Oczami Bezdomnego Psa

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Merry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Merry. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 października 2016

Ech... Tak mi się wszystko daektaulizuje!

...źle napisałem tytuł? Może i źle. O, ja biedny Ares bez domu i dwunożnego, który by mnie naumiał! Bo ja mądry jestem! Tylko czasami pokazać mi trzeba.

Tak piszę dzisiaj, bo się zbierałem z napisaniem postu i zbierałem, i.... się już mogę rozebrać. Bo już nieaktualny. I to nie pierwszy raz się mi zdarza! Kilka razy musiałem już sobie pomysł z głowy wymazać...

Na przykład takie zdjęcie nasi nam zrobili:



Ja wyszedłem pięknie, jak zwykle zresztą. Dżokej wtedy musiał akurat coś dziamgolić, więc wyszedł niewyjściowo. Nie o nas to jednak będzie.

Za nami tam są nasi współpsiolokatorzy. Byli. Byli, bo się wyprowadzili... I nie myślcie, że to źle! Znaczy w większości nie...

Ta za mną to Delfina. Czarna, taka nieduża, jak ja. Znaczy wielkościowo, jak ja, bo ja nieczarny jestem aż tak. W każdym razie Delfina zamieszkała z nami, bo stawy miała takie oporne i plecy ją bolały... Miejsce się zwolniło, to przyszła. Nie na długo, boooo..... przychodziła do nas jedna dwunożna i ona opowiedziała o Delfinie w domu i jak usłyszała o niej jedna psiolaska, która z nią mieszkała, to tak długo marudziła, TAK DŁUGO, że ta dwunożna obie psiolaski zapoznała i się okazało, że jest psiekstra! Delfina zamieszkała W DOMU...



I ma taką przystojną psiumpelkę! Prawie tak przystojną, jak ja!

Delfina zaczęła też... kopytkować:



...ponoć też szczeka, ale nie mam akurat nagrane... Oby tam wszystko jej się najdłużej układało jak najzdrowiej!

Tak patrząc na tamto zdjęcie u góry, od strony Dżokeja widać jasnobrązową Merry. Merry, której guziki urosły od środka i się baliśmy, co to będzie, bo nijak ich się wyciągnąć nie da... O niej, to już wiecie, że dom znalazła u jednej z naszych...

...natomiast tam na zdjęciu w oddali jest Tygrys... Bez pasków, wcale nie kociasty i mało drapieżny. Mały, starszawy już, chorutki...

...Tygrysa nie żegnaliśmy tak, jak trzeba. Bo takie prawidłowe pożegnanie jest wtedy, kiedy do domu ktoś idzie... A on wyjeżdżał na operację... Z tym, że wiedzieliśmy, że raczej żegnamy się na zawsze, więc pożegnaliśmy się tak solidnie, chociaż na nas mruczał. On już był na takiej operacji, ale - jak to nasi stwierdzili - zatrzymał się zaraz po uśpieniu. Nie wiem, o co chodzi, bo przecież ciężko się ruszać, kiedy się śpi, więc jak się zatrzymać...? No i go wybudzili od razu. Tylko tak już ostatnio stękał i marudził, że go jednak boli (też miał guziołki....), że nasi postanowili jeszcze raz go do psiowetów zawieźć... Wyjścia i tak były tylko dwa. Albo psioweci znów próbują z ryzykiem, że się nie uda, albo... od razu się żegnamy bez prób... bo było źle... Nasi chcieli spróbować, bo przecież jak to nie!? ...ale się nie udało... Nie obudził się... Tygrys już nie marudzi, nie stęka, już go nic nie boli...

...i tak pięknie uśmiecha się do Majki...



Jeszcze jedno mam zdjęcie nieaktualne... To...



