał i wyjadał! Tylko jedna suczka nie miała siły przebicia... Mała, biała, w czarne kropki, najchudsza z całej czwórki, nie dość, że przeganiana, to jeszcze koledzy na nią kłapali zębami!


Nasi w końcu zapytali się "opiekunki", gdzie ona śpi, bo w mieszkaniu niespecjalnie było gdzie. I ta dwunożna odpowiedziała, żeeee wcale nie śpi w tym mieszkaniu! Że ona u sąsiadki mieszka! No wiecie... Zbyt intensywny zapach był dla pańci? Za brudno? Ojej, i nikt nie pójdzie posprzątać!? ...a teraz uważajcie... Pańcia czworonogów ma syna. I nie zgadniecie, gdzie musiał spać.... Takie mu się nieszczęście przytrafiło, że w dodatku nie działają mu oczy, więc nie widział, w jakich warunkach spędza noce, ale czuł NA PEWNO! Ech... Ważne, że dwunożna ma wybór i wybiera najlepsze wyjście dla siebie nie patrząc się na innych...

Nasi stwierdzili, że takie warunki dla psów są nie do przyjęcia! W dodatku przy takim karmieniu, a raczej niekarmieniu, ze zwierzakami byłoby coraz gorzej, coraz bardziej zaczęłyby się kłócić między sobą, a ta kropiata suczka to już w ogóle miałaby kiepsko... Stwierdzili więc, że odbierają całą czwórkę jeszcze tego samego dnia. O!

I tak do schroniska trafiły:

Smerfa, lat 4.


Taka całkiem fajna ta psiolaska, nieprawdaż? Spokojna jest i spacerki lubi. Kto by nie lubił po takich przeżyciach... Teraz świeża ściółka pod poduszeczkami, szum wiatru, słońce przebijające się między drzewami, ŚWIEŻE powietrze! Smerfa się pewnie jeszcze rozkręci trochę, ale fajnie by było, gdyby jej ktoś pokazał prawdziwe, psie, fajne życie!

Dalej mamy Norę, lat 5.


Rzucić się mogą w oczy te jasne kreski na nosie... Ech, lepiej nie będę pytać, co się jej stało kiedyś... Może sięgała po kolejny kawałek suchego chleba i inny zwierz stwierdził, że właśnie ta kromka jej się nie należy! I taka będzie teraz z kreskowanym nosem...  Psiolaska niebardzo umie na smyczy chodzić, ludzi też się trochę boi... Wszystko zatem przed nią i przed wolontariuszami! Chyba, że znajdzie się wcześniej ktoś, kto będzie gotów ją tego nauczyć już w normalnym domu...

Kolejna to 2-letnia Aza.


Ooooj jej się wydaje, że jest wielkości owczarka! ...tymczasem owczarkowe ma tylko uszy, wielgachne takie! Reszta jest całkiem malutka. Z nią tak łatwo nie będzie. Znaczy owszem, swoich ludzi będzie kochać aż po grób, ale żaden obcy niech nie próbuje nawet stopy stawiać na Azowym terenie! W michę sobie dmuchać nie da, coś mi się wydaje, że to ona była szefem, znaczy szefką, w tej bandzie...

Najmniejsza i najbardziej poszkodowana była Perełka...


Ale o niej napiszę jedynie tyle, żeeee niedługo po trafieniu do schroniska poszła do domu! Mam nadzieję, że wszystko u niej w porządku i że pilnie uczy się prawdziwie psio-domowego życia.

No widzicie... Takie to mają dwunożni pomysły. Byle im było wygodnie, byle im się lepiej żyło. Mają wybór. Zwierzaki nie mają wyboru. Nie uwolnią się same z łańcucha, nie dopną kilku ogniwek do uwięzi, nie otworzą sobie drzwi, nie posprzątają po sobie, nie ugotują obiadu, nie kupią karmy. Są zależne od dwunożnych, a ci są odpowiedzialni za swoje czworonogi... Znaczy tak się mówi, że są odpowiedzialni, bo nie wszyscy się tak czują. Wybierają najprostsze rozwiązania nie patrząc na nic, na nikogo... Później się cieszą, że ktoś im zabrał problem i nawet nie widzą swojej winy w całej sytuacji... Tylko zwierzaków szkoda... Ale wiecie co, słyszałem, jak nasi rozmawiali, że "karma wraca". I to ponoć wcale nie chodzi o te kulki sypane nam do misek! Ponoć jak robimy dobre rzeczy, to wraca potem do nas dobre, a jak robimy złe, to wraca złe. I wiecie, nie trzeba nikomu nic źle życzyć, ja nie życzę! Od tego jest karma... żeby wrócić... Poczekamy więc...

-----------

P.S....... pamiętacie kawałek prywaty w P.S.ie z poprzedniego posta...? Zapeszyłem... Zapeszyłem, jak nic... Teraz mam prośbę, skoro byłem taki nierozsądny.... Trzymajcie kciuki tak bardzo mocno, zaklinajcie, dmuchajcie, plujcie przez lewe ramię, cokolwiek róbcie, co uważacie za dobre na zaklinanie.... Zaklinajcie moje uszy, bo ostatnio byłem na konsultacjach i nasi razem z psiowetem tak dziwnie kręcili głowami w prawo-lewo, a nie góra-dół... I Kiero taki smutny chodzi odkąd wróciłem... ech... niemądry ja, za wcześnie chciałem się cieszyć...

niedziela, 1 marca 2015

Międzystróżowa miłość. Olaboga, co ja pocznę!

Się narobiło!
Tu Hedar. Hedar pisze. Znaczy ja.

Ja piszę i od razu chciałem zaznaczyć, że nie wiem, jak mi pójdzie. Pójdzie jak pójdzie, trudno. Bardzo chętnie miałbym obok narzekającą Bulbę, ale Bulby... Oj tam, nie umiem tak budować napięcia jak ta ona, ja prosty pies jestem!

Ogłaszam - BULBA WYMASZEROWAŁA DO DOMU!

Bardzo proszę, dowód mam:


Ten pan łaciato-kraciasty to jej ukochany pańcio. A obok, po lewej, taka ciemna plama obok drzewa to jest właśnie Bulbka.

Jak to było? A bardzo proszę, opowiem. 
Bulba stróżem była. Najlepszym z najlepszych. Wiecie, jak się taki człek jeden z drugim czuł nieswojo, kiedy stawiał stopę na kuchennej podłodze i słyszał warkolenie?? Nie widać, a słychać! No i w każdym razie była stróżem. Ja już nie mogłem słuchać tych planów obchodów, a że pójdzie teraz w lewo, a potem w prawo, a jutro odwrotnie, żeby zmylić, a na kuchnię to zajrzy przez okno od strony małego wybiegu... Dzień w dzień... Więc ona opowiadała, a ja udawałem, że słucham. Znaczy słuchałem, ale mi się samo czasem oko przymykało... 

(Bulba by na pewno mnie teraz chciała trącić nibynogą, że mam do sedna zmierzać...)

Czworonożna Bulba stróżowała w dzień, od 8 do 20, a od 20 do 8, czyli w nocy, stróżował dwunożny. Stróży jest kilku, ale tylko dla jednego Bulba czesała wieczorem bródkę i włosy na klacie... Oj co to się działo przy posiłkach i między obchodami! Opowiastki, wymiana doświadczeń i obowiązkowa wspólna kolacja. Zresztą wspólna, nie wspólna, Bulba i tak by się wprosiła... Po prostu wskakiwała na ławę (im brzuchol bliżej siemi był, tym rozbieg był dłuższy. Jeszcze trochę a już od podwórka by musiała się rozbiegać...) i wlepiała te wielkie oooczyyy w talerz.

Pewnego dnia stróż powiedział, że ten mały, sierściasty kartofelek z nibynogami wypełnił jego serce tak bardzo, że on do domu sam nie wraca i koniec! Bulba jak to usłyszała, to jak zwykle powiedziała, że skądś wiatr zawiał, bo jej się oczy spociły, ale raz chociaż mogła się przyznać, że się poryczała ze szczęścia! A co tam! Ja też!!