Romeo pewnie gdzieś był tam obok, ale nie załapał się do zdjęcia. Butla tak właśnie prosiła ludzi o uwagę. Cicho wpatrując się w ciemność przed sobą... Już nic nie widziała... Często ją nasi miziali, mieszkała w osobnym pomieszczeniu z Romeo i wychodziła na spacery codziennie. Przez całe lato wychodziła na wybieg też i czekała na wygraną w psiolotka. Nie udało się, nikt się nie poddał jej czarom... Nie zdążył...



Tak nagle siadło jej zdrowie, że wielu z nas poczuło, jak sierść im na grzbiecie dęba staje. Każdemu tak może się zdarzyć... Psioweci badania robią, nasi na Burku zbierają na leczenie, każdy się suplementuje, Butla przecież też... Jednego dnia biegnie się na spacer, drugiego już się leży nie podnosząc głowy, bo taka ciężka... Trzeciego... 

...widziałem Majki cień...

.....

Nie będziemy jednak kończyć tak pesymistycznie, bo się niektórzy jeszcze spłaczą, czy coś, a tu trzeba siły zbierać i chęci, i wogóle, bo przecież kto z nami na spacer pójdzie?? 

Na napisanie o tej dwójce też się zbierałem ostatnio! ...i wyszło, jak wyszło. Miało być o Leśnym Dziadku - Borysie:



...i mechalnonijnie nastawionym do jesieni Nuśku:



Sprawy się pokomplikowały, booo.... ciężko być leśnym dziadkiem, kiedy się w lesie nie mieszka...


...a smutna mechalnolia zmienia się w... ciepło-miętko-śpię-nie-budzić...


TAK! Chłopaki pojechali do domu!!! RAZEM!!! Ileż to razy sobie marzymy, żeby psumple i psiumpelki jeździli razem do domów, chociaż wiemy przecież, że to trudne bardzo!!! A tu włala! Udało się, spełniło się, wygrali chłopaki... Mają ogród, mają zabawki, mają DOM...



...niech się zawsze kończy tak szczęśliwie, jak u Boryska i Nuśka...

...bo tak strasznie się pisze: "nie zdążyliśmy..."...

niedziela, 25 września 2016

Trzymaliśmy i się udało!

Pisaliśmy nie raz i nie dwa, żeby trzymać kciuki. Nam to wychodzi dosyć opornie, ale i tak się staramy... I dzisiaj udowadniamy, że warto!

Pisaliśmy o naszej Merry.


...że nie taka młoda już, że miała operację i niestety guziołki jej wyrosły w kolejnych miejscach... Że nie zawsze dobrze się czuje, ale przed nią jeszcze oby jak najwięcej czasu w dobrym samopoczuciu... I baliśmy się, że ktoś nie zdąży, że Merry nie zazna znów domu, nie przypomni sobie, jak to jest, że pewnego dnia napiszemy, że nikt nie zdążył jej adoptować... I wiecie co...? Udało się! Taką wolontariuszkę mamy złotą, która postanowiła, że Merry nie zostanie sama! Że właśnie ona ją weźmie i będą wszyscy razem na dobre i złe, na najlepsze i to... wiecie... kiedy już będzie czas... Merry zapamięta to, co najlepsze może zapamiętać...

Martwiliśmy się też o Ofisa.


Te piękne wpatrzone oczydła są tylko pozornie wpatrzone, pisałem o tym. Ofis nie widzi. Albo od urodzenia albo od bardzo dawna. Z niewidomymi zwierzakami nie jest łatwo... Im jest zwykle łatwiej niż tym, którzy mogliby je adoptować, bo to właśnie dwunożni widzą więcej problemów niż same zwierzaki. Aż pewnego dnia, właściwie wczoraj, zjawiła się pewna dwunożna z daleka. Miała swoje typy, ale przyjrzała się jeszcze kilku psom...Zdziwiła się, jak usłyszała obok kojca Ofisa, że on właśnie jest niewidomy. Nie mogła uwierzyć, bo taki radosny, pewny siebie i szalony! Zabrała na spacer i... to było to! Właśnie takiego psa szukała, a jej poprzedni zwierzak też nie widział na starość, więc to nie było dla niej jakimś problemem. Wesoły, relozutny... rezolutny Ofis pojechał w siną dal badać świat łapkami, nosem i uszkami. Da radę!