Klajd poszedł prawie tydzień temu, dwa dni temu Bulba... To ja może...

Ale się rozmarzał jak jakaś psiobaba nie będę! Bulba mi na odchodne zapowiedziała, że jak posta nie będzie, to już ona znajdzie sposób, żebym skutki odczuł...Zastanówmy się w takim razie, kto by do gangu biurowego się nadawał!

Jako pierwszą na liście miałbym... Sonię! Ile można siedzieć na wiacie? Ona już siedzi 10 lat, nie raz o niej pisała Bulba, a przed nią Majka. Już któregoś z kolei kolegę ma. Czas, żeby w końcu któryś ją pożegnał (ale z radością, że idzie na lepsze!), a nie ciągle ona...


Taka misiasta jest! Fajna psiolaska! Czarna, jak ja, niemała (chociaż wiadomo, że ja większy), to by nie tylko na mnie narzekali, że leżę na środku i niby przeszkadzam. (Przeszkadzam, też coś... mówią, że nie dają rady przechodzić, ale chyba nie dają rady przechodzić OBOJĘTNIE, wiadomo, że jestem ZACHWYCAJĄCY!).

Z Helcią byłoby wesoło!


Już sam wygląd sprawia, że mi ogon merda! Ja też mam jedno ucho bardziej leniwe! I za patykami byśmy sobie poganiali... Znaczy ona by ganiała (bo lubi), a ja bym dopingował paszczą.

Tiki zastąpiłaby Klajda! Znaczy nikt Klajda tak do końca nie zastąpi, ale poziom przyklejania się do ludzi podobny mają.


Ktoś, kto miał kiedyś Tiki, podobno miał rękę ciężką i ona często upadała na psa... ale w schronisku się ta psiolaska błyskawicznie przekonała, że u nas ręce tylko lekko opadają, żeby potem przejechać od głowy do ogona, a to nieprzyjemne nie jest na pewno!

Oooo, Sara by nam zdecydowanie podniosła wskaźnik piękności biura!


Jest taka... I misiasta, i skarpetki ma białe w maziaje, i żabot, i okołonosie, ta sierść, ten ogon... Schroniskuje już od sześciu lat, z krótką przygodą w "nowym domu", gdzie miała tylko ładnie wyglądać między pustakami, które miały być jej budą. Żadnego spaceru, nawet po ogrodzie nie miała... Sara nie chce tylko ładnie wyglądać, ona jeszcze niejeden kilometr może przejść! Chociaż dla mnie to ona by tylko wyglądać mogła... Najlepiej gdzieś na posłanku obok... a i na moim mógłbym się posunąć przecież...

Jest jeszcze taka niedawno przyjęta bida - Neska. Krótkołapa, a od głowy do ogona jest serdlem, Opis jakby znajomy... Ale poza tym zupełnie inna!


Ona tę łapę co widać, tę w kropki, ma taką jakąś niebardzo prostą. Neska tak ją stawia, jakby ciągle chciała się rozpychać w tłumie. Widziałem za to jak do ludzi ją ciągnie! Łapa czy krzywa, czy nie, to wcale nie przeszkadza, żeby się wdrapywać do głaskania. No i ta łapa... Mi się prawy nadgarstek wygina, jej lewy łokieć... A ciężko jest znaleźć kompana do narzekania, że tu boli, że chyba padać będzie, bo coś kręci w łapsku. Oooo moglibyśmy wymienić doświadczenia, może ją kręci na słońce?? Bo mnie akurat na deszcz...

Same psiolaski przedstawiłem, to prawda, ale ja psiofacet jestem, toż przecież psiofacetów nie będę zapraszać! Zobaczymy za kilka dni, już są debaty, a dopiero będzie się działo... JA też będę w komisji, wiadomo! Jedna z główniejszych spraw, to żeby się pies (albo psiolaska... psiolaska!) chciał ze mną dogadać. No i ja z nim (z nią! koniecznie!). No i musi ludzi lubić, obowiązkowo! Fajnie też by było, gdyby miała zgrabniejsze paluchy, bo mi się ciężko pisze, zwłaszcza, że nie miał mi kto patyków w łapy wsadzić... Musiałem przemykać obok stróża do kuchni i prosić Tysiaka, a powrót to dopiero był ciężki...

W każdym razie - zobaczymy, jak to będzie, na razie samemu może i spokojniej, ale smutniej.

A teraz spać się położyć muszę, bo rano wstać trzeba wcześnie. Można się spytać - po co ma Hedarzysko stare zrywać się skoro świt! A ja Wam napiszę, jaką zabawę mam co rano!

Rano do biura zaczynają się schodzić pracownicy. Ja wtedy każdemu mówię, że nie byłem jeszcze na spacerze. A powiedzieć potrafię głośno! Oni potem patrzą spode łba jeden na drugiego, bo przecież to pierwsza rzecz, którą się robi, jak się przychodzi do biura - wypuszcza się MNIE na spacer. I każdy to robi sumiennie, bo inaczej wiedzą, że potrafię udowodnić, że coś jednak z pęcherza mogę wycisnąć, nawet, kiedy niby jest pusty. Mimo tego wypuszczenia kilka razy z samego rana, za każdym razem, jak ktoś wchodzi, to ja znów marudzę, że nie byłem... I oni potem do południa ciągle się siebie pytają, czy ja byłem, czy nie, a przy zabawniejszym dniu nawet da się wyczuć, że sami sobie przestają wierzyć.., HA! Taką mamy zabawę co rano! Zwłaszcza jedna taka pani (moja ulubiona!) nabiera się ZA KAŻDYM RAZEM (jak psiolaski kocham!) i zabiera mnie (oraz resztę biurowej ferajny, która się teraz rozjechała po domach...) na kolejny spacer. HA! I ona to akurat naprawdę patrzy na wszystkich bardzo karcąco, i zawsze mówi, że na pewno nie byłem nigdzie. Kocha mnie, to pewnie...

Ech, pójdę szczeknąć stróżowi DobrejNocy...


(Tak, to ja, zostawiam to zdjęcie, żeby nie było Wam smutno, że już nie ma nic więcej do przeczytania... wiem przecież, że rozstać się ze mną ciężko...)

Hedzisław.

niedziela, 12 sierpnia 2012


            Starsza bezogoniasta przyprowadziła do schroniska psa, którego znalazła przy bramie cmentarza! Był tam, gdy przyszła, i był, kiedy wychodziła po kilku godzinach. No to go zabrała. Starszy, brodaty kundelek. Pewnie porzucony…
            Na drugi dzień pod schronisko zajechała czerwonym, szykownym samochodem inna bezogoniasta. Szukała zaginionego pieska. Z opisu – wypisz, wymaluj ten nowy kundel. I rzeczywiście. To był właśnie on.
Co się stało? Ano, kundelek wraz z panią mieszka sobie niedaleko cmentarza. Bezogoniasta prowadzi aktywne życie, dba o siebie i odbywa z psem długie spacery. Pieszo, albo na rowerze. Często udaje się na cmentarz, a pies nauczył się czekać na nią pod bramą. No i właśnie na takim spacerze, jadąc przez las, bezogoniasta spotkała znajomą. Zatrzymały się, zaczęły rozmawiać. A pies znudził się i sobie poszedł, zwykłą trasą zresztą.
Gdy bezogoniaste skończyły rozmowę, zorientowały się, że nie ma psa. Nawoływania nie pomogły. Szukały w lesie, na osiedlu, pod domem. Nawet do głowy im nie przyszło, żeby pójść tam, gdzie często bezogoniasta prowadziła psa – pod cmentarz. A on tam doszedł, usiadł i czekał… Tylko że tym razem doczekał się starszej bezogoniastej, która odprowadziła go do schroniska….
No, ale skończyło się dobrze.