Martwiłem się o Alfika. Bo co prawda urodziwy i pociesznie wyglądał, jak w biegu uszka mu się majtały na wszystkie strony, ale miał swoje za nimi... znaczy za uszami... Dwunożni jakoś tak mówią... Ktoś postanowił dać mu szansę jednak i powiózł pewnego dnia do domu.

Przyszły wieści!

"Witamy, Alfik (czasem Alfred :) ) jest z Nami dopiero półtorej tygodnia, od pierwszego dnia się zaaklimatyzował, po przekroczeniu progu od razu władował się na kanapę, na której spędza wiele czasu. Jest bardzo przyjacielski, wystarczy coś do niego powiedzieć a ląduje na kolanach i domaga się pieszczot :) Myśleliśmy że adoptujemy "małego rozrabiakę", a okazuje się że to grzeczny i usłuchany pieszczoch. Czy to w domu czy na dworze piesek zapomniał jak się szczeka, najwięcej radości na jego pyszczku maluje się gdy ma wyjść na spacer, ale chyba tyle samo sprawia mu powrót do domu, bo szybko zapamiętał drogę i sam do niego ciągnie."

Ha! Widzicie?! Jak to dom zmienia psa...

Pysio może nie miał specjalnych wad, ale został oddany... Terierowaty, potrzebujący sporo ruchu, w poprzednim domu ponoć nie przepadał za dwunożniątkami... Ale też jego... "pańcio" sam przyznał, że nie przysięgnie, że żaden z małych dwunożnych nic mu złego nie zrobił...

Znaleźli się ludzie, dla których Pysio okazał się idealny pod każdym względem, ale też coś ważnego przyznają...

"Minął ponad miesiąc odkąd Pysio mieszka z nami, więc wypadałoby napisać co u nas.
Do schroniska w Zielonej Górze jechaliśmy bardziej jako towarzysze, na pewno nie planowaliśmy adoptować psa. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że całkiem przypadkiem jeden psiak skradnie nasze serca. Zrobił to do takiego stopnia, że przez dwa najbliższe dni bezustannie mówiliśmy tylko o nim, oglądaliśmy jego schroniskowe zdjęcia i nie mogliśmy się doczekać, kiedy go adoptujemy.
Przy adopcji zasugerowano nam, abyśmy uważali z psimi przysmakami, bo Pysio to mały grubasek. Wizyta u psiego fryzjera podziałała niczym dieta i wizualnie odjęła psiakowi z 5 kilo:) Okazało się, że Pysio to całkiem zgrabny słodziak. Wniósł do naszego życia dużo radości. Jest bardzo posłusznym i mądrym psem, nie mamy obaw przed chodzeniem bez smyczy – Pysio doskonale reaguje na komendy. Na spacerach uwielbia aportować – wszystkie piłki i patyki należą do niego. W zaciszu domowym bardzo lubi przytulanie i mizianie po brzuszku, ciągle domaga się głaskania. Początkowo miał pewne obawy przed jazdą samochodem. Aktualnie sam wskakuje do auta, ciekawy nowych podróży. Pysio nie przepada za dziećmi, w szczególności za małymi dziewczynkami – gdy takowe się do niego zbliżają, „subtelnie” ostrzega, aby odejść.
Cieszymy się, że go wybraliśmy, choć tak naprawdę to chyba on wybrał nas. Po zachowaniu Pysia możemy śmiało stwierdzić, że bardzo lubi z nami przebywać.
Załączamy zdjęcia Pysia z nowego domu, wraz z pozdrowieniami :)"


Widzicie? Nie przepada za małymi dwunożnymi w sukienkach... Czyli musiał mieć jakieś kiepskie doświadczenia... Szkoda, że ci więksi dwunożni nie nauczyli tych mniejszych, jak należy się zaprzyjaźniać ze zwierzakami... Ech... Biedny Pysio. Ale może się przekona jeszcze, może polubi... Jest wiele wspaniałych młodych dwunożnych, którzy są psiempatyczni i nie zrobią krzywdy, i nie dadzą zrobić nikomu...

Widzicie, przydały sie te kciuki! Namawiam więc bardzo, żeby trzymać je za Aresa, który co jakiś czas ma gorsze dni... Za Butlę, której też schronisko nie służy... Za Tygrysa, który chodzi ciągle i marudzi, też nienajlepiej się czuje... Za sierściucha Gałusia, który po operacji jakoś niebardzo dochodzi do siebie, a przecież musi być lepiej, bo jak do domu pójdzie...? Za Pimpka, któremu znów jest gorzej...

Za każdego z osobna i za wszystkich nas trzymajcie. Wiecie, że lepiej nam się robi, kiedy wiemy, że jesteście z nami...

środa, 10 sierpnia 2016

Marzenia są po to, żeby się spełniały, prawda...?

Prawda. Marzenia właśnie po to są! I dzisiaj o takich będzie... I o takich, które muszą takimi być.

...po prostu MUSZĄ...

Buszek do schroniska przyjechał, jak już wszystkie liście z drzew spadły. Na początku jakoś się trzymał!

...ale potem tak posmutniał...


Coraz samotniej, coraz smutniej... Mimo spacerów, mimo głasków, wolontariusze zauważali, że na przechadzkach to pewnie, że łapkami przebierał, ale poza nimi to żal było patrzeć... Buszek marzył o kimś, kto go zabierze tam, gdzie jest spokojniej... I to nie na taki krótki spacer, ale żeby już nie trzeba było wracać...

Aż pewnego dnia... do schroniska przyszła pewna dwunożna. Powiedziała, że niedawno pożegnała takiego długiego, krótkołapego psiaczka i chciałaby dać dom innemu zwierzakowi. Młodego to nieeee, bo przecież mają większe szanse. Takiego starszego, co nikt się za nim nie ogląda, chętnie przygarnie! 

Kogo wybrała?? Buszka!! Czy mógł trafić na fajniejszy dom...? 

Buszek teraz jest Toffikiem....


Jeździ nad jeziorko...


Dosłownie jeździ!!


Buszkowo-Toffikowa pańcia napisała też nam kilka słów:

Dzień dobry, przesyłam kilka zdjęć Buszka. Buszek aktualnie nazywa się Toffik. Jest bardzo grzeczny, szybko zaaklimatyzował się w nowym domu. Na początku miałam mały problem z lękiem separacyjnym ale małymi krokami udało się go przezwyciężyć. Toffik najchętniej cały dzień siedziałby na dworze, pewnie kiedyś pilnował podwórka. Nie pogardzi jednak ciepłym łóżkiem i miękką kołderką do której przyzwyczaił się już pierwszego dnia. Toffik nie przepada za jeziorami ani "większą woda" z trudem można go namówić żeby zamoczył łapki, kąpiele w wannie znosi jednak dzielnie i cierpliwie. Do ludzi jest przyjazny, ma jednak problem z zaakceptowaniem mniejszych psów, które znajdą się w zasięgu jego wzroku.

Jak to jest spełniać czyjeś marzenia...?



 Pamiętacie post o psie, który zawsze marzył o piłeczce...? Kto nie czytał, TUTAJ jest post.

Przeczytane?? Już??? Bo skoro było niedawno, to nie chcę się powtarzać, a to ważne dla przypomnienia.

Dla porządku wstawię samo zdjęcie:


A teraz historia... Przechadzam się między biurem a kuchnią dni temu kilka... I wchodzi trzech... troje dwunożnych. I powiadają, że chcieliby adoptować psa i podoba im się teen albo teeeen... I nie wiedzą, którego wybrać...

Ciężka sprawa, bo jeden ma nieugeru...niegeneru...n i e u r e g u l o w a n ą   sytuację prawną, a drugi przeskakuje dwumetrowe płoty, chociaż sięga do kolana!