Prawie w tym samym czasie przyszedł do naszych bezogoniastych mail. Od bardzo poważnej pani prawniczki, która jest prezesem stowarzyszenia, co zajmuje się zwierzętami. Tylko że to stowarzyszenie działa daleko, w odległym województwie. No i ta bezogoniasta-prezeska napisała, co następuje:
Pewien pan szukał dla siebie domu na wsi. W naszym województwie. Oglądał pewną posiadłość w okolicach nieodległego miasta, oprowadzany przez jej zarządcę. I w czasie tych oględzin zauważył psa. W strasznym stanie. No to zadzwonił do tego dalekiego stowarzyszenia i poprosił o interwencję. Czemu właśnie tam zadzwonił, a nie do jakiejś bliskiej, lokalnej instytucji? Ano, nie wiadomo! Skoro jednak pojawiła się informacja o skrzywdzonym psie, to pani prezes interweniuje: prosi, by ktoś z naszych bezogoniastych pojechał do tej posiadłości i zorientował się, jak się sprawy mają!
No więc nasi natychmiast pojechali z interwencją. Znaleźli wieś, znaleźli posiadłość, a w niej nikogo: ni bezogoniastego, ni psa, ni innego zwierza. Domostwo i zabudowania gospodarcze stały opuszczone.
Szczęściem prawie zaraz nadeszła jakaś sędziwa sąsiadka. I od niej dowiedzieli się wszystkiego.
Właściciel domu zmarł dwa lata temu. Rodzina chce sprzedać posiadłość, która na razie stoi pusta. Na jej terenie, w stodole, mieszka tylko pies, a właściwie suczka. Sara. Zarządzający majątkiem pojawia się rzadko, tylko wtedy, gdy trafia się jakiś potencjalny kupiec. Ale dał tej sąsiadce karmę, daje pieniądze i ona się suczką opiekuje. Przyzwyczaiła się do Sary, a Sara do niej. Sama miała psa, ale odszedł parę miesięcy temu. Została po nim pusta buda w wiacie. Wzięłaby więc chętnie Sarę, ale…
W tym miejscu opowieści nastąpiła przerwa, bo ze stodoły wyszła Sara. Może raczej wytoczyła się, bo zapasiona była jak rzadko. Ale poza tym zdrowa i szczęśliwa. Podeszła do starszej bezogoniastej i zaczęła się łasić…
                       
No właśnie! Do domu sąsiadki jest ładnych kilkaset metrów, a Sara ledwo się toczy! Nie dojdzie! A starsza bezogoniasta żyje samotnie, nie ma jej kto pomóc i przenieść psa. Przenieść, nie przewieźć, bo Sara panicznie boi się samochodów, za nic nie wsiądzie!
No cóż, po krótkiej naradzie nasi porobili fotografie, a Sarę wzięli na koc i zanieśli do gospodarstwa sąsiadki. Tam Sara wlazła do kojca, z niego – przez specjalny otwór w ścianie – do stodoły, gdzie czekała na nią nowa buda. Zaraz się w niej umieściła.
A nasi wrócili do schroniska i zawiadomili panią prezes dalekiego stowarzyszenia, jak się rzeczy mają. Posłali jej również fotografie. Dostali od niej telefon tego bezogoniastego, co podniósł alarm. Zadzwonili więc i do niego, przesłali także fotki. Pan się najpierw ucieszył, potem krygował się trochę, wreszcie powiedział, że przesadził malując tragiczny obraz Sary. Sam ma już dwa psy i jest bardzo uczulony na psią samotność. Dlatego prosił o interwencję i ubarwił trochę przy tym swoją relację… Nasi spytali, dlaczego zadzwonił aż tam, do odległego miasta, a nie – na przykład – do nas. Odpowiedział, że wykręcił pierwszy numer, na jaki natknął się w Internecie.
Hm…
Wredna pewnie jestem, ale może ten bezogoniasty reflektował na posiadłość, a nie reflektował na starą suczkę?
Chociaż może przesadzam? Może na starość robię się coraz bardzie zgryźliwa, paskudna sucz?
Najważniejsze, że stara Sara i staruszka bezogoniasta żyją sobie razem w starym domu i dobrze im ze sobą.