I ta dwunożna stwierdziła, że to kiepsko, bo jak weźmie psa, to nie po to, żeby potem oddawać, jak ktoś zarządzi, a po drugie ma domek z ogródkiem i wiadomo, że pies będzie sobie hasał!

Bo ona by chciała takiego piesia na kolanka, na kanapę, co to będzie z nią w ogródku siedział i do lasu na spacery chodził, któremu ona da najszczęśliwsze lata i którego będzie kochać na zabój! Miała teraz psa od szczeniaka, ale odszedł... a nie chce kolejnego od szczeniaka brać, bo przecież to potem kilkanaście lat przed nim, a ona się młodsza nie robi, to chce takiego starszego!

Nasz Kiero posłuchał... w głowę się podrapał... Po piesek malutki ma być i taki idealny... I mówi do tej dwunożnej: Pani pójdzie ze mną!

I zaprowadził przez korytarz do kuchni, z kuchni do szatni, gdzie drzemał Murzyn.... Dwunożna jak nie krzyknie! Że idealny! Że już go kocha! Że go chce i ten ma być! Że cudowny i ona z nim wychodzi!!

Poszli jeszcze na krótką przechadzkę, tak na wszelki wypadek.... A kiedy wrócili do biura, to usłyszeliśmy tylko: BIERZEMY!!!

Nikt się nie kłócił! Wywiad wypełniony, umowa podpisana, papierki do puszki wrzucone.... Nasi uprzedzili, że psiaka trzeba będzie może uczyć czystości... "Ależ to żaden problem! Przecież to normalne! Szczeniaka się uczy, to i tego się nauczy!"... Nasi też powiedzieli nieśmiało, że Murzyn kocha piłeczki... "Dostanie! Dostanie niejedną!".... A co z wakacjami? "Jak to co?! No przecież z nami! Psa nie zostawię!"...

Ech... tak mi się słuchało miło i też się rozmarzyłem na chwilkę... Wróćmy jednak do historii!

Wszystko wypełnione i podpisane, można wychodzić! ...ale co będzie ze smyczą? Nasi mogą pożyczyć i potem najwyżej ktoś odwiezie może...? Dwunożna jednak stwierdziła, że to tylko problem i inaczej to załatwią... Po czym zawołała MURZYYNEEEK, IDZIEEMYY! Znalazła psa, porwała na ręce, wycałowała kudłaty łepek... I Murzyn majtając girkami w górze został poniesiony do samochodu i odjechał żyć lepszym życiem...

Z zardzewiałego garnka...


...na kanapę... Będę czekał na wieści! Jak tylko przyjdą, to zaraz pokażę!

I tyle, jeśli chodzi o spełnione marzenia...

...a jeśli chodzi o te, które MUSZĄ się spełnić...?

O Merry pewnie było kiedyś już coś...


Tutaj może wyglądać na jakiegoś labieradora! Tymczasem Merry bliżej do jamnika... Taka jest nieduża. I schodząca z drogi, kulturalna, nieznacząca terenu, taka psiolaska z niej wytworna.

Od wczoraj mieszka w biurze. Jak Murzynek wyfrunął, to ona przyfrunęła. Nasi mieli powody, żeby ją do nas dołączyć...Wszystko przez to, co powiedziała Tabletkowa... A powiedziała tak... "Zakładamy zbiórkę na eNTeeS, Merry ma przerzuty"....

Tylko nie myślcie, jak ja, że Merry się skakać zachciało! Tak pomyślałem i się ucieszyłem, że taka radosna, a to nie o to chodziło, wiecie...?

Merry miała jakiś czas temu guziki na podwoziu. Wycięli! Tylko potem coś ich tknęło i zrobili dodatkowe badanie jakieś. Obejrzeli psiolaskę od środka bardziej... I wyszło, że te guziki to nie tylko na podwoziu...... Merry jest chora... Jak Hepi, jak Larsi....... I nasi nie wiedzą, ile jeszcze... no ile jeszcze będzie dreptać po świecie... Psioweci też nie wiedzą...

I to jest to marzenie, które MUSI się spełnić. Merry MUSI znaleźć dom... Na ile? Nie wiemy. Na kilka miesięcy? Lat? Tygodni...? Nikt tego nie wie... Dlatego tak ważne jest, żeby zdążyć... Żeby nie powiedzieć potem, że za późno...

Wcale a wcale po niej nie widać, że coś jej dolega. Na spacerki chodzi...


...ciałka ma sporo tu i ówdzie, grzeczna jest, nie konfliktuje się wcale z nikim... Do mich nam nie zagląda, a kiedy my jej zaglądamy, to się nie denerwuje wcale! Złoto, nie psiolaska! Jeszcze się nie zadomowiła w biurze, jeszcze nie wie, co gdzie jest, ale nauczy się....

...niech znajdzie Merry dom... Taki na zawsze... w którym poczuje się spokojnie i bezpiecznie... w który się wtopi i w którym stanie się dla kogoś całym światem...


...zdążysz ją adoptować...?

---------

Takie mi długie wyszło... ale my, schroniskowce, o marzeniach możemy długo rozprawiać...

środa, 27 kwietnia 2016

W kwietniu, w kwiecie wieku będąc, czekają na domy

Kwiecień się kończy! Ile psom stuknął kolejny rok w schronisku...? Lepiej nie będziemy liczyć, a bo to ważne? Nie obchodzimy takich rocznic... Potem każdy z czworonogów obchodzi te najcudowniejsze rocznice w DOMU... Te są najważniejsze ze wszystkich.

Wracając do kwietnia. My, biurownicy, wszyscy jesteśmy w kwiecie wieku. Znaczy, że stateczni i fiubździu w głowie nie mamy. Nas można brać do domów i kochać najbardziej na świecie! O nas było jednak niedawno i nie będziemy się powtarzać, chociaż oczywiście wciąż trąbimy, że ja - Dżokej, Aro, Larsi, Ares i Hepi POLECAMY SIĘ DO ADOPCJI!

ech, dość już o nas... Nie tylko my jesteśmy tacy milusi! Jest nas więcej w schronisku i dzisiaj o tych, co to będą towarzyszyć na spacerach, podczas oglądania telewizji, gotowania (to zwłaszcza!) czy wszelkich innych czynności.

Na przykład Wagnerka. Wagnerka mieszkała całkiem blisko schroniska iiiii z całkiem nieopiekującymi się nią opiekunami... Spójrzcie tylko:


To Wagnerka z góry, jakby ktoś nie poznał. A tutaj jest z boku:


Suczkę odebrali dwunożni w niebieskich ubrankach i przekazali ją nam. Oni też poskarżyli wyżej, gdzie trzeba i teraz czekamy obgryzając pazury, czy uda się ukarać tych, którzy Wagnerkę doprowadzili do takiego bezwłosia i chudości... Wygląd jednak nieważny! To się wyleczy! Już się zresztą leczy. Najważniejsze, co się ma w środku i o bebeszki mi nie chodzi... Wagnerka bardzo ceni sobie kontakt z ludźmi, taka owczarka z niej typowa, co na spacer pójdzie chętnie, potem chętnie też by się uwaliła przy nogach, albo NA nogach u dwunożnego, prawdziwego przyjaciela, który by nie zapomniał jej nakarmić, a od czasu do czasu przeczesał by futro, które by odrastało pięknie...

Razem z Wagnerką mieszka Paryż, który też coś z owczarka ma, ale nie wiem z jakiego...  O! Znalazłem! Owczarek szwajcarski! Tylko nie wiem, czy są biszkoptowe... Nieważne, u nas są. Bardzo proszę, oto Paryż:


Było już o nim jakiś czas temu, jako o bracie bliźniaku Herbiego. O, TUTAJ. Jak ktoś wtedy nie czytał, to teraz zapraszam! Dobrali się z Wagnerką idealnie! Znaczy nasi ich dobrali, bo u nas kto może, to mieszka z drugim psem, co by raźniej było. I one takie zgodne, że i na spacery razem, i do głasków razem i do leżenia na jednym posłanku też razem, o:


Zdjęcie niewyraźne, bo z daleka robione. Przecież jak się robi fotę, to pies zaraz musi przyleźć... Razem raźniej, cieplej i wogóle lepiej. Paryż też nie trafił do nas w świetnym stanie, był zabiedzony, brudny, chudy... Teraz już wygląda super i po prostu MUSI się podobać.

Jak te są za duże, to nie ma problemu, mamy mniejsze! Oto Merry:


Mery wcale nie jest duża i też wcale nie jest szalona. Zresztą widać to po niej chyba... Poczciwe to i dobre. Merry czeka operacja usunięcia takiego galaretowatego guzka, co jest z tłuszczu i przy okazji trzeba też usunąć cały rządek tego, co jej na brzuchu wystaje... Między tym rosną jakieś guziki i lepiej całość wyciąć od razu. Merry powiedziała, że trudno, niech tną, skoro ma dłużej żyć. Wcale nie będzie się czuła wtedy mniej psiolaskowato, ona zna swoją wartość. Mieszkała kiedyś w domu, ale potem się zgubiła, potrąciło ją jeździdło jakieś i taka poobijana trochę trafiła do nas. Mieszka u nas od zeszłego roku, to już kilka miesięcy... Nikt nie chce się do niej przyznać, a szkoda. Merry jest grzeczna, na spacerach się nie wyrywa tylko drepta sobie obok, czasami tylko na bok odejdzie, żeby zrobić to i owo, ale poza tym to w głowie jej tylko bliskość ludzi... Oby szybko znalazła spokojny kąt u kogoś...

Maksiu jest ciut większy, ale bez przesady. I też grzeczny!


Ma też jedno klapnięte uszko, a właśnie w tym miesiącu stuknął mu rok w schronisku... Dużo za długo! Właściciel Maksia odszedł tam, skąd się nie wraca... Psiak to przeżył bardzo, wiadomo... U nas nasi jak zwykle, przy każdym zwierzaku stają na głowie, żeby czuli się kochani i żeby wierzyli w to, że na pewno jest gdzieś dwunożny, który okaże się ich najlepszym przyjacielem... Tylko trzeba trochę poczekać... Maksiu czeka cierpliwie, z uśmiechem witając każdego odwiedzającego. Każdy może się okazać właśnie TYM! Człowieku, który pokochasz Maksia, co klapnięte uszko ma... pędzisz już do nas...?

To tylko kilka przykładów takich kilkulatków, co najbardziej na świecie chciałyby mieć swojego dwunożnego, z którą spędzaliby spokojnie czas... Czułyby się kochane i jedyne... Budziłyby się codziennie wiedząc, że mają do kogo z rana zamerdać ogonem, czekałyby, aż ich dwunożny przyjaciel wstanie, albo budziłyby go zimnym nosem, żeby się przeciągnąć razem z nim i czekać na wspólny spacer, łapa w nogę, przez miasto, łąkę, las... Później dwunożny miałby swoje sprawy pewnie, ale zwierz czekałby cierpliwie, aż znów nastanie ten wspólny czas, znów przyjdzie pora na spacer, jedzonko, może na oglądanie telewizji czy jakąś wycieczkę... Takie piękne plany... I najważniejsze, że razem... 

...a później, wieczorem, kiedy światła by gasły, zwierzak wsłuchiwałby się w błogą ciszę wiedząc, że jutro będzie znów tak samo piękny dzień... Łapa przy nodze... ze wzrokiem wlepionym w swoich ludzi... 

...wtedy wiadomo by już było, po co się urodziliśmy...

...bo na razie jeszcze nie mamy pewności, czy po coś jesteśmy na tym świecie, skoro wciąż tu mieszkamy...